Wypalić Chrom

Tekst
Z serii: Artefakty
Z serii: Trylogia ciągu #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

przedmowa

kod źródłowy: wprowadzenie

johnny mnemonic

kontinuum gernsbacka

odłamki holograficznej róży

pasujący gatunek

barbarzyńcy

czerwona gwiazda, orbita zimowa

hotel new rose

zimowy targ

starcie

wypalić chrom


Tytuł oryginału: Burning Chrome

(Johnny Mnemonic. The Gernsback Continuum. Fragments of a Hologram Rose. The Belonging Kind. Hinterlands. Red Star, Winter Orbit. New Rose Hotel. The Winter Market. Dogfight. Burning Chrome)

Copyright © 1986 by William Gibson

Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Elwira Wyszyńska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Vanrad

Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-83-7480-946-7

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Otey Williams Gibson,

mojej matce,

i Mildred Barnitz,

jej prawdziwej serdecznej przyjaciółce

– i mojej również –

z wyrazami miłości.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

przedmowa

Jeśli poeci są niedocenianymi prawodawcami świata, pisarze science fiction są jego nadwornymi trefnisiami. Jesteśmy Mądrymi Błaznami, mogącymi skakać, brykać, wygłaszać proroctwa i drapać się publicznie. Możemy bawić się Wielkimi Ideami, bo nasza krzykliwa pstrokacizna pulpowego pochodzenia czyni nas pozornie nieszkodliwymi.

I rzeczywiście my, pisarze SF, mamy się z czego cieszyć – dysponujemy wpływami, nie ponosząc odpowiedzialności. Niewielu tylko czuje się w obowiązku traktować nas poważnie, a jednak nasze przemyślenia przenikają kulturę, bulgoczą w niej niewidzialne, niczym promieniowanie tła.

Jednakże smutnym faktem jest, że SF ostatnio niewiele niosła radości. Wszelkie formy kultury popularnej przeżywają gorsze okresy – łapią katar, kiedy społeczeństwo kicha. Niestety, SF z końca lat siedemdziesiątych była chaotyczna, egocentryczna i nieoryginalna, a zatem nie stawała się raczej źródłem zadziwienia.

William Gibson jest jednym z naszych najpewniejszych zwiastunów lepszej przyszłości.

Krótka kariera określiła go już jako pisarza należącego niewątpliwie do lat osiemdziesiątych. Niezwykła pierwsza powieść, Neuromancer, która w 1985 r. zgarnęła wszystkie nagrody na naszym polu, zademonstrowała jego niezrównaną umiejętność trafiania w społecznie wrażliwe miejsca. Rezultat był elektryzujący i pomógł wyrwać gatunek z dogmatycznego uśpienia. Powstająca z hibernacji SF wynurzyła się ze swej jaskini na jasne słoneczne światło współczesnego zeitgeistu. Jesteśmy jeszcze chudzi, głodni i w nie najlepszym humorze. Ale od tej chwili wszystko się zmieni.

Zbiór, który trzymacie w rękach, zawiera wszystkie powstałe dotąd krótkie teksty Gibsona. To rzadka okazja obserwowania szokująco szybkiego rozwoju świetnego pisarza.

Kurs, jaki zaplanował, widoczny był już w pierwszym publikowanym opowiadaniu, Odłamkach holograficznej róży z 1977 r. Są w nim widoczne znaki firmowe Gibsona: złożona synteza współczesnej popkultury, zaawansowana technika i doskonały warsztat literacki.

W drugim opowiadaniu, Kontinuum Gernsbacka, Gibson świadomie prezentuje opis kulejącej tradycji fantastyki. Jest to zabójcze odrzucenie „scientifiction” w jej kostiumie wąsko pojmowanej technolatrii. Widzimy tutaj pisarza, która zna swe korzenie i szykuje się do radykalnego przewrotu.

Gibson utrzymał tempo w serii Ciągu: Johnny Mnemonic, Hotel New Rose oraz fenomenalnym Wypalić Chrom. Wydanie tych opowiadań w magazynie „Omni” pokazało stan koncentracji wyobraźni, który w praktyce podniósł stawkę dla całego gatunku. Gęsta, barokowa proza warta jest kilkukrotnego czytania dla swej surowej, posępnej pasji i nagromadzenia szczegółów.

Podstawą tryumfu tych tekstów była przywołana w nich oszałamiająca i spójna wizja wiarygodnej przyszłości. Trudno przecenić trudności tego przedsięwzięcia, przed którym wielu pisarzy SF od lat się uchylało. Ta właśnie intelektualna niemoc tłumaczy groźny przyrost historii postapokaplityczych, fantazji miecza i magii oraz zawsze obecnych space oper, w których galaktyczne imperia dogodnie zsuwają się w mrok barbarzyństwa. Wszystkie te podgatunki to efekt naglącej pisarskiej potrzeby uniknięcia zwarcia z realistyczną przyszłością.

Natomiast w opowieściach z Ciągu widzimy przyszłość, rozpoznawalnie i skrupulatnie wykreśloną na podstawie kondycji współczesności. Jest wielopostaciowa, złożona, globalna w swym spojrzeniu. Czerpie z nowego zestawu punktów startowych: zamiast ogranej formuły robotów, statków kosmicznych i nowoczesnego cudu energii atomowej, mamy tu cybernetykę, biotechnikę, sieć komunikacyjną – by wymienić tylko kilka.

Stosowane przez Gibsona metody ekstrapolacji należą do klasycznej hard SF, jednak ich rezultaty są wyraźnie nowofalowe. Zamiast typowych beznamiętnych techników i niezłomnych Ludzi Kompetentnych z twardej fantastyki, spotykamy zbieraninę pechowców, oszustów, fałszerzy, wyrzutków i szaleńców. Oglądamy tę przyszłość z poziomu gruntu – jako tę, w której się żyje, a nie tylko jako suche spekulacje.

Gibson kończy z płodnym gernsbackowskim archetypem Ralpha 124C41+, białego wykształconego technokraty w wieży z kości słoniowej, który rozrzuca błogosławieństwa supernauki na hoi polloi. Teksty Gibsona przenoszą nas na ulice i w zaułki, w sfery ciężkiej i ostrej walki o przetrwanie, gdzie technika stanowi bezustanny podprogowy szum, jak „zwariowany eksperyment społecznego darwinizmu, zaprojektowany przez znudzonego badacza, bez przerwy wciskającego klawisz szybkiego przewijania”.

Wielka Nauka nie jest w tym świecie źródłem cyrkowych, magicznych cudów, ale wszechobecną, wszechprzenikającą i ostateczną mocą. Jest deszczem lejącego się na tłum mutagennego promieniowania, zatłoczonym Globalnym Autobusem, pędzącym szaleńczo w górę wykładniczego zbocza.

Opowiadania kreślą łatwo rozpoznawalny portret współczesnych problemów. Ekstrapolacje Gibsona z przesadną wręcz wyrazistością pokazują niewidoczną masę góry lodowej społecznych przemian. Ta góra sunie teraz majestatycznie i złowieszczo po powierzchni końca dwudziestego wieku, ale jej sylwetka jest monumentalna i ciemna.

Wobec tego przyczajonego monstrum wielu autorów SF podnosiło ręce i przewidywało katastrofę. Wprawdzie nikt nie może zarzucić Gibsonowi syndromu Polyanny, jednak uniknął on tego łatwego wyjścia. To kolejna wyróżniająca cecha tworzącej się nowej szkoły SF lat osiemdziesiątych: jej znudzenie apokalipsą. Gibson nie traci zbyt wiele czasu na grożenie palcem czy załamywanie rąk. Oczy ma nieodmiennie otwarte i – jak zauważył Algis Budrys – nie boi się ciężkiej pracy. To ważne zalety.

Kolejny znak, wskazujący, że Gibson jest elementem nowego porozumienia w SF, to łatwość, z jaką podejmuje współpracę z innymi autorami. Ten zbiór zdobią trzy teksty, będące efektem takiej współpracy: Pasujący gatunek to rzadka gratka, mroczna fantazja przetykana obłąkanym surrealizmem. Czerwona gwiazda, orbita zimowa to kolejna opowieść z bliskiej przyszłości, z pieczołowicie oddaną autentyczną scenerią; globalna, wielokulturowa wizja jest typowa dla SF lat osiemdziesiątych. Starcie jest bezlitośnie efektywnym i brutalnie splątanym opowiadaniem, z klasycznym gibsonowskim połączeniem prymitywnego życia i zaawansowanej techniki.

U Gibsona słyszymy dekadę, która w końcu odnalazła swój głos. Nie jest on salonowym rewolucjonistą, ale praktycznym, wprawnym modernizatorem. Otwiera zatęchłe korytarze gatunku na powiew nowych danych: kulturę lat osiemdziesiątych z jej dziwną, narastającą integracją techniki i mody. Ma sympatię dla co dziwniejszych, bardziej twórczych zaułków literackiego mainstreamu: Le Carré, Robert Stone, Pynchon, William Burroughs, Jayne Ann Phillips. Jest też amatorem tego, co J. G. Ballard trafnie nazwał „niewidzialną literaturą” – przenikającego świat strumienia raportów naukowych, dokumentów rządowych i specyficznych ogłoszeń, kształtujących naszą kulturę poniżej poziomu percepcji.

 

SF przetrwało długą zimę na zgromadzonych zapasach. Gibson, wraz z szeroką falą twórczych i ambitnych nowych autorów, wyrwał gatunek ze snu i posłał na poszukiwanie świeżej diety. A to na pewno przyniesie nam wiele dobrego.

Bruce Sterling

1986

kod źródłowy: wprowadzenie

Nic nie pokrywa się patyną wieku tak szybko i specyficznie jak wyobrażona przyszłość.

Jako chłopiec w latach 60. czytałem mnóstwo science fiction, w większości powstałej dekadę czy dwie wcześniej. Zmusiło mnie to, bym dość wcześnie próbował rozkodować pewne istotne elementy historii współczesnej, choćby dlatego, że nie można właściwie odbierać science fiction, jeśli nie jest się w stanie rozpoznać punktu, w którym to, co wyobrażone, oddziela się od tego, co znane.

Historia jednak, jak się przez ten czas nauczyłem, jest w literaturze kwestią ostateczną, przedmiotem ciągłych i nieuniknionych zmian.

Science fiction zachowuje się często jak odmiana historii skierowana w przeciwnym kierunku, raczej naprzód w czasie niż do tyłu. Ale nie da się kreślić wyobrażonych przyszłych historii bez mapy przeszłości, którą czytelnicy przyjmują jako własną. Im mniej się uważa tę swoją mapę za twór wyobraźni (lub przypadku), tym zwykle bardziej konwencjonalnie zmierza się ku swej wyobrażonej przyszłości. Wielu autorów, których czytałem w dzieciństwie, posiadało niezwykle trwałe mapy przeszłości, Wyrzeźbione, zdawało się, z solidnego dębu. Ludzie pewni siebie, dokładnie wiedzieli, skąd przychodzimy, gdzie dokładnie jesteśmy teraz, i dokładnie dokąd zmierzamy. I na ogół mylili się we wszystkich trzech punktach, przynajmniej tak można ocenić to dzisiaj, z punktu położonego o wiele dalej na linii czasu.

Istniał jednak inny, odmienny typ science fiction, nienazwany, ale według mnie różny, który wydawał się startować z nie tak absolutnych założeń historycznych. Piszący często przyjmowali, że możemy wcale nie wiedzieć, skąd przychodzimy ani nawet gdzie jesteśmy – może wręcz w tym, gdzie jesteśmy, nie rozpoznajemy tego, czym ono zasadniczo jest.

Alfred Bester, Fritz Leiber, Robert Sheckley (by wskazać tylko trzy, ale znakomite przykłady) przemawiali do mnie w ten właśnie sposób, podczas gdy Heinlein czy Asimov – nie. Ci twórcy, dzięki którym science fiction dokonywała rzeczy – według mnie – najbardziej magicznej, poruszali się w uniwersum miast, mającym więcej części ruchomych, w którym da się postawić więcej pytań (choć o wiele mniej ma definitywną odpowiedź). Tworzyli wyjątkową relację z tym, co później nauczyłem się nazywać „Nowoczesnym”.

Zanim sam zacząłem pisać opowiadania z tego zbioru, kiedy miałem dwadzieścia kilka lat – w latach 80. – kulturowe modele współczesności zaczęły tracić wyrazistość. To niezadowolenie, jakie wniosłem do ich tworzenia, drażniące jak kamyk w bucie mojej młodzieńczej metody, wiązały się z takim właśnie poczuciem – że Nowoczesne zaczyna się częściowo rozpadać – a także z przekonaniem, że science fiction w tej kwestii nie działa najlepiej. Czy może sprawiedliwiej będzie powiedzieć, że duża część science fiction bardzo rzadko robiła to, co osobiście najbardziej lubiłem, mimo że miała – według mnie – mnóstwo całkiem nowych i wspaniałych możliwości.

Gdyby ktoś mnie spytał, co właściwie, tak dokładnie, chciałbym, żeby robiła science fiction, pewnie nie potrafiłbym odpowiedzieć. Będąc zasadniczo tak samo niezdolnym do tworzenia teorii, jak do krytyki, mogłem tylko napisać te opowiadania.

