Polowanie na AnnabelleTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I chociaż powinienem wrzucić kredki do plecaka i popędzić do wyjścia z parku, to odwracam się do niej i patrzę jej prosto w oczy. Bliskie i tajemnicze, błyszczą niczym syrop klonowy. Czekam, aż się cofnie, ale ona tego nie robi. Między nami narasta napięcie. Całuję ją, a ona odwzajemnia pocałunek.

Przez chwilę ciśnie mi się na usta krzyk, bo wiem, że powinienem przestać, ale mam to gdzieś, potrafię myśleć wyłącznie o jej miękkich, słodkich ustach i o pachnących czystością włosach, które łaskoczą mnie w policzek. Zaciskam pięści, żeby moje dłonie nie mogły jej skrzywdzić – ten ruch daje mi nadzieję. Nie chcę zrobić jej krzywdy. To znaczy, chcę, a zarazem w głębi duszy nie chcę.

Znów otwiera usta i przyciska je do moich, mocniej; język ma cudownie delikatny, miękki i śliski. Palcami przeczesuje mi włosy. Jak porażony piorunem, obejmuję ją i przytulam.

Moja!

To słowo przeszywa mnie niczym igła z lodu. Odsuwam się.

Jestem na rozdrożu czy wybrałem już drogę?

Rozdział 2

Wchodząc do klimatyzowanego gabinetu, mamroczę coś na powitanie.

– Dzień dobry, Sean – wita mnie doktor Shandra zawodowo gładkim głosem. Stoi przy oknie w rozpiętym białym żakiecie z wywatowanymi ramionami, narzuconym na jasnożółtą bluzkę. Na nazwisko ma Beck, ale chce, żebym jej mówił „doktor Shandra”. Zwracanie się do lekarki po imieniu ma mi pokazać, jaka jest fajna – że bezpiecznie mogę jej mówić o wszystkim, a zwłaszcza jak bardzo moja mama powinna nadal płacić pani psychiatrze niebotyczne honoraria za sesje, które odbywam dwa razy w tygodniu.

Siadam w fotelu przy oknie. Ustawiła go tam, bo wie, że patrząc na ruch uliczny, będę się czuł swobodniej. Na stoliku czeka już na mnie coca-cola oraz chusteczki higieniczne. W ten sposób okazuje mizerną nadzieję, wiarę w to, że pewnego dnia jej metody okażą się skuteczne, zburzą mur powściągliwości, którym się otoczyłem, i Sean pęknie, zacznie się mazać w jej fotelu i wychyli duszkiem colę, by ukoić psychiczną udrękę, z której właśnie zdał sobie sprawę.

Siada naprzeciwko mnie, po drugiej stronie niskiego stolika. Splecione w cieniutkie warkoczyki czarne włosy upięła w idealny ozdobny kok po lewej stronie głowy, odsłaniając kolczyki z brylantami, skrzącymi się na tle płatków uszu w kolorze głębokiej umbry.

Zaszczyca mnie zachęcającym do zwierzeń uśmiechem.

– Co u ciebie, Sean? – pyta.

– Niewiele. – Wsuwam palec wskazujący pod gumkę jednej z moich czarnych bransoletek żelowych i skręcam ją, mocno. Spowodowany strachem skurcz brzucha nieco ustępuje.

Lekarka strząsa z kolana nieistniejący kłaczek.

– Jak ci idzie w tym tygodniu?

– Dobrze.

– Co porabiałeś wczoraj wieczorem?

– Oglądałem telewizję.

– Coś ciekawego?

– Zdrówko! I powtórki Three’s Company.

– A co słychać w Four Corners w tym tygodniu? – pyta doktor Shandra.

Waham się przez sekundę.

– Wszystko gra.

– Czy przesunąłeś nasze spotkanie na wcześniejszą godzinę z jakiegoś konkretnego powodu? To niezwykłe. Chyba nigdy nie spotykaliśmy się o ósmej rano. – Uśmiecha się.

Próbuję zachować obojętny wyraz twarzy.

– Chciałem jak najszybciej pojechać do Four Corners. Jest tam… tam jest coś, co chcę narysować.

– Czy od naszej ostatniej sesji narysowałeś jakieś ciekawe portrety?

– Niespecjalnie.

– A nadal doświadczasz tych… zjawisk wizualnych?

Chciała powiedzieć „halucynacji”, ale woli mnie nie denerwować. Stąd określenie „zjawisko” – najwyraźniej jest dumna ze swojego pomysłu, jakby sama wymyśliła to słowo, by mnie zadowolić, i odniosła sukces.

– Ehe – bąkam.

– Nie przejmuj się, przed nami jeszcze wiele pracy.

Wyglądam przez okno i mocniej zaciskam bransoletkę.

