Bez skrupułówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez skrupułów
Bez skrupułów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Bez skrupułów
Audio
Bez skrupułów
Audiobook
Czyta Agnieszka Bomba
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Jakiej marki był ten samochód? — zapytał inspektor, bo to, że Kamińska odjechała wozem, wiedział jej mąż.

Piegat nie interesował się markami samochodów. Wiedział jedynie, że nie była to taksówka.

Spostrzegawczemu renciście pokazano szereg samochodów: Wartburgi, Fiaty, Skody, nawet Volkswageny — salon na miarę Płocka. Dopiero przy Trabancie wykrzyknął: — To ten! Dodał, że wóz zademonstrowany przez milicję jest bardziej zniszczony od tego, do którego wsiadła lekarka, i podpisał protokół: „Osobiście przeczytałem i tak właśnie zeznałem”.

Wiadomo więc, że porywacz posługiwał się trabantem. Swoim, cudzym? Ale jest ślad!

Jako następny świadek zjawił się właściciel taksówki, Bonifacy Łyszkiewicz, i zeznał:

„W dniu 5 czerwca o godz. 16.30, kiedy oczekiwałem pasażerów w Gostyninie, zgłosili się do mnie nie znani mi ludzie w osobach mężczyzny i kobiety z dzieckiem, zawiniętym w kołderkę. Poprosili mnie o zawiezienie ich do Płocka. Jadąc opowiedzieli mi, że są rolnikami i właśnie się budują. Robotnicy na nich czekają, produkują gospodarczym systemem pustaki, a oni musieli z powodu choroby dziecka porzucić pracę. Byli u pani doktór w Gostyninie, owszem, Wymienili nazwisko, którego nie pamiętam, ale ona powiedziała, że żadnej praktyki prywatnej nie uprawia. Zaś Ośrodek Zdrowia był już o tej porze zamknięty. Z tego powodu nie żałując na taryfę muszą jechać do Płocka, gdzie przyjmuje prywatnie dr Kamińska. Byłem na miejscu już o godz. 16.50, gdyż jechałem z niedozwoloną szybkością, i stanąłem przy ul. Tumskiej. Pasażerowie wraz z dzieckiem wysiedli. Czekałem. Co pewien czas wracał mój klient i przepraszał, że żona jeszcze czeka na lekarza. I tak przedstawiała się sytuacja do godz. 22. W tym czasie wrócili pasażerowie razem z dzieckiem i powiedzieli, że nie będą już dziś przyjęci, bo pani doktór nie wróciła do domu. Co do zapłaty, znaleźli się w całkowitym porządku”. Podpis.

Odnaleziono, nie bez trudu, pasażera. Był nim Jan Chmielecki, rolnik na 10,7 ha, zamieszkały we wsi Feliksów koło Gostynina. To on wyczekiwał do godz. 22 powrotu dr Kamińskiej i tymi słowami opisuje przebieg owego popołudnia:

„Drzwi otworzył mi mężczyzna w wieku około 70 lat, łysy, wysmukłej budowy ciała. Powiedział, że żona wyszła na 15 minut po zakupy (p.m. kłamstwo należy zapisać na konto dbałości o prywatnych pacjentów!) i zaraz wróci. Zarejestrował nasze nazwisko i zaczął rozmowę, opowiadając o sobie i o swojej żonie. Mówił między innymi, że żyją ze sobą zgodnie. Cały czas pobytu był z nami, tłumacząc nieobecność żony tym, że ktoś ją może z ulicy poprosił do chorego. Z początku nie widać było po nim niepokoju, w późniejszych godzinach zaczął się denerwować. Ja powiedziałem, że jak pani doktór pojechała do chorego, powinna była chociaż zadzwonić. Ale on mi odrzekł, że z pewnością by zadzwoniła, ale może nie ma takiej możliwości. A więc kiedy minęła godz. 22, wróciliśmy do domu, a dziecko dzięki Bogu i bez lekarza wyzdrowiało”. Podpis.

Wydawałoby się, że informacja rolnika z Feliksowa pozbawiona jest wartości. Jednakże kiedy w początkowej fazie śledztwa istniała wersja ucieczki Kamińskiej za granicę, ewentualnie konfliktu z mężem — uporczywe zatrzymywanie pacjentów przez wiele godzin w oczekiwaniu na powrót lekarki miało swoją wymowę…

Tym zeznaniem zamyka się dokumentacja z dwóch pierwszych dni działań operacyjnych. Znowu szare koperty, jedna, druga, trzecia. Materiał poglądowy do protokołu oględzin mieszkania doktorostwa Karmińskich. Rysunki, zdjęcia: poczekalnia, widok od strony gabinetu. Inny rzut oka na poczekalnię, dwie ławki ze śladami (zarysowane kreską koło) zabezpieczonych odcisków linii papilarnych. Może posłużą do identyfikacji sprawcy? Inspektorzy pracują wciąż „na ślepo”, jak w ciuciubabce. Żaden znak czy wyraźny ślad nie rozjaśnia drogi do prawdy.

