Działka i ja

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wilhelmina Skulska

Działka i ja

Saga

Działka i ja

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1979, 2021 Wilhelmina Skulska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726883121

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Przyjął się zwyczaj, że autor piszący o ludziach współcześnie żyjących zastrzega sobie z góry umowność postaci, miejscowości, dat. Ludzie stali się wrażliwi, skłonni do obrazy o byłe co, czasami także o to, kiedy się o nich nie wspomina. Nic z tych rzeczy w mojej książeczce. Miejscowości są jak najbardziej autentyczne, wydarzenia miały miejsce, osoby występujące noszą własne nazwiska, z wyjątkiem tych, których należałoby zganić. W tego rodzaju przypadkach, zresztą nieczęstych, uży wam imion fikcyjnych. Z pewnością popełnię niejedną omyłkę, fatalne nietakty. Na wszelki wypadek zastrzegam się: reklamacje po zakupie książki nie będą uwzględniane. Podziękowania przyjmuję osobiście.

Działkowicz ze wsi Dębe

Rozdział pierwszy

Obca była mi zawsze myśl posiadania własnej działki. Jak dobrze być wolnym ptakiem! Działka, na której byłabym zmuszona spędzać każdą niedzielę, piątek i świątek? Nonsens. A jednak stało się. Winna była Olga i jej krajan — Tusiak, który pewnej upalnej niedzieli podniósł słuchawkę telefoniczną i zaproponował...

róciliśmy właśnie do kraju po sześcioletnim pobycie w Paryżu, gdzie Andrzej pełnił służbę dyplomatyczną. Ja zaś, „przy mężu” wdrażałam się bez większych sukcesów w rolę żony dyplomaty, pisząc pod panieńskim nazwiskiem korespondencje do „Życia Warszawy”.

Rodzina nasza składała się — i na szczęście nadal w tym zespole egzystuje — z czterech osób: mąż, ja, dwie córki, wówczas, dwanaście lat temu, w wieku szkolnym, oraz psa.

Pies był starszym szczeniakiem, samcem i miał na imię Sorka. Jego matka, która przeżyła z nami wiele lat, nazywała się wbrew naturze — Kajtek. Być może freudysta zrozumiałby, dlaczego z reguły ukrywamy płeć naszych czworonogów.

Po powrocie z zagranicznej placówki sytuacja wcale nie była zabawna. Wyobcowanie się na skutek kilkuletniej nieobecności ze środowiska, z zawodu rodzi nieuniknione stresy. Tyle tylko, że nikt nie zamierzał nam tej readaptacji ułatwiać. Jeżeli już, to wręcz przeciwnie! Znane prawdy o polskim piekiełku dają się każdemu we znaki. — Napieściliście się Paryżem? No to teraz, bracie, do czyśćca!

Reguły kiepskiej gry stały się dla nas tym bardziej dotkliwe, że dołączyły się do nich przypadki losowe. Andrzej, jeszcze w Paryżu, zachorował na oczy. Stracił jedno w wyniku ciężkiej infekcji. Okazało się, że w czasie pobytu w Azji, gdzie prowadził w imieniu naszego kraju rokowania handlowe, przyswoił sobie wirusa, noszącego nazwę toksoplazmozy. Wirusy te mogą współżyć pokojowo z organizmem ludzkim przez długie lata, nawet do końca życia. Ale mają taki świński obyczaj, nieobcy czasem i ludziom, że atakują w chwilach słabości. Uszkadzają z reguły organy, związane z mózgiem — układ nerwowy, wzrok. Powrót do pracy po ciężkiej chorobie, z częściowym kalectwem nigdzie nie jest łatwy. Uwzględniając zaś reguły gry w znanym nam piekiełku... Nie ma złego pretekstu dla dobra konkurentów. O jednego mniej!

Nie lepiej i mnie się powiodło. Mijały miesiące, pracy znaleźć nie mogłam, a koledzy — redaktorzy naczelni, którzy tak gorliwie eksploatowali telefon paryski, nagle zapomnieli o warszawskim. Po dwudziestu latach pracy w zawodzie? Wesoło jak w tingel-tanglu. Zdobyłam się w końcu na rozmowę z pewnym dygnitarzem (byłym), cierpiącym na organiczny brak poczucia humoru, co — podejrzewam — przyczyniło się niemało do fiaska jego kariery. Kiedy zapytał, w jakiej sprawie przychodzę, powiedziałam dwa słowa o swoich kłopotach i zgłosiłam wniosek racjonalizatorski: ponieważ wracający z zagranicy muszą jakoś swoją nieobecność okupić, proponuję automatyczny wymiar kary — grzywnę, z zamianą na pobyt w zakładzie karnym. A później już chcielibyśmy odzyskać prawa obywatelskie.