– Czy w tym tygodniu z kimś rozmawiałeś?

Nie powiem jej o Annabelle. Gwałtownie kręcę głową. Włosy opadają mi na prawe oko, ale ich nie odgarniam – z częściowo zakrytą twarzą czuję się o wiele swobodniej. Błądzę wzrokiem po obrazie przedstawiającym figury geometryczne utrzymane w bieli, czerni i barwach podstawowych. Przez jego środek biegnie pasmo żółtych kropek, niczym pas asteroid. Często patrzę na ten obraz podczas sesji, próbując dostrzec coś konkretnego – pokrojoną na kawałki pizzę, wyrzucone w powietrze dziecięce klocki, królika z trójkątnymi uszami…

Doktor Shandra coś mówi. Próbuję się skupić na jej słowach.

– Słucham?

– Może spróbowałbyś dzisiaj?

– Może.

– Chcę, żebyś spróbował. Tylko spróbuj. Zgoda?

Wzruszam ramionami.

– Nigdy nie czujesz się samotny?

Patrzę na dziury na kolanach w moich spłowiałych, podartych czarnych dżinsach.

– Nie wiem – bąkam, chociaż mam ochotę wrzasnąć: „A jak ci się, do diabła, wydaje?!”.

– Twoja rehabilitacja dobiegła końca. Czas na…

Otwieram usta, żeby zaprotestować, lecz zamykam je z powrotem. Jak powiada Biblia: „Kto ust swych strzeże – ten strzeże życia, kto usta rozwiera – zgubi sam siebie”. Pamiętam, jak siedząc na twardym składanym krześle w szkółce niedzielnej, słuchałem nauczyciela, który plótł o potędze słów i o tym, że należy używać ich mądrze. Pamiętam też, że kiedy miałem może z osiem lat, na tradycyjne pytanie matki: „Czego się dziś nauczyłeś, Sean?”, odparłem: „Na mój gust diabeł strasznie dużo gada. Jak domokrążca. Ale dlaczego urzędnicy Pana Boga też mają takie gadane?”. Przez chwilę gapiła się na mnie wściekłym wzrokiem. Matka nie jest z tych, co to rozprawiają po próżnicy, więc nie kazała mi tego rozwinąć. Ścisnęła mocniej moją rękę, odwróciła się i ruszyła do samochodu. Tym właśnie jest nasze życie – zdecydowanym marszem do celu wytyczonego przez moją matkę. Ona idzie stanowczo, z determinacją, a ja telepię się za nią, próbując dotrzymać jej kroku; plączą mi się nogi, nerwowo kręcę głową.

Odchrząknięcie doktor Shandry uświadamia mi, że straciłem znaczną część jej przemowy.

– Dobrze się czujesz? – pyta.

– Jestem trochę przymulony – przyznaję.

Marszczy czoło.

– Czy to u ciebie typowe? – docieka.

– Od czasu tych nowych, no wie pani. – Zastanawiam się przez chwilę. – Od tych nowych proszków. – Język mi się plącze.

– Po zmianie antydepresantów?

– Nie wiem, czy matka je zmieniła. Łykam to, co mi daje.

Jeszcze przez chwilę coś do mnie mówi, ale czuję się jak zawieszony w próżni. Bawię się żelowymi bransoletkami, splatam z nich obrączki na palce, które będzie trudno później zdjąć.

A potem na jakiś czas się wyłączam. Nie wiem, na jak długo, ale nagle stoję na chodniku przed budynkiem, jak gdyby czas się zapętlił i umożliwił mi drogę na skróty od tego, co było, do teraźniejszości. Parne powietrze śmierdzi spalinami. Nade mną palące słońce przedziera się przez zachmurzone niebo, rozpraszając światło i zalewając skwarem zamglone tęcze, odbijające się od brudnych przednich szyb samochodów zaparkowanych po obu stronach ruchliwej dwupasmówki. Przez dłuższą chwilę stoję nieruchomy jak kamień, usiłując przywołać strzępy wspomnień ostatniej części sesji, ale nic mi się nie przypomina. Nie znoszę takiej straty czasu. Mam tego serdecznie dość. Już nie pamiętam, jak to było przed prochami, poza tym, że miałem jasny umysł, a nie głowę niczym ul pszczół we mgle.

Nie mam na to czasu. Wracam do rzeczywistości. Muszę się pośpieszyć, za godzinę ma po mnie przyjechać Annabelle.

