Telefonistka z ulicy Próżnej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Telefonistka z ulicy Próżnej
Telefonistka z ulicy Próżnej
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Telefonistka z ulicy Próżnej
Telefonistka z ulicy Próżnej
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Novo Publishing Anna Slotorsz

Zdjęcia na okładce

© Archivist, Serg Zastavkin, IreneuszB, aksol | stock.adobe.com

© via polona.pl

Redakcja

Beata Wojciechowska-Dudek

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

anatta.pl

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2021

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

promocja@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@liber.pl

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-81-9

Rozdział 1

Warszawa, 1899 rok

Pan Rozwadowski, dyrektor Stacji Głównej Telefonów na Nowopróżnej1, kilka razy powtarzał Hani, że ma urodę doskonale telefoniczną. Uśmiechała się i dygała grzecznie, by nie zrobić mu przykrości, jednak z trudem hamowała się przed przewracaniem oczami.

1 Obecnie ul. Kredytowa.

– Pani Haniu, głos pani jest doprawdy wyjątkowy. Gra w słuchawce niczym chorały gregoriańskie, aż ciarki przechodzą, gdy się go słucha. Ta dykcja, ta moc! Wszystek się rozumie, mimo że czasem trzeszczy i szumi ta nasza nowoczesna elektryczność.

Niby ją irytowały te komplementy, ale też mile łechtały próżność, bo dyrektor nie zwykł chwalić każdej telefonistki. Raczej rugał je i musztrował, pilnował sposobu wysławiania się, a nawet stroju, choć przecież nikt ich nie widział. Powtarzał też często lekcje o grzeczności, ale stanowczej i nieprzesadnie usłużnej.

– Jesteście urzędniczkami, a nie pokojówkami! Abonent nie jest waszym panem i władcą, a jeno interesantem. Trzeba go obsłużyć grzecznie, ale nie ma powodu, by się przed nim płaszczyć, bo wejdzie wam zaraz na głowę. Trzeba go trzymać krótko, ułożyć sobie niczym psa.

Inne lekcje tyczyły dyskrecji, którą uważał za kluczową w ich fachu.

– Jesteśmy jak dobry hotelarz, który wykonuje usługę, ale nic o życiu gościa wiedzieć nie chce i nie ma prawa o nie wypytywać. Jeśli już coś usłyszymy, jesteśmy niczym ksiądz w czasie spowiedzi, obowiązuje nas święta tajemnica. Nic o rozmowach abonentów nie mówimy, nikomu i nigdy. Najlepiej natychmiast o nich zapominamy! Czy to jest jasne?

Lekcje powtarzał w czasie porannych odpraw, Hanna więc wysłuchiwała ich tylko, kiedy trafiła się jej pierwsza zmiana, czyli przez dwa dni w tygodniu. Przez kolejne dwa miała drugą zmianę, a przez następne dwa nocne dyżury. Potem nadchodziła niedziela i cykl się powtarzał, chyba że w grafiku występowały jakieś przesunięcia, najczęściej spowodowane chorobami koleżanek. Niestety, gdy któraś dostała chrypy lub kataru, zapalenia ucha lub kaszlu, nie mogła pełnić służby w centrali.

Hanna uchodziła za piękność telefoniczną także wśród abonentów i niejeden próbował z nią flirtować. Zdarzały się też próby umówienia się z nią na spotkanie. Pewnego razu nawet któryś przysłał na stację posłańca z bukiecikiem kwiatów. Kurier był jednak opryskliwy, a wiązanka połamana i poszarpana. Amant chyba nie zdawał sobie sprawy, że publiczni dostawcy nienawidzili telefonistek i telefonów, które przyczyniały się do stopniowego upadku ich zawodu. Posłańcy stawali się coraz mniej potrzebni i cierpieli przez znaczne zmniejszenie zarobków podczas rozprzestrzeniania się plagi telekomunikacji.

Piękna telefonistka Hania nie chciała jednak się umawiać, nie czuła się bowiem piękna. Jak mawiał dyrektor, jej uroda była przede wszystkim telefoniczna. A może wyłącznie telefoniczna? Hanna dysponowała mocnym i dźwięcznym głosem, ale poza tym wyglądała zupełnie niepozornie. Nosiła się na szaro, włosy miała w kolorze mysim, spięte w kucyk. Wzrostu była średniego, twarz zaś miała nijaką, bez cech szczególnych. Nawet o kolorze jej oczu nikt nie mógł powiedzieć niczego pewnego, łącznie z nią samą. Też były mysie i nijakie, jak cała jej postać. Przez tę szarość i niepozorność dziewczyna, idąc ulicą, pozostawała doskonale niewidzialna. Zupełnie nikt nie zwracał na nią uwagi, nawet żebracy i ulicznicy. Niestety brak urody, tej prawdziwej, nietelefonicznej, wpędzał ją w kompleksy i podważał wiarę w swoje możliwości i wartość.