Nawet się nie uśmiechnął, ale zapytał, w jakiej redakcji czy dziale winszuję sobie pracować. Podałam specjalizację, w której, zdawało się, zdobyłam spore doświadczenie. Otrzymałam zupełnie inny dział, i to za dobre pół roku.

Taka była sytuacja mojej rodziny, kiedy w nasze życie wkroczył nowy faktor — działka! A zaczęło się, jak prawie wszystkie wydarzenia dobre czy złe, ale losowe — od przypadkowego telefonu.

Zadzwonił Anatol Potemkowski.

— Dzień dobry. Co słychać? Jak lepiej, to już nie najgorzej. Wiesz? Znam jedną panią, która ma działkę.

— A ja poznałam taką, która ma jamnika.

— Co tam jamnik. Brakuje mu dwóch nóg, a ta działka jest nad Zalewem Zegrzyńskim. Na niej domek za jedne dziewiętnaście patyków. Widok na jezioro bezpłatny.

Anatol jest satyrykiem. Pod firmą „Megan” publikuje co tygodnia „Szpilkowe” „Dzienniki zażaleń” z szokującą każdego wyrobnika pióra regularnością od dziesiątek lat. Co tydzień nowy koncept i prawie zawsze do śmiechu. Może znowu żartuje? Tym razem nie. Okazało się, że jutro, w niedzielę, zjeżdża do tej pani na działkę mnóstwo osób, między innymi Kazimierz Rudzki ze swoją żoną Walą. Jest bywalcem u pani Olgi, zna drogę, będzie nas pilotował.

Anatol i Olga Bielska pochodzą z Łucka. Chodzili tam razem do szkoły. Minęło przeszło trzydzieści lat, wciąż o sobie pamiętają. Imieniny, działka. Ciekawe! W wariantach rozmaitych układów funkcjonuje niezgorzej regionalny: łodzianie, krakowiacy, zakopiańczycy.

Właściwie dlaczego nie pojechać? Mamy się spotkać na Żeraniu, koło fabryki samochodów. Skrót FSO, znany dziś przedszkolakom, nie był jeszcze wówczas w użyciu. Jest rok 1965. Zmodernizowana syrenka stanowi szczyty marzeń kandydatów motoryzacji. Trwają gorączkowe przygotowania do wypuszczenia w świat pierwszego fiata 125 p. W prasie ukazał się nieśmiały artykuł o potrzebie zaplanowania (w przyszłości!) produkcji małego, taniego samochodu. Śmiałek ze Śląska zabiera głos na konferencji wojewódzkiej, postulując masową produkcję małego samochodu. Nie ma odwagi zaproponować budowy nowej fabryki od podstaw. Przypomina o istnieniu starej kuźni w miejscowości Bielsko-Biała. Jest tam kadra, nie brak ambicji... „Podsumowano” go w końcowym przemówieniu. Dziś jest naczelnym dyrektorem w fabryce produkującej maluchy. Czasami ryzyko się opłaca!

Ale wybiegam naprzód. A więc wtedy, dziesięć lat temu, jedziemy konwojem na Nieporęt, który był nie znaczącym punktem na mapie województwa warszawskiego, na Rynię, gdzie rodził się, nie bez błędów i omyłek, wielki ośrodek kempingowy resortu budownictwa. Po drodze miała się znajdować posiadłość pani Olgi — znanej aktorki charakterystycznej.

Zanim jednak dobrniemy na miejsce, nasz przewodnik, pan Kazimierz Rudzki — aktor i profesor Wyższej Szkoły Teatralnej — zwany w gronie spoufalonych Kaziem, zarządzał postoje, których przyczyna wyjaśni się za chwilę. Otóż aktywność obywatelska pana Kazimierza (dziś już niestety nieżyjącego) znajdowała na tej krótkiej trasie argumenty potwierdzające jego postawę optymisty dydaktyka. Zatrzymywał swój samochód. Wszyscy stawali. Wysiadał. My za nim w przekonaniu, że wóz mu nawalił. Nie u Kazia! Musiał podzielić się z nami zachwytem nad nowym kioskiem:

— Popatrzcie! Przed miesiącem nie można było kupić papierosów w tej okolicy, gazety. Trzeba było zjeżdżać na wieś. Proszę! Dziś placówka handlowa obsługuje zmotoryzowanego klienta.