*

Po powrocie do domu z nerwów nie jem śniadania, tylko kręcę się po kuchni w pobliżu automatycznej sekretarki. Przewijam piszczącą taśmę i raz za razem odsłuchuję wiadomość, czekając na dzwonek do drzwi. Wiadomość nagrała moja babka. Po koreańsku, więc rozumiem jedynie koreańskie imię mojej matki, Min--Jung, oraz kilka podstawowych zwrotów, jak „dzień dobry” i „do widzenia”, ale głos babki przypomina mi, że w San Francisco mam starsze pokolenie rodziny. Babka zostawia wiadomości po koreańsku tylko wtedy, gdy chce, bym wiedział, że nie są przeznaczone dla mnie. Nie wymawia nawet mojego imienia.

Matka przeprowadziła się tutaj, bo dostała propozycję pracy w szpitalu w Austin. Żałuję, że nie mogliśmy zostać w San Francisco. Wyobrażałem sobie, jak po wyjściu z zakładu wracam do tego wszystkiego, czego tak bardzo mi brakowało. Chyba nawet żywiłem nadzieję, że pewnego dnia zobaczę się z resztą rodziny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że się mnie wyrzekli.

Matka nigdy mi nie wybaczy. Teraz już to rozumiem. Reszta krewnych zawsze się jej słucha, to ona jest głową rodziny. A kiedy coś sobie postanowi, nigdy nie zmienia zdania. Teraz zaś twierdzi, że okryłem rodzinę niesławą. Inna sprawa, że i wcześniej nie byłem z nimi specjalnie zżyty. Matka ma starszego brata i to on najwyraźniej był ulubionym dzieckiem. Spotykaliśmy się z nimi wyłącznie w wakacje i czasami podczas świąt kościelnych – po drugiej wojnie światowej dziadkowie przeszli na chrześcijaństwo i stali się niezwykle pobożni – ale nawet wtedy nasze stosunki wydawały się napięte i wymuszone. Wujek z rodziną stale przesiaduje u dziadków, a moi kuzyni mówią płynnie po koreańsku. Ja, od małego wychowywany przez latynoskie nianie, znam więcej słów hiszpańskich niż koreańskich.

Kiedy moją ostatnią nianię wezwano do złożenia zeznań, w sądzie zalała się łzami. „Sean to dobry chłopak” – powtarzała z uporem drżącym głosem; te słowa, mimo że oboje usilnie pracowaliśmy nad jej wymową, brzmiały, jakby mówiła nie po angielsku, ale po hiszpańsku.

Ja też się wtedy rozpłakałem, na oczach zgromadzonych tam ludzi. Zakryłem twarz zgiętą w łokciu ręką, usilnie, acz bezskutecznie próbując przełknąć łzy.

Bo jestem dobrym chłopcem, powtarzałem sobie bez przerwy, a szloch wstrząsał moimi chudymi ramionami.

 

Później, gdy sędzia ogłosił przerwę obiadową, moi obrońcy poklepali mnie po plecach, szepcząc mi do ucha: „Dobra robota, Sean. Dobra robota”. Nawet mój wewnętrzny głos brzmiał jak manipulacja i z góry przygotowane kłamstwo.

Ktoś dzwoni do drzwi.

Zatrzymuję automatyczną sekretarkę, głos babki nagle urywa się z piskiem i trzaskiem. Ruszam powoli do drzwi frontowych, niechętnie przesuwając nogi po śliskiej białej posadzce. Przez luksfery z matowego szkła, obramowujące wejście, widzę cień wielkości człowieka.

Znów rozlega się dzwonek. Oddycham powoli, tak jak mnie nauczyła doktor Shandra – wciągam powietrze nosem, wypuszczam ustami; podobno to mnie uspokoi, kiedy się czegoś wystraszę.

Kolejny dzwonek – jeśli zaraz nie otworzę, ona na pewno odejdzie.

Rusz się! Chwytam klamkę, otwieram drzwi i odnoszę surrealistyczne wrażenie, gdy Annabelle, nieskazitelnie kolorowa, nieśmiało staje w progu przedsionka, a miedź i cienie falują wokół niej niczym płomienie propanu w wietrzny dzień.

– Cześć! – rzuca na powitanie.

W milczeniu kiwam głową, nie mogę wydobyć głosu.

– Czy ja… Czy przyszłam w nieodpowiedniej porze?

– Ależ skąd. Wezmę tylko swoje rzeczy, zaraz będę. – Odwracam się.

– Nie wpuścisz mnie?

– A… – Serce zaczyna mi bić szybciej. Nie sądziłem, że zechce wejść do środka. – Jasssne – powoli cedzę „s”. Annabelle wchodzi, a ja zamykam za nią drzwi.

Chowa kluczyki do kieszeni plisowanych szortów. Omiata wzrokiem białą skórzaną kanapę, puszysty brzoskwiniowy dywan, nieskalanie białe ściany.

– Szykownie tu – mówi.

– Dzieło matki – wyjaśniam i zastanawiam się, czy nie zabrzmiało to dziecinnie. Idę przez salon ku schodom. – Wezmę tylko plecak i graty i zaraz wracam.