Fakt, że dostała pracę w centrali, zakrawał na cud i właściwie stanowił zupełny przypadek. Tak naprawdę starała się o pracę jako nauczycielka nauczania początkowego, ale bez powodzenia. Tego dnia wracała z którejś rozmowy w szkole lub pensji, oczywiście nieudanej, tramwajem kierowanym przez ojca. Jej ojciec był bowiem powozowym, a nie byle kim, więc córka, kiedy się tylko dało, próbowała trafić na jego kurs. Już jako dziecko uwielbiała stać obok, gdy prowadził, a czasem nawet siedziała mu na kolanach. Na to ostatnie była już zdecydowanie zbyt dorosła, stała zatem i opowiadała mu o swoim niepowodzeniu. Wtedy do rozmowy wtrącił się starszy pan, który po chwili przedstawił się jako dyrektor Rozwadowski, szef Stacji Głównej Telefonów. Był pod wrażeniem głosu Hanny, a szczególnie jego barwy i mocy, dzięki której słyszał, co mówiła mimo łomotu, zgrzytu i brzęczenia w tramwaju. I tak Hania dostała ofertę nie do odrzucenia, i już kilka dni później wylądowała w centrali, gdzie zajmowała się przyjmowaniem rozmów oraz ich ręcznym przełączaniem między abonentami.

Kobieta mogąca na siebie zarobkować stanowiła w tych czasach zjawisko wcale nieoczywiste. Bardzo Hanię ta finansowa niezależność cieszyła, wręcz dodawała skrzydeł. Posunęła się nawet do tego, że wyprowadziła się od rodziców i zamieszkała w małej klitce na poddaszu kamienicy znajdującej się w niewielkiej odległości od stacji. Wcale nie było jej tam wygodnie ani przyjemnie, ale w końcu poczuła się niezależna i samodzielna. Miała dwadzieścia trzy lata, choć wyglądała na młodszą, i uchodziła już za starą pannę, nie uważała się jednak za gotową do zamążpójścia. Zresztą nie miała na to perspektyw, bo kawalerowie się do niej nie garnęli. Właściwie to jej nie zauważali. Mieszkała zatem sama w pokoiku i próbowała uchodzić za nowoczesną, samodzielną kobietę. Po kilku miesiącach zaczęło się jej jednak zwyczajnie przykrzyć.

Rytm dyżurów stał się mozolną rutyną, coraz bardziej nużącą i męczącą. Praca nie była ciężka, choć sporo czasu Hanna spędzała na nogach, bo moduły z numerami były na tyle wielkie, że musiała poruszać się między nimi, chodząc od jednego do drugiego ze słuchawką na długim przewodzie w jednej ręce i kablem do połączeń w drugim. Była to lekka praca w porównaniu z tym, co przechodziły robotnice fabryczne lub wieśniaczki. W dodatku płacili tu całkiem nieźle, a kobiety pracujące w telefonii miały wrażenie, że należą do nowoczesnej kasty, do świata przyszłości. Mimo tego wszystkiego Hanna i tak się nudziła.

Najspokojniej było nocami. Pozostawało jej wtedy siedzieć przy biurku, mogła nawet drzemać, bo zdarzało się, że przez cały dyżur nikt nie zadzwonił. Zwykle porządkowała dokumenty i raporty, zamiatała, a nawet myła podłogę lub odkurzała łącznicę, a potem czytała książki przy świetle gazowych lamp. Od tego oświetlenia jednak bolała ją głowa, zatem często wychodziła na korytarz, by powyglądać przez okno, popatrzeć na Warszawę pogrążoną we śnie. Stała tam ze wzrokiem wbitym w mrok, a wówczas przychodziły jej do głowy ponure myśli. Snuły się z ciemności, rodziły z niewyspania i zmęczenia. Utwierdzała się wówczas w przekonaniu, że jej życie pozbawione jest głębszego sensu, że nie żyje naprawdę, a wegetuje. Je, śpi, pracuje i tak w kółko bez celu i nie wiadomo właściwie, czemu taka egzystencja ma służyć. Nie wpadała jednak w przygnębienie, nie nachodziły ją myśli samobójcze, to byłoby wbrew jej usposobieniu. Zastanawiała się za to, co mogłaby z tym swoim nudnym życiem zrobić. Jak wyrwać się z marazmu?