Przy okazji nowo asfaltowanego odcinka znowu zachwyt naszego pozytywisty i wykład: — Do niedawna można tu było złamać resory. A dziś?

Co było robić? Malkontenctwo było wówczas mniej modne aniżeli dziś, choć powodów do niezadowolenia znacznie więcej. A więc wysiadaliśmy, wsiadaliśmy, wyrażając słowa aprobaty i ja, i Anatol, i moja współpasażerka oraz sąsiadka z warszawskiej kamienicy — pani doktor Irena Małcużyńska, która w towarzystwie dwojga w miarę nieznośnych dzieci towarzyszyła mi w czerwcowym weekendzie.

Dojechaliśmy do rozstaju dróg, na którym drogowskaz „Nieporęt” proponował skręt na prawo. Jeszcze kilka kilometrów oddychamy wyziewami elektrowni żerańskiej i nagle, zupełnie niespodziewanie, rozpościera się przed nami wielka, nie zamknięta aż po horyzont — woda. Biały żagielek, łódka, dwie pary harmonijnie wiosłujących rąk i cisza, niebieskie piękno, tuż pod bokiem Warszawy. Nikt mnie nie przekona, nawet piosenka folklorystycznego zespołu, że równina mazowiecka może konkurować z urokiem krajobrazu górskiego czy nadmorskiego. Nie ma urody bez jeziora, morza, górzystego wzniesienia. No i dorobiliśmy się! Wielkie jezioro dwadzieścia kilometrów od stolicy. Tylko zagospodarować, żeby służyło człowiekowi. Wprawdzie tafla wody imponowała swoim ogromem, ale brzegi były ubożuchne, rude, nie zagospodarowane.

Pierwszym bodaj inwestorem na własny rachunek i z prywatnych środków jest pani Olga. Zresztą ją poznam! Jesteśmy u celu.

Na powitanie śpieszy fertyczna brunetka, „posiadaczka” skrawka ziemi 20 na 20 metrów. Domek, jak za dziewiętnaście tysięcy. Na reklamie wyglądał jak prawdziwy. Wnętrze według własnego projektu i wykonania. Mąż, Olgierd, także aktor, jeździł po kraju z Mieczysławą Ćwiklińską dorabiając „na działkę”. Spektakl: Drzewa umierają stojąc szedł kompletami. Wszyscy byli już śmiertelnie zmęczeni, poza panią Mieczysławą, choć miała za sobą dobrych dziewięćdziesiąt lat życia. Olgierd musiał się gimnastykować między apodyktycznością niesłychanie żywotnej aktorki i pretensjami własnej żony. I tak między jednym a drugim spektaklem wyskakiwał na działkę podlewać kwiatki, grodzić, budować tarasik, który powiększy metraż mini-domku. — Jak dojeżdżają na Zalew? — Autobusem. Przy alternatywie: samochód czy działka, wybrali fragment zieleni, domek z trzciny. Olga wita krajana z Łucka szeroko otwartymi ramionami. — Przywiózł znajomych? Nie przestraszy jej hufiec szkolny z dętą orkiestrą. Gość w dom...

 

Gości w tym domku i w plenerze nie brakowało. Pokrzykiwali wesoło, grali w brydża, popijali napoje, niekoniecznie bezalkoholowe. Przynajmniej pół kopy ludzi w towarzystwie sporej gromadki czworonogów. Psy kłębiły się i walczyły o ogryzioną do naga kość, właziły na siebie nie zawsze w celu przedłużenia gatunku. Dwa buldogi właścicielki, nie skrępowane obłudą towarzyską, demonstrowały prawo pierwszeństwa do tego skrawka ziemi. Najwięcej spokoju wykazywał Olgierd — gospodarz. Nie widział psów, ludzi i swojej żony, która dwoiła się i troiła, podając kanapki i bigos, pitraszony zapewne w nocy, po spektaklu. Nie rozróżniała już ze zmęczenia (patrz rozkosze „posiadania”!) gości, podając dzieciom cocktaile, dorosłym oranżadę. Wszystko to biegiem, do domku i w plener, non stop. Na tym tle Olgierd, podlewający róże, wyrównujący z pedanterią żywopłot, zdawał się ostoją równowagi i porządku. A kiedy mały Karolek, syn pani doktorowej Małcużyńskiej, potrącając czwórkę do brydża, skoczył wraz z buldogiem i cudzym pontonem do wody, popiskując radośnie, pani Wala, żona Kazia, nie wytrzymała, mówiąc surowo i nie wiadomo dlaczego pod moim adresem:

