3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Zuchwały plan

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Zuchwały plan
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Weronika Kurosz

Zuchwały plan. Zielone pastwiska. Tom 1


ISBN 978-83-8203-083-9


Prawa autorskie © Weronika Kurosz, 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadzący Tomasz Zysk Redakcja Bartosz Szpojda Skład okładki Joanna Wasilewska Ilustracja wewnątrz książki Konstantyn Kalinin DTP Jarosław Szumski Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Święty Marcin 77 lok. 8, 61-717 Poznań telefon 881 000 125 www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

Zuchwały plan. Zielone pastwiska.

Łac. Aquila (czyt. Akila) — orzeł

Łac. Tabanus — bąk

Łac. Vanessa — motyl rusałka

Łac. Mus — mysz

Łac. Nanger — gazelka

Łac. Cacatu — kakadu

Łac. Chiroptera — nietoperz

Łac. Papio — pawian

Łac. Lampetra — minog

Łac. Turdus — kos


Czuła, że coś wewnątrz niej jakby rosło, nabrzmiewało. Najpierw nieznacznie, ostrzegawczo, ale z każdą chwilą było coraz większe, gotowe, aby wybuchnąć i wylać się z niej jak lawa.

To był gniew.

Ten gniew nie pozwoli jej potulnie czekać na rzeź. Nigdy.

Akila spojrzała na towarzyszy. Oni najwyraźniej pogodzili się ze swoim losem. Stali jak dziurawe wiadra i gapili się w ziemię. Nawet nie odganiali much, które pakowały się im do oczu, uszu i dotkliwie żarły. Przyjmowali wszystko bezmyślnie, zakładając, że tak po prostu musi być.

Szlag by ich trafił! Głupawe, żałosne krowy.

Koła uderzały miarowo, jednak ten hipnotyzujący dźwięk wcale Akili nie uspokajał. W wagonie panowała okropna gorączka i duchota. Wraz z resztą koni została tak ściśnięta, że ledwo mogła nabrać powietrza w płuca. W jej głowie wciąż dudniły ostatnie słowa Gerarda: „Z tej klaczy nic nie będzie. Jest złośliwa i przez te wszystkie lata niczego się nie nauczyła. Miała piętnastu właścicieli. Szkoda kasy na żarcie. Trzeba z tym skończyć raz na zawsze. Sama jest sobie winna”.

Tak mówił Gerard — jej ostatni właściciel, gdy dostarczył ją przyczepą na stację kolejową. Musiała być to jakaś nieczynna stacja. Świadczyła o tym waląca się rudera z pustymi otworami po oknach. Przed budynkiem stał metalowy potwór z trzema odrapanymi z farby wagonami. Z jednego z nich wyskoczył brodaty mężczyzna i wręczył Gerardowi plik papierków. Ten chwycił je pożądliwie swoimi spoconymi łapskami i przeglądał przez chwilę z uwagą. Pieniądze. Akila żyła już dostatecznie długo, by wiedzieć, że podnoszą one tętno u ludzi i mają jakiś związek z dominacją. Kiedy Gerard skończył je ­liczyć, wyjął coś z kieszeni i podał brodaczowi.

— Paszport konia.

— Mam nadzieję, że wszystko w porządku z papierami? Nie chciałbym kłopotów na granicy. — W pytaniu brodacza pobrzmiewała groźba.

— Bez obaw. Nie ma się czego uczepić — zapewnił Gerard, odpinając skórzaną uprząż. — Zachowam ją dla siebie. Dopiero co kupiłem. Drogie było cholerstwo.

— Jasne, jasne. Mamy własny sprzęt. — Brodacz machnął ręką i poszedł po swój kantar. Nałożył go na głowę klaczy, upewniając się dwa razy, czy jest dobrze zapięty. Następnie dowiązał do niego zwykły sznurek i tak wprowadził konia do wagonu.

Mężczyźni podali sobie ręce i Gerard odjechał smrodliwą maszyną, nie spojrzawszy nawet na konia. Akili było to obojętne, nie czuła do niego ani krzty szacunku czy przywiązania. Gdy Gerard zbliżał się do niej, wszystkimi zmysłami odbierała jego strach. Było oczywiste, że ten marny człowieczek, który prowadził stadninę tylko dla zysku, bał się koni. Tacy są najgorsi. Machają batem i wrzeszczą. Tchórze. Niektórzy jej poprzedni właściciele byli nawet mili, starali się, z nieco przygłupawym wyrazem twarzy używali tych swoich metod. Ale co z tego? Akila nie zamierzała spełniać ich pragnień ani grać roli słodkiego pluszaka w ludzkim teatrzyku. Chciała wrócić do stada. Galopowanie na komendę to nie jest życie.