– Mogłabym wyemigrować do Brazylii, to ostatnio jest modne – mówiła do siebie, przyciskając czoło do szyby. – Tylko co bym tam robiła? Potrzebują głównie chłopów do niewolniczej roboty na plantacjach i przy karczowaniu dżungli. Pewnie zostałabym nauczycielką albo nianią, może tancerką w portowej tawernie, krawcową lub… telefonistką? Tak jak tutaj, wiele by się nie zmieniło. Chyba to nie od miejsca zależy, czy się robi coś ciekawego w życiu. Jak myślisz?

Jej odbicie w szybie nie odpowiedziało.

Nagle zabrzęczał dzwonek w centrali i aż podskoczyła. Jej buciki załomotały na korytarzu, gdy pognała odebrać. W przelocie, nim dopadła słuchawki, zerknęła na szafowy zegar stojący między łącznicami telefonicznymi. Była trzecia trzydzieści, środek nocy, gdy całe miasto spało jak zabite. Kto dzwoni o tej porze? Coś się musiało stać. Pewnie będzie chciał łączenia z policją albo strażą ogniową.

– Halo, tu centrala! Czym mogę służyć? – rzuciła w słuchawkę.

– O tej nieludzkiej porze w pracy i jeszcze chce mi pani służyć? Wystarczy, że posłucham pani głosu, który jest jak muzyka, a będę jaśniał z zadowolenia aż do bladego rana. Jakże miło mi znów panią słyszeć – przemówił niskim tonem jakiś mężczyzna.

 

Znała ten głos, ale nie potrafiła sobie przypomnieć skąd, abonentów było zbyt wielu, by wszystkich kojarzyć. Zerknęła na tablicę, połączenie pochodziło z osiemset dwadzieścia.

– Pora późna, ale czemu nie skorzystać z okazji i nie zapytać, czy ulegnie pani moim namowom i umówi się ze mną na czekoladę w Europejskim?

– Proszę wybaczyć, ale to nie pora ani miejsce na takie rozmowy. Jestem w pracy, a w pracy nie umawiam się z mężczyznami – wyrecytowała przećwiczoną formułkę. Poza pracą zresztą też nie – dodała w myślach.

Naraz coś ją tknęło, zachciało się jej rozmowy z tym jegomościem. Czy to przez ten dziwaczny stan półsnu, półjawy, czy jakieś wewnętrzne rozespanie? Raczej nic się nie stanie, jeśli złamie dyrektorski zakaz i zamiast recytować sztywne regułki, odpowie na flirt. Przecież nikt nie musi się dowiedzieć, na nocnym dyżurze jest zupełnie sama. Nie licząc stróża na dole, ale on nie ma znaczenia.

– Dlaczego pan nie śpi? – spytała po chwili zastanowienia.

– Ważne sprawy, interesy naukowe. Ktoś czeka na tę rozmowę, ale nie kobieta, proszę się do mnie nie zrazić.

– Nie roszczę sobie praw do tego, by interesował się pan wyłącznie mną – odparła. – Przecież nie wie pan o mnie niczego, nie wie nawet, jak wyglądam.

– Dlatego właśnie chciałem się z panią zobaczyć. To może być ciekawe doświadczenie, spotkanie z kimś, kogo się jeszcze nie widziało. Mogę być zaskoczony, ale i pani może być zaskoczona. Jestem dużym, silnym mężczyzną. Podobam się niektórym kobietom.

Flirt szybko ją zirytował. Właściwie ledwie się zaczął, a już miała go dosyć. Przypominał ględzenie przyszłych kochanków z tanich romansideł dla egzaltowanych panienek. Zaraz się okaże, że jegomość to piękny książę, dziedzic bajecznej fortuny, szalenie przystojny i bogaty. I oczywiście nie ma co robić, tylko uwodzić telefonistki, choć na co dzień od panienek dosłownie się opędza.

– Może się pan rozczarować – powiedziała. – Ja za przystojną ani urodziwą nie uchodzę. Może dlatego, że jestem kulawa i brzydka? Jedną nogę mam krótszą, niewielki garb, a do tego czyraki na głowie, od których częściowo wyłysiałam. Dzięki temu jednak łatwo mnie pan rozpozna w hotelowej restauracji. To o której się widzimy?

Parsknął rechotliwym i gardłowym śmiechem. Zdecydowanie nieprzyjemnym, raczej pogardliwym. Zaczął się jej rysować w głowie jako wielki typ o łapach jak bochny chleba i plebejskiej gębie. Pozował na eleganta i dżentelmena, ale coś zdradzało, że to parweniusz i prostak.

