Polowanie na AnnabelleTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zostawię was, możecie dalej się bić o lit – przerywam im i chcę wstać. – A ja skoczę na komisariat i sprawdzę, co robią w sprawie Annabelle.

– Rano rozmawiałam ze śledczymi – oznajmia matka. – Robią wszystko, co uważają za konieczne, ale skoro ta dziewczyna powiedziała współlokatorce, że jedzie odwiedzić rodzinę, to jasne, że twoja relacja jest, w najlepszym razie, niewiarygodna.

– Wobec tego sam muszę z nimi porozmawiać.

– Niewiarygodna w najlepszym razie. A w najgorszym jesteś podejrzany. Chcesz im dać powód, żeby zadzwonili do Kalifornii?

– Do Kalifornii? – powtarzam głupkowato.

– Wystarczy telefon do kalifornijskiego Departamentu Sprawiedliwości i przyślą im kopię twoich akt. Jest rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty, gołębie pocztowe już wyszły z mody. W ciągu kilku dni dostaną twoje papiery. Naprawdę tego chcesz?

– Nie – szepczę.

– To nie zawracaj im głowy.

Pamiętam, jak Annabelle machała nogami nad powierzchnią jeziora i jak wysypywała prochy do wody. W zachodzącym słońcu wyglądała przepięknie. Świerzbią mnie dłonie. Powiedziała, że zadzwonię do niej nie później niż w sobotę. Nie znaczy to, rzecz jasna, że w sobotę zamierzała być w domu. Chodziło jej o to, że na pewno niedługo się do niej odezwę. Czyżby rzeczywiście planowała wyjazd do rodziny? A może ta jej współlokatorka z jakiegoś powodu kłamie?

Szarpię bransoletki na nadgarstku. Mama i doktor Shandra dyskutują o dawkach moich leków. Głos doktor Shandry wzmaga się, gdy mówi:

– Proszę na niego spojrzeć, przecież widać, że jest naszpikowany prochami po uszy.

W tym momencie osacza mnie czworo przenikliwych ciemnych oczu i dwie błyszczące aury w kolorze fuksji. Kulę się na kanapie i jeszcze mocniej szarpię bransoletki. Ich rozmowa zmienia się w dyskusję o tym, czy mama powinna wynająć pielęgniarkę, żeby mnie niańczyła. Wiem, że tego nie zrobi, ten temat już przerabialiśmy. Doktor Shandra naciska, na szczęście mama jest uparta jak oślica – nie wpuści do naszego domu nikogo obcego ani nie przyzna się, że potrzebna nam pomoc. Włosy opadają mi na twarz, zamykam oczy. Mam wrażenie, że unoszę się na wodzie.

Dociera do mnie, że zniknięcie Annabelle mnie zasmuciło. To straszne. Widzę, że to straszne, i widzę, że jestem smutny, ale jak gdyby z oddali. Moje ciało zupełnie nie odzwierciedla tych uczuć, to tak, jakbym oglądał film, którego bohater jest smutny, ale nijak nie odnosił tego do siebie. Może doktor Shandra ma rację, może moje lekarstwa są za silne.

Tyle że ja pragnę Annabelle, pragnę jej z całego serca. Brakuje mi jej obecności. Chcę wiedzieć o niej coraz więcej i badać cienie za jej miedzianym promieniowaniem. To pragnienie wisi nade mną i we mgle otępienia lekami jedynie ono trzyma mnie w ryzach.

A może jednak rzeczywiście wszystko to sobie tylko uroiłem?

W pamięci przywołuję jej krzyki. Wiem, co słyszałem i co widziałem. Nikt nigdy nie twierdził, że moje halucynacje dotyczyły czegokolwiek oprócz kolorów. Wiem, co się stało. Wiem, bez względu na to, czy inni mi wierzą, czy nie.

Rozdział 5

Blok mieszkalny stoi w pobliżu kampusu Uniwersytetu Teksańskiego i wyróżnia się tylko tym, że jego fasada jest w nieco ciemniejszym odcieniu beżu niż fasady sąsiednich budynków. Ma najwyżej dziesięć lat, ale jest zaniedbany, sprawia wrażenie, jakby mieszkali w nim studenci. Powiązane winylową taśmą składane fotele ogrodowe, każdy z innej parafii, zalegają na trawniku od frontu jak pijacy, w otoczeniu pustych plastikowych kubków. Brudne szklane drzwi wejściowe są na wpół otwarte, z któregoś mieszkania dobiega stłumiona muzyka kapeli Van Halen. Sprawdzam adres nabazgrany na dłoni. Tak, to tutaj.

Przypinam rower do poręczy przed budynkiem i na pierwszym piętrze szukam mieszkania numer 214. Wychodzi ono na wewnętrzny dziedziniec, gdzie wala się jeszcze więcej krzeseł ogrodowych i wyrzuconych kubków. Pukam do drzwi – dźwięk jest cichy i głuchy.