— Jak można w ten sposób zachowywać się na cudzej działce!

Właściwie miała rację. Trzeba się zmyć, i to prędko. Po licho ludziom w ogóle działki? Mieszczańska, przepraszam — drobnomieszczańska chęć posiadania. A w rezultacie tylko kłopoty, zobowiązania, wydatki. I niewolniczy charakter związania człowieka z czterystu metrami podwarszawskiej ziemi. Bo kwiatki schną, dach cieknie i ktoś tam przyjedzie w upalną niedzielę, zapuka do drzwi: — A kuku! Nie ma to jak warszawska niedziela. Szlafrok, zaciemniony pokój i czas na porządki w szafie. W imię czego nosić wodę z jeziora i czytać przy naftowej lampce? Słowików i tak nie słychać. Psy zaszczekają, motoryzacja zagłuszy.

Irena M. potakiwała moim wywodom. Anatol nie miał watpliwości co do błędów w sztuce życia, jaki między innymi stanowi pokusa posiadania. Pan Kazimierz nie wytrzymał nerwowo. Uciekł cichcem do miasta.

Wszystko zaś, co rozegrało się później, nie miało nic wspólnego z rozsądkiem, zdrowym rozumem. A może przeciwnie? Rok nie minął, kiedy Kazio został sąsiadem Olgi. Irena M. wraz z Karolem nabyli wyeksploatowaną budę cyrkową, którą pani doktor sama wyreperowała i postawiła nad Narwią, zaś Karol — number one dziennikarstwa polskiego (jak ustaliła ankieta redakcji „Polityki”), w tej swojej budzie cyrkowej odnowił kontakt z przyrodą, znaną mu dotychczas ze szkolnych podręczników.

A koleje losu naszej rodziny? Jabłoń szczepiona przez męża czterema gatunkami owocu! Dzika grusza owocująca trzema gatunkami gruszek: „Konferencją”, „Czerwonym Williamsem”, takimże „Zielonym” i... jedną gałęzią jabłek „Wealthy”. Zapewne, wielu Miczurinów chodzi po świecie, ale żeby mój mąż? I to absolwent trzech humanistycznych wydziałów, roztrzepany okularnik, który przez całe swoje życie gwóźdź wbijał w ścianę od strony główki. Kiedy zaś profesor Rejman dziesięć lat później przyśle mi w prezencie skrzynkę wspaniałych jabłek gatunku „Fantazja”, której jest autorem — Andrzej nie bez racji chlubi się własną „Fantazją”, której zresztą nie ma jeszcze na rynku. Przepraszam, profesorze! Nasza jest znacznie piękniejsza, bardziej kolorowa.

I w ten oto sposób, spowodowana babskim gadulstwem, zdradziłam epilog przygody z działką. Przyrzekam. Błąd naprawię. Zaczynam jeszcze raz od początku. A było to tak: dwa dni chodził za mną obraz zielonego piekła u Olgi (zdążyłyśmy wypić „brudzia”), szczekania psów i biegu na przełaj z herbatą, bo gość ma pragnienie. A później, po jakimś czasie, niemiłe szczegóły niedzielnego weekendu rozpłynęły się w niepamięci i po niedzielnym rekonesansie pozostała mi w pamięci wyspa zieleni i słońca, sąsiedztwo wielkiej wody i domek, wkomponowany w kępę kosodrzewiny. Jakże cudowne byłoby posiadanie azylu przed miejskim zaduchem, brutalnością motoryzacji i telefonem, którego nie wyłączamy w przekonaniu, że może nam przynieść lada chwila nowinę niezmiernie ważną, okazję bezpowrotnie straconą. Słowem, jak rozpocząć starania o zakupienie własnej działki? Nic prostszego jak zadzwonić do Olgi!