Klacz porzuciła nic niewarte wspomnienia. Gerard to już historia. Wysunęła szyję i zbliżyła nozdrza do spoiwa, które łączyło dwie metalowe płyty wagonu. Zamknęła oczy i wciągnęła powietrze przez cienkie szpary. Delikatnie, niczym muśnięcie motyla, poczuła zapach bezkresnych równin, odgłos falujących traw i pulsujące ciepło jej matki. I wtedy, po chwili rozczulenia, znów zabulgotał w niej gniew, podniósł się aż do czubka głowy i przekształcił w twardą i nieustępliwą myśl: uciekać.

Akila nie pozwoli się zabić. Wróci na łąki. Odnajdzie tabun.

Jednak, aby plan mógł się powieść, musiała przekonać resztę.

— Upał jak diabli — rzuciła w przestrzeń, żeby jakoś zagaić rozmowę. Nikt się nie odezwał. Akila spojrzała na kasztanowatą klacz po swojej prawej stronie. Wyglądała na starszą od niej, ale nawet wiek nie zdołał przygasić niesamowitej urody tego konia. Akila z przyjemnością przyjrzała się dużym oczom, szeroko rozwartym nozdrzom i delikatnym rysom. Z jej sylwetki biła jakaś niesamowita subtelność. Zupełne przeciwieństwo Akili. Ona była masywna, twardo ciosana na ciele i duchu, dlatego tak zafascynowała ją sąsiadka.

— Nie denerwują cię te muchy? W ogóle z nimi nie walczysz — zauważyła Akila.

— Nie, nie myślę o nich. — Klacz uniosła nieznacznie powieki, ale spojrzenie jej oczu nadal pozostawało jakby za mgłą.

— Szczęściara z ciebie. Ja nie mogę myśleć o niczym innym. Tak mi działa na nerwy to bzyczące draństwo.

— Już niedługo — odezwał się tubalny głos z lewej strony. — Wkrótce twoje wszystkie problemy znikną.

Na ile mogła, Akila przechyliła łeb i rzuciła okiem na drugiego towarzysza. Kary, mocnej postury ogier. Zajmował zdecydowanie za dużo miejsca.

— Co masz na myśli? — zapytała, udając, że nie rozumie.

— Wszyscy to wiedzą. Jedziemy na śmierć. Nastąpi święty spokój. Nawet armia much już nam nie zaszkodzi — skwitował beznamiętnie.

Akila obruszyła się.

— Święty spokój? Co ty gadasz? Myślisz, że śmierć to jakaś sjesta pod gruszą z szumem wodospadu w tle?

— Tego to nie wiem, ale na pewno jest nieunikniona. A w naszym przypadku jeszcze bardziej niż zwykle.

— Zamierzasz tak się poddać bez walki? — Akila nie wierzyła własnym uszom.

— A po co walczyć? — odezwał się niewyraźny głos z dalszej części wagonu. — Tabanus dobrze mówi. Tu jest piekło, a po śmierci przynajmniej trafimy na Zielone Pastwiska. Tam nie ma ani wrednych insektów, ani batów, ani wędzideł…

— Co za brednie! — Akila nie zdołała się opanować i tupnęła kopytem w metalową ścianę wagonu. Uderzenie odbiło się głośnym echem, wywołując u wszystkich nieprzyjemny dreszcz. Klacz wyciągnęła szyję. Koń, który się odezwał, stał obok Tabanusa. Ledwo go było widać. Siwy, chudy, jakby miał zaraz się rozmyć w powietrzu.

— To nie są żadne brednie, kochana — odezwał się kpiącym tonem Tabanus. — Pozwól, że przedstawię ci historię Musa. Pewnego dnia jego właściciel z tak wielkim zaangażowaniem zakładał mu wędzidło, że podciął mu język. Cud, że możemy zrozumieć, co mówi, ale wierz mi, to musiało boleć. Poza tym biedaczyna ma taką przypadłość, że boi się małych ciemnych pomieszczeń… Trudno namówić takiego konia, aby wsiadł do przyczepy. Ale człowiek zawsze znajdzie odpowiednie argumenty. Przecież są miotły, łopaty i pejcze… A jakże! Najlepszym dowodem są nogi Musa. Teraz nie dojrzysz, ale każda z nich jest gęsto opleciona siecią blizn. Obecnie to zrośnięte tkanki, ale kiedyś były bolesnymi krwawiącymi ranami.

Akila przełknęła ślinę i poruszyła językiem, jakby chciała upewnić się, że jej wciąż jest w jednym kawałku.

— Jego życie to wielkie cierpienie. I jak? — prychnął Tabanus. — Zabronisz mu tęsknić za Zielonymi Pastwiskami?

