Polowanie na AnnabelleTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A co ma być?

– Zadzwonisz do mnie?

– Nie dałaś mi numeru telefonu. W sumie to nawet nie wiem, jak masz na nazwisko.

Wyciąga rękę.

– Ołówek?

Wyjmuję szkicownik, oglądam ostatni rysunek, a potem przerzucam kartkę i podaję go jej wraz z kredką. Ona wraca do poprzedniej strony i długo przygląda się swojej twarzy.

– Naprawdę tak wyglądam?

– Tak.

Przekrzywia blok.

– Sądziłam, że wyglądam inaczej.

– Jak?

– Bo ja wiem? Chyba starzej. I nie tak… nie tak bardzo po amerykańsku. Mniej świętoszkowato.

Znowu otwieram blok na czystej stronie.

– Nie wygłupiaj się, tylko zapisz mi swój numer.

Pisze „Annabelle Callaghan” i dodaje numer telefonu z Austin.

– Irlandka?

Wskazuje na swoje włosy.

– Nie są całkiem czerwone.

– Ale prawie. – Zamyka blok i mi go oddaje. – Nie dawaj mi swojego numeru, ja do ciebie nie zadzwonię. Jeśli będziesz chciał się ze mną spotkać, musisz sam się odezwać.

Chowając szkicownik do plecaka, postanawiam spalić tę kartkę. Inaczej nie zdołam trzymać się od niej z daleka.

Annabelle zerka na drogę. Wydaje mi się, że jest przestraszona.

– Co jest? – Spoglądam w ślad za jej wzrokiem, ale niczego nie widzę.

– Nic, zdawało mi się. – Kręci głową. – No nic, Sean. Dzięki, że pokazałeś mi te swoje tajne przejścia.

Wyraźnie się zbiera. Odejdzie i mnie zostawi. Powody, dla których nie powinienem jej zatrzymywać, nagle wydają się błahe i głupie.

Nie mogę się oprzeć, by nie pocałować jej po raz ostatni. Obejmuję jej wąską talię, mocno, a potem delikatnie zanurzam ręce w jej włosy. Kiedy mijają jej szyję, zalewa mnie fala strachu, a zarazem pragnienie, by zacisnąć dłonie; muszę je rozewrzeć i cofnąć się o krok. Serce mi łomocze. Zbiera mi się na płacz. Chcę dokonać czegoś brutalnego. Odsuwam się jeszcze o krok i chowam ręce do kieszeni.

Ona odbiera to jako sygnał, odwraca się i odchodzi. Odprowadzam ją wzrokiem, aż w końcu nie mogę tego znieść, więc puszczam się biegiem w przeciwnym kierunku. Cykady, które jakby na chwilę umilkły, znów zaczynają swoje upiorne dzwonienie. Ich dźwięki szarpią mi nerwy. Zatykam uszy rękami, ale cykanie odbija się echem w mojej głowie.

Muszę się zatrzymać, opieram się o drzewo. Las wokół mnie wydaje się zamazany i faluje, jakbym był pod wodą. W pobliżu parku rozlega się krzyk dziecka, które pewnie bawi się z kochającą, szczęśliwą rodziną. Czy to ważne, że Annabelle właśnie odeszła, zniknęła, jak gdyby w ogóle nie istniała? Może mi się tylko przyśniła? Tak muszę do tego podejść. Wrócę do swojej codziennej rutyny i wyjdzie na to, że jej nigdy nie było. A ona opowie współlokatorce o przyprawiającym o gęsią skórkę dziwaku, z którym obściskiwała się kiedyś w parku rozrywki, ale którego na szczęście już nigdy więcej nie zobaczy.

Dziecko krzyczy ponownie. Odrywam ręce od twarzy. Nie sądzę, żeby to był okrzyk radości. Ale nie słyszę żadnej reakcji ze strony dorosłych ani dzieci.

Odruchowo wracam tą samą drogą, którą przyszedłem. Nie jestem zaniepokojony, ale chcę usłyszeć coś więcej i upewnić się, że wszystko w porządku. Krzyk znów się rozlega, całkiem blisko mnie; dolatuje stamtąd, dokąd poszła Annabelle. Zza drzew dobiega jeszcze jeden krzyk, który tym razem przybiera postać imienia:

– SEAN!

Puszczam się biegiem między drzewami, bo jest to głos Annabelle.

Gałęzie okładają mnie po twarzy. Plecak został na ziemi, gdzieś za mną. Następny krzyk jest jeszcze bliższy, ale zamiera, zduszony. Serce mi wali, przestaje bić i wali z powrotem. Po prawej ręce widzę migoczące w półmroku światełka. Pędzę w ich stronę. W wysokiej na blisko dwa metry drucianej siatce odgradzającej autostradę wycięto dziurę wielkości człowieka. Po drugiej stronie, na poboczu szosy, opony białej furgonetki wzbijają chmurę żwiru. Widzę nagły ruch… jakaś postać wierzga nogami, kiedy wpychają ją na przednie siedzenie obok kierowcy.