Po chwili drzwi się otwierają i z mieszkania spogląda na mnie para szeroko otwartych oczu. Dziewczyna w progu jest tylko o pięć centymetrów niższa ode mnie i gapi się na mnie oczami o dwa numery za dużymi na jej twarz. Przegarnia włosy w kolorze miodu z karku na ramię i głaszcze je lekko. Są długie i opadają znacznie poniżej ramion, jak u hipiski. Dżinsy dziewczyny są wypchane w przedziwnych miejscach, koszulę bez skrępowania wetknęła za pasek. Wokół jej postaci spokojnie wije się żółtozielona aura.

– To ty jesteś tą dziewczyną, która mieszka z Annabelle Callaghan? – pytam, odchrząknąwszy.

Przekrzywia głowę z boku na bok.

– Noo… tak. – Głos ma chropawy i piskliwy zarazem.

– Jestem Sean. To ja zawiadomiłem wczoraj policję. W związku z Annabelle. Podobno dzwonili do ciebie, kiedy byłem na posterunku.

– Aaa – szepcze. Jej oczy robią się jeszcze większe. Te oczy należą do lalki, są zbyt okrągłe, zbyt szkliste.

– Znalazłem twój adres w książce telefonicznej. Pomyślałem, że… no… pomyślałem, że mógłbym z tobą pogadać, mam do ciebie kilka pytań. – Nie odpowiada, więc zaczynam od początku: – Jestem Sean. – Pamiętam, że tak samo robiła ze mną Annabelle.

– Jenny.

– Miło cię poznać. Podobno powiedziałaś policji, że Annabelle wyjechała z miasta?

– Zadzwonili do mnie wczoraj wieczorem. Powiedziałam, że wyjechała w odwiedziny do krewnych. A dlaczego wmawiałeś im, że ją… zaatakowano?

– Bo tak było! – Jej brwi podskakują, więc biorę głęboki oddech. – Przepraszam. Byłem z nią, porwano ją na moich oczach, wrzeszczała, a oni twierdzą, że nie ma sprawy, bo według ciebie wyjechała z miasta. Nie wiem, co robić. Chyba miałem nadzieję, że się pomyliłaś. Na pewno powiedziała, że wyjeżdża z miasta? A może pomyliłaś termin?

– Termin? Nie. Rozmawiałam z nią przedwczoraj wieczorem, zamierzała wyjechać następnego dnia. Jak mogłabym się pomylić?

W korytarzu mijają mnie dwaj goście w koszulkach polo i marynarkach z naszywką „Tylko dla członków”; wyglądają na sportowców. Jeden z nich przygląda mi się powtórnie i woła:

– Hej! Jak leci?! Long Duk Dong!

Drugi z nich zerka na mnie i rechocze.

– Że jak? – bąkam zmieszany.

Jenny otwiera szerzej drzwi.

– Przepraszam cię za nich. Wejdź. – Ustępuje na bok i zaprasza mnie do środka.

– Co to jest Long Dong? – pytam.

– Postać z Szesnastu świeczek. Wiesz, ten Chińczyk – wyjaśnia Jenny.

– To serial telewizyjny?

– Film. Nie widziałeś go? Z Molly Ringwald?

– Rzadko chodzę do kina. – Zamykam za sobą drzwi, ale trzymam się blisko nich. Od lat nie byłem w niczyim domu, ostatnio, kiedy miałem… bo ja wiem? Szesnaście lat? W mieszkaniu panuje porządek, jest przytulnie; beżowy dywan został świeżo odkurzony, a meble są wprawdzie nijakie, ale czyste i funkcjonalne. Plakaty z Gwiezdnych wojen wiszące na ścianach salonu są w nieskazitelnym stanie, a na półce obok małego i wiekowego telewizora z przekrzywioną i okręconą folią anteną stoją dumnie figurki głównych postaci z tej sagi filmowej. Jenny przechodzi do kuchni i otwiera beżową lodówkę – model z lat sześćdziesiątych, z zardzewiałą metalową klamką. Idę o zakład, że mogłaby przysiąść na swoich włosach, są takie długie. Ich końcówki chyba się rozdwajają. Dziewczyna jest szczupła i zgrabniutka, ma delikatne rysy twarzy, a jednak ma w sobie coś takiego, co sprawia, że jest kompletnie aseksualna.

Wyjmuje puszkę New Coke, odwraca się do mnie i jakby po namyśle pyta:

– Aaa… Też się napijesz?

– Chętnie. Jeśli to nie kłopot.