Nie odpowiedziała. Lewym okiem dojrzała, że Mus na te wspomnienia jeszcze bardziej się skurczył i wyblakł.

— A ty? — spytała nieco spokojniej Akila. — Dlaczego nie chcesz walczyć?

Ogier zaśmiał się.

— Ja to ja. Dla mnie się liczy dobra zabawa. W zasadzie jest mi obojętne, czy będę tu, czy na Zielonych Pastwiskach. Wszystko, co nam się przytrafia, trzeba brać z przymrużeniem oka, panienko. Tak jest o wiele prościej.

— Akila. Mam na imię Akila — powiedziała z naciskiem.

— Zapamiętaj, Akilo, tylko poczucie humoru nas uratuje. — Tabanus zarżał krótko i sięgnął po brudne siano, którym wyłożony był wagon.

„Kompletny pajac!” — zirytowała się klacz. Czasu było coraz mniej. Sądząc po jej zdrętwiałym ciele, jadą już długo. Droga wkrótce się skończy. Musiała ich jakoś przekonać. Dobrze. Spróbuje teraz z drugiej strony. Przestąpiła z nogi na nogę i niby przypadkiem nastąpiła na tylną pęcinę swojej towarzyszki.

— Oj, przepraszam, nie chciałam, tak tu niewygodnie…

— Nic się nie stało.

— Jak masz na imię?

— Vanessa.

— Vanesso… Nie chciałabyś jeszcze trochę pożyć? Możemy wspólnie uciec. Nikt nam nie będzie dyktował, co mamy robić. Jeszcze wiele przed nami.

 

Vanessa uśmiechnęła się smutno.

— Nie... Nic nie chcę zmieniać. Jestem szczęśliwa, że już wkrótce trafię na Zielone Pastwiska. Tam podobno jest tak pięknie, że aż dech zapiera. Soczyste trawy, zielone wzgórza, słońce, które ogrzewa, i drzewa, które rzucają zbawczy cień, krystaliczna woda i cisza… — recytowała rozmarzonym głosem niczym dawno nauczony wiersz.

— Rozejrzyj się, przecież to wszystko masz wokół siebie. No, może nie w tej chwili, ale poza wagonem tak jest! Nie trzeba wybierać się na żadne Zielone Pastwiska.

— Nie wiem. Ja tego nigdy nie widziałam. Albo przynajmniej… rzadko. A tam będzie tak na okrągło. Bez ograniczeń. Rozumiesz? — rozemocjonowała się. — Na Zielonych Pastwiskach nie ma zatęchłych szop i zgniłej wody.

— Matko! Czy wam ktoś klepki we łbach poprzestawiał?! — wydarła się Akila. Miała wrażenie, jakby waliła głową w mur. Kupa wariatów. Ale potrzebowała ich, aby plan się powiódł.

Klacz zamachała gniewnie czarnym ogonem tak zamaszyście, że odgoniła muchy ze swojego zadu, a także z Vanessy i Tabanusa. Nagle pociąg zwolnił, stukot kół stał się wyraźniejszy, aż wreszcie rozległ się pisk i pojazd stanął. Bezruch i cisza oblepiły zwierzęta, które w napięciu oczekiwały na to, co się wydarzy. Monotonia podróży wprowadziła je w stan letargu i w zasadzie uwierzyły, że będą tak sunąć w nieskończoność. Ich receptory zaczęły się z wolna wyłączać, jak u żywej istoty zasypiającej na mrozie. Teraz gwałtowne zatrzymanie wyrwało je z odrętwienia i dławiło gardła lękiem przed tym, co nieuchronne.

Nic jednak nie nastąpiło. Po chwili jakaś nieznana koniom siła szarpnęła pociągiem i koła powróciły do swego równomiernego klekotania.

„Zielone Pastwiska… Też coś! Kto im nawciskał tych bredni?” — piekliła się w myślach Akila, gdy upewniła się, że zagrożenie minęło. Nie mogła pojąć, jak te konie mogły być tak mułowate. Kompletnie pozbawione inicjatywy. Jak zepsute zabawki na taśmociągu. Jadą na przemiał i nic! Nawet nie próbują zeskoczyć.

Akila czuła, że jak nigdy dotąd przez wszystkie te lata niewoli jest blisko swego stada i wolności. Nie pozwoli tego zmarnować. Musi uciec.

Cały lewy bok bolał ją od napierającego cielska Tabanusa. Próbowała go przepchnąć, ale ogier nie miał nawet możliwości ustąpić. Zostali poupychani do wagonu jak szczapy do kominka. „Zielone Pastwiska… Zielone Pastwiska…” — w myślach wciąż powracało hasło powtarzane jak mantra przez resztę koni. Pewien głos, pewne wspomnienie… zapalało się i gasło w jej głowie. Nie mogła tego uchwycić. „Niesamowite. Jak jakaś bajka może owładnąć końskim umysłem. Jak mit może wpływać na nasze losy, na nasze wybory. Ale chwileczkę... Ależ tak! Mam. Już wiem!”.