– Tam masz swój pokój? Na piętrze? – Rusza za mną, a mnie serce bije coraz szybciej. Niedobrze, matka by się wściekła, ale co mogę na to poradzić? – Mieszkasz na górze? – pyta ponownie Annabelle.

– Tak, ale… – urywam, skrępowany. U nas nie chodzi się w butach, ale ona najwyraźniej nie zdejmuje obuwia u siebie. Nie chcę jej prosić, żeby u mnie to zrobiła.

– Ale co? – pyta Annabelle.

– Nic. Tędy.

Idzie za mną po krytych wykładziną schodach.

– Nie masz rodzeństwa? – dopytuje się. – Mieszkasz tylko z mamą? – Jej głos odbija się echem.

– Tylko z nią.

– A ojciec? Przepraszam, nie powinnam, ale… moi rodzice się rozwiedli, a że jestem jedynaczką…

Odwracam się do niej z uśmiechem; boję się, żeby nie uznała, że ją zbeształem.

– W porządku. Nie, nie mam ojca.

– Rozwiedli się?

– Ehe. Byłem jeszcze mały, kiedy wrócił do Korei. W ogóle go nie pamiętam.

Mruczy coś ze współczuciem.

– Nie przejmuj się. Serio. – Podejmuję wędrówkę na piętro. Z ulgą uciekam w głąb pokoju, by zwiększyć dzielący nas dystans. – Daj mi chwilkę. Tylko wezmę rzeczy. – Zaczynam zbierać kredki, lecz nagle przerywam. Czy powinienem je brać, idąc z nią? Czy to bezpieczne? Patrzę na ostre czubki. Wczoraj nimi rysowałem, obyło się bez kłopotów. Czy mógłbym… czy byłbym zdolny do…? Na pewno nie. Wrzucam więc kredki do plecaka.

Annabelle przerywa paranoiczny tok moich myśli.

– Chyba dopiero co się wprowadziliście?

– Słucham? Nie. Skąd ci to przyszło do głowy?

– Tak tu pusto.

Rozglądam się, zaskoczony. Łóżko, biurko, szafa, regał na książki, półka ze sprzętem grającym, a wszystko utrzymane w odblaskowej czerni.

– Co masz na myśli?

– Pokój nie jest urządzony. Masz meble, ale nic poza tym.

– Bo… nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby go jakoś urządzić.

– Przecież jesteś artystą.

Przetrawiam jej słowa, patrząc na białe ściany.

– Chyba nie mam tu co dekorować. Dom należy do matki, a ja nigdy nie zamierzałem tu zostać na dłużej.

– Cicho bądź! – ucisza mnie nagle na widok interkomu przy drzwiach. – Masz coś takiego?! – Rzuca się do panelu i wciska przycisk. – Tu centrum kontroli lotów. Jak sytuacja? – mówi, przedrzeźniając głos kogoś z NASA, który słyszeliśmy kilka miesięcy wcześniej we wszystkich wiadomościach, kiedy eksplodował Challenger.

Chcąc nie chcąc, wybucham śmiechem.

– Nawet nie wiem, czy to działa – wyznaję. – Mama nie pozwala mi z tego korzystać.

– O rany! Gdybyś mieszkał ze mną, musiałbyś to odłączyć. Inaczej byś mnie zabił.

Podchodzi do półki nad moim łóżkiem, zastawionej identycznymi szkicownikami oprawionymi w czarną skórę; to zwyczajne bloki rysunkowe, takie jakie można kupić w sklepie papierniczym braci Aaron. Po prawej stronie półki stoi ich ze dwadzieścia; po lewej leżą różne rodzaje bloków z moich lat dziecięcych.

– Co to jest? – pyta.

– Moje szkicowniki.

– Mogę?

– Czemu nie? – odpowiadam po chwili wahania. – Ten gruby czarny na końcu jest fajny.

Opiera się kolanem na biało-czarnej narzucie na łóżko, delikatnie ściąga palcami blok, który wskazałem, i otwiera go na środku.

– Przez cały dzień rysujesz ludzi w Four Corners? To sami turyści?

Wzruszam ramionami.

Marszczy czoło, patrząc na stronę.

– Zapisujesz na ich temat różne rzeczy. Rozmawiasz z nimi?

– Nie. Ja… w sumie to wymyślam każdemu historię życia.

– Masz niesamowity talent. – Odkłada blok na półkę i sięga po jeden z mniejszych. – Czy te są z…

Daję susa, odbieram jej szkicownik i odkładam go na półkę.

– Przepraszam. Chodzi o to, że… że ten jest z czasów, kiedy byłem mały. Taki bardziej intymny.

– Bardzo cię przepraszam. – Twarz ma czerwoną ze wstydu.