— Dzięki za wspaniałą niedzielę. Cudownie sobie odpoczęłam... — I po chwili: — Olga! Nie ma tam czegoś u was w pobliżu?

Nawet się nie zdziwiła.

— Jest, czemu nie, tuż obok. Działka niewielka, ale zadrzewiona. Należy do rolnika biedaka. Za dużo dzieci, za mało ziemi. Teraz się trochę podreperował. Ceny ziemi na Zalewie pędzą w górę. Przyjechałaś z zagranicy, masz forsę. Dogadasz się ze starym Szymonem.

Lubię jasne sytuacje:

— Czy nie lepiej spotkać się z tym waszym biedakiem u rejenta? Chciałabym kupić w sposób legalny ten kawałek ziemi.

— Legalny? — zdziwiła się Olga.

I od tego pytania rozpoczęła się historia walki o działkę, której finał, można powiedzieć, dramatyczny, rozegra się w rok później.

Otóż pan Szymon był w samej rzeczy posiadaczem pasma nieużytków, graniczącego z Zalewem. Fakt ten jednak nie został nigdzie odnotowany. Kupił ten kawałek kiepskiej ziemi jego dziadek „na słowo”, to znaczy bez aktu notarialnego. Wnuk może dokonać sprzedaży, podpisując swoją akceptację na skrawku papieru wyrwanego z zeszytu swojego syna. Ludność miejscowa święcie honorowała w dawnych latach tego rodzaju transakcje. (Nikt wówczas nie wierzył w możliwość uporządkowania prawnego obrotu ziemią, co ciałem się stało dziesięć lat później.) Olga mnie lojalnie uprzedza: pewien sprytny warszawiak, architekt z zawodu, otrzymał już lokalizację, to znaczy zezwolenie na budowę domku kempingowego na terenie tejże działki, którą ja zamierzam kupić u pana Szymona.

— To ten Szymon jest oszustem. Dwa razy sprzedaje tę samą ziemię.

— Ależ skąd. Urząd rozdaje lokalizację, a rolnik sprzedaje ziemię. Każdy sobie, nic nie wiedząc o tym, co robi ten drugi.

— Zaraz. To ja mam kupić ziemię, zapłacić drogie pieniądze, a ten architekt postawi na niej swój domek i będzie w nim spędzał weekendy?

— Musisz się z tym właścicielem lokalizacji dogadać — powiedziała Olga. — Albo z inżynierem Lendzionem. Jest kierownikiem wydziału architektury i urbanizacji wojewódzkiej rady (w tych latach była rada stołeczna i wojewódzka!). Spróbuj. Ten Lendzion to twardy człowiek!

Należało chyba jednak rozpocząć starania od pertraktacji z rolnikiem.

— Może mu coś przywieźć?

— Jakbyś nie wiedziała co!

Zabrałam butelkę. Na wszelki wypadek, jeżeli zaklepiemy transakcję...

Rozdział drugi

Żeby nabyć książkę, kożuszek, samochód — trzeba posiadać pieniądze lub partycypować w systemie ratalnym. Dla nabycia działki nie wystarczyła chęć szczera, poparta gotówką. Tereny turystyczne, czyli tak zwane nieużytki, należały do gospodarzy, którzy poczuli pierwsi, skąd wiatr wieje. I w ten sposób nastąpiło moje pierwsze zetknięcie się z prawem renty gruntowej...

rzeba wybrać się na rozmowę z panem Sz. Jeśli nie ma prawa sprzedać tego kawałka ziemi, to może mi wydzierżawi? Prawo dzierżawy wieczystej opiewa na 99 lat. To mi chyba wystarczy. Nie przewiduję tak gwałtownego postępu medycyny.

Na wstępie muszę choć pokrótce opisać plan tego terenu, na którym zaprojektowałam sobie niedzielę, wolne soboty (coraz ich więcej!), może nawet urlopy? Wyobraźcie sobie pasmo wybrzeża, ciągnące się między Nieporętem a Rynią. Wielu warszawiaków zna tę okolicę, bywa tam często, jeżeli uda się gdzieś w pobliżu zaparkować samochód czy motor. W owych czasach czynność ta nie przedstaw wiała żadnych trudności. Opisywany teren podzielony został na szereg małych podłużnych pasków. To działki!

