Droga Szamana. Etap 6: Nowy początek

Tekst
Z serii: Droga Szamana #6
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Путь Шамана. Шаг 6: Все только начинается

Copyright © W. Machanienko 2016–2021

This book is published in collaboration with Magic Dome Books

Przekład z języka rosyjskiego

Gabriela Sitkiewicz

Redaktor prowadzący książki i serii

Dominika Rychel

Redakcja i korekta

Justyna Charęza, Małgorzata Kłosowicz

Okładka

Piotr Sokołowski

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-66873-38-4


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

WYJŚCIE NA WOLNOŚĆ

– Wyłaź! – rozległ się ochrypły męski głos, jakby jego właściciel cierpiał na przewlekłą anginę i próbował wyleczyć ją lodami. – Długo jeszcze będziesz tam leżeć?

Chociaż wieko mojego kokonu już dawno odsunęło się na bok, nie mogłem zebrać sił, by wstać i wrócić do prawdziwego świata. Tuż nad moją głową jarzyła się świetlówka, standardowe wyposażenie każdego biura, a w tym przypadku – ośrodka, w którym wypuszczano z kapsuł byłych więźniów. Ja jednak, gdy się w nią wpatrywałem, widziałem nieskończoność. Miałem taki mętlik w głowie, że uchwyciłem się jedynej słusznej myśli jak tonący brzytwy i trzymałem się jej kurczowo. Jestem wolny! Ja, Dmitrij Machan, który ściągnął na siebie gniew całego miasta, odzyskałem wolność! Udało mi się zamienić osiem lat więzienia na jedenaście miesięcy gry!

Tyle że ta świadomość nie dawała mi ukojenia.

W głowie kołatały okropne słowa: „Nie jesteś nam już potrzebny!”, rzucone przez Anastariję. Starałem się od nich uwolnić, lecz wydarzenia ostatnich trzydziestu minut mojego pobytu w Barlionie usilnie wdzierały się na pierwszy plan świadomości.

– Żyjesz tam w ogóle? – W głosie, który słyszałem, brzmiały nuty zaniepokojenia. Nagle zawisła nade mną brodata twarz; prawe oko mężczyzny zakrywała opaska, częściowo chowająca bliznę zaczynającą się na czole i schodzącą w formie błyskawicy w kierunku żuchwy. – Wygląda, że żyjesz, więc co tak leżysz? Zwykle więźniowie wyskakują jak z procy i całują podłogę, a ty leżysz plackiem. Coś nie tak?

– Analiza funkcji życiowych pacjenta zakończona. – Sekundę później usłyszałem metaliczny kobiecy głos. – Organizm funkcjonuje bez większych zastrzeżeń, nie stwierdzono odchyleń, stan fizyczny: osiemdziesiąt osiem procent normy.

– Słuchaj, nie mam czasu się tobą zajmować! Muszę dzisiaj wypuścić jeszcze dziewięciu więźniów, więc rusz się. Twoje wyjście było nieplanowane, dlatego przyjdą po ciebie mniej więcej za pół godziny. Na razie usiądź w poczekalni… Słyszysz mnie czy nie?! Odezwij się!

– Słyszę, słyszę – mruknąłem, w końcu oczyściwszy umysł.

Nie chciałem wyżywać się na tym człowieku – wyglądał, jakby życie już wystarczająco go ukarało – zaczekałem więc, aż zwolni się blokada ostatnich krępujących mnie zabezpieczeń, usiadłem i wziąłem głęboki oddech. Natychmiast zakręciło mi się w głowie, przed oczami zatańczyły gwiazdy, ale nadal siedziałem – wystarczy już pozwalania sobie na słabość, czas dorosnąć.

– Prysznic jest na wprost po lewej – dodał mężczyzna, odsuwając się od kokonu – znajdziesz tam ubrania. A w ogóle to nie jestem twoją niańką; sam zorientujesz się co i jak. I przy okazji: gratuluję osiągnięcia! Zwolnienie przed terminem jest jak zdobycie kolejnego poziomu w grze. Może nawet dwóch…

Z tymi słowy technik odwrócił się i zajął swoimi sprawami, więc nie miałem innego wyjścia, jak tylko zsunąć nogi na podłogę i zrobić pierwszy krok w kierunku wskazanych drzwi. Niestety na krok drugi, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zabrakło mi sił…

Nie potrafiłem wyjaśnić, co działo się z moim ciałem, ale gdy tylko zrobiłem drugi krok, nogi ugięły się pode mną, przeszył mnie straszliwy ból skręcający mięśnie, a setka małych fajerwerków eksplodowała w głowie, wywołując ciekawe i dziwne myśli: „Zdobyłeś osiągnięcie za wyjście z kapsuły!”, „Otrzymujesz dwa poziomy!”. Świetnie! Tylko gdzie moja fala przyjemności?

W ciągu jedenastu miesięcy gry tak przyzwyczaiłem się do fal przyjemności płynących z nowych osiągnięć i ulepszeń statystyk, że całkowicie przestałem zwracać na nie uwagę. Dopiero szczególnie ważne przypadki, zwiększające o kilka punktów Jubilerstwo, wciąż zmuszały mnie do padania na kolana z uczuciem słodkiej rozkoszy, a ręce podświadomie przygotowywały się do stworzenia kolejnego arcydzieła. Więźniowi takiemu jak ja dopiero podobna dawka narkotyku dawała kopa.

Z głuchym jękiem upadłem na podłogę. Nie czułem własnego ciała – chęć zdobycia kolejnego poziomu wszystko przyćmiewała.

– Co, ciulowe uczucie? – Drwiący głos technika przedarł się przez moją zamgloną świadomość. – To nic, wytrzymaj, za chwilę powinno przejść. Wszystkim przechodzi…

Mięśnie miałem tak obolałe, że pozostawało tylko jęczeć i skomleć – pragnienie otrzymania „działki” było niewyobrażalne. W pewnym momencie zrozumiałem, że stary technik jest powodem, dla którego czuję się tak źle! To on nie dał mi kolejnej dawki, to on wyciągnął mnie z kapsuły, to on…

– O! Naprawdę cię wzięło! – rozległ się zdziwiony głos, gdy zacząłem groźnie pomrukiwać i czołgać się w stronę technika, żeby odgryźć mu nogę. – Dobrze, możesz dostać jeszcze odrobinę przyjemności. Ciesz się, póki możesz.

Poczułem krótkie ukłucie bólu w okolicy ramienia, po czym ciepła, przytłaczająco przyjemna fala rozkoszy rozlała się po całym moim ciele. Mięśnie się rozluźniły, kości przestały tańczyć jiga, świadomość znów zaczęła dostrzegać rzeczywistość. Przewróciłem się na plecy, zupełnie nieświadomy, że leżę nago na zimnej podłodze. Mój wzrok zatrzymał się na białym suficie ze wspomnianymi świetlówkami, po których spacerowały okazałe jednorożce, zbierające bukiety kwiatów. To dziwne, nie pamiętam, żeby Iszni miała ręce; ten jednorożec wygląda bardziej jak centaur, tylko z rogiem…

– Przecież siedziałeś tylko rok. Jakim cudem tak się uzależniłeś? – Zasłaniając centaura, który zaczął śpiewać piosenki, po raz drugi zawisła nade mną twarz jednookiego technika.

– Poziom postrzegania rzeczywistości wynosi trzydzieści pięć procent, pacjent jest w czarnej strefie uzależnienia, zalecany czas adaptacji wynosi dwa miesiące i piętnaście dni. – Podsumowała mój stan sztuczna inteligencja. Przyładowałbym w nią Duchem…

– Czarna strefa? – Jedyne oko technika rozlało się po całej twarzy, ukazując mi strasznego cyklopa. I po czymś takim spróbuj uwierzyć NPC-om! Mówili, że wszyscy cyklopi zostali zgładzeni, a jeden właśnie wisi nade mną. – Wiesz, stary, jestem nawet ciekaw, co ci się przydarzyło.

Cyklop się cofnął, odsłoniwszy radosnego centaura. Ten nadal zbierał kwiaty i śpiewał piosenki, gdy nagle przestraszony podniósł głowę, podwinął ogon i po chwili upadł na ziemię. Po niebie płynął Pan – czarny Smok.

Majestatycznie rozdzierając powietrze ogromnymi skrzydłami, Smok hipnotyzował i urzekał mocą i pięknem. Całe jego ciało przepełniała siła; on był prawdziwym panem tego świata i nikt ani nic nie mogło go zdetronizować. Nawet Syreny.

Syreny…

Anastarija…

Barliona…

Ja, Dmitrij Machan, były więzień…

Smok po raz ostatni zatrzepotał skrzydłami i zniknął, przywracając biel sufitowi.

– Poziom postrzegania rzeczywistości wynosi osiemdziesiąt pięć procent, pacjent wszedł w żółtą strefę uzależnienia, zalecany okres adaptacji wynosi piętnaście dni. – Natychmiast zareagowała aparatura.

– Ekhem – zakaszlał technik. – Przepraszam: że co? Co tu się właściwie dzieje? Strefa czarna, strefa żółta… Słuchaj, lekarze przyjdą za dziesięć minut, niech oni się tobą zajmą. Prysznic jest na wprost, znajdziesz tam też ubrania. Nie zawracaj mi głowy…

Usiadłem gwałtownie, nie czując absolutnie żadnego dyskomfortu – ani zawrotów głowy, ani słabości; żadnego pragnienia otrzymania jeszcze jednej dawki. W tej chwili cała moja świadomość przepełniona była tylko jednym – nienawiścią. Nigdy nie sądziłem, że mogę doświadczyć tego strasznego uczucia, ale właśnie teraz stało się ono siłą napędową mojego ciała złamanego nieustannym odczuwaniem przyjemności. Nienawiść, która mnie ogarnęła, była tak silna, że gdyby Nastja napatoczyła mi się teraz, nie zawahałbym się… Ale nie – nie chcę po raz drugi trafić do kopalni. Muszę działać bardziej rozważnie. Muszę… Muszę się zemścić, najważniejsze: wymyślić, jak to zrobić. To tym się zajmę zaraz po zakończeniu adaptacji.

 

– Poziom postrzegania rzeczywistości wynosi sto procent, pacjent wszedł do zielonej strefy uzależnienia, zalecany czas adaptacji wynosi trzy dni…

– To niemożliwe! – wykrzyknęła lekarka, zapoznawszy się z moimi wynikami. Delikatnie trzymając tablet w szczupłych palcach z długimi paznokciami pomalowanymi w misterne wzorki, kobieta nieustannie podnosiła na mnie zdziwione oczy, jakby wciąż się upewniała, że na pewno istnieję. Biały fartuch nie maskował atrakcyjnych kształtów stałej bywalczyni wirtualnych kapsuł albo siłowni. Obstawiałem to pierwsze. W dzisiejszych czasach siłownie wyszły z mody. – Dmitriju, jak pan się czuje?

– O ile dobrze rozumiem, system już za mnie odpowiedział. – Wzruszyłem tylko ramionami, starając się nie wdawać w niepotrzebną polemikę.

Nie chciałem wyjaśniać, z jakich powodów udało mi się „wrócić” do rzeczywistości – ta sprawa dotyczyła tylko mnie i klanu Feniksa. Kiedy doprowadzałem się do porządku, w mojej głowie sformułowała się ostateczna i nieodwołalna myśl: zemszczę się. Teraz nie ma znaczenia, jak to zrobię, będę działał na gorąco, ale jedno jest pewne – czyn Feniksa i moich tak zwanych przyjaciół nie może pozostać bezkarny. W przeciwnym razie przestanę uważać się za człowieka…

– Odpowiedział, ale… – zająknęła się lekarka, z zakłopotaniem spoglądając na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami. – Nie da się samodzielnie opuścić czarnej strefy uzależnienia! To mi się nigdy wcześniej nie zdarzyło w ciągu dwunastu lat praktyki!

– Ktoś zawsze musi być pierwszy – zauważyłem filozoficznie, po czym zmieniłem temat: – Pani doktor, czy odrosną mi włosy? Czy może przez resztę życia będę łysy?

– Może pan mi mówić po prostu Swietłana… – westchnęła dziewczyna, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że niczego się ode mnie nie dowie. – Odrosną, proszę się nie martwić. W kapsule znajdował się specjalny roztwór, który blokował ich porost, więc… Dmitriju, chciałabym wykonać jeszcze jeden mały test, zanim udamy się do kliniki rehabilitacyjnej. Potrzebuję zgody na zbadanie bioelektrycznej czynności pana mózgu w stanie czuwania. Nie ma pan nic przeciwko?

– Skądże. Nie mam nic do ukrycia – odpowiedziałem dobrodusznie.

O ile na początku rozmowy mimowolnie skojarzyłem Swietłanę z Nastją, próbując znaleźć haczyk w każdym słowie kobiety, to teraz wydawało mi się, że znam ją od dawna, i nie chciałem jej denerwować odmową. Poza tym jest lekarką – a kto odmawia lekarzowi? Tylko bardzo chorzy ludzie…

Jak mi powiedziano, dwieście kilometrów dzielących budynek, w którym trzymano przestępców, od ośrodka rehabilitacyjnego przejedziemy w zaledwie godzinę. Według lekarza istniało siedem kolorowych stref oznaczających poziom uzależnienia od przyjemności – od najwyższego, oznaczonego kolorem czarnym, do najniższego – zielonego. Co więcej, im niższy poziom, tym dalej znajdowało się odpowiednie centrum rehabilitacji. Lekarka nawet nie zaczynała rozmów o sensie życia i moim miejscu w tym śmiertelnym świecie, więc wpatrywałem się w przemykające za oknem drzewa i obmyślałem plan zemsty.

Zatem!

Pierwszą rzeczą, którą koniecznie trzeba będzie zrobić, jest odzyskanie mojego Szamana. Niech go wyciągną z serwerów więziennych i wrzucą do publicznych. Nie miałem ochoty rozpoczynać gry od zera, kiedy miałem do dyspozycji takiego mocarza.

Po drugie, gdy tylko wejdę do gry, muszę polecieć do Anchursu i zażądać audiencji u Imperatora lub Najwyższej Żerczyni – nie wiem, kto odpowiada za małżeństwa. Zażądam rozwodu z Anastariją i zwrotu całego mojego majątku – wszystko, co Anastarija wyciągnęła z mojego worka, należy do mnie. Muszę skonsultować to z prawnikiem Barliony: czy rzeczy wyjęte z otwartego worka są łupem? Jeśli nie – pociągnę Anastariję do odpowiedzialności, jeśli tak… Lepiej o tym nie myśleć, utrata Szachów będzie bardzo bolesna.

Po trzecie muszę załatwić sprawę klanu. Mnie już nie jest potrzebny, najwyraźniej sobie z nim nie radzę. Odpowiedzialność za organizację zajmującą się graniem, nawet jeśli składa się z dziesięciu osób, nakłada pewne obowiązki, których absolutnie nie potrzebuję. Wrócę do gry, pożegnam się z wszystkimi, którzy zostali, i oficjalnie zamknę klan… Chociaż nie – po prostu zostanę jego jedynym członkiem. Utrata hologramu też nie byłaby dobra.

Po czwarte moje dwa najważniejsze aktywa to Altameda i kalmarodelfin gigantyczny. Ta dwójka z pewnością pociągnie mnie na finansowe dno. Biorąc pod uwagę, że Leyte – który ćwiczył i zarabiał na moim budżecie – nie był już w klanie, rozwiązanie kwestii pieniędzy należało do mnie. Albo musiałbym zrobić coś, czego naprawdę bym nie chciał – sprzedać Altamedę innemu klanowi. Na razie nie widzę innego wyjścia.

Swoją drogą – ile zostało mi pieniędzy? W momencie, w którym potwierdzałem wyjście z gry, przed oczami mignęła mi kwota stu czterdziestu milionów Złotych Monet. Półtora roku temu nie mogłem nawet pomarzyć o takiej sumie, ale teraz… Sto wydałem na wyjście, część pójdzie na pensje dla pozostałych graczy, dopóki ich nie wyrzucę, w każdym razie powinno mi zostać około trzydziestu. Na to liczę. Trzydzieści milionów… Może lepiej je wyciągnąć, kupić sobie wypasiony dom i żyć bez Barliony? Zrobię jakieś szkolenie, znajdę pracę i będę żył spokojnie bez tych wszystkich Anastarij, Echkilerów, Feniksów. Dlaczego nie miałbym wysłać ich wszystkich do diabła?

Fakt, że zubożała ropucha i chomik do końca moich dni nie dadzą mi spokoju. Gdybym mógł załatwić to z każdym z nich z osobna, to jeszcze bym sobie poradził, ale z dwojgiem naraz nie wygram. Chcę tego, co moje, i chcę ukarać tych, którzy mi to odebrali. A przy tym zniszczyć klan Feniksa. To rodzi dwa kolejne pytania:

Po pierwsze – jak w ogóle zniszczyć klan działający w grze?

Po drugie – jak w prawdziwym życiu uchronić się przed gniewem Anastarij i Helfajerów? Coś mi mówi, że nie najlepiej przyjmą moje próby zaszkodzenia ich klanowi i jeśli nie dojdą ze mną do porozumienia w grze, to znajdą mnie w realu. A w grze będzie im bardzo trudno się ze mną dogadać.

Może złożyć zawiadomienie do organów ścigania? Tylko co w nim napisać: „Mam zamiar zniszczyć wiodący klan Malabaru, dlatego boję się o swoje życie”? Z siedemdziesięciopięcioprocentowym prawdopodobieństwem zostanę wysłany na przymusowe leczenie psychiatryczne jako człowiek walczący z wiatrakami. Więc to nawet nie jest opcja. Trzeba będzie wszystko dokładnie przemyśleć, dlatego wracam do pierwszego pytania: jak zaszkodzić klanowi w grze?

Wysłać ich wszystkich na odrodzenie? Cóż… Bardzo surowa kara, biorąc pod uwagę różnicę naszych poziomów. Może wydać pieniądze na najemników, którzy celowo będą polować i zabijać liderów Feniksa…? Trudno wymyślić większą bzdurę. Ta możliwość od razu odpada, choć w razie potrzeby można z niej skorzystać.

Myślę, że jedyne, w co można uderzyć, są finanse. Trzeba coś zrobić z pieniędzmi Feniksa, żeby stopniały, a wtedy… Ale jak tego dokonać? Złoto jest uznawane za niezbywalną własność, włamywanie się na konta Feniksa to bezpośrednia droga do kopalni, a chcąc ukraść ich przedmioty legendarne, potrzebni są ludzie, którzy się tym zajmą. Zatem jedyny sposób, żeby faktycznie im zaszkodzić, jest nierealny – przecież nie będę szturmować ich zamków…

– Dmitriju, co się stało? – zapytała zaniepokojona lekarka, gdy podskoczyłem na swoim miejscu, prawie uderzając głową w sufit samochodu. