Nawiedzony hotelTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wilkie Collins

Nawiedzony hotel


ISBN: 978-83-7785-808-0

TYTUŁ ORYGINAŁU: The Haunted Hotel & Other Stories


PRZEKŁAD: Jerzy Łoziński


Copyright © 2015 for the Polish translation

by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań


All rights reserved


ILUSTRACJE NA OKŁADCE Maciej Szajkowski

PROJEKT OKŁADKI: Tobiasz Zysk


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

NAWIEDZONY HOTEL / Tajemnice dzisiejszej Wenecji

CZĘŚĆ I / Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

CZĘŚĆ II / Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

CZĘŚĆ III / Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

CZĘŚĆ IV / Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

POSTSCRIPTUM

WYŚNIONA KOBIETA

PANI ZANT I DUCH

UPIORNE ŁOŻE

PANNA JÉROMETTE I PASTOR

MARTWA RĘKA

DO NIEBA RAZEM Z BRYGIEM!

DZIEWIĄTA!

DIABELSKIE OKULARY / Wspomnienia arktycznego podróżnika

Moje wspomnienia

Egzamin okularowy

Egzamin w Long Fellas

Prawda w krzewach

Koniec Diabelskich Okularów

Wydawca do czytelnika

NAWIEDZONY HOTEL
Tajemnice dzisiejszej Wenecji


CZĘŚĆ I
Rozdział 1


W roku 1860 lekarska sława działającego w Londynie doktora Wybrowa sięgnęła szczytów. Z godnych zaufania źródeł płynęły informacje, że jego honoraria sięgają maksimum tego, co współcześnie można zyskać dzięki praktyce medycznej.

Pewnego wieczoru, kiedy sezon londyński miał się ku końcowi, doktor zasiadł do obiadu po szczególnie męczącym przedpołudniu spędzonym w gabinecie, a przed mającymi wypełnić resztę dnia wizytami w znakomitych domach pacjentów, gdy kamerdyner oznajmił, że chciałaby się z Wybrowem zobaczyć pewna dama.

— Kto to taki? — spytał lekarz. — Jakaś nowa pacjentka?

— Tak, sir.

— Nowych nie przyjmuję poza wyznaczonymi godzinami. Proszę jej podać terminy i niech sobie idzie.

— Tak właśnie zrobiłem, sir.

— I?

— Nie chce odejść.

— Nie chce odejść? — powtórzył z uśmiechem Wybrow, który miał swoiste poczucie humoru, zaś absurdalny aspekt tej sytuacji nieco go rozbawił. — Czy ta natarczywa dama się przedstawiła?

— Nie, sir. Nie chciała podać nazwiska, natomiast oznajmiła, że zajmie panu najwyżej pięć minut, a rzecz jest zbyt poważna, by czekać do jutra. Zasiadła w gabinecie; co do mnie, nie mam pomysłu na to, jak się jej pozbyć.

Doktor Wybrow zastanawiał się przez moment. Znajomość kobiet — w profesjonalnym sensie — czerpał z ponad trzydziestu lat praktyki; poznał ich bardzo wiele, a przede wszystkim te, które nic nie wiedzą o wartości czasu, nigdy zaś nie omieszkają skryć się za tarczami przywilejów swojej płci. Zerknięcie na zegarek powiedziało mu, że już wkrótce musi rozpocząć obchód oczekujących go pacjentów, dlatego też zdecydował się na jedyne rozsądne w tej sytuacji rozwiązanie. Mówiąc inaczej, postanowił uciec.

— Czy powóz czeka pod drzwiami? — upewnił się Wybrow.

— Tak, sir.

— Świetnie. Bez najmniejszego szmeru otwórzcie mi frontowe drzwi, dama zaś na pewien czas niech sobie weźmie w posiadanie mój gabinet. Kiedy już zmęczy się czekaniem, sami wiecie, co jej powiedzieć. Gdyby zaczęła się dopytywać, kiedy wrócę, proszę ją poinformować, że kolację zjem w klubie, a wieczór spędzę w teatrze. A teraz, Thomasie, ostrożnie! Jeśli skrzypnie wam but, jestem zgubiony.

Doktor bezgłośnie wyszedł na korytarz, za nim zaś na koniuszkach palców sunął kamerdyner.

Czy dama żywiła jakieś podejrzenia? Skrzypnął but Thomasa? Była obdarzona niezwykle czujnym słuchem? Jakkolwiek brzmi wytłumaczenie, nie ulega wątpliwości, co się stało. Dokładnie w chwili, gdy Wybrow mijał swój gabinet, jego drzwi się otworzyły, a w progu stanęła dama, której dłoń spoczęła na ramieniu lekarza.

— Nie pozwolę panu odejść, sir, zanim mnie pan nie wysłucha.

Głos był cichy i stanowczy, akcent — cudzoziemski. Palce zamknęły się na barku doktora lekko, lecz nieustępliwie.

Jeżeli postąpił zgodnie z żądaniem damy, to nie z powodu jej wymowy czy zachowania. W drodze do powozu zatrzymał go milczący wyraz jej twarzy. Niczym urzeczony znieruchomiał na widok kontrastu między trupio bladą cerą a pełnymi życia i światła, metalicznie lśniącymi, wielkimi czarnymi oczyma. Pod nimi nos, usta, broda miały subtelny i delikatny wykrój, który częściej widuje się u kobiet innej narodowości niż angielska. Była bez wątpienia urodziwa, a jedyne jej wady to widmowa kompleksja oraz — chociaż to mniej było ostentacyjne — brak jakiejkolwiek delikatności we wzroku. Niezależnie od zaskoczenia zrodziła też w doktorze poczucie, które najlepiej można by nazwać profesjonalną ciekawością. Nie mógł wykluczyć, że to przypadek zupełnie nowy w całej jego praktyce. „Zdaje się — pomyślał — że warto jej jednak poświęcić chwilkę”.

Natychmiast dostrzegłszy, że zrobiła na Wybrowie niejakie wrażenie, obróciła się na pięcie i weszła do gabinetu.

Doktor podążył za nią i zamknął drzwi. Wskazał jej znajdujący się pod oknem fotel dla pacjentów. Tego letniego popołudnia nawet londyńskie słońce było oślepiająco jasne; światło spowiło ją całą. Oczy z orlą nieustępliwością nie cofnęły się przed nim, a bladość gładkiej skóry stała się bardziej przerażająca niż kiedykolwiek przedtem. Po raz pierwszy od wielu lat Wybrow poczuł, jak w obecności pacjenta jego puls rośnie.

 

Skupiła zatem na sobie jego uwagę, wydawało się jednak, o dziwo, że nie ma mu nic do powiedzenia — zupełnie jakby znienacka opanowała ją zdumiewająca apatia. Zmuszony przemówić jako pierwszy, lekarz konwencjonalnie zapytał, w czym może pomóc gościowi.

Brzmienie jego głosu jakby ją rozbudziło. Dalej wpatrzona w światło, rzekła ostro:

— Muszę zadać panu bolesne pytanie.

— Jakież to?

Kobieta powoli przeniosła wzrok z okna na twarz Wybrowa i bez śladu jakiegokolwiek wzruszenia „bolesne pytanie” zamknęła w słowach:

— Jeśli pan łaskaw, chciałabym się dowiedzieć, czy grozi mi szaleństwo?

Niektórzy poczuliby się rozbawieni, niektórzy zaalarmowani, natomiast doktor Wybrow poczuł tylko smak rozczarowania. I to ma być ów rzadki przypadek, którego spodziewał się na podstawie spiesznego oglądu? Miałaby pacjentka być po prostu hipochondryczką, której schorzenie polegało na kłopotach żołądkowych, a nieszczęście na słabiutkim umyśle?

— Czemu zgłasza się pani do mnie? — spytał opryskliwie. — Czemu nie pójdzie pani do kogoś, kto specjalizuje się w chorobach umysłu?

Odpowiedź miała już gotową.