– Nie ma za co. To ja przepraszam.

Wracam do pakowania plecaka, a ona podchodzi do szafy. Otwiera ją i przegląda ubrania.

– Nosisz to wszystko? Są zupełnie nie w twoim stylu.

Zapinam plecak i staję obok niej. Jej szampon pachnie świeżością i latem. Wącham go, hamując się, by nie pocałować jej w kark.

Spogląda na mnie z ciekawością, a ja przypominam sobie, o co pytała.

– Ależ skąd. Matka kupuje mi cały ten szajs. Ma nadzieję, że zacznę się tak ubierać. Niedoczekanie! – Z jednej strony wiszą koszule z zapinanymi na guziki kołnierzykami i wyjściowe spodnie, a z drugiej czyste niebieskie dżinsy i koszulki polo. Pośrodku królują moje spłowiałe, podarte czarne koszule i dżinsy.

Annabelle dotyka starej czarnej koszuli.

– Nie podoba jej się, jak się ubierasz? – pyta.

Uśmiecham się kącikiem ust.

– Oględnie mówiąc.

– Chce, żebyś był elegancki?

– Akademicki – prostuję, używając ulubionego słowa matki.

– Przecież nie chodzisz na studia. Zaraz, a może już je skończyłeś?

– W ogóle nie studiowałem. Ona liczy na to, że zacznę. Wszyscy twoi kuzyni studiują – mówię, naśladując jej apodyktyczny ton, na co Annabelle wybucha śmiechem.

– Zdaje się, że twoja matka lubi układać życie innym – mówi.

Na te słowa ogarnia mnie ulga.

– O, tak – przyznaję.

– Ile ty właściwie masz lat?

– Dwadzieścia trzy.

– No właśnie. Nie powinna ci już kupować ubrań.

– Przekażę jej to. – Uśmiecham się w duchu. Bo chociaż uważam, że powiedziała tak przez grzeczność, to miło usłyszeć, że ktoś się ze mną zgadza.

Podchodzi do starannie zasłanego łóżka i przysiada na skraju, krzyżując opalone nogi; jedna tenisówka Keds dynda w powietrzu, odcinając się śnieżną bielą od mechatych, intensywnie różowych skarpetek. Annabelle wygląda niczym królewna z bajki, która zawędrowała tu przypadkiem.

Wpycham ręce do kieszeni, by powstrzymać świerzbienie.

– Mogę cię o coś zapytać?

– Jasne.

– Dlaczego… dlaczego… – Czuję, że palą mnie policzki, a to wiele mówi. Ja się tak łatwo nie czerwienię. W końcu wyrzucam z siebie: – Nie bardzo rozumiem, co ty tu robisz.

Milczy przez chwilę, po czym odpowiada:

– Zdaje się, że byliśmy na dzisiaj umówieni. Obiecałeś mi pokazać tam wszystkie tajne przejścia.

– Nie o to chodzi. – Zażenowanie ściska mi wnętrzności.

– Wobec tego o co?

Patrzę jej prosto w oczy.

– Dlaczego chciałaś się umówić z kimś takim jak ja? Jesteś… – Ruchem ręki omiatam jej metaliczną urodę. Jakby na potwierdzenie moich słów, w jej włosach mienią się miedziane płomienie, niczym ognista aureola.

Kąciki jej oczu marszczą się, jakby powstrzymywała uśmiech.

– Lubię cię. Jesteś… interesujący. Sama nie wiem. Dlaczego ludzie spędzają ze sobą czas?

– Po pierwsze, jestem Koreańczykiem. W Teksasie białym dziewczynom Azjaci się nie podobają.

Udaje, że ją zatkało.

– Naprawdę jesteś Azjatą? Nie zauważyłam.

Nie mogę powstrzymać śmiechu.

– Przymknij się już.

– Prawdę mówiąc, wzięłam cię za Filipińczyka.

– Bo się opaliłem na słońcu. – Zadzieram koszulę, by pokazać jej blady brzuch.

– A, to mamy problem. Ja chodzę tylko z konkretnymi typami Azjatów. – Szeroki uśmiech powoduje, że w jej policzkach robią się dołeczki.

„Chodzę”. Powiedziała: „chodzę”.

– Jest jeszcze jakiś powód, dla którego nie powinnam się dzisiaj z tobą spotykać? – prowokuje mnie. – Jakieś inne cechy fizyczne, które, no wiesz… twoim zdaniem powinnam poważnie wziąć pod uwagę?

– Dziwnie się ubieram. Zwłaszcza jak na Teksas.

Parska śmiechem, wstaje i przesuwa ręką po wystrzyżonej stronie mojej głowy, a następnie po długich, opadających mi na oko włosach. Jej dotyk uruchamia dzwonki alarmowe w moim mózgu, przechodzą mnie ciarki.