– Z chęcią się z panią spotkam niezależnie od stopnia pani urody. Szukam kobiety, która jest odważna i pragnie nowych wyzwań. Potrzebuję jej do badań naukowych powiązanych z elektrycznością, którą się zawodowo zajmuję – powiedział.

Zmieszała się i poczuła trudny do sprecyzowania niepokój.

– Z jakim numerem pana połączyć? – spytała, by uciąć tę niewygodną wymianę zdań. – Pana rozmówca być może czeka na połączenie, a ja muszę obsługiwać kolejne rozmowy.

– Z sześćset sześć, poproszę – odparł. – Dzwoni doktor Iks.

Uniosła brew, hamując się przed skomentowaniem tego pseudonimu.

– Proszę czekać, będzie rozmowa – rzuciła zwyczajową formułkę.

– Dziękuję, ja…

Wyciągnęła wtyczkę, nie czekając na koniec wypowiedzi. Już nie miała nawet najmniejszej ochoty na flirty z tym panem. Wetknęła wtyczkę w otwór opisany żądanym numerem i zakręciła korbką. Teraz u abonenta powinien zadzwonić aparat i postawić na nogi całe domostwo. Spodziewała się, że chwilę potrwa, nim ktoś odbierze, ale rozmówca podniósł słuchawkę niemal natychmiast.

– Tak? – usłyszała nieprzyjemne szczeknięcie.

Zameldowała, że łączy z doktorem Iksem, nie usłyszała jednak żadnych podziękowań ani nawet potwierdzenia, że warczący abonent chce rozmawiać. Zrealizowała połączenie i wypięła swoją słuchawkę. Teraz pozostało jej czekać, aż konwersacja się zakończy, co zasygnalizuje brzęknięcie dzwoneczka. Spojrzała na niego ponaglająco, ale milczał jak zaklęty. Płynęły minuty, a zegar naliczał czas rozmowy, który Hanna notowała w zeszycie po jej zakończeniu. Na tej podstawie księgowi obliczali abonentom opłaty.

Przez pierwsze tygodnie pracy w centrali była zachwycona tym systemem i jego sprawnością, czuła się odpowiedzialna i ważna. Potem doszła do wniosku, że jest tylko nic nieznaczącym trybikiem w telekomunikacyjnej maszynie, takim samym jak szwaczka w wielkiej, nowoczesnej szwalni. Robiła zatem, co do niej należało, ale już bez entuzjazmu, mechanicznie niczym robotnik w fabryce.

– O czym tak gadasz, doktorze Iksie, w środku nocy? – zastanawiała się, po czym ziewnęła rozdzierająco.

Mały diabełek gdzieś w środku jej głowy zaczął szeptać, by delikatnie uniosła słuchawkę i przyłożyła do niej ucho. Skandalicznie złamałaby regulamin i dyrektor wyrwałby sobie włosy z głowy, gdyby się o tym dowiedział, a potem wyrzucił Hankę z pracy na zbity pysk, na bruk. I to z wilczym biletem, przynajmniej w telekomunikacji. Etyka zawodu była dla niego bardzo ważna, co nie raz podkreślał. Hania z kolei była uczciwą, szczerą dziewczyną, która brzydziła się podsłuchiwaniem. Nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego, nie w normalnych warunkach, w zwykłym, codziennym życiu. Jednak tej nocy straszliwie się jej nudziło.

Uniosła słuchawkę delikatnie, trzymając ją końcówkami palców i zagryzając przy tym język, jakby była saperem rozbrajającym bombę. Wiedziała, że szanse, iż abonenci się zorientują, są znikome. W telefonach czasem tak trzeszczało i szumiało, że nic nie było słychać, ale mimo to czuła palący niepokój i strach, jakby rozmawiający znajdowali się tuż obok i mogli spostrzec jej zbrodnię.

– A jak samopoczucie szanownej panienki? Zdarzają się nawroty histerii? – dopytywał doktor Iks.

– Ona nie jest histeryczką. Cierpi na coś innego, to rodzinna przypadłość, dziedziczna – odparł nieprzyjemny, mocno zachrypnięty głos. – Nie pogarsza się jej, kriokuracja zdaje się działać, a przynajmniej spowalnia rozwój choroby. Ojciec życzy sobie, bym spełniał jej zachcianki, ale mniejsza z tym. Wróćmy zatem do fonografu…

– Mógłbym poddać panienkę działaniu prądu na moim wynalazku…

– Przestań pan z łaski swojej z tymi swoimi eksperymentami. Potrzebuję fonografu, a pan obiecałeś, że natychmiast go sprowadzisz.