— Nie chcę takiego lekarza z tej właśnie przyczyny, że jest specjalistą, a jako taki ma fatalny zwyczaj oceniania każdego wedle zawodowych miarek. Wybrałam pana, gdyż mój przypadek wykracza poza wszystkie miarki, a także dlatego, iż cieszy się pan sławą człowieka, który szuka w chorobach tajemnic. Czy ta odpowiedź panu wystarczy?

Był bardziej niż zadowolony, ostatecznie pierwsze jego wrażenie okazało się słuszne, a na dodatek dobrze się orientowała w jego sytuacji zawodowej. Sławę i fortunę zyskała mu umiejętność (w której nikt nie potrafił mu dorównać) wykrywania chorób na podstawie bardzo odległych ich symptomów.

— Jestem do pani dyspozycji — odrzekł. — Spróbujmy, może uda mi się stwierdzić, jak się rzecz ma z panią.

Zaczął stawiać rutynowe pytania. Szybko padały proste odpowiedzi, które nie pozwalały na żadną inną konkluzję prócz tej, że dziwna dama jest w znakomitym zdrowiu cielesnym i duchowym. Nieusatysfakcjonowany wywiadem, następnie zbadał najważniejsze organy, lecz ani ręka, ani stetoskop nie były w stanie wykryć żadnych nieprawidłowości. Z cierpliwością i oddaniem swej sztuce — co wyróżniało go już w czasach studenckich — poddawał ją kolejnym testom, których efekt był nieustannie ten sam. Nie tylko nic nie wskazywało na żadne schorzenie mózgu, lecz także nie było najmniejszych nawet oznak zakłóceń w systemie nerwowym.

— Nic u pani nie znajduję — oznajmił na koniec. — Nie jestem nawet w stanie wyjaśnić, skąd u pani taka bladość. Po prostu nie wiem.

— Moja cera to żadna zagadka — odrzekła lekko zniecierpliwiona. — Jakiś czas temu ledwie uniknęłam otrucia i odtąd nigdy już nie osiągnęłam dawnej kompleksji, a skórę zawsze miałam tak delikatną, że nawet jak się maluję, wywołuje to pieczenie. Ale to nieważne. Oczekiwałam od pana jednoznacznej opinii. Wierzyłam w pana, ale mnie pan zawiódł. — Zwiesiła głowę na piersi. — A więc to koniec — powiedziała z goryczą do siebie.

Powodowany współczuciem, a może bardziej urażoną dumą zawodową, Wybrow rzekł:

— Koniec może wyglądać inaczej, jeżeli tylko zechce mi pani pomóc.

W jej oczach znowu pojawiły się skry.

— Czy mógłby pan wyrazić się jaśniej? W jaki sposób mam panu pomóc?

— Mówiąc zupełnie jasno, madame, zjawiła się pani u mnie jak kompletna zagadka, oczekując, że bez żadnego wspomagania sztuka medyczna udzieli właściwej odpowiedzi. Medycyna może wiele, ale nie może wszystkiego. Podejrzewam na przykład, że musiało się wydarzyć coś zupełnie niezwiązanego z pani stanem fizycznym, co kazało się pani bać o samą siebie, bo przecież inaczej nie zjawiłaby się pani u mnie. Mam rację?

Klasnęła w dłonie.

— Tak, to prawda — odrzekła z ożywieniem. — Znowu zaczynam w pana wierzyć.

— To dobrze. Nie może jednak pani spodziewać się po mnie, że odgadnę duchową przyczynę niepokoju. Jednoznacznie stwierdzam, że nie ma żadnych cielesnych powodów do lęku, i nic więcej nie mogę zrobić, jeśli nie będzie pani chciała mi zaufać.

Wstała i przeszła się po gabinecie.

— A gdybym panu powiedziała? — rzekła z namysłem. — Ale nie mogłabym wymienić żadnych nazwisk.

— Nazwiska zupełnie nie są mi potrzebne. Chcę tylko faktów.