Chociaż stała nieruchomo jak kołek, jej serce galopowało. Wreszcie wpadła na pomysł. Jej zuchwały projekt jeszcze nie całkiem spalił na panewce. „Akilo, jesteś geniuszem”, schlebiła sama sobie i zarżała.

— Ja znam Zielone Pastwiska.

Cisza. Dudniąca, nieznośna cisza. Konie wstrzymały na chwilę oddech. Nikt się nie odezwał.

— Słyszeliście?! One są tu niedaleko, wcale nie trzeba najpierw umierać.

— Byłaś tam? — zapytała cicho Vanessa.

— Nie. Ale wiem, gdzie one są.

— Ha! Ha! Ha! Moja lekcja nie poszła na marne. W końcu nauczyłaś się żartować — roześmiał się Tabanus. — Bardzo udany dowcip, kochanieńka. Biorąc pod uwagę okoliczności, to czarny humor. Jeszcze lepiej. Brawo! Ha! Ha!

— To nie żart! — oburzyła się Akila. Mówiła głośno, aby jej słowa dotarły do wszystkich koni. — Urodziłam się na wolności. Żyłam w dzikim stadzie mustangów. Moja babka opowiadała mi o tej krainie. Ona tam była. Miękkie wzgórza, pod dostatkiem słodkiej trawy, a gdy przekroczysz jej bramy, nigdy nie dotrzesz do krańców. Bo one nie istnieją! Możesz biec i biec. Tam nie ma dzikich kotów ani wilków. A co najważniejsze, na Zielone Pastwiska nie dotarł człowiek. Tam zapominasz o tym, co to wędzidło, bat czy siodło.

Konie, na ile pozwalała im przestrzeń, skierowały łby w stronę Akili. Chłonęły historię jak świeżą bryzę.

— Nie musicie umierać, aby tam się znaleźć — kusiła je. — Zaprowadzę was tam.

— Naprawdę? — spytała rozmarzona Vanessa.

— Oczywiście!

— Mówiłaś, że nigdy tam nie byłaś — wygarnął jej Tabanus.

— To prawda, ale wiem, jak tam dotrzeć. Moja babka, zanim oddzielono mnie od stada, zdążyła mi opisać drogę. Mam wszystko wyryte w pamięci. Obiecuję, że was tam doprowadzę.

Akila starała się nie popaść w egzaltację. Gdy handlarz chce coś sprzedać, powinien dać odczuć nabywcy, że to towar deficytowy, nie dla każdego.

— Ja jej wierzę. — Z najodleglejszego krańca wagonu odezwał się głos, który do tej pory nie brał udziału w dyskusji.

— A coś ty za jeden? — zadudnił Tabanus.

— Nanger.

— Ach tak, słyszałem o tobie. Szybki jak gazela… w epoce lodowcowej! Ha, ha! — naigrywał się potężny ogier.

— Owszem. O tobie też się mówi, tu i tam, że jesteś złośliwy jak bąk. Ale jak widzę, w twoim przypadku to nie kwestia minionego czasu — odparował Nanger, nie tracąc optymizmu. — Mów, Akilo, co planujesz. Jestem z tobą.

— Zanim podniesiesz kopyto, już będziesz martwa. Oni mają te swoje huczące kije. — Tabanus nie odpuszczał. — Lepiej nie przegrzewaj biednej mózgownicy i ciesz się ostatnimi chwilami na tym świecie.

Akila jęknęła. Ten czarny ogier nie ułatwiał jej zadania.

— Może i mają huczące kije, ale my jesteśmy sto razy silniejsze. Mamy cztery nogi, ludzie tylko dwie, a do tego krótkie i chuderlawe. Pomyślcie, jakie mamy zęby w porównaniu z ich mizernymi wyrostkami. A nasz łeb? Oni są jak nieporadne chrząszcze. Człowiek nie ma żadnych szans z nami! Ani w gonitwie, ani w walce. Przecież to śmieszne. Pozwoliliście sobie wmówić, że zgraja karłów ma nad wami przewagę. Trzeba jedynie rozdeptać im te przeklęte kijaszki.

W wagonie nastąpiło ożywienie. Konie komentowały coś między sobą.

— Może spróbujmy… — odezwała się wreszcie nieśmiało Vanessa. — Co mamy do stracenia?

— Gorzej i tak być nie może — poparł ją Mus.

— Hej ho! Pomkniemy chyżo jak pasikoniki na spotkanie wolności — zanucił wesoło Nanger.