– Pomyślałam, że nie potrafisz się golić. Albo że miałeś operację mózgu. – Szybko staje na palcach i cmoka mnie w policzek. – Przestań się wygłupiać. Jesteś przystojnym dziwakiem i cię lubię. Możemy pójść się powspinać? – Swawolnie ujmuje mój kolczyk z pióra i łaskocze mnie nim w ucho. – No już, Sean. Potrzebny mi dzień wolnego. Zrób coś, żebym przestała myśleć o tym trupie, którego sekcję zrobiłam.

„Przystojny”. Powiedziała: „przystojny”.

Kręci mi się w głowie, nie mogę jej się oprzeć, więc uśmiecham się nieśmiało.

– Pod warunkiem, że powiesz mi coś więcej o tym trupie.

– Opowiem ci wszystko. – Wychodzi, by skorzystać z łazienki, a ja się rozglądam po pokoju, nie wyjmując rąk z kieszeni. Ona ma rację. Na moich ścianach nic nie wisi, nie ma żadnych ozdób.

Wraca z łazienki i ściska mnie za ramię.

– Do roboty. Obiecałeś pokazać mi tajne przejścia, nie wykręcisz się. – Mija mnie i zbiega po schodach, więc z braku wyboru ruszam za nią; serce mi łomocze, dłonie świerzbią, a w brzuchu mam motyle.

Rozdział 3

Wbrew sobie i temu, co podpowiada mi intuicja, próbuję dobrze się bawić. Kiedy ponownie trafi mi się taka okazja? Czy nie należy mi się chwila szczęścia?

Jestem oczarowany Annabelle. Dowiaduję się o niej różnych rzeczy: najpierw, że chce zostać lekarką, bo uwielbia pomagać ludziom. Ochotniczo udziela się w uniwersyteckim telefonie zaufania dla kobiet i z pasją opowiada o wzroście przestępczości seksualnej, co ma związek z nadużywaniem alkoholu przez nieletnich. Wynajmuje mieszkanie poza terenem uczelni i ma współlokatorkę. Pracuje dorywczo w restauracji o nazwie Duke’s, znanej z tego, że zatrudnia młode kelnerki, którym każe paradować w kusych szortach i skąpych bluzeczkach.

Tym akurat mnie zaskakuje.

– Nie przeszkadza ci to? – pytam. – Nie wyglądasz na taką. Studentka medycyny i w ogóle…

Wzrusza ramionami.

– Bo ja wiem? Trafiają się obleśni faceci, ale napiwki są o niebo większe niż gdziekolwiek indziej. Moja rodzina… Nie dostaję od niej ani grosza.

Kocha konie, wychowała się w mieścinie niedaleko Dallas. Twierdzi, że to straszne zadupie, i chyba trochę się tego wstydzi. Wspina się jak szalona, kilka razy dociera na szczyt szybciej niż ja, a to nie lada sztuka. Ze wszystkich sił staram się być skupiony i dbać o to, by czas płynął w normalnym tempie. To bardzo męczące, że nie mogę popaść w wywołane lekami odrętwienie, nie chcę jednak stracić ani jednej chwili z tego dnia.

Pokazuję jej wszystkie możliwe dachy i tajne przejścia, zakradając się z nią na ścieżki pośród kolejnych atrakcji, wyglądające niczym tunele wciśnięte między fasady budynków w hollywoodzkim stylu. Zwiedzamy pomieszczenia, w których aktorzy mają swoje garderoby, i miejsca postoju karetek pogotowia. Prowadzę ją do zewnętrznych schodów na tyłach dwupiętrowego sztucznego wieżowca w Krainie Przyszłości, który nazywam Wysoką Wieżą, dla porządku sprawdzając, czy nikt nas nie obserwuje. Ale o tej porze jest tu tylko niezbędny personel, czekający na pracowników z nocnej zmiany.

 

Dach jest lekko pochyły. Zabieram Annabelle w mo-je ulubione miejsce, obok przewodów wentylacyjnych po południowo-zachodniej stronie. Widoczni stąd ludzie wyglądają jak robaki, pełzające ścieżkami w parach i grupach. W oddali, tam gdzie oślepiające słońce zachodzi za mglisty, niewyraźny horyzont, kończy się park rozrywki, a zaczyna miasto. Autostrada skręca na południe, w kierunku centrum, gdzie sterczy grupka wieżowców.

Zmęczeni, siadamy na pochyłym dachu i obserwujemy zachód słońca, przekomarzając się wesoło. Chce, żebym zaprowadził ją do piwnicy muzeum figur woskowych, gdzie trzymają wszystkie rekwizyty na Halloween. Byłem tam kilka razy, korzystając z chaosu podczas zmiany personelu. Tyle ludzi wchodzi tam wtedy i wychodzi, że nikt nigdy nie zwrócił na mnie uwagi, ale nie zamierzam robić tego teraz, w leniwy dzień powszedni. Nie mogę ryzykować, że wyrzucą mnie z Four Corners. Gdzie bym się wtedy podział?