Drzwi od strony pasażera ustępują, kopnięte, i migają białe tenisówki Annabelle – rozpoznaję je w jednej chwili, po czym giną z widoku przy wtórze kolejnego przerażonego krzyku.

– Sean…! – Głos Annabelle cichnie, gdy kierowca zatrzaskuje drzwi. Zza szyby przebija się ostatni krzyk. Błyskają tylne światła auta, opony łapią przyczepność na asfalcie. Furgonetka z podskokiem wypada na szosę i znika za zakrętem. Jestem tuż za nią, przełażę przez dziurę w siatce, ale za późno.

– Annabelle! – drę się.

Czekam. Krew dudni mi w uszach.

– ANNABE… – Głos mi zamiera, gardło mam suche jak pieprz. Wypadam na szosę, niemal wprost pod koła pędzącego samochodu. Biegnę poboczem w kierunku, w którym odjechała biała furgonetka. Mam mętlik w głowie, ale pomimo paniki usiłuję myśleć.

Gdzie jest najbliższa budka telefoniczna? Nie mam pojęcia. Ani razu nie musiałem korzystać tu z telefonu. Co jest ze mną nie tak, że nigdy nie miałem nikogo, do kogo mógłbym zadzwonić?

Nie przestaję biec. Las rozmywa się w psychotropowej mgle. Mam gorący oddech, obok mnie migają cedry, wokół moich kostek fruwają zielska oderwane od suchego poszycia. Potykam się, uderzam barkiem w pień drzewa i padam na tyłek. Uświadamiam sobie, że nie mam plecaka. Upuściłem go gdzieś w lesie. Wstaję i biegnę dalej, a spanikowany mózg pulsuje od leków.

Szosa prowadzi do skrzyżowania – po jednej stronie widzę zagrodę dla koni, po drugiej jest rozpadająca się stacja benzynowa. Opadam z sił, opieram dłonie na kolanach; włosy przesłaniają mi twarz, przepocona koszulka klei mi się do pleców.

Annabelle przepadła bez śladu.

Rozdział 4

Czterej gliniarze stoją przede mną w półkolu, oświetlając latarkami korony drzew. Zapadła noc, dzwonienie cykad ustąpiło graniu świerszczy, z rozgrzanej słońcem ziemi, niczym para, unosi się wilgoć. Dwa radiowozy patrolują ulicę, oślepiając szperaczami przechodnia, gdy przeszukują podjazdy i zaułki.

Pokazuję im dziurę w ogrodzeniu. I na okrągło powtarzam tę samą historię.

– Annabelle Callaghan. To była nasza pierwsza randka. Studiuje na Uniwersytecie Teksańskim. Poznaliśmy się tutaj, w Four Corners. Zniknęła. Możecie coś zrobić w tej sprawie?

Gliniarze znajdują mój plecak pośród drzew, więc starannie wyrywam ze szkicownika portret Annabelle, ten pierwszy, w którym chciałem uchwycić jej ciemnobrązowe oczy. Oglądają go po kolei, świecąc latarkami na jej twarz, przekazują sobie z rąk do rąk i porozumiewają się bez słów, samymi ruchami brwi.

– Chcę odzyskać ten plecak, jak już skończycie. – Denerwuję się na myśl, że mogliby go zatrzymać.

Wiem, że mają mnie za dziwaka. Wiem, że mi nie ufają. Czy mam dziś ten kolczyk z piórka? Sięgam do ucha, by sprawdzić. Owszem, jest. Piórko. Niedobrze. Mój ruch zwraca uwagę jednego z funkcjonariuszy, który zerka na kolczyk i obrzuca mnie zniesmaczonym, acz żartobliwym spojrzeniem. Czuję palący wstyd. Kiedy nikt na mnie nie patrzy, wyrywam kolczyk z ucha i go wyrzucam.

Mają do mnie mnóstwo pytań. Dlaczego przeszliśmy aż tutaj, z dala od parku, a tak blisko szosy? Chcą wiedzieć, jak się nazywam, ale moje koreańskie nazwisko, Suh, traktują niemal jak bluźnierstwo, bo wymawia się je tak samo, jak tytułują przełożonych w całej tej swojej policji czy w piechocie morskiej.