— Powariowaliście?! — Tabanus nie potrafił sobie poradzić z tym, że ktoś inny przejął dowodzenie. Torpedował pomysły Akili tylko dla zasady. — Skończycie podziurawieni jak sitka.

Aby plan się powiódł, Akila potrzebowała jedności wśród skazańców. A już szczególnie zależało jej na Tabanusie, bez wątpienia był z nich najsilniejszy. Postanowiła uderzyć w jego czuły punkt.

— Czy zapomniałeś, jak niewiele wysiłku trzeba włożyć, by wysłać człowieka w powietrze? Nie powiesz mi chyba, że nigdy nie zdarzyło ci się wyrzucić dwunożnego z siodła?

Nie zaprzeczywszy, Tabanus dał wszystkim do zrozumienia, że naturalnie — zrobił tak nie raz. Ożywiona Akila ciągnęła dalej:

— Gdy połączymy nasze siły, będziemy nie do pokonania. Jak tajfun. Zmieciemy ich. A potem, pomyśl, potrzebny będzie ktoś, kto poprowadzi stado. Ktoś zdecydowany, mocny i z poczuciem humoru, rzecz jasna. To nie zadanie dla byle kogo. Jak już stąd czmychniemy, to będzie kupa śmiechu. Mówię ci, Tabanusie…

Wypowiadając te słowa, skręcało ją od środka. Takie przypochlebianie się absolutnie nie leżało w jej naturze. Ale co miała robić? Musi przekonać tego upartego mięśniaka. Cel wszak uświęca środki.

Konie czekały na werdykt. Tuku tuk, tuku tuk… Metalowe koła pociągu odliczały sekundy. Tabanus grzebał kopytem w podłodze. Podejmował decyzję. Od jego „tak” lub „nie” zależał los sześciu koni. Chyba tyle ich tu było. „Vanessa, Mus, Nanger, Tabanus, ja i jeszcze jeden milczek na końcu po lewej… — wyliczała Akila. — Miejmy nadzieję, że nie jakiś konfident”.

— No to gadaj, jaki masz plan, księżniczko — zagrzmiał wreszcie Tabanus. — Urządzimy zabawę tym łotrom. Ale pamiętajcie, że was ostrzegałem. To będzie nasz ostatni bal. Ha! Ha!

— Mylisz się, to będzie bal inauguracyjny! Bal otwarcia… wrót do wolności — zawołała radośnie Akila. — A teraz słuchajcie uważnie!


Fala światła jak żrący kwas zalała wagon. Oślepione konie poczuły się kompletnie zdezorientowane. Nie potrafiłyby stwierdzić, gdzie mają chrapy, a gdzie ogon. W popłochu zapominały nawet o oddychaniu. Nie straciwszy zimnej krwi, Akila szeptała uspokajająco:

— Cierpliwości, zaraz to minie, nie bójcie się, jeszcze tylko chwila.

Klacz obawiała się, że konie wpadną w panikę, zapomną o wszystkich ustaleniach i plan spełźnie na niczym. Prawym bokiem wyczuwała u sąsiadki narastającą trwogę.

— Vanesso, trzymaj się planu, a wszystko będzie dobrze.

Muślinową skórą Vanessy wstrząsały dreszcze, krew w żyłach pulsowała niczym oszalała.

Jeszcze zanim w pełni odzyskała widzenie, Akila poczuła ostre szarpnięcie do tyłu.

— Nazad! Ruszaj się! — poganiał ją męski chrapliwy głos.

Klacz posłusznie wycofała się, kopyta trafiły na nieprzyjemną metalową rampę. Dźwięk się jej nie spodobał, ale wiedziała, że musi być posłuszna, aby uśpić czujność ludzi. Noga za nogą, lekko dygocząc, szła w kierunku, który wskazywał jej człowiek.

Kiedy znalazła się już poza wagonem, rozejrzała się czujnie. Po jednej stronie rozlewał się jak zielony ocean gęsty las. Gdyby się do niego dostać, stanowiłby świetną kryjówkę. Jednakże nie wolno zapominać, snuła gorączkowe rozważania Akila, że drzewa odbierają prędkość. Trzeba je omijać, uważać na zwisające nisko gałęzie i na zdradliwe korzenie, które przy odrobinie nieuwagi potrafią złapać w swe kleszcze i spowodować upadek. Akila łypnęła więc okiem na drugą stronę, tam za torami dojrzała rozpościerające się pola. Żadnych budynków, żadnych przeszkód, niczym niezmącona przestrzeń. „Widoczność doskonała. Wystrzelają nas jak kaczki”, pomyślała. „Ilu ich właściwie jest?”. Skupiła się teraz na obszarze wokół pociągu. Doliczyła się trzech mężczyzn.