Na jednej znakomity aktor warszawski — Jan Świderski — kosi trawę, kształtując na obszarze nie większym od sporego mieszkania prawdziwie angielski trawnik. Obok piosenkarka — sława lat 60-tych — czarnowłosa Jadwiga Prolińska, sprowadziła z Kurpiów starą opuszczoną chałupę, z której — choć podjedzona jest mocno kornikami — uczyniła zaciszny, uroczy kącik. Gdzieś między Jankiem, Olgą a Jadwigą pozostało wąskie pasemko piaszczystej ziemi. W sam raz dla mnie. O ten skrawek będę prowadzić wielką batalię. Tu stanie mały domek, wokół którego wystrzelą malwy. Andrzej twierdzi, że woli sztamowe róże. Niech będą róże.

Wróćmy jednak do problemu zakupu działki. Znowu przyjeżdżam do Olgi, która przyrzekła pomagać mi w pertraktacjach. Jest dzień powszedni. Nad Zalewem cisza. Niedzielne ożywienie, wywołane przez przyjezdnych oraz ich czterokołowe pojazdy, winduje z miejsca ceny działek w górę. Niezachwiane prawo renty gruntowej. Niech to diabli! Nauczona doświadczeniem, ostrzegam potencjalnych kandydatów indywidualnej turystyki: nie przyjeżdżajcie w sprawie nabycia działki w niedzielę ani w czasie skupu truskawek czy dojrzewania wczesnych a drogich jabłek. Najlepszy czas to styczeń, luty. Kiedy pieniądze za jesienne jabłka stopniały, a do zbioru truskawek jeszcze daleko. W przeciwnym wypadku brat rolnik złupi was bez litości.

Nie doceniłam jednak pana Szymona. Wiedział aż nadto dobrze, że urodziło mu się złote jajko. Niedługo będzie sprzedawał działki za dewizy. Na szczęście towarzyszyła mi Olga. Jej słowa wiele ważą na Zalewie, przynajmniej na odcinku od Nieporętu do Ryni. Sąsiedzi mówią: Olga to facet! Największy komplement.

Że „facet”, świadczy historia, którą opowiedział mi o swojej sąsiadce Janek, ów wspaniały aktor. Jego domek w stylu góralskim wykańczali dwaj młodzi zakopiańczycy. Mieszali cement ze żwirem na pograniczu działki Olgi, która będąc u siebie, urządziła sobie solarium. Na widok nagiej kobiety jeden z chłopaków wykrzyknął: — Popatrz! K...!

„Brzydkie” słowo dotarło do uszu Olgi, która nie zwykła się o byle co obrażać. Na drugi dzień wsadziła pod wdzianko butelkę (oczywiście nie oranżady!) i wybrała się z wizytą do górali. Siadła, wyjęła trzy kieliszki.

— Napijemy się, chłopaki? — No to wypili. Pod koniec wizyty, kiedy już wspólnie sobie pośpiewali, Olga pyta:

— A teraz powiedzcie mi, dlaczego wyzywacie mnie od k...?

— My? — oburzyli się. — My ino tak z podziwu!

A jednak i Olga — znakomity kumpel — nie dała sobie rady z panem Szymonem. Nagle zmienił front: nigdy nie zamierzał wyzbyć się ukochanej ziemi. Ten widok, klimat... Przywiązania nie można oceniać w złotówkach. Jeżeli jednak sprzeda, to najmniej za sumę czterdziestu pięciu tysięcy złotych. I muszę okazać mu lokalizację, taką ze znaczkami stemplowymi. Wiedział aż za dobrze, że prawo do budowy „zaklepał” sobie w radzie narodowej architekt, który miał „chody”. Prędzej czy później przyjdzie do niego kupować działkę. Niech się na tej aukcji panowie z miasta kłócą. On swoje zarobi!

Nie wszyscy może wiedzą, co znaczy magiczne słowo: lokalizacja. Formalnie — zezwolenie na budowę domku w określonym miejscu. Faktycznie — zgodę na zagospodarowanie skrawka nieużytków dla celów turystyczno-wypoczynkowych.

— Musisz wygrać z tym architektem — zachęcała mnie do walki Olga. — Tylko uważaj na jego „powiązania” Zniszczy cię!