Następna koperta: wnętrza lekarskich gabinetów. Pokój do przyjęć pana doktora pełen jest książek. Na biurku odcina się wyraźnie aparat do mierzenia ciśnienia, z boku leży plik nie zapisanych recept, kalendarz. W gabinecie jego żony zwraca uwagę stół, na nim waga niemowlęca. Pod ścianą waga dla starszych dzieci, aparat do mierzenia wzrostu. Typowy gabinet pediatry. Sprawia wrażenie, jakby ktoś tu przed chwilą przyjmował pacjentów. Nic nie zostało przestawione. Wydaje się, że zaraz wyjdzie z gabinetu starsza pani w okularach i powie uprzejmym, choć nieco zmęczonym głosem: — Następny proszę!

Wchodzimy w dzień 8 czerwca. W Komendzie Powiatowej nadal przesłuchują świadków wezwanych lub zgłaszających się dobrowolnie. W dniu poprzednim Radio zwróciło się do słuchaczy o pomoc w poszukiwaniach. Dziś powtórzy ten apel miejscowa prasa. Na korytarzu ruch jak na dworcu. Co chwila wywołują czyjeś nazwisko. Wezwany przygląda się z ciekawością opuszczającemu gabinet inspektora: — O co pytają? — Inspektorzy zaś pracują nadal ,,w ciemno”, nie wykluczając jeszcze takiego obrotu spraw, że doktor Kamińska pojawi się lada chwila zdrowa i cała na terenie rodzinnego miasta.

Jest południe, zbliża się pora posiłku. Do Komendy wbiega młoda dziewczyna, roztrąca wyczekujących na korytarzu świadków. Puka do pokoju dyżurnego oficera. Dziewczyną jest Maria Leśniak — wychowanka doktorostwa. Bez słowa podaje siedzącemu za biurkiem inspektorowi — list. Pierwszy znak życia od zaginionej!…

II

W liście — autor używa liczby mnogiej — porywacze nie bawią się w kamuflaże. Prosty rachunek: Życie albo pieniądze!

„300 tys. złotych oto nasz warunek, aby pańska żona wróciła do domu. Jeżeli pan się na to zgadza, prosimy o zamieszczenie w »Życiu Warszawy« następującego ogłoszenia: »Jana Andrzejaka lat około 70 lub jego rodziny poszukuje Andrzej Bujak, Płock, ul. Tumska 6«. Ogłoszenie ma się ukazać trzykrotnie W dniach jego ukazywania się brat pańskiej żony, bo jego proszę upoważnić do pertraktacji, ma być w Warszawie i ustawić swoją dekawkę na ulicy Wolskiej w godzinach od 17 do 19 przed zakrętem do Włoch. Wtedy podamy panu miejsce i czas wymiany. Ostrzegamy przed korzystaniem z pomocy MO. Wykryjemy to szybko i postąpimy jak Argentyńczycy z ambasadorem RFN-u. Na prawym błotniku samochodu prosimy umieścić czerwono-białą chorągiewkę, a na tylnym siedzeniu tuż przy szybie położyć czerwony materiał widoczny z daleka i nie zdejmować tych znaków rozpoznawczych aż do wymiany”.

List podpisany był nazwiskiem — Andrzejak.

Do powyższego pisma dołączona została odręcznie pisana karteczka treści następującej: „Ziuteczku! Weź dla mnie u dr. Kaweckiego pięć dni zwolnienia od 6 czerwca. Proszę! Wszystko wyjaśnię”. Zlecenie podpisane było parafą. Zwykła jej używać w korespondencji. Zresztą ani Kamiński, ani Zakład Kryminalistyki, który otrzymał oba pisma do analizy, nie mieli wątpliwości, że krótka kartka podpisana inicjałem kreślona była własnoręcznie przez, zaginioną lekarkę…

— Na jakiej podstawie przypuszcza pan, kapitanie, że Bielaj całkowicie przypadkowo trafił na nazwisko Kamińskich, kiedy opuszczał warsztat, w którym naprawiano jego uszkodzony samochód? — zapytałam następnego dnia Kulczyckiego.

Znów jestem w Głównej Komendzie. Zasiadłam nad dokumentacją datowaną 8 czerwca 1970. Nauczona doświadczeniem przyniosłam ze sobą torebkę herbaty, poprosiłam o wrzątek.