„To niewielu, mamy szczęście”.

Jeden z nich przytrzymywał ją i Vanessę. Drugi właśnie wyprowadzał czarnego ogiera i Musa. Mus, kiedy tylko zrobił krok, zaczął się szarpać. Metalowy podest wydawał głuchy odgłos, który napawał go irracjonalnym strachem. Nie potrafił nad tym zapanować.

— Dalej, wychodź! — wrzeszczał jeden z mężczyzn. Śmignął bat. Raz i drugi. Nabrzmiałe pręgi pojawiły się na grzbiecie wałacha, zaraz potem karminowe kropelki niczym krwawa rosa upstrzyły jego jasną sierść. Mus poddał się i zszedł.

W tej samej chwili krępy brodacz, którego Akila widziała wcześniej na stacji, pociągnął ją i Vanessę za sobą. Obie natychmiast ujrzały naprzeciwko siebie ogromną paszczę ziejącą nieprzeniknioną czernią. Przyczepa tira. „O, nie! Nie możemy pozwolić, by nas tam wpakował”, przeraziła się Akila. To oznaczało fiasko. Koniec. Śmierć.

Skręciła głowę w bok, by zobaczyć, jak wygląda sytuacja przy wagonie. Chudy, nienaturalnie wysoki mężczyzna wyprowadzał Nangera i milczka z narożnika. Cała szóstka znajdowała się na zewnątrz. „Teraz albo nigdy!”. Akila przykleiła uszy do łba i zarżała, następnie uniosła przednie nogi. Na ten znak wszystkie konie wspięły się na tylnych kończynach i zarżały z całej mocy. Tabanus zdołał wyszarpać się mężczyźnie, który go prowadził, i odbiegł kawałek dalej. Stanął dęba i ryczał głośno jak reszta. Huk opadających raz po raz końskich kopyt zdawał się rozłupywać ziemię, a przeraźliwy pisk zakończony złowrogim parskaniem sprawiał uszom ból niczym wbijające się w skórę szpony jastrzębia. Zdawać się mogło, że dźwięku nie wydawały ziemskie istoty, lecz wypełzłe z podziemi bestie.

— Co u licha! Spokój, spokój! — Człowiek, któremu zerwał się Tabanus, miał teraz jedną rękę wolną i okładał batem Musa. Nie mogąc poradzić sobie inaczej, Akila wreszcie obnażyła zęby i zaczęła kłapać tuż przy nosie brodacza, który wszelkimi sposobami starał się uniknąć ugryzienia. Rozżarzony oddech konia palił mu twarz. Wreszcie spanikowany mężczyzna wypuścił kantar, porzucając Akilę oraz Vanessę, i pobiegł w kierunku kabiny tira.

— Zaraz się z wami rozprawię, diabelskie stworzenia! — wysyczał przez zęby.

Z drugiego wagonu, który ludzie zdążyli wcześniej otworzyć, dobiegły kwiki nieznajomych koni. Nie było czasu na odpowiedź. Nanger walczył zażarcie, ale wciąż się nie oswobodził. Postanowił spróbować innego sposobu. Opuścił głowę, zaokrąglił grzbiet, stanął na przednich nogach, zaraz potem uniósł głowę i stanął na tylnych. Udało się. Mężczyzna tak się przestraszył bliskości wielkiego łba w okolicach swego brzucha, iż wypuścił kantar i skupił się na utrzymywaniu klaczy, która w pociągu nie odezwała się ani razu. Najwyraźniej jednak nie była szpiclem, ponieważ wierzgała kopytami i toczyła pianę z pyska jak reszta. Odgłosy koni z drugiego wagonu zagrzewały do walki. Po siwej sierści Musa spływały czerwone strużki. Cienki skórzany bat smagał i ciął jego delikatną udręczoną skórę. Niewiele myśląc, Tabanus podbiegł do okładającego go mężczyzny, odwrócił się tyłem i kopnął potężnie. Uderzony w plecy mężczyzna zawył, upadając na ziemię. Mus skorzystał z jego chwilowego unieruchomienia i odbiegł kawałek. Pozostawało uwolnić bezimiennego konia. Akila krzyknęła, chlapiąc dookoła śliną:

 

— Otoczyć go!

Piątka buntowników wysunęła czoła przed siebie i uniosła wysoko ogony. Zgodnie zaczęły napierać na chudzielca, który wymachiwał podniesionym z ziemi kijem. Szły równo, wysoko unosząc przednie nogi, z wolna zacieśniając krąg. Twarz człowieka zbielała i wykręciła się w dziwacznym grymasie. Dotarło do niego, że z każdej strony miał zamkniętą drogę ucieczki, a jego jedyną bronią był niezbyt gruby drąg. Z dziką furią dźgnął więc nim gniadą pierś Vanessy. Klacz cofnęła się i przysiadła na zadzie.