Wraca do lodówki, otwiera ją i gapi się do środka, jakby zapomniała, gdzie stoi cola. W końcu podaje mi lodowatą puszkę, a ja, cały w nerwach, gapię się tymczasem na nią. Czekając, czułem, jak czas rozwija się i odpływa ode mnie, świat dookoła zamazuje się, ja zaś zostaję sam na sam z tym, co mi się kłębi w głowie. Opieram się, usiłuję skupić. Jestem tutaj. Annabelle mnie potrzebuje. Weź się w garść.

– Jesteś pewna, że chciała wyjechać z miasta? – pytam ponownie.

Bez pośpiechu, ostrożnie, zrywa kapsel z puszki coli. Upija łyk. W końcu się odzywa:

– Zamierzała wyjechać wczoraj. Przedwczoraj wieczorem widziałam, jak się pakuje.

Zastanawiam się nad tym przez dłuższą chwilę. Otwieram swoją puszkę i upijam łyk coca-coli. Smak tej New Coke przypadł mi do gustu. Jest trochę słodsza. Puszka jest tak zimna, że aż mnie bolą palce.

– Czy mówiła ci, o której wyjeżdża?

– Nie podała godziny, ale o tym, że wybiera się z tobą do Four Corners, też nie wspominała. Wiedziałam, że miała tam iść poprzedniego dnia, ale nie wczoraj. Pomyślałam, że ma… – urywa w pół zdania. – Chciała coś załatwić.

– Babcię.

– Tak. Czyli że ci powiedziała. – Marszczy czoło. – A więc nie kłamiesz. Była z tobą.

– Oczywiście, że mówię prawdę. Po co miałbym kłamać?

Teraz patrzy na mnie inaczej, jest skupiona. W powietrzu wokół niej miga cytrynowa żółć, jak wyładowanie elektryczne.

– Dlaczego policja nie podeszła do tego poważnie? – pyta. – Widocznie uznali, że to fałszywy raport, pomyłka.

– Nie potraktowali mojego doniesienia na serio.

– Dlaczego?

– Pewnie pomyśleli, że zmyślam albo co, skoro powiedziałaś im, że Annabelle wyjechała z miasta. – Ruchem ręki omiatam swój strój. – Ja nie wzbudzam zaufania gliniarzy. Może gdybyś ty z nimi porozmawiała, rzecz by się miała inaczej.

– Jesteś absolutnie pewny, że ją… Bo wiesz, może to dzieciaki się bawiły albo chodziło o kogoś innego? Przecież to się wydaje niemożliwe. Po co ktoś miałby porywać ją ni stąd, ni zowąd? Kto mógłby to zrobić?

– Wykrzykiwała moje imię. Gdybyś ją wtedy słyszała! Brzmiało to jak… – głos więźnie mi w gardle. – Poza tym w siatce ktoś wyciął dziurę. I widziałem, jak pakują ją do furgonetki. – Odstawiam puszkę coli, trochę za mocno, tak że kropla płynu pryska na zewnątrz i plami drewno.

 

Oboje wpatrujemy się w tę kroplę.

Jenny czubkami palców przeciera oczy; na jej policzki spływają łzy.

– Przepraszam – mówi piskliwie. – Ja po prostu nic nie rozumiem. To nie ma sensu. Żadnego. To wygląda na kompletny przypadek. Jesteś pewny, że to ona krzyczała? Znasz ją na tyle dobrze, żeby poznać jej głos? Dopiero co się poznaliście. Mogłeś się pomylić.

– To była ona. – Spuszczam wzrok na swoje ręce. – Ja… ja ją naprawdę lubiłem. Bardzo. Poznałem jej głos. – „Lubiłem”. Czas przeszły. W brzuchu rośnie mi gula. – Nie przychodzi ci do głowy nikt, kto mógłby to zrobić? Bo właśnie po to przyjechałem. Pomyślałem, że skoro z nią mieszkasz, to wiesz, czy miała faceta albo czy kręcił się koło niej były chłopak? Ktokolwiek?

Zaprzecza ruchem głowy.

– Nie. Nie ma nikogo takiego.

– Może gość, z którym się umówiła, ale nic z tego dalej nie wyszło? Albo ktoś z pracy czy z uczelni?

– Nie. A w każdym razie o nikim takim mi nie mówiła.

Myślę gorączkowo.

– Może ktoś z jej rodzinnego miasta?

Jenny kręci głową.

– Wątpię. Nigdy o nikim nie wspominała.

– Czy często jeździła do domu? Bo odniosłem wrażenie, że…

– Nigdy tam nie wracała. Dlatego uznałam, że to dziwne, i dlatego byłam taka pewna, kiedy policjanci mnie o to pytali. Specjalnie się upewniałam: „Do domu? Teraz? Po co?”. A ona na to, że nadszedł czas. Nigdy nie odwiedzała matki na Boże Narodzenie, nawet kiedy mieszkała w innym stanie… mówiła mi o tym w zeszłym roku, kiedy się martwiłam, że zostanie na święta sama. Poza tym ostatnio była taka zajęta. Pracowała z profesorem psychopatologii nad artykułem do jakiegoś pisma naukowego. Ja z kolei szykuję referat. Obie jesteśmy zawalone robotą. Wyjazd w takim czasie to jakiś obłęd.