— Była to jedynie moja dedukcja, przypuszczenie — powiedział kapitan i nastawił garnuszek wody do zagotowania. — Bielaj zdecydował się rozpocząć karierę szantażysty być może zainspirowany czytaniem prasy zagranicznej. Wspomina w liście o argentyńskim szantażu. A nasz świat niewielki i nie za bogaty. Gdzie szukać ludzi zamożnych? Zaplanował sobie rekonesans w pobliskich powiatach, kierując się rozsądną maksymą: kradnij u obcych, nie we własnej wsi, nie w swojej kamienicy. Powiat płocki był sąsiadującym, o czym my, rzecz jasna, nie mogliśmy wiedzieć, nie znając sprawcy. Niewykluczone, że pewnego dnia otworzył książkę telefoniczną na literę „P” jak Płock. Poszukał spisu lekarzy. Panuje ogólne przekonanie, że oni mają pieniądze. Szczególnie ci z prowincji. W dużych aglomeracjach lekarz jest raczej nastawiony na awans, karierę w służbie zdrowia. A tam nie lubią prywatnej praktyki. Może Bielaj trafił na rodzinę Kamińskich ze spisu telefonicznego? Jeden jedyny raz, kiedy stracił nad sobą władzę, wpadł w depresję, próbował ze sobą skończyć i „otworzył, się” przed współwięźniom, ze spowiedzi wynikało, że projektował szereg wypadów w inne zakątki kraju. Była mowa o lekarzu włocławskim. Wymienił jego nazwisko. Jest w aktach, strona 53. Proponuję nie wracać do planów włocławskich. Ów lekarz jest niemłodym człowiekiem. Uniknął nieszczęścia. Wydarzyło się Kamińskiej!

Zapytałam, dlaczego jej mąż nie dał tych 300 tysięcy? Kapitan aż się żachnął. Dobrze, dobrze, wiem, że tego rodzaju rezygnacja, jeżeli chce użyć słowa — tchórzostwo, proszę bardzo, nie jest zgodna z interesem społecznym, reprezentowanym przez milicję. Czy jednak Kamiński, płacąc haracz, nie miałby szansy odzyskania swojej towarzyszki życia?

Kulczycki nie lubi wielkich słów. Któż bliżej ociera się o podszewkę życia niż służba kryminalna? Z pieniędzmi sprawa wcale nie była taka oczywista. Kamiński nie dysponował podobną kwotą. Zarządzała majątkiem — nie za wielkim — jego żona. Na jej nazwisko wystawione były książeczki oszczędnościowe. Wiedziała, co gdzie przechowuje i nie zawsze informowała męża o stanie swojego konta. Praktykuje się tak w niejednej rodzinie, szczególnie wtedy, kiedy kobieta jest osobowością silniejszą, a w dodatku więcej zarabia aniżeli mąż. Być może i rodzina miała wpływ na decyzję Kamińskiego, zresztą jedynie słuszną. Na nic bowiem nie zdałby się okup, pieniądze, kosztowności. Kiedy Kamińska wsiadła do samochodu Bielaja, była stracona. Widziała markę wozu, numer, przyjrzała się szantażyście. Nie puściłby jej żywej. Morderstwo nigdy nie stanowiło dla niego problemu. O tym wiemy dziś. Ale wtedy?…

 

Wtedy, to znaczy 8 czerwca, otrzymana od żony kartka ożywiła tlejący płomień nadziei. Poznał jej pismo, to, raz. A po drugie, miał świadomość, że tylko ona, żywa, mogła zasugerować porywaczowi osobę pośrednika. Jan Leśniak, posiadacz samochodu DKW, nie był wprawdzie bratem Stefanii, ale bratankiem. Mógł szantażysta się pomylić, ponieważ w dowodzie osobistym odczytał panieńskie nazwisko lekarki. Brzmiało Leśniak. Być może też porwana się przejęzyczyła: brat, bratanek… Fakt, że miała do niego zawsze duże zaufanie.