— Precz! Wynocha! — darł się chudzielec, zadając podobny cios Musowi.

I wówczas nastąpił wystrzał. Konie rzuciły się do ucieczki. Natychmiast, prawie na ślepo, nie oglądając się na nic. Tabanus gnał na czele, rozpryskując grudki ziemi wokół siebie. Przesadził tory i pocwałował w pole. Instynktownie wybrał drogę, która w żaden sposób nie hamowała pędu. Nanger, Mus, Vanessa i Akila w ciasnej grupie podążali tuż za nim. „Udało się, udało!” Ta radosna myśl upajała Akilę i pchała do przodu. Już wkrótce połączy się ze swoim utraconym stadem! Nie pójdzie na rzeź.

Po chwili trochę wbrew sobie klacz skręciła lekko głowę i ujrzała w tyle „Bezimienną”. Stała sztywno z uniesionym pyskiem i szeroko otwartymi oczyma, ukazując białka. Nie wyrywała się już. Rozległy się kolejne strzały.

Nagle Akila odbiła od stada i zatrzymała się. Przed sobą miała bezkres, wolność, tętent cwałujących koni, za sobą niemoc i widmo śmierci.

— A niech to szlag! Nie pozwolę draniom na tę satysfakcję…

Nie kierowała się żadnym współczuciem czy troską o innych. Przecież ta bezimienna klacz była jej zupełnie obca. Cóż ją obchodził los jakiegoś słabeusza, w momencie gdy ona była bliska zwycięstwa. Akila nie potrafiła po prostu wybaczyć przeszłości. To gniew podpowiadał jej, co ma robić. Pragnęła ukarać ludzi za jej cierpienie. Skoro ona musiała cierpieć, teraz spotka ich to samo. Zostawi ich z niczym. Nawet ryzykując własne życie. Pragnienie zemsty zawładnęło jej umysłem.

Rozwścieczona ruszyła z powrotem tam, gdzie stał pociąg. Mimo że brodacz miotał pociskami bez opamiętania, robił to niecelnie. Kule rozbryzgiwały ziemię i trawę wokół Akili, ale nie raniły jej. Ośmielona tym faktem natarła z większą mocą, podobna do wojennego tarana. Była zdecydowana wyzwolić towarzyszkę. Nagle świst wbił ją w podłoże. Dopiero po upływie sekund namierzyła źródło palącego bólu. Została trafiona w ucho. Poruszyła nim i natychmiast dotarł do niej przykry zapach krwi. Stała, tocząc wewnętrzną walkę. Czy na pewno da radę?

I gdy już miała zrezygnować i zawrócić do uciekającego stada, przyjąwszy, że są moce, wobec których jest bezbronna, z lewej strony zauważyła jakiś ruch. Trzy konie pędziły w stronę „Bezimiennej” i jej oprawcy. Jeden z nich, srokaty i na niewiarygodnie długich nogach, zerwał czapkę z głowy chudzielca, po czym bez ostrzeżenia zatopił zęby w jego ramieniu. Mężczyzna wydał okrzyk i wypuściwszy kantar, zatoczył się z bólu. Brodacz natychmiast skierował pistolet w ich stronę, lecz drugi z koni — niski o długiej i wiewiórczej sierści — podbiegł do niego, uniósł przednie kopyta i wycelował w dłoń mężczyzny, zanim ten zdążył nacisnąć spust. Huczący kij potoczył się po ziemi, a czwórka koni pocwałowała tropem uciekinierów.

— Jasny gwint, łapcie je, gamonie! — bulgotał brodacz, rozpaczliwie masując dłoń. — Nasze miliony nawiały!


— Nigdzie nie jadę!

— Obawiam się, że nie masz innego wyboru. Jedziesz, czy ci się to podoba czy nie.

Tak się to wszystko zaczęło. A może skończyło? Albo inaczej — to był początek końca.

Czy to był szczęśliwy koniec?

Po kolei. Postaram się to opowiedzieć w jakimś porządku.

Najgorzej zdecydować, który moment jest przyczyną sprawczą jakichś zdarzeń. Prawdopodobnie należałoby sięgać wciąż dalej i dalej, więc zacznę opowieść od dnia, który dobrze zapamiętałam.