– Fonograf Edisona, najnowszy model, z zapasem folii cynowej do nagrań. Mam go na oku i zdobędę najdalej do poniedziałku.

– Sprowadziłbym takie cacko z Paryża oficjalnymi ścieżkami, ale trwałoby to wieki. Tylko wy macie działający egzemplarz, jedyny w Warszawie. – Zachrypnięty westchnął, a potem się rozkaszlał. – Pieniądze nie grają roli, ale właściciel składu towarowego każe czekać kilka tygodni na sprowadzenie, bo cło, pozwolenia i tak dalej. Bzdura, pojechałbym do Paryża, kupił i wrócił z tym ustrojstwem w góra cztery dni. Tyle że nie mogę, mamy strajk w fabryce, a papa wybiera się do Wiednia i zostawia mnie samego ze wszystkim.

– Ubolewam. Robotnikom się robić nie chce i tyle.

– Życzą sobie skrócenia dnia roboczego do dziesięciu godzin i jednej wolnej soboty w miesiącu. Chcą założyć związek robotniczy, mieć radę zakładową, system pomocowy i zdrowotny. Nie wystarczy, że założyliśmy i opłacamy ochronkę dla ich dzieciaków, że wypłacamy premie…

Hanka słuchała rozmowy, wstrzymując oddech, choć nie znalazła w tej wymianie zdań niczego strasznego. Miała nadzieję, że jegomoście będą planowali napad, morderstwo, seans spirytystyczny połączony z orgią lub coś równie emocjonującego. A tu nuda, chora panienka, fonograf i strajk robotników. Błe! Chorych panienek było w mieście zatrzęsienie, czym jest fonograf, nie miała pojęcia, a strajki przydarzały się powszechniej niż chore panienki.

– Zatem dostarczę towar jeszcze w niedzielę – obiecał doktor Iks. – Będę musiał zwędzić go z kościoła, a właściwie z zakrystii.

– Nie chcę wiedzieć, nie interesują mnie takie szczegóły. Proszę załatwić to jak najdyskretniej, jasne?

– Załatwi się, wszystko się załatwi, panie Gustawie kochany.

– Tylko bez imion i nazwisk!

– Przecież nikt nas nie widzi, nie podsłuchuje, korzystamy z najnowszych osiągnięć techniki zapewniających całkowitą dyskrecję.

– Nie bądź pan taki pewien, doktorze. Nikt nie widział, nie słyszał, jesteśmy na dwóch końcach miasta. Kto tam wie, co się może wydarzyć? Nie powinno się bezwarunkowo polegać na technice. Takie bezkrytyczne pokładanie wiary w naukę może się zemścić. Niejeden już zginął zgnieciony przez maszynę parową albo w wybuchu kotła, przejechany przez tramwaj lub porażony przez prąd elektryczny. Obaj jesteśmy ludźmi nauki i właśnie dlatego powinniśmy czuć przed nią respekt. I zachować ostrożność, tej nigdy za wiele.

– A tam, niech pan nie przesadza. Od lat param się elektrycznością i…

– I musiałeś pan przez to wyjechać z rodzinnego miasta po wyrzuceniu na pysk z uczelni – przypomniał chrypiący. – Mniejsza z tym. Chcesz pan ograbić księdza, a ja się muszę na to zgodzić, bo nie mam czasu. Wyobrażasz pan sobie, co by było, gdyby ktoś powiązał napaść na zakrystię z moją osobą, z moją rodziną? To uważaj pan, bo nie mam czasu na podobnie idiotyczne kłopoty! – huknął głośno zachrypnięty, po czym się rozkaszlał.

Hanka aż podskoczyła ze strachu. Miała wrażenie, że chrypiący Gustaw wrzeszczy na nią. Zagryzła wargę i delikatnie odwiesiła słuchawkę. Ręka jej drżała, serce łomotało w piersi. Co by było, gdy ten jegomość dowiedział się, że podsłuchiwała? Co jej w ogóle strzeliło do głowy? To było najgłupsze, co tylko mogła zrobić telefonistka. No chyba że jeszcze wtrąciłaby się do rozmowy!

Poczekała na koniec wymiany zdań, zasygnalizowany przez dzwonek po kolejnych kilku minutach. W tym czasie zdążyła się uspokoić, a nawet pogodzić z własną głupotą. Zapisała łączny czas, a potem numery rozmówców. Osiemset dwadzieścia i sześćset sześć.