Warto wiedzieć, że Kamińska była nie tylko głową domu, ale całej rodziny. Jej pozycja społeczna, osobowość, a także środki materialne sprawiły, że nic bez niej w gronie bliskich dziać się nie mogło. Chciała czy próbowała decydować o losach poszczególnych członków rodziny, czasem zbyt agresywnie ingerowała w ich życie. Dzieliła krewnych na dobrych i nieprzydatnych społecznie, osobiście. Kryteria tej oceny były często subiektywne, niezgodne z odczuciem innych, oparte o jej religijność, konserwatyzm, być może uzasadniony wiekiem. Jan Leśniak miał długi wdzięczności, którą winien był ciotce, i może dlatego zgodził się pełnić rolę pośrednika. Dosyć ryzykowną, jako że postępował nie tylko zgodnie z dyspozycją ciotki, ale i milicji, która kierowała jego krokami. Już pierwsze napotkały niepowodzenie. Prawda to czy przesąd, ale mówimy o złośliwości przedmiotów martwych. W decydujących dniach zepsuła się Leśniakowi jego dekawka. Należało o tym fakcie zawiadomić porywacza. Uczyniono to za pośrednictwem „Życia Warszawy”, ponieważ była to jedyna możliwość porozumienia się z szantażystą. Wzmianka w dzienniku warszawskim zawierała wiadomość o zmianie samochodów. Ze względów technicznych zamiast dekawki będzie czekała na rogatce skoda. Co gorzej, mimo starań ogłoszenie ukazało się dopiero w dniach 11, 13 i 14 czerwca. Niewielka zmiana, a jednak niewykluczone, że miała znaczenie. Historia szantaży wielkich i tych, gdzie chodziło o stosunkowo mniejszą stawkę, dowodzi, że drobne nieporozumienia, niedogadanie się mogą wpłynąć na wycofanie się sprawcy z rozpoczętych negocjacji.

W tym przypadku szantażysta zdecydowany był prowadzić grę dalej. Dopiero kiedy poznamy osobę sprawcy, motyw jego działania, zrozumiemy, dlaczego nie przestraszył się, nie zraził pierwszym niepowodzeniem.

Tymczasem należało jak najszybciej oddać oba listy do zbadania przez rzeczoznawcę, czyli biegłego w piśmie. Pracują tacy specjaliści w Zakładzie Kryminalistyki i doszli do następujących wniosków: pismo lekarki nie budziło wątpliwości. Było autentyczne. Jeżeli chodzi o dedukowanie z listu szantażysty, określono go jako człowieka młodego, dość inteligentnego, najpewniej po liceum albo po technikum. Może nawet student? W ekspertyzie piszą między innymi: „Z treści listu wyłaniają się następujące elementy, które być może będą stanowiły pomoc w zadaniach taktycznych. Człowiek ten pracuje i dlatego wyznacza godzinę między 17-tą a 19-tą. Czyta »Życie Warszawy«”.

Analiza sporządzona była pośpiesznie, a jak się okazuje, i ekspert może się pomylić. Bielaj nie pracował, nie był młody. Specjaliści odczytywania pisma będą mieli więcej szczęścia analizując następne listy, a będzie ich sporo…

Dom Kamińskich. Przyjęcia pacjentów zostały zawieszone. Mieszkanie straszy pustką bez jego gospodyni. Maria opiekuje się wujkiem. Dba o porządek, robi zakupy. Nie mogąc wyłączyć telefonu — może nadejść tą drogą ważna wiadomość — podejmuje sama słuchawkę. Dzwonią życzliwi, ciekawscy — odpowiada w miarę spokojnie na pytania. W południe przychodzi listonosz. Między listami jest jeden, który budzi jej niepokój. Adres, pisany na maszynie, brak nadawcy. Nie otwierając zanosi kopertę do Komendy. Inspektor otwiera go pośpiesznie. Człowiek z ciemności pisze:

„Nim podamy panu datę i godzinę miejsca wymiany, chcielibyśmy przytoczyć warunki szczegółowe. Jeżeli chce pan odzyskać żonę, musi pan nabrać do nas pełnego zaufania. Wprawdzie brzmi to jak paradoks, bo jak można zaufać bandytom. Prawda? My też zdajemy sobie z tego sprawę i dlatego nie zamierzamy wymagać od pana zbyt wiele. Ponieważ uznał pan za wskazane pertraktować z nami, zaufanie jest sprawą podstawową. Bez tego pański wysiłek i pieniądze na nic się nie zdadzą.