Znowu mam przerwę w życiorysie i nagle jestem na komisariacie, siedzę w poczekalni na żółtym plastikowym krześle pod ścianą w kolorze rzygowin, której nie myto chyba od lat sześćdziesiątych. Serce bije mi szybko, ale regularnie, łup-łup-łup-łup, jakbym nadal biegł autostradą, z gulą w gardle. Te dźwięki zgrywają się ze stukotem maszyn do pisania, rozbrzmiewającym echem ponad linoleum i tworzącym asynchroniczny rytm, przypominający burzę z piorunami pod dachem. Włosy łaskoczą mnie w nos, odgarniam je drżącą, mokrą od potu ręką. Cały zresztą jestem mokry i idę o zakład, że śmierdzę.

Otumaniony, przez chwilę obserwuję, jak podstarzały facet na krześle obok pali papierosa i podziwia wypuszczane kółka, które w tajemniczy sposób przenikają przez jego granatową aurę, a potem zrywam się z miejsca, gdy przypominam sobie, gdzie jestem i co tu robię. Wyciągam rękę i macam podłogę dookoła w poszukiwaniu plecaka. Nie ma go.

Nie wiem, do kogo się zwrócić. Znajduję się w wielkim pomieszczeniu z biurkami, za którymi siedzą policjanci. Gdzieniegdzie na krzesłach siedzą ludzie w cywilnych ubraniach – czekają tak samo jak ja.

Zamykam oczy, usiłuję się skupić. Nie wziąłem lekarstw. Czuję się dziwnie. Można by sądzić, że dzięki temu będę myślał jaśniej, ale odstawienie leków psychotropowych to nie żarty. „Postaraj się, skup się” – szepczę pod nosem. Nie cierpię sytuacji, kiedy tak nagle odpływam. Muszę sobie przypomnieć, gdzie zostawiłem plecak. Mam w nim szkicownik. Portrety Annabelle. Są mi potrzebne.

Gdzie są gliniarze? Czy szukają Annabelle? I co ja tu robię? Przecież wszystko już im powiedziałem.

Nagły ruch sprawia, że otwieram oczy i widzę mamę, idącą szybko w moim kierunku w towarzystwie policjanta. „O, nie!” – szepczę. Matka zmierza do mnie jak po sznurku – uosobienie skuteczności i nienagannego, stosownego do sytuacji autorytetu. Jej twarz pokrywa tradycyjna maska, skóra jest napięta, a bystre oczy lustrują otoczenie. Ma wydatną szczękę, z czym mnie jest do twarzy, ale jej niekoniecznie, bo jeszcze bardziej zmniejsza jej usta, a poszerza policzki. Jest ładna na swój geometryczny sposób, ma twarz wykutą z rombów i ostrych krawędzi oraz idealnie symetryczny czubek nosa.

Podchodząc do mnie, sztorcuje policjanta, który cały się kaja.

– Przepraszam panią, ale syn jest dorosły, a nie wiedzieliśmy, że jest…

 

– Chorym umysłowo młodym dorosłym, którego przesłuchiwaliście poza jego świadomością i bez obecności adwokata. Pańskim zdaniem w jakich okolicznościach…

– Proszę pani, wszelkie pytania proszę kierować do mnie – przerywa jej policjant po cywilnemu, który pojawił się nie wiadomo skąd, by wybawić młodego gliniarza od perory mojej dominującej matki. Wysoki i silnie zbudowany, ma opaloną na brąz skórę i bujne złote wąsy. Jego twarz pokrywają ślady po trądziku.

Matka odwraca się do niego, porzucając młodszego rangą policjanta, jakby nigdy nie istniał, i zaczyna swoją tyradę od początku. Podnoszę rękę, jakbym był w szkole.

– Gdzie mój plecak? – pytam młodszego gliniarza, ale ten już się zmył.

Policjant po cywilnemu prowadzi nas do małego pomieszczenia ze stołem i kilkoma krzesłami – czyżby to był pokój przesłuchań? – zostawia mnie na chwilę sam na sam z matką i wychodzi „po kolegę”, żeby „ktoś notował”.

Matka odwraca się do mnie.

– Siadaj.

Siadam.

Ona staje przede mną. Wokół jej postaci migoczą turkusowe kosmyki, niknące gdzieś za plecami.

Boję się.

Wygładzam włosy mokrą od potu dłonią i splatam ręce na blacie zniszczonego stołu o barwie ciemnego miodu.

– Dziwnie tu pachnie – odzywam się szeptem.

Jej oczy omiatają moje włosy, ubranie, po czym we wzroku pojawia się dezaprobata. Rozgląda się po pokoju, bada kąty pod sufitem, a potem – dziwne – zagląda od spodu pod blat stołu. Podchodzi i staje nade mną.

– Co powiedziałeś policji? – pyta cicho, właściwie szeptem.

Patrzę na nią, bo nie rozumiem.

Pstryka palcami przed moim nosem.

– Sean. Co powiedziałeś policji?