To było trzy miesiące temu. Tamtego dnia przeprowadziliśmy się z rodzicami do domu, w którym mieszkali kiedyś moi dziadkowie. Podobno mama się w nim urodziła. Dziadków nie pamiętam. Umarli, gdy byłam bardzo mała. Nawet nie wiedziałam, że dom jeszcze należy do rodziny, bo nigdy tam nie jeździliśmy. Nie wiem, co się wydarzyło, że temat domu powrócił. Nagle rodzice zaczęli tam jeździć, remontować. Jeśli o mnie chodzi, przed przeprowadzką wybrałam się tam raz. Byłam na nich wściekła, że rujnują mi życie, ale na okrągło opowiadali, jakie to cudowne miejsce.

— Sama się przekonasz. Malownicze położenie. Z dala od miasta, duży dom otoczony lasami. Tuż obok naszego ogrodu płynie strumień — mówili.

Potworna nuda, myślałam przygnębiona, bujając się na spróchniałej huśtawce. Mama z tatą uwijali się na grządkach i przesuwali jakieś graty po pokojach.

— Zupełnie jak na wczasach. — Ojciec szczerzył się idiotycznie, malując płot. Egoiści. Czy oni nie widzą, że jestem tu sama jak palec, tęskniąc za ludźmi i miastem? Ta cisza mnie przygnębia. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, były drzewa, trawa i pola. Mam gadać ze świerszczami?!

Postanowiłam płakać tak długo, aż się rozchoruję. Byłam przekonana, że rodzice ze względu na moje zdrowie zmienią swe plany. Nie udało się. Nie da się zbyt długo płakać. Okazuje się, że to też okropnie nudne.

I tak oto po zakończeniu roku szkolnego jechałam z mamą autem zapakowanym po brzegi pudłami, za nami jeepem podążał ojciec, również z pasażerami w postaci toreb i kartonów. Smutną karawanę zamykał meblowóz, duży i czarny, który wręcz idealnie odzwierciedlał mój pogrzebowy nastrój.

— Ostrożnie przez próg. Unieś wyżej nogi — przestrzegła po swojemu mama, gdy wnosiłam pakunki do nowego domu. Uniosłam zatem nogi nad progiem, a oczy do nieba.

— Mamo, spokojnie, przecież nie jestem małym dzieckiem.

— I na schodach uważaj, są dość strome. Trzymaj się jedną ręką poręczy.

Znałam te słowa na pamięć. Gdyby moja matka była w stanie posiąść taką moc, usunęłaby spod moich stóp wszystkie górki, dziury, przeszkody i inne nierówności terenu. Chyba nigdy się nie zmieni. Już dawno wyrosłam ze śpioszków, a ona bezustannie mnie uczyła, jak mam chodzić.

Siedziałam w pomieszczeniu na piętrze, które miało stać się moim nowym królestwem. Było o wiele większe niż mój dotychczasowy pokój w mieszkaniu. Dryblasy z ekipy od przeprowadzek zdążyły już wnieść wszystkie meble. Pozostawało mi rozłożyć zawartość kartonów na półkach i do szuflad. Ani trochę nie uśmiechała mi się ta myśl. Leżałam więc na łóżku i tępo wpatrywałam się w ścianę, mając nadzieję, że wszystko samo się zrobi. Wówczas dobiegł mnie z dołu głos mojej matki:

— Lauro, chodź i zobacz, kto do ciebie przyszedł.

Stała w holu naszego domu pośród pudeł i worków, i w ogóle nie wyglądała na skrępowaną. Patrzyła mi prosto w oczy, uśmiechała się radośnie, jakby przekonana, że właśnie na nią czekałam. Nie znałam jej, ale natychmiast poczułam ukłucie zazdrości, że tak można. Wejść w obcą przestrzeń, tak po prostu, bez najmniejszych oznak dyskomfortu czy niepewności.

— Cześć! — odezwała się niskim zachrypniętym głosem. — Jestem Ada. Sąsiadka.

Zrobiłam duże oczy. Sąsiadka? Mieszka w dziupli w ogrodzie? Czy w norze pod starym dębem? Jak okiem sięgnąć, nie widziałam tu żadnej ludzkiej siedziby.

— Mieszkam za młodnikiem, koło starej studni.

To wiele tłumaczy, pomyślałam i zaczęłam się zastanawiać, czy to jakiś głupi żart czy może sen.

Nowo przybyła nie zrażała się moim gburowatym przyjęciem. Wciąż nie zająknęłam się nawet słowem.

— Pięć minut rowerem. Masz rower? Wszyscy od tygodnia trąbią o waszym przyjeździe. Strasznie się cieszę. Ja mam dwóch braci. Ci koło młyna też mają chłopaków. Fajni nawet. Ale dziewczyna to dziewczyna. Będziemy razem chodziły do klasy. Już się dowiedziałam od nauczycielki… — Ada trajkotała, a ja, nie wiem dlaczego, przyglądałam się jej butom, zgrabnym zamszowym sandałkom w gołębim kolorze.