Wiemy już, że pański wiek i stan zdrowia nie pozwalają na odbycie podróży, a przy wymianie będzie ona miała miejsce. Wobec tego zaproponowaliśmy panu upoważnienie do tych spraw brata pańskiej żony, jeżeli naturalnie ma pan do niego zaufanie. Może to być także inna osoba posiadająca własny samochód, ale nazwisko jej musi pan nam podać przez wywieszenie w barze szybkiej obsługi »Piast« ogłoszenia następującej treści: »Wózek dziecięcy spacerowy sprzedam« i tu trzeba podać nazwisko oraz imię, miejsce zamieszkania upoważnionej osoby. Uprzedzamy: Osobnik ten musi przybyć na miejsce samochodem, sam, bez broni i nadajników radiowych, mikroaparatów fotograficznych i milicjantów w kufrze samochodu. Wystarczy gotówka. Broń na nic się nie przyda, bo zanim jej użyje, zrobimy z niego sito, a takiego obrotu sprawy chcielibyśmy uniknąć… Niech pan przepędzi milicję z domu. Oni nic nie ryzykują, a pan straci osobę najbliższą, z którą jakby nie było przeżył pan wspólnie 30 lat. Może ona pozostać dla pana podporą przez długie lata życia… Na argumenty milicjantów niech pan im powie, że policja francuska, dysponująca doskonałymi środkami technicznymi, ustąpiła w podobnej sytuacji. I postąpiła rozsądnie. Natomiast rząd na wpół dzikiej Argentyny uparł się i przegrał. Niewinny ambasador RFN-u został zastrzelony, a cały świat odwrócił się od argentyńskich uparciuchów. Pisząc te słowa zdajemy sobie sprawę, że milicja zapozna się z treścią listu. Tym gorzej dla pana. Nie bacząc jednak na to, co się stanie, chcemy panu zakomunikować, że trzeba, aby pan przyśpieszył wymianę, albowiem cholernie drogo kosztuje nas przechowywanie pańskiej małżonki i może będziemy zmuszeni podnieść kwotę okupu… ostrzegamy przed notowaniem numerów i serii banknotów, bowiem w przeciwnym wypadku pan i pańska małżonka możecie paść ofiarą wypadku. Czy potrzebne to panu na stare lata?”

Podpisane — Andrzejak. List został nadany w dniu 12 czerwca w Łodzi.

Jest szansa! Pierwsza możliwość ujawnienia sprawcy. Musi się prędzej czy później pojawić w barze samoobsługowym, przeczytać wywieszkę, z której się dowie, że Jan Leśniak jest w dalszym ciągu pełnomocnikiem doktora Kamińskiego.

Szansa? Ale jak znaleźć wśród tłumu, pośród setek klientów żywiących się w barze, wpadających na piwko, po kanapkę, dla zakupu „garmażerii” — człowieka, o którym nic nie wiadomo. Gdyby opierając się na pierwszej ekspertyzie kryminalistycznej szukano młodego studenta — byłby to błąd! Dziś wiemy, że sprawca przekroczył pięćdziesiątkę.

Tego dnia i następnych gra była nadal prowadzona „w ciemno”. Nie znaczy to, by zrezygnowano z szansy, jaką stało się pojawienie porywacza w płockim barze.

Ekipa operacyjna zdecydowała, by Jan Leśniak wplątał się w tłum barowy, i to nie w sposób anonimowy. Należało sfingować rozmowy, wskazujące go po nazwisku, inicjować zawołania, które naprowadziłyby porywacza na osobę, pełnomocnika doktora. Niezależnie od tej koncepcji — okazała się w rezultacie kiepskim pomysłem, można było bowiem z łatwością rozpoznać w aktorach inscenizacji wywiadowców — milicja zdecydowała rzucić swoje niewielkie siły na obserwację „Piasta”. Fotografowano ukrytą kamerą każdego osobnika kręcącego się w pobliżu baru oraz tych, którzy wchodzili do środka.

Można sobie z łatwością wyobrazić tę kołomyjkę. „Piast” stanowi centrum gastronomiczno-zabawowe Płocka. Bary szybkiej obsługi, koktajlowy, restauracja na pierwszym piętrze, obok kino. A fotograf pstrykał jak idzie. W sumie 3700 ujęć! Wśród nich musi być szantażysta. Będzie chciał zapoznać się z treścią wywieszki: „Wózek dziecięcy” itd… Złapie haczyk!

W dniach 16—18 czerwca zastawiona w barze „Piast” pułapka, zawiodła! Leśniak trzy dni popijał cienkie piwo, wywiadowcy dyżurowali non stop, fotograf się uwijał. Wszystko na nic. Szantażysta schował się do lisiej dziury. Czekał.

Zdjęcia niewiele czy nic nowego nie wniosły. Prawdopodobieństwo, by porywacz był zawodowym przestępcą, notowanym zdaktyloskopowanym i sfotografowanym było minimalne. Okazało się, że żadne. Kamiński wśród okazanych fotografii nie rozpoznał mężczyzny, który dnia 5 czerwca zapukał do jego drzwi. Dopiero znacznie później, kiedy aresztowano sprawcę, specjaliści z Zakładu Kryminalistyki uznali, że jednym z trzech tysięcy siedmiuset fotografowanych mężczyzn był Bielaj. Ale i w ekspertyzie piszą o prawdopodobieństwie, albowiem zdjęcie mężczyzny było niedoświetlone, poruszone i mimo badań antropologicznych oraz porównawczych nie dawało pełnej możliwości identyfikacji.