Chociaż wystarczy rzut oka na spis treści, by odkryć, że nie zawsze robiłem to sam. Dla osób wyznających w literaturze teorię auteuryzmu, żadne tłumaczenie tu nie wystarczy, ale dla pozostałych powiem tylko, że najwyraźniej w swym niezadowoleniu nie byłem osamotniony.

Kod źródłowy tych opowiadań został skompilowany w równym stopniu ze wspomnianego wyżej niezadowolenia, z doświadczeń dzieciństwa, które wystawiło mnie na wpływy zarówno science fiction, jak i beatników (głównie Burroughsa i Kerouaca), oraz z osobistej znajomości z autorami klasy Sterlinga, Shirleya i Swanwicka, których także uwierały kamyki w ich własnych butach, całkiem podobne do moich. Bez któregokolwiek z tych trzech czynników prawdopodobnie nie czytalibyście tego wstępu.

Odłamki holograficznej róży to pierwszy tekst literacki, jaki udało mi się skończyć; powstał zamiast pracy zaliczeniowej na kursie science fiction, prowadzonym przez nieżyjącą już dr Susan Wood z University of British Columbia w 1977 r. Kontinuum Gernsbacka powstało jako długa recenzja ilustrowanej historii opływowego modernizmu, który fanzin science fiction odrzucił jako zaskakująco nie na temat. Pasujący gatunek to moja nieproszona próba poprawienia maszynopisu Johna Shirleya, ostateczna próba krytyki – jedyna, do jakiej byłem zdolny. John odbił piłeczkę i sprzedał opowiadanie jako nasze wspólne. Johnny Mnemonic to drugi tekst, do jakiego podszedłem: zacząłem pisać w roku 1977, a skończyłem w 1981 (przerwałem, by obserwować – z racji wieku nie biorąc udziału – fenomen punk rocka, który również ma swoje miejsce w kodzie źródłowym). Starcie zaczęło się od tego, że opowiedziałem komuś o swojej hipnagogicznej wizji miniaturowych dwupłatowców latających kilka cali nad stołem bilardowym. Opowieść dotarła do Swanwicka, który wkrótce potem zadzwonił z Filadelfii, że znalazł techniczną racjonalizację dla tego obrazu (wręcz wyśniony początek współpracy). Czerwona gwiazda, orbita zimowa to – jestem przekonany – pomysł zawsze pełnego energii Sterlinga, który później z równym entuzjazmem zaproponował, byśmy razem napisali bardzo długą powieść o parowych wiktoriańskich komputerach. Doświadczenia z Czerwoną gwiazdą skłoniły mnie, by nie uciekać od razu z krzykiem.

Wypalić Chrom, napisane na początku 1981 r., wydaje mi się teraz końcem mojej kariery autora opowiadań. Nie było nim chronologicznie (zresztą opowiadania to coś, do czego wciąż mam nadzieję kiedyś wrócić), ale w pewnym sensie stanowiło początek mojej kariery powieściopisarza. W tekście grają już silniki Neuromancera, nie tylko przez wprowadzenie „cyberprzestrzeni” – słowo to po raz pierwszy ujrzało światło dzienne, wypisane czerwonym mazakiem na żółtym papierze notatnika. Ale wtedy pierwszy raz miałem coś jeszcze do zrobienia w literaturze, chociaż nadal nie wiem dokładnie, co to właściwie takiego.

Niektórzy twierdzą, że „singiel” (jednostronnie nagrana winylowa płyta w formacie 78 albo 45 rpm) to medium, które wyznaczyło najdoskonalszy wyraz rocka – że jest to w istocie optymalna forma tej muzyki. To samo mówi się często o opowiadaniach w science fiction. Co do rocka, skłonny jestem podejrzewać nostalgię za martwą platformą. W przypadku science fiction wydaje mi się, że jest coś na rzeczy. Bardzo szczególny typ literackiego umięśnienia niezbędny jest dla stworzenia opowiadania, które naprawdę trafia do czytelnika.

Jeśli w ogóle kiedyś mi się to udało, znajdziecie je tutaj.

W każdym razie możecie się rozkoszować patyną.