— Fakty się nie liczą — odparła. — Mogę się podzielić tylko swymi impresjami, a gdy je pan usłyszy, może mnie pan uznać za śmieszną wariatkę. Mniejsza z tym. Zrobię, co potrafię, by zaspokoić pańską ciekawość; zacznę od faktów, których pan sobie życzy, ale może mi pan wierzyć, nie na wiele się one panu zdadzą.

Usiadła. W prostych słowach zaczęła rozwijać najdziwniejsze i najbardziej nieprawdopodobne wyznanie, jakie kiedykolwiek dotarło do uszu Wybrowa.

Rozdział 2


— Pierwszy fakt brzmi zatem tak — zaczęła — że jestem wdową. Drugi, że zamierzam ponownie wyjść za mąż.

Urwała i uśmiechnęła się jakby do jakiejś swojej myśli. Doktorowi Wybrowowi uśmiech nie przypadł do gustu — było w nim coś smutnego, a zarazem okrutnego. Pojawiał się powoli, a znikł natychmiast. Nie był pewien, czy dobrze zrobił, działając pod wpływem pierwszego wrażenia. Z niejakim żalem pomyślał o czekających nań zwykłych pacjentach, z ich łatwymi do rozpoznania chorobami.

Kobieta ciągnęła.

— Z moim przyszłym małżeństwem wiąże się pewien kłopotliwy szczegół. Dżentelmen, którego żoną mam zostać, w chwili kiedy mnie poznał za granicą, był zaręczony z pewną inną damą, związaną z nim dalekimi więzami krwi, więc należącą do szeroko rozumianej rodziny. Nieumyślnie pozbawiłam ją ukochanego i zniszczyłam jej oczekiwania. Powiadam „nieumyślnie”, gdyż najpierw przyjęłam jego oświadczyny, zanim powiedział mi o wszystkim. Prawdę wyznał mi, gdyśmy się ponownie spotkali w Anglii, gdzie bez wątpienia istniało niebezpieczeństwo, że dowiem się o romansie mego obecnego narzeczonego. Byłam naturalnie oburzona, ale on miał gotowe usprawiedliwienie: pokazał mi list owej damy, w którym zwalniała go ze złożonego słowa. Nigdy dotąd nie czytałam nic bardziej dumnego i szlachetnego. Zapłakałam nad nim, ja, która nie potrafiłam uronić łzy nad własnym losem. Gdyby ów list zawierał chociażby cień szansy, że jego odbiorca zostanie rozgrzeszony, z pewnością nie zgodziłabym się zostać jego żoną. Jednak jego stanowczość — wyrażona bez gniewu, bez wyrzutów, ze szczerymi życzeniami powodzenia — ta stanowczość zatem, powtarzam, nie zostawiała mu żadnej nadziei. Odwołał się do mojego współczucia, powołał na swoją miłość do mnie. Zna pan kobiety. Także i ja miewam miękkie serce, powiedziałam więc: dobrze, zgadzam się. Za tydzień (drżę na samą myśl o tym) ma się odbyć ślub.

Dama istotnie zadrżała; musiała przerwać, aby się opanować na tyle, by mogła kontynuować. Doktor, który oczekiwał następnych faktów, pomyślał, że będzie może skazany na długą opowieść, rzekł więc:

— Proszę mi wybaczyć, że przypomnę, iż czekają na mnie złożeni dolegliwościami pacjenci. Im szybciej dojdzie pani do sedna sprawy, tym lepiej dla nich i dla mnie.

I znowu na wargach kobiety pojawił się uśmiech jednocześnie smutny i okrutny.