Annabelle całuje mnie, więc od razu zapominam o naszej sprzeczce. Tak urocza dziewczyna, a całuje się niczym bogini. Usta i skórę ma mięciutkie, moje palce i wargi nie są dość delikatne, bym mógł ją całować i dotykać, jak należy. Obsypuję pocałunkami jej szyję, na co reaguje drżeniem i chwyta mnie od tyłu za włosy. Mam wrażenie, że je lubi, bo stale przeczesuje je dłońmi. Mam ochotę zedrzeć z niej koszulę i oderwać guziki jej szortów, ale się powstrzymuję. Ona nie wygląda na taką, co się rozbiera na brudnych dachach. Poza tym nie mam pojęcia, czy jestem jeszcze zdolny do seksu. Ile to już czasu minęło, odkąd ostatnio próbowałem się masturbować? Usiłuję sobie przypomnieć – bez skutku. Rozpacz i smutek zatapiają mnie jak kolejna fala leków, znowu to narkotyczne otępienie.

Całuję ją jeszcze raz i się odsuwam. Ma na wpół przymknięte oczy, w zachodzącym słońcu wygląda jak skrząca się miedziana wróżka. Odgarniam włosy z jej czoła, próbując zapamiętać każdy rys jej twarzy.

– Narysuję cię teraz.

– A co mam robić?

– Nic. Po prostu leż. – Siadam, by wyjąć szkicownik z plecaka. Ona też się przesuwa na szorstkim smołowanym poszyciu dachu, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, więc ściągam koszulę i podkładam jej pod głowę jako poduszkę.

Na widok mojego torsu porusza brwiami.

– Nieźle. Szkoda tylko, że ręce i szyja czerwone, a brzuch biały – ocenia.

Komplement wprawia mnie w zażenowanie, ale też sprawia mi radość, tak wielką, że znowu czuję, jak nietypowy rumieniec pełznie mi po szyi. Wcale się nie wstydziłem, zdejmując koszulę – odkąd sięgam pamięcią, moje ciało jest czymś wyłącznie klinicznym.

Siadam po turecku, ze szkicownikiem na kolanach. Światło jest idealne. Annabelle ma szczery wyraz twarzy, przepływa przeze mnie falami miedzi i cieni. Ten rysunek wyjdzie mi doskonale, wiem o tym.

– Dlaczego to robisz? – pyta mnie po kilku minutach.

– Dlaczego rysuję?

– Uhm.

Pracuję nad zarysem jej brody. Wyszła mi zbyt kanciasta, więc jestem na siebie zły. Ścieram, rysuję, ścieram, rysuję, przyglądam się, rysuję.

– Sean?

– Tak? – Mrugam do niej. Na chwilę się wyłączyłem. – Bo… bo chyba chcę to zapamiętać. Uchwycić chwilę.

– Chcesz mnie zachować na później?

Przytakuję ruchem głowy.

– Możemy to powtórzyć. Wówczas nie musiałbyś rysować.

– Czuję, że już tego nie powtórzymy.

– Czemu nie? Możemy.

Odkładam blok, kładę się na gołym brzuchu, ujmuję jej dłoń i całuję. Bestia, sumienie, matka, doktor Shandra, psychiatryk, a nawet moje ja wydają się teraz bardzo odległe. Czuję i widzę tylko ją i jej zapach, pragnę się w niej zanurzyć i zapomnieć o całym świecie. Niemal udaje mi się uwierzyć, że to możliwe.

Jeden dzień. Tak sobie obiecałem.

Z ustami przy jej dłoni i żwirem wbijającym mi się w łokieć mówię:

– Annabelle, ty będziesz lekarką. A ja jestem, no… takim koreańskim Quasimodo. Oboje wiemy, że nic z tego nie będzie.

Ostatnie zdanie niebezpiecznie zawisa w powietrzu między nami.

Dłonią, którą dopiero co całowałem, przeczesuje mi włosy.

– A ja myślę, że zmienisz zdanie. Myślę, że zadzwonisz do mnie nie później niż w… sobotę – oświadcza filuternie.

Podpieram się przedramieniem i całuję ją w usta. Nie wiem, co mam jej powiedzieć, ale pocałunek sprawia, że zapominam, co miałem mówić. Czyżbym się w niej zakochał? Czy tak to wygląda? Czy zdążyłem ją poznać dostatecznie dobrze? Może i tak. Kiedyś już byłem zakochany. Czułem się wtedy podobnie, a przynajmniej tak mi się wydaje. To było dawno temu. Tym razem uczucie jest jednak silniejsze, bardziej intensywne, płynie z głębi trzewi. Czy to dlatego, że wspomnienia Elise przytłumiły leki, które biorę od tamtej pory?