William Gibson

21 października 2002

johnny mnemonic

Obrzyna schowałem do torby Adidasa i obłożyłem czterema parami tenisowych skarpet. To nie mój styl, ale tak to sobie właśnie zaplanowałem: jeśli myślą, że jesteś techniczny, idź w prymityw. A ja jestem chłopakiem wyjątkowo technicznym. Dlatego postanowiłem zagrać tak prymitywnie, jak to tylko możliwe. Ale żeby w dzisiejszych czasach aspirować do prymitywu, trzeba niezłej techniki. Musiałem wytoczyć na obrabiarce obie mosiężne łuski, dwunastki, a potem własnoręcznie je załadować; musiałem wygrzebać starą mikrofiszę z instrukcjami ręcznego przygotowywania naboi; musiałem zbudować prasę, żeby umieścić spłonki. Wszystko to wymagało sprytu. Ale wiedziałem, że będzie działać.

Spotkanie miałem umówione w Drome o 23.00, ale przejechałem metrem trzy przystanki za najbliższą stację i wróciłem pieszo. Bezbłędna procedura.

Sprawdziłem siebie w niklowanej ściance budki z kawą: podstawowy typ kaukaski, ostre rysy, czupryna ciemnych, sztywnych włosów. Dziewczyny z Pod Nożem szalały za Sonym Mao i trudno było je powstrzymać, żeby nie dodały mi jakichś mongolskich fałd. Wszystko to raczej nie oszuka Ralfiego Buźki, ale może przynajmniej doprowadzi mnie bliżej jego stolika.

Drome to pojedyncza wąska salka z barem pod jedną ścianą i stolikami pod drugą. Pełno tu alfonsów, paserów i wszelkiej maści handlarzy. Przy drzwiach stały dzisiaj Magnetyczne Psie Siostry i wcale nie podobała mi się myśl, że gdyby coś się nie udało, będę musiał się przez nie przebić. Miały po dwa metry wzrostu i były chude jak charty; jedna czarna, druga biała, ale poza tym były tak podobne, jak to tylko możliwe dzięki chirurgii plastycznej. Żyły ze sobą od lat, a w bójce lepiej na nie nie trafiać. Nie wiem, która początkowo była facetem.

Ralfi siedział tam, gdzie zwykle. Był mi winien kupę forsy. Nosiłem zadekowane w głowie w trybie idioty/mędrca paręset megabajtów informacji, do której nie miałem świadomego dostępu. Ralfi ją tam zostawił. Ale nie zgłosił się po nią. A tylko on mógł odzyskać te dane za pomocą hasła, które sam wymyślił. W ogóle nie jestem tani, ale ceny za wydłużone składowanie sięgają wartości astronomicznych. A Ralfi jest bardzo skąpy.

Potem usłyszałem, że Ralfi Buźka chce wystawić na mnie kontrakt. Właśnie dlatego zorganizowałem to spotkanie w Drome. Umówiłem się z nim jako Edward Bax, nieoficjalny importer, ostatnio z Rio i Pekinu.

Drome cuchnęło biznesem, metalicznym aromatem nerwowego napięcia. Rozproszeni w tłumie mięśniacy prężyli przed sobą kluczowe części ciała i próbowali zimnych uśmieszków. Niektórzy tak ginęli pod górami mięśniowych przeszczepów, że ich sylwetki straciły już ludzkie cechy.

Przepraszam bardzo. Przepraszam, koledzy. To tylko ja, Eddie Bax, Szybki Eddie Importer, z profesjonalnie nierzucającą się w oczy sportową torbą. Proszę, nie zwracajcie uwagi na to rozcięcie, szerokie tylko na tyle, żeby weszła tam moja prawa dłoń...

Ralfi nie był sam. Obok siedziało osiemdziesiąt kilo kalifornijskiego blond mięcha z wypisanymi na całym ciele sztukami walki.

Szybki Eddie Bax usiadł naprzeciwko, zanim mięcho zdążył unieść ręce ze stołu.

– Masz czarny pas? – spytałem z zaciekawieniem.

Kiwnął głową. Błękitne oczy odruchowo przebiegały linię skanu między moimi oczami a dłońmi.

– Ja też – oznajmiłem. – Mam go tu w torbie. – Wsunąłem rękę w rozcięcie i przerzuciłem bezpiecznik. – Podwójna dwunastka ze spiętymi spustami.

– To spluwa – wyjaśnił Ralfi, opierając dłoń o napiętą pierś chłopaka odzianą w błękitny nylon. – Johnny ma w torbie antyczną broń palną.

To tyle, jeśli chodzi o Eddiego Baxa.

Przypuszczam, że zawsze był Ralfim Jakośtam albo Inaczej, ale przezwisko zawdzięczał odrobinie próżności. Zbudowany jak przejrzała gruszka, od dwudziestu lat nosił sławną kiedyś twarz Christiana White’a.

Christian White, Biały Chrześcijanin z Aryjskiej Grupy Reggae, Sony Mao dla swego pokolenia, niezrównany mistrz wyścigowego rocka. Jestem kopalnią takich drobnych ciekawostek. Christian White: klasyczna twarz popu, ostre rysy, rzeźbione kości policzkowe. W jednym świetle anielska, w innym przystojnie zdeprawowana. Ale za tą twarzą żyły małe czarne oczka Ralfiego, zimne i wyrachowane.

– Proszę cię – powiedział. – Porozmawiajmy jak ludzie interesu.

Jego głos odznaczał się budzącą grozę, lepką szczerością, a kąciki ust zawsze miał wilgotne.

– Ten oto Lewis... – skinął głową na mięśniaka – ...to tylko mięso. – Lewis przyjął to obojętnie. Wyglądał, jakby ktoś go zbudował z zestawu do samodzielnego montażu. – Ty nie jesteś mięsem, Johnny.

– Ależ jestem, Ralfi. Kawałkiem mięsa wypchanym implantami, w których możesz chować swoje brudy, kiedy sam wychodzisz poszukać kogoś, kto by mnie zabił. Z mojego końca tej torby, Ralfi, wydaje się, że powinieneś coś wytłumaczyć.

– To ta ostatnia porcja towaru, Johnny. – Westchnął głęboko. – Jako handlowiec...

– Paser – poprawiłem.

– Jako handlowiec, staram się zwykle zachowywać daleko idącą ostrożność w kwestii pochodzenia towaru.

 

– Kupujesz tylko od tych, którzy kradną to, co najlepsze. Rozumiem.

Westchnął znowu.

– Staram się – podjął – nie kupować od głupców. Tym razem, obawiam się, właśnie to zrobiłem.

Trzecie westchnienie było sygnałem dla Lewisa, żeby włączył blokadę neuralną, przyklejoną taśmą pod blatem po mojej stronie.

Wszystko, co mi jeszcze pozostało, włożyłem w próbę zgięcia wskazującego palca prawej ręki, ale miałem wrażenie, że nie jestem już do niego podłączony. Czułem metal strzelby i piankową taśmę, którą owinąłem krótką kolbę, ale ręce były jak zimny wosk, daleki i bezwładny. Miałem nadzieję, że Lewis to prawdziwe mięcho, dostatecznie głupi, żeby sięgnąć po torbę i szarpnąć za mój sztywny palec... Ale nic z tego.

– Martwiliśmy się o ciebie, Johnny. Bardzo się martwiliśmy. Widzisz, to, co tam masz, jest własnością yakuzy. Jakiś dureń im to zabrał. Martwy dureń.

Lewis zachichotał. Wszystko wtedy nabrało sensu. Paskudnego sensu, jak spadające mi na głowę worki mokrego piasku. Zabijanie nie było w stylu Ralfiego. Nawet Lewis nie był w stylu Ralfiego. Ale wpakował się między Synów Neonowej Chryzantemy a coś, co do nich należało... a raczej ich towar, który należał do kogoś innego. Ralfi, naturalnie, mógł wypowiedzieć hasło i wprowadzić mnie w tryb idioty/mędrca, a ja wyplułbym ich gorący program, nie pamiętając ani ćwiartki. Takiemu paserowi jak Ralfi zwykle to wystarczało. Ale nie wystarczy yakuzie. Przede wszystkim ci z yakuzy z pewnością słyszeli o Mątwach i woleli się nie martwić, że jedna z nich wyciągnie mi z głowy te niewyraźne, ale trwałe ślady pozostawione przez ich program. Sam niewiele o Mątwach wiedziałem, ale dochodziły do mnie różne historie, których nigdy nie powtarzałem swoim klientom. Nie, yakuzie by się to nie spodobało; za bardzo przypominało dowody. Nie dotarliby na sam szczyt, tam gdzie są teraz, pozostawiając jakiekolwiek dowody. Zwłaszcza żywe. Lewis uśmiechał się. Przypuszczam, że wyobrażał sobie punkt tuż za moim czołem i to, jak mógłby tam dotrzeć w możliwie bolesny dla mnie sposób.

– Cześć – odezwał się cichy głos kobiecy gdzieś zza mojego prawego ramienia. – Widzę, chłopcy, że nie za dobrze się bawicie.

– Spadaj, dziwko – rzucił Lewis. Opalona twarz znieruchomiała. Ralfi patrzył tępo.

– Uśmiechnijcie się. Chcecie kupić trochę czystego śniegu?

Odsunęła krzesło i usiadła szybko, zanim któryś z nich zdołał jej przeszkodzić. Znalazła się na samej granicy mojego pola widzenia: szczupła dziewczyna w lustrzanych okularach, ciemne, krótko ścięte włosy. Miała na sobie rozpiętą czarną skórę, a pod nią koszulkę w ukośne czarne i czerwone pasy.

– Osiem kawałków za gram.

Lewis prychnął zirytowany i spróbował zrzucić ją z krzesła. Nie dotknął jej jednak, a ona ruszyła dłonią i tak jakby musnęła jego nadgarstek. Jasna krew trysnęła na stół. Zaciskał przegub, aż zbielały mu kostki, a krew sączyła się spomiędzy palców.

Ale przecież ręce miała puste...

Będzie mu potrzebny spinacz ścięgna. Wstał ostrożnie, nie dbając o to, żeby najpierw odsunąć krzesło. Przewróciło się, a on bez jednego słowa wyszedł poza pole mojego widzenia.

– Powinien znaleźć lekarza, żeby mu to obejrzał – powiedziała. – Paskudne rozcięcie.

– Nie masz pojęcia – odezwał się Ralfi bardzo zmęczonym nagle głosem – w jak głębokie gówno właśnie wdepnęłaś.

– Poważnie? Tajemnica? Podniecają mnie tajemnice. Na przykład: dlaczego twój przyjaciel jest taki cichy. Zamrożony czy co? Albo do czego to służy?

Pokazała mały sterownik, który jakoś odebrała Lewisowi.

Ralfi wyglądał, jakby nagle zrobiło mu się niedobrze.

– Może... no... może wzięłabyś ćwierć miliona za oddanie mi tej zabawki i wyjście na spacer?

Jego tłusta dłoń zaczęła gładzić bladą, szczupłą twarz.

– Wzięłabym raczej... – Pstryknęła palcami, a sterownik zakręcił się i zamigotał. – Pracę. Robotę. Twój chłoptaś zranił sobie rękę. Ale ćwiartka wystarczy na zaliczkę.

Ralfi głośno wypuścił z płuc powietrze i wybuchnął śmiechem. Odsłonił przy tym zęby, które nie dorównywały standardom Christiana White’a. A potem ona wyłączyła blokadę.

– Dwa miliony – powiedziałem.

– Lubię takich – stwierdziła ze śmiechem. – Co jest w tej torbie?

– Spluwa.

– Prymitywne. – To mógł być komplement. Ralfi milczał. – Nazywam się Milion. Molly Milion. Chcesz stąd wyjść, szefie? Ludzie zaczynają się gapić.

Wstała. Miała skórzane dżinsy koloru zakrzepłej krwi. A ja dopiero teraz zauważyłem, że te jej lustrzane okulary były chirurgicznymi wszczepami. Srebro wyrastało gładko z wysokich kości policzkowych i zamykało oczy w oczodołach. I zobaczyłem w nich bliźniacze odbicia mojej nowej twarzy. – Jestem Johnny – przedstawiłem się. – Weźmiemy ze sobą pana Buźkę.

Był na zewnątrz. Czekał. Wyglądał jak typowy technik na turystycznej wyprawie, w plastikowych klapkach i idiotycznej hawajskiej koszuli z nadrukiem powiększenia najpopularniejszego mikroprocesora jego firmy. Tacy goście zwykle upijają się sake w barach podających ryżowe ciasteczka z wodorostami, śpiewają hymn swojej korporacji i płaczą, a barmanowi bez końca ściskają rękę. Alfonsi i handlarze zostawiają ich w spokoju, uznając za nieuleczalnych konserwatystów: nie mają wielkich wymagań, a jeśli już mają, to bardzo uważają na swoją kartę kredytową.

Później doszedłem do wniosku, że musieli mu amputować część lewego kciuka, gdzieś za pierwszym stawem. Zastąpili go protezą, wydrążyli kikut, wprowadzili szpulkę i gniazdo uformowane z jakiegoś analogonu diamentu produkcji Ono-Sendai. A potem bardzo ostrożnie nawinęli na szpulkę trzy metry monomolekularnego włókna.

Molly wdała się w jakąś rozmowę z Magnetycznymi Psimi Siostrami, dając mi szansę wypchnięcia Ralfiego za drzwi, z torbą przyciśniętą lekko do podstawy jego pleców. Miałem wrażenie, że Molly je zna.

Usłyszałem, że ta czarna się śmieje.

Zerknąłem w górę, wiedziony jakimś ulotnym impulsem. Może dlatego, że nigdy nie przyzwyczaiłem się do tych szybujących łuków światła i cieni geodezyjnych nad nimi. Może to mnie uratowało. Ralfi szedł dalej, ale nie przypuszczam, żeby chciał uciekać. Myślę, że zrezygnował. Prawdopodobnie domyślał się już, z czym próbujemy walczyć.

Opuściłem wzrok na czas, żeby zobaczyć, jak eksploduje. Pamięć odtwarzana z pełną mocą ukazuje idącego naprzód Ralfiego i tego małego technika, który z uśmiechem wynurza się znikąd. Słaba sugestia ukłonu, potem lewy kciuk odpada. To tylko sztuczka... Kciuk wisi w powietrzu. Lustra? Druciki? Ralfi zatrzymuje się plecami do nas... ciemne półksiężyce potu pod pachami jego jasnego letniego garnituru. Wie. Musi wiedzieć.

A potem ten czubek kciuka ze sklepu z gadżetami, ciężki jak ołów, błyskawicznie zatacza łuk w górę, a łącząca go z dłonią zabójcy niewidzialna nić przechodzi poziomo przez czaszkę Ralfiego tuż powyżej brwi, wznosi się, opada, przecina kulisty tors po przekątnej, od ramienia do dolnych żeber. Tnie tak precyzyjnie, że nie płynie nawet krew, dopóki nie odpalą synapsy i pierwsze drgawki nie poddają ciała grawitacji.

Ralfi rozpadł się w czerwonym obłoku płynów organicznych; trzy niedopasowane już części potoczyły się po płytach chodnika. W absolutnej ciszy.

Poderwałem torbę i konwulsyjnie zacisnąłem palce. Odrzut niemal zgruchotał mi nadgarstek.

Musiało padać; wstążki wody spływały z potrzaskanej geodezyjnej i rozpryskiwały się na płycie obok nas. Wcisnęliśmy się w wąską szczelinę między butikiem chirurgicznym a antykwariatem. Wysunęła za róg jedno okryte lustrem oko i zameldowała, że przed Drome stoi pojedynczy moduł volksa z czerwonymi światłami na dachu. Zmiatali z chodnika Ralfiego. Zadawali pytania.

Pokrywała mnie nadpalona biała wata: tenisowe skarpety. Torba była poszarpaną plastikową bransoletą na przegubie.

– Nie rozumiem, do diabła, jak mogłem spudłować.

– Bo on jest szybki. Strasznie szybki. – Objęła rękami kolana i na obcasach kołysała się w przód i w tył. – Ma podrasowany system nerwowy. Produkt na zamówienie. – Uśmiechnęła się i pisnęła cicho z radości. – Załatwię tego chłopaczka. Jeszcze dzisiaj. Jest najlepszy, numer jeden, sam top, dzieło sztuki.

– To, co masz załatwić za dwa miliony od tego chłopaczka tutaj, to wyciągnąć stąd jego dupę. Tego twojego faceta tutaj wyhodowali w pojemnikach Chiba City. To zabójca yakuza.

– Chiba. Tak. Widzisz, Molly też była w Chibie.

Pokazała mi dłonie z lekko rozcapierzonymi palcami. Palce miała smukłe, kształtne, bardzo białe w porównaniu z paznokciami koloru burgunda. Z gniazd pod tymi paznokciami wyskoczyło nagle dziesięć ostrzy – dziesięć wąskich, obosiecznych skalpeli z błękitnej stali.

* * *

Nigdy nie przebywałem dłużej w Mieście Nocy. Nikt stąd nie płacił mi za pamiętanie, a większość regularnie płaciła sporo za zapominanie swoich spraw. Pokolenia strzelców odłupywały neony, aż w końcu zespoły naprawcze zrezygnowały. Nawet w południe łuki były czarne jak sadza na bladoperłowym tle. Gdzie można uciec, kiedy najbogatsza przestępcza organizacja świata szpera za człowiekiem chłodnymi, daleko sięgającymi palcami? Gdzie można się ukryć przed yakuzą, tak potężną, że ma własne satelity komunikacyjne i przynajmniej trzy promy? Yakuza to prawdziwa ponadnarodowa korporacja, jak ITT czy Ono-Sendai. Pięćdziesiąt lat przed moim urodzeniem wchłonęła już triady, mafię i Unione Corse.