– Psychopatologii? Coś związanego z psychologią? Dlaczego?

– No… bo ona studiuje psychiatrię.

Gapię się na nią tępo.

– O co chodzi?

– Myślałem, że studiuje medycynę.

– Zgadza się. Psychiatra jest lekarzem. – Patrzy na mnie, jakbym miał nie po kolei w głowie.

To jakieś, kurwa, żarty! Próbuję poskładać to do kupy.

– Mówiła, że na jak długo wyjeżdża?

– Mniej więcej na tydzień.

– Pojechała samochodem? Jak daleko jest do jej rodzinnego miasta?

– Tak, samochodem. Do jakiejś mieściny tuż koło Dallas. To naprawdę straszna dziura.

Nagły pomysł wali mnie w łeb jak obuchem.

– O Boże, Jenny! Jej samochód!

– Samochód?

– Wczoraj to ona zawiozła mnie do Four Corners. Podjechała po mnie. Jeśli nie została porwana, tylko wróciła do domu, to jej samochodu tam nie będzie. Rozumiesz? A jeśli jej auto nadal tam stoi, to… no…

Jenny podskakuje.

– Dzwonię na policję! – woła.

Idę za nią do kuchni i kręcę się tam i nazad, podczas gdy ona dzwoni z masywnego szarego telefonu na ścianie, wybierając na okrągłej tarczy numery zapisane na karteczce przyczepionej magnesem do drzwi lodówki. W milczeniu słuchamy, jak po każdej cyfrze aparat klika niczym nakręcany samochodzik. Czekając na połączenie, Jenny trzyma słuchawkę między brodą a ramieniem i bawi się spiralnym sznurem.

Odzywa się po pięciu minutach. Wyjaśnia nasz pomysł dotyczący auta. Znowu każą jej czekać. No to czekamy, roztrzęsieni. Nagle Jenny przekrzywia głowę, słucha i spogląda mi prosto w oczy.

– A. Tak. Okej. Ehe. – Zakrywa dłonią mikrofon słuchawki. – Już to sprawdzili. Jej samochodu tam nie ma.

– Spytaj, czy sprawdzili przed domem jej matki.

– Czy sprawdzaliście u… Zaraz, co takiego? – rzuca do słuchawki i urywa. – Sean. Ten, który zgłosił porwanie. Tak, u mnie w mieszkaniu. – Milczenie. – Jak mówiłam, czy szukaliście jej u rodziny? Nie pamiętam, jak się nazywa ta mieścina, skąd pochodzi, ale… tak. U jej mamy. Nie, nie sądzę, żeby miała w rodzinie kogoś oprócz mamy, a i z nią nie jest blisko. – Słucha, po czym kręci głową, patrząc na mnie. – Sprawdzali u jej matki – szepcze. – Jeszcze tam nie dotarła. Ale nie gadam ze śledczym, który prowadzi jej sprawę, tylko z jakimś pomagającym im funkcjonariuszem. Znowu kazali mi czekać. – Wychodzi z kuchni. Sznur telefonu prostuje się i napręża na maksa, gdy Jenny przekracza próg i sięga po puszkę coca-coli.

Mój wzrok pada na stojak na noże. Jest w nim dwanaście różnych noży, ich srebrno-czarne rączki sterczą pod złowrogim kątem. Natychmiast ściska mnie w żołądku, jakbym się opił lodowatej wody.

Nie lubię noży. Bo nie ufam sobie. Gdybym zechciał, mógłbym chwycić taki nóż i wbić go w kogoś. Już na sam ten pomysł dostaję dreszczy. Przed oczami staje mi obraz krwi oraz złamanej kości i nagle wiem, że dokładnie tak by się to skończyło, gdybym sięgnął teraz po nóż. Widzę to dokładnie, widzę, jak wbijam go w ciało Jenny, jak dźgam ją raz za razem…

Zerkam na wejście do kuchni, wiedząc, że ona jest tuż za ścianą. Jest bezbronna, szczuplutka – łatwy cel. Mógłbym chwycić któryś z tych noży i dopaść ją w mgnieniu oka. Czuję, jak narzędzie z chrzęstem wbija się w kość.

Wolniutko przysuwam się do noży.

Obrazy atakują mnie szybciej, niż jestem w stanie je odganiać. Mógłbym wbić nóż w jej plecy, tak by upadła na ziemię. A wtedy szybko bym ją dobił. Ale nie chcę tego, sam pomysł mnie przeraża, odrzuca, napawa grozą, a jednak obrazy i tak się pojawiają. Nie, nie, nie, nie, nie! – krzyczę w duchu, ściskając głowę oburącz. Nie chcę ich dotknąć, ale muszę. Przyciągają moją dłoń niczym magnes stal. Próbuję trzymać się włosów, wszystko, byleby nie sięgnąć po nóż, ale przyciąganie jest zbyt silne. Dotykam jednej rączki i wyciągam niewielki nożyk, taki do obierania owoców. Czy da się nim kogoś zabić? Czy zrobiłbym to? Zatopienie ostrego noża w warstwach ludzkiej skóry jest tak jedwabiście gładkie, ostrze wchodzi jak w masło…

Wsuwam nożyk z powrotem do stojaka. Moją rękę coś ciągnie wyżej, do ciężkiego i największego noża, rzeźniczego. Wysuwam go kawałek i puszczam. Krew dudni mi w uszach, tylko patrzeć, jak całkiem zeświruję.

– Nie! – szepczę pod nosem. Zmuszam się, by rozewrzeć palce, by puścić nóż. Ściskam blat kuchenny za moimi plecami. Czuję, że bieleją mi knykcie, a nawinięte na palce bransoletki przecinają mi skórę.

Jenny wraca do kuchni. Odwiesza słuchawkę na widełki.

– Oni uważają, że się pomyliłeś i Annabelle jest w drodze do rodziny. Rzecz jasna, w siatce jest wycięta dziura, więc zasięgają języka, może ktoś inny przepadł bez wieści. Może się przesłyszałeś, może krzyczała inna osoba albo to dzieciaki rozrabiały i coś demolowały. Śledcza Ridgeway ma oddzwonić za kilka minut, kiedy wyjdzie ze spotkania. Może będzie mi mogła powiedzieć coś więcej niż ten funkcjonariusz. – Zafrasowana, bawi się końcówkami włosów. Przez dłuższą chwilę patrzymy na siebie.

– Znacie się z Annabelle ze studiów? – pytam.

Kiwa głową.

– Chodziłyśmy na różne kierunki, ale obie zaczynałyśmy od biochemii. Potem ona przeniosła się na psychiatrię, a ja na biologię molekularną.

Ciąży mi obecność noży za moimi plecami. Mocniej ściskam blat. Czubki palców mam całkiem zdrętwiałe.

– Chcę pracować naukowo – papla dalej Jenny. – Interesuje mnie genetyka. Piszę pracę pod kierunkiem jednego z moich wykładowców, on bada konsekwencje i możliwe zastosowania PCR… Wybacz, dla ludzi to same nudy.

– Co to jest PCR? – Za wszelką cenę usiłuję oderwać myśli od noży.

– Reakcja łańcuchowa polimerazy. Ma zastosowanie w… jak by ci to wyjaśnić…? – Trzepocze rękami. – To nowa metoda powielania łańcuchów DNA. Polega na wielokrotnym podgrzewaniu i oziębianiu. Ten proces jest bardzo skomplikowany. Mój wykładowca bada możliwości wykorzystania tej technologii w przyszłości oraz ewentualne przeszkody… Przepraszam. A wracając do Annabelle, ostatnio obie spędzałyśmy więcej czasu na uczelni niż w domu. Przez cały semestr jej wykładowca widywał ją częściej niż ja.

Dzwoni telefon. Jenny natychmiast chwyta słuchawkę.

– Halo? – Cisza. – Śledcza Ridgeway? Witam. To z panią rozmawiałam wczoraj wieczorem? – Słuchając, nawija sznur na palec. – Rozumiem. Tak, to Sean podsunął mi pomysł, żeby zapytać o samochód. – Kolejna cisza. Ale tym razem, słuchając, zerka na mnie wystraszonym wzrokiem. – Dobrze. – Czeka. – Tak. – Kolejna przerwa. – Nie wiem. – A potem: – Zgoda, jasne. – Wyciąga do mnie słuchawkę. – Chce mówić z tobą.

Biorę od niej słuchawkę. Jest ciężka i ciepła od jej dotyku.

– Halo? – rzucam.

– Sean, co robisz w mieszkaniu tej dziewczyny? – Poznaję energiczny kobiecy głos śledczej Ridgeway.

– Co ja tu robię? Pomyślałem, że zajrzę i dowiem się czegoś o Annabelle.

– Dowiesz się? Liczyłeś, że Jenny ci pomoże? W czym?

Przypomina mi się czas sprzed procesu i ciągłe rady adwokatów, żeby nie rozmawiać z policjantami, pod żadnym pozorem. Wmawiam sobie, że teraz sytuacja jest inna, chociaż wcale nie jestem tego pewny.

– Na przykład w tym, żeby zapytać o samochód – odpowiadam ostrożnie.

– Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił, Sean. Obiecujesz?

– Jasne. – Ona stale powtarza moje imię. A to znaczy, że stara się mnie uspokoić. Dlaczego?

– Wyjdź z mieszkania tej dziewczyny, natychmiast. Zrobisz to dla mnie?

– Ale dlaczego?

– Sean, zajmowanie się takimi sprawami to moja praca. Daj mi robić to, co do mnie należy. Zgoda?

– Zgoda – bąkam, choć jestem urażony.

– Świetnie. Wracaj do domu, Sean. Proszę. Skontaktuję się z tobą, daję słowo.

Odwieszam słuchawkę i gapię się na nią.

Zastanawiam się, czy dorwali moje akta z Kalifornii. Jak długo trwałoby przysłanie ich pocztą? Kilka dni? Tydzień?

– I co powiedziała? – pyta Jenny.

Próbuję wziąć się w garść.

– Że pracują nad tym. – Wzdycham. – Słuchaj, mogę ci zostawić swój numer? Zadzwoń, gdybyś się czegoś dowiedziała.

Po wyjściu na dwór odpinam rower od latarni przed budynkiem. Upał wpełza mi pod koszulę, spływa pod spodniami, zbiera się wokół moich kostek i we włosach. Nie ma jak się go pozbyć, nie ma jak przed nim uciec.

Annabelle studiuje, bo chce zostać psychiatrą. Co to się porobiło na tym świecie? Czym zwróciłem jej uwagę? Podejrzewam, że lubiła szurniętych. Lubi. Że lubi szurniętych.

Z całych sił pedałuję do domu. Muszę zażyć lekarstwa.

Rozdział 6

Leżę na białej skórzanej kanapie, z torebką czipsów Cool Ranch, i skaczę po kanałach – od Beastie Boys nieskładnie prowadzących galę MTV’s Spring Break w Daytona Beach po wywiad Michaela Jacksona dla CBS. Nagle drzwi w kuchni prowadzące do garażu wydają irytujący metaliczny zgrzyt. Zastygam z czipsem w pół drogi do ust. Na ekranie Michael Jackson bajdurzy na temat Quincy’ego Jonesa głosem tak piskliwym, że niewątpliwie jest na haju, tak, na pewno się naćpał. Rozpoznaję ten otępiały bełkot, ten chaotyczny sposób mówienia nie wiadomo o czym. Czyżby brał leki na receptę? Stawiam na opioidy. A co się stało z jego nosem? Wydaje się mniejszy i bardziej spiczasty. Znowu go sobie zoperował?

Skupiam wzrok na lustrzanej ścianie za telewizorem, w której widzę odbicie kuchni oraz okien wychodzących na podwórko za domem. Drzwi do kuchni otwierają się i wchodzi moja matka, w kałuży granatu. Nie przyszło mi do głowy, że w ogóle wróci dzisiaj do domu, skoro wyszła do pracy tak późno. W żołądku mi się burzy; wsuwam palec pod bransoletkę na lewej ręce i zakręcam. W lustrze widzę, jak matka stawia na kuchennym stole kilka toreb i podchodzi do szafek pod przeciwległą ścianą. Po powrocie do domu zawsze pije filiżankę herbaty. Rzadko widuję, żeby coś jadła, a jeśli już, to jest to ryż z małym kawałkiem mięsa albo z jajkiem. Podejrzewam, że jedzenie jest dla niej przejawem słabości.

Drzwi szafki zamykają się cicho, kran jest odkręcany i zaraz zakręcany. Słyszę brzęk wieczka od czajniczka, syk palnika kuchenki i draśnięcie, po czym zapada cisza. Uparcie nie spuszczam wzroku z ekranu, ale czuję, że matka się do mnie zbliża. Przypomina mi się telewizor w mieszkaniu Annabelle, z okręconą folią anteną pokojową, i wstydzę się, że my mamy Magnavox, model z najwyższej półki, z elegancką drewnianą obudową i tak samo wykończoną skrzynką mieszczącą kable. Sekundę później matka staje nade mną, zjawiła się cicho jak duch. Ma zapadnięte policzki, wydaje się wychudła i słabowita.

 

– Zacznę cię odzwyczajać od antydepresantów – oznajmia. – Włożę ci do pudełek na proszki zmniejszone dawki.

– W porzo.

– Nie zażywaj lekarstw, dopóki ich nie wymienię. Za kilka tygodni będziemy chyba mogli całkiem odstawić ci lit.

– Świetnie.

Podchodzi do telewizora i gasi go ręcznie. Obraz imploduje, kurczy się do małej kropeczki światła – ostatnie znikają okulary słoneczne Michaela Jacksona. Nadal gapię się na czarny ekran, ostre krawędzie prostokątnego pilota wrzynają mi się w dłoń.

– To twoja kolacja? – pyta ostro matka. – Tylko czipsy?

– Nie wiem.

– W lodówce jest pełno jedzenia. Zostawiłam ci mięso, warzywa, ryż. Dlaczego jesz to paskudztwo?

Na tak postawione pytanie nie ma prawidłowej odpowiedzi. Matka siada w fotelu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że leżę rozwalony na kanapie, więc siadam i odkładam torebkę czipsów oraz pilota na bok. Kątem oka widzę swoje odbicie, wydaję się mały i wystraszony.

– Zakładam, że po naszej sesji z doktor Beck pojechałeś do Four Corners – mówi.

– Owszem – kłamię. Mocniej naprężam bransoletki. Mój kciuk robi się czerwony, a potem fioletowy.

– Przestań. – Wskazuje na moje bransoletki. Chowam ręce pod tyłkiem. Matka składa dłonie w piramidkę i przyciska czubki palców do ust, w jakże nietypowym dla niej geście zmęczenia. – Sean, musisz sobie uświadomić, że ten incydent to poważny nawrót choroby. Mało tego, to nie jest nawrót, tylko wskaźnik tego, że nie mamy żadnych sukcesów w leczeniu twojej schizofrenii. Rozumiesz?

– Z grubsza – odpowiadam, choć wcale nie jestem tego pewny. – Ale czy zmienianie dawek i leków nie jest czymś normalnym? Doktor Shandra stale powtarza, że to długotrwały proces.

– To wykracza poza granice normalności. Ten antypsychotyk jest trzeci w ciągu dwóch lat, a nie zaobserwowaliśmy najmniejszej poprawy, przeciwnie, teraz wygląda to na eskalację, co świadczy o tym, że haloperydol nie tylko nie usuwa halucynacji, ale…

– Ja sobie tego nie uroiłem! Ty poważnie uważasz, że już nie tylko widzę aury ludzi, ale że wyobraziłem sobie porwanie? Spędziłem z Annabelle cały dzień. Mam ci dokładnie opowiedzieć o wszystkim, co robiliśmy i o czym rozmawialiśmy? To jakiś obłęd! Cały ten dzień nie był moją halucynacją.

Znów składa dłonie w piramidkę i spogląda na mnie ponad czubkami palców. Otwiera usta, jakby chciała się odezwać, i zaraz je zamyka. Przeciera oczy. Są przekrwione. Jej włosy opadają prosto na policzek, muskają go lekko, a ja mam ochotę wyciągnąć rękę i ich dotknąć, sprawdzić, czy są tak miękkie, na jakie wyglądają. Nigdy nie widziałem matki w takim stanie. Chociaż może i widziałem. Dostrzegam coś znajomego. Może była taka przez kilka tygodni przed moim procesem i po nim, jeszcze w Kalifornii. Minęło dużo czasu i połknąłem kupę leków, ale rzeczywiście, chyba ją sobie taką przypominam.

Oddycha głęboko.

– Sean, musimy zapanować nad twoimi symptomami, jeżeli chcemy cię leczyć w warunkach ambulatoryjnych.

– Ambulatoryjnych? Co to ma znaczyć?

– Jesteśmy naiwni, sądząc, że... że możemy cię wysłać w świat, skoro nie mamy twoich symptomów pod kontrolą. To może być niebezpieczne, tak dla ciebie, jak i dla innych ludzi.

– Chcesz mnie hospitalizować? Odesłać do zakładu?

Nie odpowiada.

– Ja nie mam halucynacji! – rzucam to zbyt głośno, więc zamykam gębę na kłódkę.

– „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” – odpowiada mi cytatem z Biblii.

Moja krew jest gorąca i zimna zarazem. Mocno przygryzam wargę i liczę białe kafelki na podłodze, zaczynając od kanapy w kierunku drzwi do jadalni. Biorę się w garść.

– Skoro lekarstwa nie działają tak, jak powinny, to może leczysz mnie na nie tę chorobę, co trzeba.

– Nie, Sean. Już to przerabialiśmy.

– Wysłuchaj mnie. Moje omamy dotyczyły wyłącznie kolorów. Dlaczego nagle miałbym sobie uroić całe…

– A ta dziewczyna z restauracji? – wpada mi w słowo.

To zdanie ucina dyskusję.

W milczeniu mierzymy się wzrokiem.

– To było co innego – mówię w końcu.

– Nic podobnego.

– Nie miałem wtedy halucynacji. Tobie po prostu nie podobało się moje zachowanie. A to całkiem inna sprawa.

Nachyla się tak bardzo, że zastygły w bezruchu, przez chwilę obawiam się, że zamierza mnie dotknąć. Ale ona tylko przeszywa mnie przenikliwym wzrokiem.

– To nie było co innego. Teraz mamy do czynienia z nasileniem tamtego zachowania, a to mnie bardzo, bardzo martwi. Ja to widzę, doktor Beck też to widzi. Ty tego nie widzisz, bo jesteś chory. Właśnie dlatego jest ci potrzebna pomoc. Pozwól nam sobie pomóc, to konieczne. – Mówi prosto i stanowczo. Bardzo się stara, żebym zrozumiał.

– Przecież ta historia w restauracji nie miała nic wspólnego ani z lekami, ani z moją diagnozą – upieram się. – Zresztą ja nic tej dziewczynie nie zrobiłem. Wszystko było w porządku. Zero problemów. Nawet nie miała pojęcia, że tam jestem! I to nie miało najmniejszego związku z halucynacjami. Nawet nie wiedziałem, czy w ogóle mam omamy. A jeśli to, że widzę aury, jest objawem… czegoś innego? Nie halucynacji?

– Trzydzieści procent schizofreników nie zgadza się z diagnozą choroby. Musisz ufać swoim lekarzom.

– Moim lekarzom?! Masz na myśli siebie? – pytam z goryczą. – Ty nie jesteś moim lekarzem, mamo. Zgadza się? Bo to by było nieetyczne. Dlaczego więc słucham tego od ciebie, a nie od doktor Shandry?

Ostro tnie ręką powietrze.

– Dość! Nie zamierzam na ten temat dyskutować. W przyszłym tygodniu doktor Beck i ja ponownie omówimy plan twojego leczenia. Jak już będziesz po odwyku od litu, wprowadzimy jeszcze jeden nowy lek antypsychotyczny.

– I co dalej? Co, jeśli i ten nie spełni waszych oczekiwań?

– Przedyskutujemy inne metody terapii.

Podnoszę głos.

– Jestem dorosły. Nie możesz ot tak sobie umieścić mnie w szpitalu psychiatrycznym. Jak to się ma do prawa? Czy doktor Shandra wyraziła na to zgodę?

Czajnik gwiżdże, matka wstaje. Otaczająca ją przestrzeń dopasowuje się do niej, przylega. Ciemnoniebieskie kosmyki niczym mgła wtapiają się w atmosferę wokół niej i ciągną się za nią, gdy znika za rogiem, zostawiając mnie samego na kanapie.

Wzbiera we mnie wściekłość.

– Jasne, najprościej jest odejść! – wołam za nią. – Jak zwykle. Rób, co chcesz. Bo przecież o to właśnie chodzi! O to, czego ty chcesz.

Odwraca się.

– Nie odzywaj się do mnie w ten sposób.

– Bo co? Bo jesteś neurochirurgiem?

– Bo jestem twoją matką.

– Nie jesteś matką. Ty mi nie matkujesz, ty mną zarządzasz.

Prostuje się wyniośle i podchodzi do mnie. Jej twarz wykrzywia gniew.

– Nie waż się tak do mnie mówić. Jesteś moim synem. Za kogo ty się uważasz?

– Przestań mi rozkazywać. Jestem dorosły, nie możesz mną dyrygować. Nie masz pełnomocnictwa, żeby mnie reprezentować. Myślisz, że jestem taki głupi? Zwolniono mnie. Nie pozbawiono mnie żadnych praw.

– Ty…! – odcina się, jakbym dał jej w twarz.

Zrywam się na nogi, teraz to ja góruję nad nią.

– Lubisz to powtarzać, bo dzięki temu wyglądam na słabeusza, a ty mnie chcesz mieć pod kontrolą. A zatem to ty jesteś słaba, nie ja.

Jestem teraz wredny, syczę niczym wąż, schylam się, by ciskać nienawistne słowa prosto w jej zawziętą twarz. Mam dość ustępowania, ulegania jej zwierzchnictwu, oddawania jej cugli w każdym obszarze mojego życia. Dość tego! Nie pozwolę się terroryzować. Nie dam się uciszyć. Po policzku spływa mi łza wściekłości, matka śledzi ją błyszczącymi oczami.

Niesmak wykrzywia jej usta w pogardliwym uśmiechu.

– Nie jesteś w stanie nad sobą panować. To oczywiste. Ktoś musi robić to za ciebie. – Te słowa walą mnie jak obuchem. Jej oczy skrzą się i błyszczą, jej aura spowija nas zimną fioletową mgłą.

Pędzę do swojego pokoju, przeskakując po trzy stopnie naraz. Trzaskam drzwiami i stoję bezradnie w niemal pustym pomieszczeniu. Annabelle miała rację. Pokój sprawia wrażenie, jakby nikt w nim nie mieszkał.

To dlatego, że faktycznie nikt tu nie mieszka. Ja nie jestem człowiekiem z krwi i kości, raczej pustą skorupą naszpikowaną lekami i niemającą związku z niczym i z nikim. Czy ktoś się przejmie tym, że matka zamknie mnie na resztę życia w jakimś psychiatryku, gdzie pod wpływem leków będę toczył ślinę i robił w gacie? Nikt. Nikogo to nie obejdzie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?