– O co ci chodzi? Opowiedziałem, co tam się stało.

– Czyli co?

– Nie mówili ci? Myślałem, że… skąd wiedziałaś, żeby tu przyjechać?

– Sam kazałeś im do mnie zadzwonić.

– Naprawdę? – Próbuję sobie przypomnieć. – Potrzebny mi mój plecak.

– Twój plecak? A gdzie on jest?

– Nie wiem.

– Jak to możliwe? Czy masz w nim lekarstwa?

– E… nie. Oczywiście, że nie. Mam w nim szkicownik. I kredki.

– A kiedy ci go zabrali?

– Nie pamiętam! – krzyczę i natychmiast żałuję, że się przyznałem.

– Tracisz czas. – Wzdycha, wygładza nieistniejące zagniecenie na rękawie śliwkowego żakietu stanowiącego komplet ze spodniami o zwężających się nogawkach. Przyszła prosto ze szpitala. Poznaję to po zapachu. Włosy ma upięte w nieskazitelny kok, ani jeden kosmyk się nie wymyka.

Ciekawą cechą mojej matki jest coś, na co nigdy byście nie wpadli – jest bardzo pobożna, tak jak moi dziadkowie. To dziwne, jakby włożyła za dużą na siebie sukienkę, ale od zawsze taka była. Nie rozumiem, jak godzi z gruntu naukowe podejście do rozwiązywania wszelkich problemów z obsesyjnym trzymaniem się nakazów Biblii. Nigdy nie widziałem, by w chwili słabości się modliła albo dzwoniła do przyjaciółki z kościoła po radę albo po to, żeby dotrzymała jej towarzystwa. Dla niej to coś w rodzaju drugiego etatu. Chodzi do kościoła dwa razy w tygodniu, uczy się tego, czego każą jej się uczyć, i bez zastrzeżeń wierzy w dobro, zło oraz znaczenie pokuty za grzechy. Grzech to jej konik. To znaczy, nie popiera grzechów, tylko im się sprzeciwia. Dla jasności – zależy jej na tym, żeby ludzie nie grzeszyli. A konkretnie ja.

Policjant po cywilnemu wraca w towarzystwie kobiety – ona również ma na sobie żakiet, choć nie tak drogi jak ten mojej mamy. Podwinięte rękawy w połączeniu z luźnym krojem podkreślającym atletyczną budowę nadają jej chłopięcy wygląd. Dobrana z nich para – jasne włosy, oboje po czterdziestce. Mają teksańską opaleniznę będącą wynikiem chodzenia na zawody i uprawiania sportów wodnych podczas trwającego sześć miesięcy lata. Równo obcięta grzywka z jednej strony nadaje jej profesjonalny wygląd, z drugiej zaś świadczy o zamiłowaniu do sportu i zabawy. Kobieta ma gęste, szerokie brwi, ciemniejsze, niż to się widuje u naturalnych blondynek. Z mężczyzny sączy się barwa rdzawoczerwona – to agresywny, nachalny kolor; z kobiety płynie niebieskofioletowa. Oboje są powściągliwi, opanowani; ich aury są słabe, z delikatnymi kosmykami dookoła. Mają magnetofon i uprzedzają nas, że będą nagrywać, ale tylko po to, żeby ułatwić sobie śledztwo, bo przecież nie jestem podejrzany.

Uznaję, że ta kobieta ma ciekawą historię. Chciałbym ją narysować. Mam ochotę uchwycić wyraz jej twarzy. Jak przystało na zawodowca, w pracy jest rzeczowa, a jednak mierzy mnie ciężkim, badawczym spojrzeniem. Nosi jakieś brzemię. Moja matka ma takie samo zdanie na jej temat – że chodzi o mnie.

– Pani… Su? – odzywa się policjantka niepewnie, nie wiedząc, jak się wymawia nasze nazwisko.

– Doktor Suh – prostuje matka. Pochyla się na swój doktorski sposób. – Żeby oszczędzić wam fatygi, panie śledczy i pani śledcza, informuję was, że mam pisemne pełnomocnictwo do reprezentowania syna. On jest umysłowo chory.

Ależ ona kłamie!

– Mamo… – próbuję protestować, ale przeszywa mnie spojrzeniem, od którego jajka mi się kurczą i znikają, wnicowane do środka.

– O ile mi wiadomo, syn twierdzi, że był świadkiem porwania – ciągnie. – Ale radzę podchodzić do jego słów sceptycznie. Ma schizofrenię i czasami halucynacje mieszają mu się z rzeczywistością.

– Mamo! – wrzeszczę. Cała trójka wlepia we mnie wzrok.

Po chwili śledczy wracają spojrzeniami do mojej matki.

– Proszę pani, pani syn twierdzi, że był świadkiem porwania młodej kobiety, z którą był na randce – mówi policjantka. Na mocy niepisanego kodeksu policyjnej telepatii wyznaczono ją na rozmówczynię, bo jakoby kobieta łatwiej się porozumie z kobietą.

Na mojej matce ten przejaw kobiecej solidarności nie robi wrażenia. Oświadcza więc zimno:

– Mój syn nie umawia się z kobietami. Z natury jest chorobliwie nieśmiały i zamknięty w sobie, pragnie tylko, by wszyscy zostawili go w spokoju. Z drugiej strony łatwo traci orientację, może więc był świadkiem sprzeczki jakiejś pary i błędnie to zinterpretował. Takie rzeczy się zdarzają. Wiele schizofrenicznych halucynacji bierze się z autentycznych zdarzeń.

Oddycham głęboko i zamykam oczy, żeby się na nią nie wydrzeć. Z całych sił.

– Mamo – odzywam się przez zaciśnięte zęby. – Byłem na randce, a ona została uprowadzona. – Nie znoszę tego słowa, brzmi nazbyt bezdusznie. Porwano ją, a ona wrzeszczała. Powinno być na to jakieś dobre określenie.

Matka przez dłuższą chwilę mierzy mnie wzrokiem.

– Zadzwonimy do doktor Beck. To nagły wypadek, załatwimy ci sesję na jutro. Musisz zażyć wieczorne lekarstwa. Na pewno jesteś zdezorientowany…

– Ona się nazywa Annabelle Callaghan – powtarzam policjantom. – Sprawdziliście ją? Istnieje naprawdę. Chodzi na Uniwersytet Teksański. Studiuje medycynę.

Kobieta zwraca się do mojej matki:

– Ona rzeczywiście istnieje, proszę pani. Sprawdziliśmy to. Rozmawialiśmy z jej współlokatorką. Wynajmuje mieszkanie poza terenem uczelni.

Czepiam się tych informacji.

– Widzicie? Nareszcie.

– Powiedziała współlokatorce, że wyjeżdża na tydzień albo dwa do rodziny – oznajmia policjant.

Marszczę czoło. Annabelle nic mi o tym nie mówiła. Przeciwnie, chciała, żebym zadzwonił do niej w sobotę. Czy kazałaby mi dzwonić, wiedząc, że nie będzie jej wtedy w domu?

– O której dokładnie to się wydarzyło, Sean? – ciągnie policjant.

– Nie wiem. Zapadał zmierzch. Pamiętam, że światło przygasało.

– Zmierzch. – Zerka na swoją partnerkę. – O której dostaliśmy ten telefon?

– Zaraz sprawdzę – odpowiada policjantka i zaczyna kartkować notes.

– Jak długo czekałeś, zanim nas zawiadomiłeś? – pyta on.

Bezradnie macham rękami.

– Tyle, ile trwało bieganie dokoła w poszukiwaniu furgonetki, a potem przebiegnięcie do stacji benzynowej po drugiej stronie szosy. Pięć minut, dziesięć?

– Ósma czterdzieści pięć – mówi policjantka, czytając zapis w notesie. – O tej porze odebraliśmy telefon. Zadzwonił na dziewięćset jedenaście, a dyspozytor przełączył go na komisariat.

Szybko porozumiewają się wzrokiem.

– O której, twoim zdaniem, zapadł zmierzch? – pyta ją gliniarz.

– O ósmej? – zgaduje. – Chociaż o tej porze roku może nawet o siódmej czterdzieści pięć. Można to łatwo sprawdzić.

Spoglądają na mnie, a ja przenoszę wzrok z niego na nią i z powrotem.

– O co chodzi? – pytam.

– Jesteś pewny, że została porwana o zmierzchu? – pyta kobieta. – Dobrze się zastanów. Mówiłeś, że widziałeś tylne światła samochodu.

– Jestem pewny – potwierdzam, chociaż pod ich spojrzeniem z każdą chwilą tracę pewność siebie.

Matka otwiera usta, żeby się odezwać, ale uprzedza ją policjant:

– No cóż, na razie to by było wszystko. Będziemy w kontakcie.

– W jaki sposób będziecie jej szukać? – pytam. – Zaczniecie od białej furgonetki? Macie przecież dostęp do akt wydziału komunikacji, prawda? Możecie sprawdzić wszystkie białe furgonetki w okolicy i zobaczyć, czy…

– Sean, idź się prześpij – wpada mi w słowo gliniarz. – Wracaj do domu i weź lekarstwa, jak mówiła twoja mama. Skontaktujemy się z tobą jutro.

– Mam spać? Serio? To mi pan radzi?

– Tutaj nic nie zdziałasz, chłopcze. Daję słowo, że poważnie traktujemy twoje zgłoszenie. Ale zostaw to nam. – Pokazuje męskie dłonie. Spoglądam na swoje ręce, pokryte wyblakłymi rysunkami flamastrem i z czarnymi żelowymi bransoletkami, splecionymi w dziwaczne pierścienie i łańcuchy. Policjanci i matka także patrzą na moje dłonie. Wyobrażam sobie, jak w duchu myślą sobie: „świr”. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest normalne, by facet nosił żelowe bransoletki. I wiem, że nic, co związane ze mną, nie jest normalne. Rdzawa aura policjanta przybiera bardziej czerwony odcień i rozchodzi się z jego głowy. A on spogląda na mnie chytrze, badawczo, co zupełnie nie pasuje do jego powierzchowności kibica wysiadującego przed telewizorem z puszką piwa w ręce. – Miałeś już kiedyś takie problemy, Sean?

– Niby jakie? – pytam, ale wyręcza mnie matka:

– W każdej chwili służymy wszelką pomocą – mówi, po czym wstaje. Robię to samo. Policjanci nie spuszczają ze mnie wzroku, więc w żołądku rośnie mi gula.

A potem jestem z mamą w jej audi i pędzimy autostradą. Z naprzeciwka świecą reflektory mijających nas po cichu aut. To audi jest jak dźwiękoszczelny czołg, odcina nas od wszelkich dźwięków ruchu ulicznego i wibracji, tak że mamy wrażenie, iż siedzimy w maleńkim pokoiku, a szyby przednia i boczne to telewizory z wyłączonym dźwiękiem.

– Potrzebny mi mój plecak – rzucam w ciszę.

Otwiera usta i zaraz je zamyka. Rozlega się przy tym ciche cmoknięcie, jak podczas pocałunku. Zerkam na nią, zaskoczony tym objawem wahania – jej aura jest niczym odrażająca, gnijąca brunatna woda. Bezwiednie wyciągam rękę, chcę dotknąć tych oparów, ale matka wzdryga się i odsuwa. Urażony, z powrotem kładę rękę na kolanach i wyglądam przez okno, czując się jak mały chłopczyk.

– Kiepska sprawa – odzywa się szorstko i cicho. – Coś ty zrobił?

– Nic nie zrobiłem – odpowiadam słabym głosem. Właściwie to dukam. Mój głos nie brzmi, jakbym mówił prawdę; słychać, że się boję.

Przyciska dłoń do ust. Czyżby się miała rozpłakać? Czy to tak straszne, być matką potwora? Dłoń ma piękną, z widocznymi żyłkami, i delikatną jak dłoń pianisty. Nie nosi biżuterii, a ja chciałbym dać jej kiedyś pierścionek. Jej ręce są stworzone do noszenia klejnotów, na przykład szmaragdów. Matka jest na swój sposób piękna, może niedostatecznie kobieca jak na obecne trendy, ale gładka i gibka jak kot; ramiona i szyję ma długie i szczupłe, do tego ostro zarysowaną brodę i zdradzające upór brwi.

Zdenerwowałem ją tą historią. Źle się z tym czuję. Dostatecznie często denerwowałem ją przez te wszystkie lata. Akurat tego mogłem jej oszczędzić. Poczucie winy przyprawia mnie o mdłości – czułem to wielokrotnie i zawsze miałem po temu powód. Po mdłościach zawsze następuje lawina wspomnień, wizualnych i wypływających z głębi trzewi. Zazwyczaj są to wspomnienia tak koszmarnych czynów, że poczucie winy gnębi mnie coraz bardziej, aż w końcu pędzę do łazienki i wymiotuję; ale tym razem są to wspomnienia Annabelle, proste i niewinne: jej włosów, obojczyka i ramion, zarysu jej brody.

Mama głośno wciąga powietrze i mówi roztrzęsionym głosem:

– Tracisz czas. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele go tracisz.

– To przez te lekarstwa – odpowiadam. – A czego się spodziewałaś? One zawsze mnie przymulają.

 

Kręci głową. Już nic więcej nie powie. Nie rozumiem, dlaczego zalewają mnie wstyd i nienawiść do siebie, jak gdyby te uczucia wypływały z niej wprost do mnie. Za oknem mija nas ciemna teksańska noc. Tu nadal wszystko wydaje mi się obce. Billboardy są za wysokie, budynki zbyt oddalone od siebie.

W domu, w mojej sypialni, gdzie zaledwie dwanaście godzin wcześniej stała Annabelle, cicho zamykam drzwi i osuwam się przed nimi na podłogę. Chowam twarz między kolanami. Z korytarza dobiega mnie głos matki:

– Weź lekarstwa!

Gdybym był lepszy, odważny, wybiłbym pięścią dziurę w ścianie i ryknął na nią, żeby spadała. Wyszedłbym w noc i szukał Annabelle tak długo, dopóki nie padłbym ze zmęczenia. Zamiast tego idę do łazienki. Odlewam się, odwracam do umywalki i odruchowo sięgam tam, gdzie zawsze, ale to zawsze leży pojemnik na tabletki. Moja ręka trafia w pustkę.

Natychmiast spoglądam w dół. Pojemnik jest przesunięty na bok, co najmniej piętnaście centymetrów od miejsca, gdzie zwykle leży pod kątem czterdziestu pięciu stopni do umywalki, tuż obok mydelniczki po prawej stronie kranu. Niepewnie, jak gdyby pojemnik stał się groźnym, nieznanym przedmiotem, sięgam po chłodny plastik i przesuwam go na stałe miejsce.

Czy po zażyciu porannych lekarstw mogłem go źle odłożyć? Wątpliwe. Czy matka mogła go przesunąć? Zawsze ustawia go w tym samym miejscu w niedzielne wieczory, równiutko na samym środku blatu, żebym nie mógł go nie zauważyć, jakby się obawiała, że go nie zobaczę i całkiem przestanę brać leki. O ile mi wiadomo, dotyka tego pojemnika wyłącznie w niedzielę.

Podnoszę go, zaglądam do środka. Na pierwszy rzut oka niczego nie brakuje.

Momentalnie przypominam sobie Annabelle. Rano korzystała z tej łazienki. Czy mogła przesunąć pojemnik, kiedy myła ręce? Na pewno tak było. Widocznie nie chciała zafajdać go mydłem, więc go przesunęła. Ogarnia mnie wstyd. Czy uznała za dziwne, że mam coś takiego? Czy zastanawiała się, co jest ze mną nie tak? Może pomyślała, że jestem nieuleczalnie chory? Może dlatego była dla mnie taka miła? A jeśli umówiła się ze mną z litości? Jeżeli…

Zamknij się, Sean, nie ma znaczenia, czy ona cię lubi, czy nie! Zapewne już nie żyje, napadnięta, zgwałcona albo Bóg wie, co jeszcze – wrzeszczy moje sumienie. W jednej chwili dopada mnie strach, ból i – nie wiadomo czemu – poczucie winy.

Łykam lekarstwa, po czym przez całą noc nie śpię, tylko rysuję kolejne jej portrety, jeden po drugim, próbując odtworzyć te, które narysowałem wcześniej, ale je straciłem. Zirytowany, drę wszystkie wersje, bo żadna w pełni nie oddała jej słodyczy, jej zdrowia ani błyszczących oczu w kolorze brązu. Rano zasypiam na łóżku, na którym dzień wcześniej siedziała, wymachując białą tenisówką i delikatnie pieszcząc palcami mój policzek.

*

Kilka godzin później budzi mnie łomotanie matki do drzwi.

– Musimy jechać do doktor Beck. Ubieraj się. W południe mam zabieg przedoperacyjny.

Gapię się na sufit typu popcorn.

Myśli kłębią mi się w głowie, nieproszone, ale jasne jak wypowiedziane słowa – od jej porwania minęło grubo ponad dwanaście godzin. Do tej pory może już nie żyć. Na pewno została zgwałcona.

Ta druga myśl przywołuje obraz, w którym także gram rolę. Annabelle leży pode mną, z zamkniętymi oczami, i całuje mnie, wplatając ręce w moje włosy. Nagle, jak w popsutej bajce, obraz się zmienia, na jej twarzy pojawia się strach. Wciąż leżę na niej, tyle że teraz ją gwałcę, a ona krzyczy i płacze, ale w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby ją usłyszeć.

Uderzam się w policzek tak mocno, że dzwoni mi w uszach. Już się obudziłem.

Pędzę do łazienki, nie jestem w stanie dłużej uleżeć na miejscu.

Matka stoi w kuchni z telefonem bezprzewodowym przy uchu; srebrna antena sterczy z jej profilu niczym wiotki róg jednorożca. Wygląda na to, że żongluje terminami, przesuwa spotkania na następny dzień i prosi innego chirurga, żeby podczas jednego z nich ją zastąpił.

– Co robisz w domu? – pytam, gdy już wepchnęła antenę z powrotem i odłożyła telefon.

Mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Brałeś prysznic?

– Nie. A bo co?

– Nie chce ci się?

– Daj spokój, mamo, to nie jest żaden symptom. Po prostu martwię się o Annabelle.

– Brak dbałości o higienę jest objawem schizofrenii – przypomina mi.

– Wiem. Boże, zmiłuj się. Wiem.

Mama ustępuje wzrostem nawet Annabelle, która była – jest! – niższa ode mnie o co najmniej dziesięć centymetrów, a jednak zawsze daje mi odczuć, że to ona patrzy na mnie z góry, a nie odwrotnie. Jej dzisiejszą barwą jest fiolet, to dlatego, że wpadła w ten swój dominujący nastrój. Czerwień zmieszała się z jej naturalnym niebieskim, jak zawsze, kiedy ma ochotę mnie nadzorować. Co jakiś czas zabarwia się na brunatno, jak gnijący bakłażan.

– Zażyłeś lekarstwa? – upewnia się, co zawsze doprowadza mnie do białej gorączki.

– Tak, mamo.

Prowadzi mnie do swojego samochodu.

– Dlaczego zostałaś w domu? Po co to robisz? – pytam, gdy zapala silnik.

– Jadę z tobą do doktor Beck. – I przez całą drogę nie odzywa się więcej ani słowem.

Teksańskie niebo jest niebieskie, gorące. Mimochodem zastanawiam się, jak jest dziś w Four Corners.

Doktor Shandra czeka na nas w swoim arktycznym gabinecie. Uśmiecha się do mojej mamy.

– Witam, doktor Suh – mówi, wyciągając rękę.

– Doktor Beck. – Matka wyraźnie chłodno ściska jej dłoń i siada na kanapie.

Zajmuję miejsce na drugim końcu kanapy. Zakładam nogę na nogę i nerwowo macham stopą w powietrzu. Nie powinno mnie tu być. Powinienem być teraz na komisariacie i… no właśnie, i co? Jak mógłbym im pomóc?

Doktor Shandra sadowi się naprzeciwko nas.

– Co was do mnie dzisiaj sprowadza? – Pochyla się i podpiera łokciem; jej postawa daje do zrozumienia, że jest gotowa służyć nam wszelką pomocą. Umalowała się szminką w ciekawym pomarańczowoczerwonym odcieniu, tym głębszym, że podkreśla go naturalny brąz jej ust.

– Wczorajszy incydent. Sean zadzwonił z Four Corners na policję, bo pomyślał, że porwano dziewczynę, z którą się umówił na randkę – wyjaśnia matka rzeczowo.

Muszę przyznać, że doktor Shandra przyjmuje to do wiadomości z absolutnym spokojem.

– Rozumiem – mówi i przenosi wzrok na mnie, sugerując, że teraz to ja powinienem się odezwać. Jej gładkie czoło nie zdradza cienia lęku, jakby w tym gabinecie nigdy nie padły bardziej naturalne słowa. Imponujące.

Moja stopa podryguje. Wbijam w nią wzrok.

– Chciałbyś coś dodać? – ponagla mnie. – Nie będziesz się krępował mówić o tym w obecności swojej matki?

Aura mamy rozjarza się fosforyzującą purpurą. A zatem jest wkurzona.

– Nie mam nic przeciwko temu – odpowiadam, odchrząknąwszy. – Ona i tak już wszystko słyszała, wczoraj na komisariacie. Ale mi nie wierzy.

– Twierdzisz, że dziewczynę uprowadzono. Czy możesz mi podać więcej szczegółów?

Po raz dwudziesty szczegółowo przedstawiam całą historię.

– Rozumiem – kwituje psychiatra lakonicznie.

– Chcę się dziś wybrać na policję. Oni chyba nie podchodzą do tego tak poważnie, jak powinni.

– W świetle tego ostatniego epizodu halucynacyjnego moim zdaniem powinniśmy rozważyć możliwe interakcje pomiędzy haloperydolem a litem – wtrąca się moja matka.

– Nie miałem żadnych halucynacji! – protestuję. Doktor Shandra rzuca mi uspokajające spojrzenie, więc zwracam się do matki: – Uważasz, że cała ta moja randka to tylko urojenie? Tak? To skąd bym wiedział, jak się nazywa i na której uczelni studiuje?

Matka odwraca się do doktor Shandry. W jej aurze znowu kłębi się brunatny odcień, jej usta drżą. Jeszcze nigdy tego nie widziałem.

– Ty się boisz – wyrażam na głos to, co zaświtało mi w głowie. – Boisz się, że to nie były halucynacje. Bo bardziej się obawiasz tego, że poszedłem na randkę.

Przeszywa mnie wściekłym spojrzeniem.

– Dziwisz mi się?

Wstyd chrzęści mi w piersi niczym zgniatana folia aluminiowa.

Rozpoczyna się długa dyskusja, w trakcie której doktor Shandra bierze moją stronę i obstaje, bym nadal łykał antydepresanty. Jej zdaniem pomagają mi i to zapewne dzięki nim na nowo odkryłem chęć nawiązywania kontaktów z ludźmi. Matka jednak upiera się, że nie należy ich łączyć z neuroleptykami, które stanowią najważniejsze ogniwo w łańcuchu branych przeze mnie leków.