To imię nie daje mi spokoju.

Elise… Od tak dawna nie dopuszczałem do siebie myśli o niej. Pamiętam, jak wplotłem palce w jej lśniący czarny koński ogon i odwróciłem jej głowę, by pocałować ją w policzek. Zachichotała, co wówczas mnie wkurzyło, a teraz jest dla mnie cenne, wzruszające.

Poczucie winy i przerażenie spadają na mnie jak grom z jasnego nieba, bez ostrzeżenia atakują mnie wizje. Widzę, jak podnoszę Annabelle i zrzucam ją z dachu. Obraz ten zjawia się tak niespodziewanie, jest tak wyrazisty, że cofam się gwałtownie, przyciskam plecy do dachu i wycieram dłonie o szorstkie smołowane poszycie.

Annabelle siada.

– Sean? Co się stało?

– Musimy zejść na ziemię – dukam.

– Nic ci nie jest?

– Schodź. Złaź stąd! – Serce mi wali jak młotem.

Przygląda mi się przez dłuższą chwilę.

– Dobrze – mówi. – Jak chcesz.

– Ty pierwsza. Spotkamy się na dole.

Trzymając się żwirowatego poszycia dachu, zamykam oczy. Lepiej, żebym nie wiedział, gdzie ona jest. Tak jest bezpieczniej.

Czuję, jak moja koszula delikatnie ląduje mi na piersi.

– Co ci się stało?

– Nic. Daj mi chwilę, spotkamy się na dole.

– Zaczekam przy schodach.

Leżę minutę, dwie minuty, trzy, odliczając czas na podstawie bicia serca. Otwieram oczy i widząc, że już jej nie ma, z ulgą oddycham przez nos.

Niewiele brakowało.

Właśnie tego się obawiałem.

Ależ jestem głupi! Myślałem o kredkach, a nie przyszło mi do głowy, jak niebezpiecznie może być na dachu? Jestem rozkojarzony. Straciłem czujność. Byłem nieostrożny, niedbały, nieodpowiedzialny.

Dość tego. Koniec zabawy. Miałem dziś mnóstwo frajdy. Ale jeśli zależy mi na Annabelle, muszę odejść, natychmiast.

Po zejściu na ziemię upokorzenie pali wszystkie moje kończyny niczym ogień. Ruszam obok Annabelle przez las za Krainą Mórz, oddzielający cały tył parku od dwupasmowej autostrady. Zapadł zmierzch, wokół mnie dzwonią cykady. Gdzieś w pobliżu śmieje się jakaś rodzina. Jej bliskość daje mi poczucie bezpieczeństwa. Tak naprawdę w lesie nie jesteśmy sami, to nam się tylko wydaje.

– Bardzo cię przepraszam – odzywam się w końcu.

Splata palce dłoni z moimi.

– Masz lęk wysokości?

– Na to wychodzi.

– Moja współlokatorka też na to cierpi. – Opowiada mi historię o tym, jak utknęli na dachu wieżowca w centrum miasta, bo jej współlokatorka nie zgodziła się wejść do przeszklonej windy. Próbuję skwitować to śmiechem, ale mi nie wychodzi. W tej chwili taplam się w poczuciu nieszczęścia. Teraz chcę tylko być taki jak ona, stać się normalnym, zdrowym dwudziestoparolatkiem mającym przyjaciół, współlokatorów, pracę… Znienacka boleśnie zdaję sobie sprawę, jak daleki jestem od świata, oderwany od niego i nieistotny dla innych, i przeszywa mnie poczucie samotności oraz gniew.

Idziemy przez las jakieś piętnaście metrów od ogrodzenia z drucianej siatki, oddzielającego Four Corners od szosy. Annabelle uśmiecha się do mnie smutno.

– Zabawne, że przyprowadziłeś mnie w to miejsce – mówi. – To była ulubiona część parku mojej babki. Przychodziła tu ze mną z milion razy.

– Tutaj? – Rozglądam się zaskoczony.

– Nie znosiła tłumów. Kiedy tu wracam i chodzę między tymi drzewami, zawsze myślę o niej.

– Nie miałem pojęcia, że tak często tu bywałaś.

– Co roku w dniu jej urodzin.

– Wobec tego to tutaj powinniśmy rozsypać jej prochy.

Kwituje to wzruszeniem ramion.

– To by było zbyt banalne. Uznałam, że wpadniesz na ciekawszy pomysł. I tak się stało. – Zatrzymuje się i spogląda na mnie. – Co teraz będzie, Sean?