Jeżeli mam zostać „zniszczona”, ryzykuję i wybieram się na Filtrową do Wojewódzkiej Rady Narodowej. Na trzecim piętrze, w końcu korytarza, skromnie usytuowany, mieści się wszechwładny wydział do spraw architektury, urbanistyki, budownictwa. W rękach kierownika tego wydziału leży mój los. To on rozstrzyga o lokalizacji.

Rozstrzygnął szybko i odmownie. Prawo budowy zostało wydane, a że domek ma stanąć na działce, która pozostaje własnością rolnika, niech się z nim procesuje. — Kto z kim? — Ten rolnik z posiadaczem lokalizacji. Okaże się, kto silniejszy.

No to wybrałam się do pana Szymona. I trzeba powiedzieć, że nie zabrakło mi na tej krzyżowej trasie odrobiny szczęścia. Ów architekt miał może plecy, chody i powiązania, ale zabrakło mu umiaru. Załatwił sobie na wszelki wypadek lokalizację na kilka działek. Miał głowę do interesów. W dodatku pan Szymon dowiedział się, że nie poznany właściciel jego ziemi mówi o nim per „chłopek’’. Oj, tego nie lubił. A więc po dłuższych zabiegach oraz ingerencji Olgi zgodził się wreszcie przyjąć ode mnie dwadzieścia pięć tysięcy złotych zadatku. Przy sposobności wspomniał, że małżonka cierpi na reumatyzm. Gdyby tak zagraniczne lekarstwa, i to najlepiej w zastrzykach?... Kiedy je przywiozę wraz z lokalizacją — ubijemy interes.

 

No to wybieram się na Filtrową, żeby złożyć odwołanie. Mam argument przeciwko konkurentowi: jego nadmierny apetyt. Czekam cierpliwie na rozmowę z kierownikiem — inż. Lendzionem. W międzyczasie oglądam z przejęciem rozpiętą na ścianie mapę zagospodarowania Zalewu i dopiero teraz nie rozumiem, gdzie jest ten pies pogrzebany! Plan zakreśla miejsca, przeznaczone na społeczną zabudowę: ośrodki, przystanie, plaże. Pozostają tylko małe enklawy, położone na terenach erozyjnych. Zadaję sobie nie wiem po raz który pytanie: czy trudności wynikają z biurokracji i nieudolności, czy też stwarzane są świadomie, by była okazja do stosowania praktyki ulg wypraszanych i wyjątkowych? Rozkosze władzy! Móc czynić dobrze, i to nie własnym kosztem. Chyba tu leży poszukiwany grób enigmatycznego pieska.

Zaważyła — w tamtych latach naturalnie — niechęć pryncypialna i nie ukrywana do działkowiczów. Konsumenci! Osobnicy podejrzani, którzy zamiast popijać w barze — majsterkują na własnym kawałku ziemi. Klimat był tak dalece nieprzychylny, że kandydatów, którzy nie obawiali się zaryzykować swojego dobrego imienia, nie znalazło się znów tak wielu. I znowu „do przodu”! Dziś, po dwunastu latach, można by z niewielką przesadą podzielić społeczeństwo na tych, którzy już sobie zagospodarowali działki, drugich, którzy je właśnie „kombinują”, i trzecich, którzy niedługo będą ich poszukiwać. Bractwo kupuje ułamki skarpy, marginesy łączki, lasu. „Kombinują” domki z papy, drewna, ceramiki — jak kogo stać. I tylko od sprawności wydziałów budownictwa zależy, by dopełnione zostały warunki zabudowy, która winna harmonizować ze środowiskiem.

Sekretarka zdradziła, że mój wniosek ma być przesłany na wyższy szczebel, aż do Prezydium Wojewódzkiej Rady. Nikt w wydziale nie ma odwagi podjąć decyzji?

— Szymon musi zaczekać — powiedziała Olga, która wie, co mówi. — Trzeba go będzie ugłaskać.

No to głaskałam. Rok czasu poświęciłam na te pieszczoty. Jeździłam, przymilałam się. Żeby tylko! Dziecko zabolał ząb — wiozłam do stomatologa. Chłopaka w szkole zawodowej trzeba było urządzić. Starałam się! Drugiemu pracę znaleźć. Znalazłam! I wciąż zapewniałam, że lada chwila przywiozę lokalizację. Śnił mi się ten papierek po nocach. Pisałam artykuły, ałe w podświadomości dręczyła mnie niepewność, co się tam dzieje z moim podaniem na Filtrowej.

Tymczasem z panem Szymonem działo się to samo, co z rybakiem w bajce o złotej rybce. Wymagania były coraz większe, no i bogacił się powoli, sprzedając te pasemka nieużytków, które kilka lat przedtem przeklinał. W pewnym momencie zażyczył sobie, żebym mu się wystarała o tani, ale za to dobry, mało używany samochód. Nie byłam w stanie się wywiązać. Zmagając się o prawo do działki, trzeba było jednak pracować. Ówczesny redaktor naczelny mojego pisma nie mógł zrozumieć tej namiętności. Obecnie na szczęście jest działkowiczem! Dano mi pilne zadanie redakcyjne i wypadłam z listy dostawców. Ktoś inny załatwił samochód. Szymon dojechał nim (w towarzystwie wynajętego szofera) do rogatki raz jeden i już nigdy więcej. Trzeba było wóz sprzedać za byle co. Szpetnie nabrany, wyraził się publicznie, że pani redaktor (niby ja) nigdy by go tak nie oszukała.

Znowu ja byłam dobra. Wolno mi było przywozić zamówione artykuły z zakresu tysiąca i jeden drobiazgów, zaopatrywać dom w leki. Prawdę mówiąc, uzupełniałam po trochu niedostatki w działalności handlu, resortu zdrowia oraz szkolnictwa. A w miarę straconego czasu, włożonego trudu, licznych wizyt poznałam dobrze rodzinę pana Szymona. Ba... interesowałam się, przejmowałam jej problemami. Słowem, realizowałam postulat kontaktu miasta ze wsią. Ale nie wymogłam na panu Szymonie ostatecznego zaklepania transakcji. Zadatek „wisiał”. Był legalistą. Ja także! Posiadam świadomość prawną i nie lubię omijać przepisów. Każdy radowałby się jak dziecko, gdyby dobrodziej z okienka czy zza biurka traktował nas jak ludzi i odpowiadał zgodnie z literą prawa: można, nie można!

A może decyzja na Filtrowej czeka? No to wybrałam się na trzecie piętro — trafiam tam obecnie z zamkniętymi oczyma. Poznałam panie pracujące i śniadające. Przyzwyczaiłam się do rozkładów pokoi, nawet do ich wyposażenia, a każde przestawienie biurka budziło mój niepokój.

Podanie odleżało się rok; dwanaście miesięcy, 365 dni pełnych oczekiwań i frustracji. Sprawa nabrała patyny, ja byłam już związana na śmierć i życie z rodziną pana Szymona, kiedy pewnego czerwca, ale już 1966 roku, zaterkotał telefon. Oczekują mnie na Filtrowej. Lokalizacja jest przygotowana. Potrzebny jest tylko znaczek stemplowy za dziesięć złotych. Chyba nie za drogi?

No to kwiatki, bratki, i wybieram się na Filtrową. Nie czekam, nie proszę. Uścisk ręki, życzenia i mam prawo do budowy w ręku.

Cała w skowronkach jadę nad Zalew. Pan Szymon się ucieszy. Nie zapomniałam, rzecz jasna, o butelce.

Drzwi otworzyła mi żona rolnika, ta, co ją wyleczyłam z reumatyzmu. Powiedziała chłodno i stanowczo: męża nie ma i nie będzie. Zrozumiałam od razu, że dla mnie nie będzie, bo czapka i kurtka wisiały na wieszaku. Gospodyni wręczyła mi zadatek. Za długo było tego cackania się z lokalizacją. Są biedni, ale uczciwi. Inaczej nie zobaczyłabym grosza.

Olga dobiła mnie wiadomością, że moją działkę kupił za podwójną cenę pewien pisarz niesławnej pamięci. Skazany został i za granicą na anonimowe życie i kelnerską karierę mimo dużego bardzo talentu. Jako osoba przesądna wcale nie jestem pewna, czy do jego klęski nie przyczyniło się podkupienie pewnej małej działki koledze dziennikarzowi.

No to po działce! A jednak za dużo zainwestowałam czasu i wysiłku, żeby zrezygnować. Andrzej zauważył nie bez ironii, że wybrzeże zegrzyńskie ciągnie się na przestrzeni czterdziestu kilometrów. Czy to jeden pan Szymon poszukuje zagranicznego lekarstwa na reumatyzm?...