Siedziała parę chwil nieruchomo nad książką rozmów. Oczywiście nikt nie dzwonił. Za dnia centrala bez przerwy rozbrzmiewała dźwiękami, głosami ludzi, choćby innych telefonistek. Nocne dyżury były nudne i strasznie się dłużyły.

Hanka wstała i przeszła do regału ze skoroszytami. Ciekawość nadal nie dawała za wygraną. W szafce znajdowały się książki telefoniczne, w których numery przypisano do abonentów, ich nazwisk i adresów. Nie było ich wiele, telekomunikacja działała w Warszawie raptem od dekady i choć szybko przybywało telefonów, te nadal uchodziły za nowoczesny luksus. W tej chwili wszystkich numerów było raptem dwa tysiące.

– Osiemset dwadzieścia – przeczytała, wodząc palcem w księdze. – Instytut Politechniczny, ulica Hoża. I tyle…

Instytut był pierwszą w kraju uczelnią techniczną, która działała dopiero od dwóch czy trzech lat w budynku podarowanym szkole przez pewnego szlachetnego darczyńcę. Abonentem nie był zatem konkretny obywatel, a instytucja, Hanka nie mogła więc poznać tożsamości doktora Iksa. Musiał być wykładowcą lub pracownikiem instytutu o dużych przywilejach, mógł bowiem przyjść tam w nocy.

Machnęła ręką i przerzuciła kartki do numeru sześćset sześć.

– A ty coś za jeden? – szepnęła. – Wacław Mąka, ulica Berga, posesja numer 2314. Nic mi to nie mówi, chyba się nie znamy, panie Mąka. Panie Gustawie Mąka? Hm…

Z zamyślenia wyrwało ją trzaśnięcie drzwi na dole i kroki na schodach. Dopiero wtedy zorientowała się, że jej zmiana właśnie się skończyła, dochodziła już szósta rano. Dumanie nad zagadkową rozmową pozwoliło jej łatwiej przetrwać ostatnią część nocy. Najgorzej bowiem było nad ranem, gdy oczy się człowiekowi same zamykały.

– Dzieńdoberek! – rzuciła od wejścia Marysia.

Zmienniczka Hani była istnym mysikrólikiem: mała, drobna i straszliwie ruchliwa oraz rozszczebiotana. Miała zadarty nosek, krótkie nóżki i rączki, a jej figura powoli zmierzała do osiągnięcia kształtu kuli. Głosiku nie miała tak dźwięcznego i pięknego, jak koleżanka, za to donośny i wesoły, budzący sympatię. Kiedy się jej słuchało przez telefon, od razu wiadomo było, że się uśmiecha.

Jak zwykle wpadła do centrali w podskokach niczym mały ptaszek. Uściskała Hanię, jakby nie widziały się tygodniami, choć spotkały się raptem wczoraj.

– Pospałaś sobie? Ja spałam jak suseł, a całą noc śniły mi się zbereźności. I to z kim, nie pytaj! Ale nawet nie musisz i tak ci powiem. Z Henrykiem z administracji! Mam, imaginuj sobie, jakowyś pociąg do dryblasów. Tak mi się marzy, by mnie taki przycisnął, porządnie wymiętosił, jeśli wiesz, co mam na myśli. Och, nie rumień się tak, bądź nowoczesną babą. Zaparzyć czaj czy lecisz? Dziś jestem z Zochą na szychcie, będzie nuda, bo ona niegadatliwa. Jak telefonistka może być takim milczkiem, hę?

 

Marysia nie czekała na odpowiedzi na swoje pytania, rzucała słowa bez zastanowienia, gadała, co jej się nawinęło na język, i nie obchodziły jej czyjeś uwagi. Hanna nawet chciała opowiedzieć o tym, co zaszło nocą, ale w porę się powstrzymała. Co by było, gdyby trajkocząca Mania wypaplała, że koleżanka złamała regulamin i podsłuchiwała abonentów? Zresztą, czy miała znaczenie zagadkowa rozmowa dwóch dziwaków planujących kradzież fonografu? To głupie. Przecież nie pójdą z tym na policję, bo zostałyby wyśmiane. Najlepiej o wszystkim zapomnieć i udawać, że nic się nie stało. To był tylko sen, koniec i kropka.

Machnęła koleżance na do widzenia i zbiegła po schodach na dół.

***

Przejazd tramwajem w wagonie drugiej klasy nie był przesadnie drogi, bilet kosztował tylko pięć kopiejek, ale Hanka i tak nie musiała go kupować. Należała do szczęśliwych posiadaczy karnetu przysługującego członkom rodzin tramwajarzy. Jako dziecko była niezmiernie dumna z posiadania tego skarbu i nosiła go powieszonego na szyi, na sznurku. Teraz trzymała go w torebce, a używała już znacznie rzadziej. Odkąd przeprowadziła się na Próżną, w pobliże centrali telefonicznej, nie musiała właściwie nigdzie jeździć. Mieszkała w sercu miasta i wszędzie miała blisko. Mimo to czasem lubiła przejechać się tramwajem, kojarzył się jej ze słodkimi latami dzieciństwa, wprawiał w dobry nastrój, a stanie w gęstym tłumie pasażerów i pochłanianie rozmów zaspokajało potrzebę przebywania wśród ludzi. Kiedy już się najeździła, nasłuchała prychania koni ciągnących tramwaj, zgrzytów pojazdu oraz plotek i wieści powtarzanych przez podróżnych, wysiadała, by zobaczyć, co ciekawego jest w sklepach w tej okolicy, po czym wracała do mieszkania, często piechotą.

W niedziele jeździła do domu, na obiad u mamy. Wypadało raz na jakiś czas odwiedzić rodziców, sprawdzić, czy u nich wszystko w porządku, posłuchać, co się wydarzyło, i zobaczyć się z bratem, który również karnie stawiał się na obowiązkowej wizycie.

Tego dnia wyszła z mieszkanka na poddaszu grubo przed południem. Na schodach spotkała panią Kowalską, żonę gospodarza domu, sprawującego pieczę nad budynkiem w imieniu kamienicznika. Kobieta zmierzyła dziewczynę nieprzychylnym spojrzeniem i nie odpowiedziała na powitanie.

– Młoda wiedźma – zawarczała pod nosem. – Nieszczęście na nas sprowadzicie tą swoją telefonią!

Hanka udała, że nie słyszy. Kowalska należała do tej części społeczeństwa, która, delikatnie mówiąc, była sceptyczna wobec nowinek technicznych. Część warszawiaków po prostu bała się telefonów jak diabła, choć te działały w mieście już kilkanaście lat. Oskarżano telefony o ściąganie złych wiatrów, bóle głowy, szerzenie zarazy, w szczególności gruźlicy i wysypki, a przede wszystkim o przyciąganie piorunów. Panna Kabała, jako przedstawicielka diabelskiego fachu telefonistek, była dla Kowalskiej symbolem zepsucia i skrajnego zagrożenia.

Hanna minęła ją i wybiegła na ulicę. Pogoda była ponura, siąpił deszcz, zimny i zacinający. Od razu pożałowała, że ubrała się w swój najbardziej elegancki kostium, szyty na miarę i uchodzący za szczyt mody i szyku. Z francuska zwano taki strój tailleur i kosztował całomiesięczną wypłatę. Był to zresztą ten sam ubiór, który zazwyczaj Hanna zakładała do pracy. Prócz niego miała tylko zwykłe, proste kiecki, trochę bielizny, dwa kapelusze, rękawiczki i płaszcz. Wszystko, rzecz jasna, szare. Do tego koloru sprowadzała się cała jej garderoba.

Deszcz zdawał się rosnąć w siłę. Doskonale wiedziała, że jeśli tramwaj szybko nie przyjedzie, przemoknie do ostatniej nitki. I jak wysuszy kostium do jutra? Dyżur zaczynała o świcie, pierwszozmianowy, będzie więc musiała pójść w zwykłej kiecce, a by jakoś w niej wyglądać, należało założyć gorset, czego szczerze nie cierpiała. Będzie zmuszona dusić się w nim przez cały poniedziałek.

Aż się zatrzymała, gotowa zawrócić do domu i się przebrać. Poprawiła kapelusz, a ostatnimi laty modne stały się te duże, często z szerokimi rondami niczym nakrycie głowy muszkieterów z osiemnastego wieku. Jej nie był przesadnie wielki, ale przynajmniej chronił twarz i włosy przed deszczem. Nie przypominał jednak parasola, toteż groziło jej, że gdy solidnie namoknie, zamieni się w oklapłą szmatę. Nie mogła sobie pozwolić na tak kosztowne uszczerbki w garderobie, obróciła się zatem na pięcie.

Zatrzymał ją znajomy dzwonek nadjeżdżającego pojazdu i stukot kopyt tramwajowych koni. Ścisnęła mocniej torebkę i rzuciła się biegiem w stronę przystanku. Z daleka rozpoznała woźnicę. Był gruby jak beka i miał czarne, sumiaste wąsiska. Wujek Ziutek, tak go nazywała, bo wszyscy koledzy z pracy ojca byli dla niej wujkami. Nie raz gościła w zajezdni i miała okazję poznać całą załogę, łącznie ze stajennymi i sprzątaczkami czyszczącymi tramwaje po kursach. Pomachała zatem wujowi, ale trudno było powiedzieć, czy ją spostrzegł, bo nie poruszył się w kabinie. Może dlatego, że wypełniał ją całą swoim imponującym ciałem i nie zostało mu już miejsca na gwałtowne ruchy.

– Dzień dobry, wujek! – rzuciła, wsiadając przez pierwsze drzwi.

– Witaj, myszko! Nie poznałem cię, tak się wygalanciłaś. – Uchylił czapkę i uśmiechnął się, a uśmiech zdawał się wypełniać całą jego nalaną twarz. – Kawaliery pewnie nie dają ci spokoju, królewna z ciebie jak się patrzy.

– Kawaliery nie raczą zwracać na mnie uwagi! – prychnęła. – Daj spokój, wujek, bo nie zdzierżę. Choć ty nie rozpoczynaj ględzenia o zamążpójściu i robieniu gromadki dzieciątek. Mama zaraz zacznie, tylko wejdę do domu.

– Wpadnij do nas na zajezdnię, myszko! Do roboty niedawno przyszło kilku młokosów w twoim wieku, niczego sobie przystojniaki. Zara cię z którym wyswatamy i będzie załatwione. Nie ma to jak mąż tramwajarz. Sama wiesz, jakie morowe z nas chłopy! – Zadzwonił, ciągnąc za linkę, by ostrzec zarówno pasażerów, jak i przechodniów przed odjazdem.

Trzasnął lejcami, konie ruszyły i tramwaj potoczył się po szynach przy akompaniamencie zgrzytania, stukotów i łomotu. Hanka nawet nie musiała sięgać do barierki, by się przytrzymać. Balansowała całym ciałem zupełnie nieświadomie. Czuła się w tramwaju niczym żeglarz na łodzi. Ludzi nie było zbyt wielu, w niedzielne południe mało kto podróżował, nie pracowały wszak fabryki ani warsztaty, nie funkcjonowały sklepy ani targowiska. Mogła swobodnie rozmawiać z wujem i nie przejmować się ciekawskimi spojrzeniami pasażerów.

– Wujek opowie, co ciekawego na mieście – rzuciła. – Jakaś awantura się nie wydarzyła? Studenty się nie buntują, robotnicy nie rozrabiają?

– Studenty są zasadniczo spokojniejsze, odkąd Moskale odwołali kuratora Apuchina, a robotnicy nie mają czasu na rozrabianie, bo wiesz, jak jest, myszo, klepią biedę. W zasadzie wszystko po staremu na mieście. Ludzie kulturalne rozkoszują się jeszcze koncertami mistrza Paderewskiego, któren dał u nas trzy koncerta. Tyli że w ratuszu, a do tego jeszcze jeden, par excellence wytworny, na bankiecie w Resursie Kupieckiej. Mogli go posłuchać co prawda tylko szanowne państwo, a nie byle chamy. Ale! Od tej wytworności są i dobre efekta. Mistrz tyle forsy za to granie dostał, że serce mu zmiękli, zaczem podarował biedocie warszawskiej i chorym dzieciom prawie sześćset rubli!

– Uuu! Kupa forsy – westchnęła Hanka, która zarabiała czterdzieści pięć rubli miesięcznie.

– Płakać nie ma co za piękną sztuką muzyczną, bo dla takich jak my są katarynki na podwórkach i teatrzyki ogródkowe, ewentualnie potańcówki w niedziele na Bielanach. Panie, nie pchaj się pan tak! Kobietę starszą zagnieciesz! – Wujek wychylił się ze swego stanowiska, zauważywszy jakieś niepokojące zagęszczenie pasażerów przy drzwiach. – Co za ludzie nieużyte, prędzej mnie wątroba zgnije, nim się kiedyś kultury nauczą. No właśnie, wczoraj na Bielanach było tyle narodu, że o mało do zgniecenia dziatwy w tłumie nie doszło. Do straganów się pchali, na parkiet się pchali, przed scenę z kabaretami się pchali, po waty cukrowe, po obwarzanki, po rybki, po kiełbaski, aż piwa z tego wszystkiego w karczmach bielańskich zabrakło. Taka tragedia nie wydarzyła się, imaginuj to sobie, od powstania w sześćdziesiątym trzecim. Wtedy też nie było piwa, bo żałoba narodowa panowała.