Niewypał! Minęły dwa tygodnie od dnia porwania Kamińskiej. Jej mąż stracił nadzieję, którą rozniecały na czas krótki listy szantażysty. Dlaczego nieznany wróg nęci i wycofuje się, wysyła pisma, zlecenia i nie egzekwuje ich wykonania? Wreszcie w dniu 22 czerwca przychodzi następny list, tym razem wysłany z Kutna. Nadawca zleca:

„Trasa E-8, 123,6 km godzina 23. Wtorek. List pod słupkiem!”

Ekipa operacyjna wyjechała natychmiast na trasę. Miejsce, które wyznaczył szantażysta, znajdowało się trzy kilometry od centrum Kutna. W pobliżu słupka oznaczonego symbolem 6 mieszkały w swoich skromnych zabudowaniach dwie rolnicze rodziny. Podaję topografię miejsca nie bez powodu, bo i te rodziny w historii szantażu odegrały swoją rolę.

Rekonesans w terenie. Posiedzenie w Komendzie. Można nie opierając się tym razem na dokumentacji wyobrazić sobie nerwowe napięcie, które zapanowało nie tylko w domu Kamińskich, ale i wśród zespołu prowadzącego działania operacyjne. Było to — odpukać w nie malowane drzewo — drugie w naszym kraju porwanie człowieka w nieznane. Pierwsze — mowa o synu Bolesława Piaseckiego — skończyło się tragicznie. Ekipa operacyjna nie zapomniała o tym niepowodzeniu swoich kolegów. Tym razem chcieli za wszelką cenę ująć sprawcę między innymi dlatego, żeby ostrzec następnych amatorów zbrodniczego awanturnictwa. Doświadczenia, stare karty kryminalistyki wskazują na fakt, że rzadko kiedy udaje się ocalić człowieka, który stał się ofiarą porywacza. Przykładem są wyczyny terrorystów w ostatnich latach, kiedy punktem wyjścia, metodą działania jest szantaż.

Ujawnić sprawcę, wymierzyć mu sprawiedliwość, ale uchronić przed wszelkim zagrożeniem Jana Leśniaka — wcale niełatwe zadanie. Leśniak nie był partyzantem, awanturnikiem, człowiekiem spragnionym przygody. Zdecydował się pomóc Kamińskiemu, nie narażając jednak własnego życia.

Bezpieczeństwo zapewniała mu milicja. Jak je zagwarantować?

Zabezpieczyć trasę! Pamiętajmy: Nie wiadomo przecież, kto zaczai się w lesie, na drodze? Jeden człowiek, banda młodzieżowa, doświadczony gang? W jednej z wersji należało założyć, że szantażystą będzie miał pełną możliwość Obserwowania z dowolnego punktu zbliżającego się do słupka Leśniaka. Pośrednik otworzy list, w którym może znajdować się polecenie poszukania następnego. A wskazany słupek może być ustawiony na bocznej drodze. Jeżeli sprawca spostrzeże, że jedzie za nim samochód, najpewniej milicyjny, wycofa się. W przypadku zaś, kiedy nikt z obstawy się nie ruszy, może napaść na Leśniaka, obrabować go z pieniędzy, a nawet pozbawić życia, jeżeli zaatakowany odwróci się, spostrzeże twarz, sylwetkę bandyty. Wystarczy, żeby szantażystą podejrzewał, że może zostać rozpoznany. Czyn zbrodniczy powoduje często łańcuch przestępczych działań. Konsekwencją znana nam z książek kryminalnych. Nie wszystko w nich jest wymyślone przez autorów.

W zabezpieczeniu życia Leśniaka okazano — być może, choć kto może przewidzieć wypadki? — aż nadmiar gorliwości. Radiowozy krążyły po szosie E-8, a w mieszkaniu obu wspomnianych rodzin rolniczych rozgościły się posterunki. Mądre psy oczekiwały zadań. Nawet wywrotka została przygotowana, ażeby ewentualnie odciąć drogę sprawcy. A może sprawcom?

Jan Leśniak wsiada do, swojej skody, ma przy sobie pieniądze, nie bardzo do dziś zresztą rozumiem dlaczego tylko sto tysięcy złotych, skoro szantażysta żądał trzystu tysięcy. Być może Kamiński nie zdobył większej kwoty, a milicja musiałaby z pewnością dokonać wielu formalności, żeby taką sumę jako „atrapę” wypożyczyć. Działałby może znany nam mechanizm: a jak pieniądze zginą, ulegną zniszczeniu, kto będzie odpowiadał? itd.