— Wszystko, co dotychczas powiedziałam, prowadzi do sedna. Już za chwilę sam się pan o tym przekona. Wczoraj — jak pan widzi, nie musi się pan lękać długiej opowieści — nie dalej niż wczoraj byłam jedną z osób zaproszonych na taką waszą angielską wieczerzę. Zupełnie nieznana mi dama zjawiła się późno, kiedy już wstaliśmy od stołu i przeszliśmy do bawialni. Trzeba trafu, iż usiadła obok mnie, zostałyśmy sobie przedstawione. Ja znałam ją z nazwiska, a ona mnie. To właśnie ją pozbawiłam narzeczonego, to ona napisała ów szlachetny list. Niech pan posłucha! Był pan zniecierpliwiony, nie dostrzegając w tym, co dotąd mówiłam, niczego interesującego. Chciałam, żeby pan wiedział, iż nie żywiłam żadnej wrogości wobec tej kobiety. Podziwiałam ją, współczułam jej, a zarazem niczego nie miałam do wyrzucenia sobie. Jak pan zaraz zobaczy, to bardzo ważna kwestia. Co do niej, cała sprawa została jej przedstawiona w ten sposób — mam prawo sądzić — iż wiedziała, że nie ma o co mnie obwinić. A teraz, skoro wie pan to wszystko, niech mi pan wyjaśni, jeśli pan potrafi, dlaczego, kiedy wstając, napotkałam wzrok owej damy, poczułam się zmrożona od stóp do głów, a potem po raz pierwszy w życiu ogarnął mnie dreszcz przeraźliwej trwogi.

Doktor poczuł wreszcie zainteresowanie.

— Czy było w wyglądzie tej damy coś osobliwego?

— Absolutnie nic! — brzmiała żarliwa odpowiedź. — Zaraz ją panu opiszę. Zwykła angielska dama: jasnoniebieskie zimne oczy, piękna różowa cera, niezwykle uprzejma w zachowaniu, duże, skłonne do uśmiechu usta, odrobinę zbyt pulchne policzki i broda. Tyle i nic więcej. Była naturalnie ciekawa widoku kobiety, której dano przed nią pierwszeństwo, i pojawiło się, owszem, pewne zdziwienie, że rywalka nie jest bardziej ekscytująca i piękna od niej, ale wszystko to w granicach dobrego tonu trwało ledwie kilka chwil — jak to oceniłam. Powiadam „jak to oceniłam”, gdyż owa straszliwa pasja, która zalśniła w jej wzroku, zachwiała moim zaufaniem do własnego osądu. Gdybym znajdowała się blisko drzwi, wybiegłabym z tego domu, tak mnie przeraziła. W tej natomiast sytuacji nie byłam w stanie ustać na nogach i osunęłam się na fotel. Sparaliżowana strachem wpatrywałam się w te spokojne niebieskie oczy, które teraz patrzyły na mnie z delikatnym zdziwieniem. Powiedzieć, że urzekły mnie jak wzrok węża, to właściwie nie powiedzieć nic. Czułam w nich jej duszę zaglądającą w moją duszę, ale zaglądającą, jeśli to możliwe, w sposób nieświadomy dla jej przytomnego „ja”. Zwierzam się panu z mojego wrażenia w całej jego przeraźliwości i szaleńczości. Tej kobiecie jest przeznaczone (chociaż sama o tym nie wie) stać się w moim życiu geniuszem zła. Jej niewinne spojrzenie dojrzało we mnie złe skłonności, których sama nie byłam świadoma do chwili, gdy poruszyły się pod tym wzrokiem. Jeśli w dalszym życiu popełnię jakiś błąd, może nawet posunę się do zbrodni, ona weźmie na mnie pomstę, aczkolwiek bez świadomego w tej mierze postanowienia, tego jestem pewna. W niemożliwym do opisania momencie poczułam to wszystko i mniemam, że dało się to dostrzec na mojej twarzy, czym ona musiała się poczuć poruszona, gdyż odezwała się życzliwie:

— Chyba gorąco tutaj jest zbyt wielkie dla pani; czy mogę zaproponować moje sole trzeźwiące?

Pamiętam tylko te uprzejme słowa, gdyż już w następnej chwili zemdlałam. Kiedy odzyskałam przytomność, wszyscy goście już się rozeszli, a przy mnie była jedynie pani domu. W pierwszej chwili nie mogłam wydobyć z siebie nawet słowa; wróciła mi świadomość, ale z nią owo przeraźliwe poczucie, które przed chwilą usiłowałam opisać. Gdy wreszcie odzyskałam mowę, poprosiłam ją, aby powiedziała mi wszystko, co wie, o kobiecie, której rywalką nieumyślnie się stałam. Widzi pan, żywiłam słabiutką nadzieję, że może wcale nie ma takiego dobrego charakteru, że może ów pełen godności list był w istocie podszyty hipokryzją, mówiąc krótko, że w istocie mnie nienawidziła, a tylko sprytnie to ukrywała. Otóż nie! Dama ta od dzieciństwa była przyjaciółką pani domu, która właściwie traktowała ją jak siostrę i żywiła przekonanie, iż jest ona tak dobra, niewinna i niezdolna do jakiejkolwiek nienawiści, jak gdyby była prawdziwą świętą. Tak oto rozpadła się moja ostatnia nadzieja, że to, co poczułam, stanowiło swego rodzaju przestrogę w zetknięciu z prawdziwym wrogiem. Była jeszcze jedna rzecz, którą mogłam zrobić, i nie cofnęłam się przed nią. Udałam się do człowieka, którego mam poślubić, i poprosiłam, aby zwolnił mnie ze złożonego mu przyrzeczenia. Odmówił, na co powiedziałam, że w takim razie sama zerwę zaręczyny. W odpowiedzi pokazał mi listy od swego rodzeństwa — sióstr, braci — i od przyjaciół, listy namawiające go do tego, aby się raz jeszcze zastanowił, zanim pojmie mnie za żonę, a pełne zupełnie kłamliwych informacji o moich wybrykach w Paryżu, Wiedniu i Londynie. „Jeśli nie wyjdzie pani za mnie — powiedział — przyzna pani, że to wszystko prawda, że boi się pani wejść w towarzystwo jako moja małżonka”. I cóż miałam na to odpowiedzieć? Nie sposób było z nim polemizować, miał rację: gdybym obstawała przy swojej odmowie, bez reszty zrujnowałabym swoją reputację. Zgodziłam się zatem na ślub, ustaliliśmy termin i zostawiłam narzeczonego samego. Minęła noc i oto zjawiam się tutaj w głębokim przekonaniu, że ta niewinna kobieta jest skazana na to, aby mieć fatalny wpływ na moje życie. Zjawiam się ze swoim pytaniem u jedynego człowieka, który może na nie odpowiedzieć. Zatem po raz ostatni, sir: czy jestem demonem, który zobaczył anioła zemsty? Czy tylko biedną niewiastą zwiedzioną przez twory rozwichrzonego umysłu?

 

Doktor Wybrow powstał, zdecydowany zakończyć rozmowę.

To, co usłyszał, zrobiło na nim silne, przejmujące wrażenie. Im dłużej słuchał pacjentki, tym silniejsze miał poczucie, że musi być niegodziwa. Na próżno usiłował wzbudzić w sobie współczucie dla niej jako osoby o bardzo rozbudowanej wyobraźni, świadomej drzemiących w każdym z nas skłonności do zła i z rozmysłem usiłującej otworzyć swe serce na oddziaływanie lepszej części jej natury. Próbował — ale bez skutku. Instynkt zdawał mu się podpowiadać: „Strzeż się, by jej nie uwierzyć”.

— No cóż, swoją opinię już pani przedstawiłem. Nauka medyczna, którą znam, nie pozwala znaleźć u pani żadnych oznak umysłowego rozchwiania ani też jego zapowiedzi. Jeśli chodzi o wrażenie, którym zechciała się pani ze mną podzielić, powiedzieć mogę tylko tyle, że, jak się zdaje, bardziej wymaga ono porady duchowej niż medycznej. O jednym wszakże chciałem zapewnić: wszystko, co pani powiedziała w tym pokoju, nie wydostanie się poza jego ściany. Zachowam tylko dla siebie pani wyznanie.

Z posępną rezygnacją kobieta wysłuchała go do końca.

— To już wszystko? — zapytała.

— Tak, to wszystko.

Położyła na stole małą kopertę z pieniędzmi.

— Dziękuję panu, to pańskie honorarium.

Z tymi słowami powstała. Czarne oczy wpatrywały się przed siebie z wyrazem tak głębokiej i tak straszliwej desperacji, że lekarz, nie mogąc znieść widoku tej udręki, odwrócił głowę. Znienacka poczuł wstręt do samej myśli o tym, że miałby od swego gościa wziąć cokolwiek — nie tylko pieniądze, lecz także jakikolwiek przedmiot, którego dotknęła. Nie spoglądając na niewiastę, powiedział:

— Proszę to zabrać. Nie chcę za pani wizytę żadnego wynagrodzenia.

Nawet go nie usłyszała. Nadal wpatrzona w przestrzeń, wolno powiedziała do siebie:

— Niech zatem się wszystko dopełni. Rezygnuję z walki, poddaję się.

Pociągnął za dzwonek i odprowadził ją do holu. Jednak w chwili gdy kamerdyner zamykał drzwi za kobietą, lekarza dźgnął nagły impuls ciekawości, zupełnie niepodobny do niego, a zarazem nieodparty. Czerwieniąc się jak uczniak, powiedział:

— Idźcie za nią i ustalcie, jak się nazywa.

Służący spojrzał na swego pana tak, jakby nie dowierzał własnym uszom, napotkawszy jednak jego nieruchome spojrzenie, wiedział, co to znaczy. Chwycił kapelusz i wybiegł na ulicę.

Wybrow tymczasem wrócił do gabinetu. Nagle poczuł jakiś dreszcz obrzydzenia. Czy ta kobieta mogła posiać w domu jakieś zarazki zła, które dosięgły już jego samego? Co to za czort kazał mu się tak poniżyć w oczach kamerdynera? Postąpił wręcz nikczemnie, każąc uczciwemu człowiekowi, który od lat służył jego rodzinie, zamienić się w szpiega! Sama ta myśl tak go kolnęła, że wybiegł do holu i otworzył drzwi wyjściowe. Kamerdyner już znikł, nie sposób więc go było przywołać z powrotem. Wybrow miał na szczęście gdzie umknąć przed wzgardą wobec siebie: tę możliwość zapewniała mu praca. Wsiadł do powozu i ruszył do swoich chorych.

Jeśli zdarzyła się okazja, kiedy słynny lekarz mógł nadwątlić swoją reputację, było tak tego właśnie dnia. Nigdy wcześniej nie zrobił tak złego wrażenia na klientach, nigdy wcześniej nie odkładał na jutro recept, które trzeba było wypisać dzisiaj, ani opinii, które należało wygłosić natychmiast. Wracał do domu wcześniej niż zwykle i bardzo z siebie niezadowolony.

Kamerdyner był już w domu. Doktor Wybrow wstydził się go wypytywać, ale tamten zdał raport niepytany.

— Dama, która pana odwiedziła, to hrabina Claudia Naronne. Mieszka…

Nie słuchając dalszych szczegółów, lekarz krótkim skinieniem głowy potwierdził, że dosłyszał nazwisko, i wszedł do gabinetu. Honorarium, którego nie chciał przyjąć, dalej leżało na stole. Włożył je do dużej koperty, zaadresował: „Datek na ubogich” i wezwawszy kamerdynera, kazał mu nazajutrz zanieść to do najbliższego sądu pokoju. Służący zadał zwykłe pytanie:

— Czy kolację zje pan dziś w domu, sir?

Wybrow po chwili wahania odpowiedział:

— Nie, zjem w klubie.

Najłatwiejsza do uciszenia z moralnych sił człowieka nazywa się „sumienie”. W jednej sytuacji jest najostrzejszym, najbardziej nieprzejednanym sędzią człowieka, w drugiej pozostaje z nim w jak najlepszej, przyjaznej i zgodnej komitywie. Kiedy doktor Wybrow po raz drugi wychodził z domu, nie zamierzał nawet ukrywać przed sobą, że w tej chwili kwestią najbardziej go interesującą było to, co też w świecie mówi się o hrabinie Naronne.