Co prawda, ilość posiadanych pieniędzy nie miała w tym przypadku żadnego znaczenia. Leśniak zatrzymał wóz w miejscu oznaczonym przez nadawcę listu. Opuścił samochód, znalazł słupek i markując spokój, nachylił się — chroniony telekamerami, bronią szybkostrzelną. W przyrodzie trwała cisza, nawet w oknach chłopskich chałup nie widać było człowieka (mieszkańcy otrzymali odpowiednie pouczenia). Leśniak, wciąż pochylony, szukał znaku od szantażysty. Z jednej, z drugiej strony słupa, w pobliżu. Nie znalazł ani pisma, ani żadnego śladu, który by wskazywał na chęć porozumienia się. Nie pozostawało mu nić innego jak powrót do Płocka.

 

Zapukał do drzwi na Tumskiej 6. Czekali na niego. Kamiński wyszedł mu naprzeciw. Leśniak odwrócił wzrok. Stary lekarz powiedział: — To już koniec. Oni jej nie oddadzą!

A jednak w trzy dni później — 26 czerwca — poczta przyniosła nowy list szantażysty, który pobudził zmęczone serce starego człowieka do żywszego bicia. Nadany był w Słupcy dnia 23 czerwca, ręcznie drukowany i zawierał następujące polecenia dla Jana Leśniaka:

„Proszę jechać trasą Płock — Wierzby przez Dobrzyń (w dalszym ciągu wymieniono są wszystkie ważniejsze miejscowości na trasie). Znajdzie pan trzy kreski poziome zrobione kredą na słupku kilometrowym czy słupie telefonicznym lub na drzewie, z prawej strony drogi. Tam będą wiadomości dla pana. Nie zrażać się niepowodzeniem. Nie za pierwszym, to za drugim, trzecim czy czwartym rajdem znajdzie pan to, czego szuka. O zmroku oświetlić wnętrze wozu. Resztę warunków pan zna: bez towarzystwa, bez broni, aparatów fotograficznych, mikrofonów. Wystarczy to, czego żądamy. Wyjazd godz. 17-ta. Pokonanie trasy w obu kierunkach zajmie około 6 godzin”. Dzień wyznaczony — 26 czerwca!

Do anonimu z instrukcją dołączona była kartka. Charakter pisma nie wzbudził u doktora wątpliwości. List pisała żona. Brzmiał następująco: „Proszę nie szukać pomocy u milicji. Ze mną jest wszystko w porządku. Nie dzieje mi się żadna krzywda”. Podpis nieczytelny. List porywacza nosił datę 25 czerwca.

I znowu Leśniak ruszył piękną, zieloną o tej porze roku, drogą. Płock, Dobrzyń, Ślesin do Pleszewa i z powrotem, jeszcze raz. Były drzewa, słupki telegraficzne i kilometrowe, ale daremnie szukał na nich znaku. Oświetlał wóz według wskazówek porywacza, przystawał. Nikt się nie zgłosił, nie stanął naprzeciw, nie zasygnalizował chęci porozumienia się.

Tym razem milicja miała bardzo trudne zadanie. Nadawca nie mówił, na którym kilometrze pozostawi wiadomość, w którym momencie „rajdu” podjedzie do Leśniaka czy minie go dając znaki. Podzielono trasę na 8 punktów. Każdy punkt na mikroregiony obserwacyjne. W akcji ubezpieczenia Jana Leśniaka brali udział funkcjonariusze ubrani po cywilnemu i w mundurach, sześć psów, radiowozy i ciężarówki wyposażone w urządzenia łączności radiowej. Tym razem sądzili, że jest szansa. List odręczny Kamińskiej uwierzytelniał zlecenie nadawcy. Mylili się.

Narada w Komendzie. Ktoś zauważył nie bez racji, że w najbliższym czasie musi nadejść następny list. Porywacz doszedł zapewne do rozsądnego skądinąd wniosku, że pomylił się w rachunku. List wysłany 23 czerwca z dyspozycjami na 26 był już w chwili wysłania spóźniony. Wprawdzie ten napięty termin utrudniał porozumienie się Kamińskiego z milicją, ale przy powolnym, nieregularnym funkcjonowaniu łączności pocztowej pismo mogło nadejść dopiero 26 czerwca do Płocka. Pozostałoby zawiadomienie Leśniaka, przygotowanie wozu. Doktor nie był człowiekiem operatywnym, mógł nie zdążyć. Szantażysta musiał zrozumieć, że popełnił błąd — naprawi go!

Listy wysłano na wszelki wypadek do Zakładu Kryminalistyki z dopiskiem: pilne! Ekspert stwierdził, że cała dotychczasowa korespondencja anonimowa pisana jest przez jedną i tę samą osobę. Karteczka od Kamińskiej nosi ślady zniszczenia. Niewykluczone, że przetrzymywano ją dłuższy czas przed wysłaniem. Możliwe było wymuszenie jednoczesne obu listów i kolejne ich wykorzystanie.

Piąty i ostatni list zostaje wysłany z Kutna w dniu 27 czerwca. Treść jego jest lakoniczna: „30-ty, wtorek, jak w poprzednim, spóźnionym liście”. Podpis.

Wiadomo, że znowu Leśniak wsiądzie do wozu, zatankuje benzynę na stacji, która odegra w przyszłym śledztwie znaczącą rolę, i wyruszy z Płocka w kierunku Dobrzynia, Włocławka. Tym razem zespół operacyjny słusznie osądził, że nastała ostatnia możliwość spotkania z porywaczem. Przedłużające się negocjacje źle w tego rodzaju przypadkach rokują. Zdecydowano więc zminimalizować widoczną obstawę — mówią: zabezpieczenie — wybrać środki pościgu, które zaskoczą przeciwnika. Wciąż gnębi ewentualność wymanewrowania Leśniaka w taką zasadzkę, jaką jest leśne odludzie, do którego żaden samochód milicyjny nie dotrze. Gonić przestępcę czy kilku bandytów w gęstwinie płockich lasów nie będzie łatwo!

Wybrano jako środek zabezpieczający pościg — helikopter i po zbadaniu terenu zdecydowano, by wystartował gdzieś pośrodku drogi wyznaczonej przez szantażystę. Jeśli sprawcy uda się zwabić Leśniaka w głąb lasu, wywiadowcy, dysponując helikopterem, będą mieli zarówno możliwość obserwacji, jak i błyskawicznego niesienia ratunku.

Należało działać szybko, czasu do wtorku pozostało niewiele. Na wstępie trzeba było znaleźć miejsce możliwie odludne, niewidoczne, na którym helikopter mógłby wylądować, zaczekać na sygnał i wystartować w pościgu. Wszyscy znakomicie wiedzieli, jakie punkty się nie nadają do tego celu, bo przecież ani lotnisko sanitarne w Płocku, ani park publiczny czy pole podmokłe za miastem. Ryzykowne mogły być miejsca otwarte, odwiedzane przez ciekawskich. Wybrano stary, zaniedbany przez władze municypalne, dawno już nie użytkowany stadion sportowy, znajdujący się w starym Koninie. Obok starego rozrastało się siostrzane, przemysłowe miasto, które mogło sobie pozwolić na wybudowanie nowoczesnego terenu dla uprawiania dyscyplin sportowych. Kwadrat boiska starego stadionu otoczony był gęstymi, dziko rosnącymi drzewami. Kryjówka jak się patrzy. Pies z kulawą nogą nie zaglądał w te chaszcze. Wszystkie okoliczności i niespodzianki zostały przewidziane. Prócz jednej!

Prócz tak złośliwego zbiegu okoliczności, że ów zapomniany stadion usytuowany był naprzeciw okien… szantażysty! Z parteru widok na boisko zasłaniały drzewa. Kiedy jednak Bielaj w dniu 30 czerwca, przed spotkaniem z Leśniakiem, udał się do pokoju na pierwszym piętrze — może po ulubiony golf czy dla dokonania porannej toalety — zobaczył tuż na wprost swojego domu ukryty w krzakach helikopter. Jego pasażerowie opuścili kabinę, naradzali się, ewidentnie na coś czekali.

Żona Bielaja na ten widok zapytała, czy te konspiracyjne manewry nie stanowią przypadkiem przygotowania do wymiany pieniędzy?

— Nie! — odpowiedział mąż. — Z pewnością szukają człowieka, który dokonał porwania lekarki z Płocka. — I w ten realny sposób oceniając powstałą sytuację, skapitulował; zrezygnował z prowadzenia dalszego przetargu zarówno ze starym Kamińskim, jak i z jego rzecznikiem.

Dla ekipy operacyjno-śledczej stało się jasne, że tym razem przegrali: szantażysta nie zjawił się na szosie. Czegoś się przestraszył. Kamińska była stracona, nie zwrócą jej mężowi. Wersja, którą przyjęli, przedstawiała się w skrócie następująco:

Grupa przestępcza czy indywidualny sprawca porwali w dniu 5 czerwca lekarkę celem wymuszenia okupi. Po wymuszeniu czy wyłudzeniu dwóch kartek pisanych odręcznie i adresowanych do męża, zamordowali porwaną i próbowali wyciągnąć okup. Przestraszyli sią energicznej akcji milicji. Obecnie pozostała jedyna droga, żeby „wyjść na sprawcę”. Odnaleźć zwłoki lekarki! Zakładali, że szukać ich należy w pobliżu Płocka, ponieważ szantażysta, jeden czy większa grupa, nie zaryzykowałby podróży z kobietą, która może krzyknąć, wyrwać się napastnikowi, zaalarmować mimo zastraszenia przejeżdżający samochód.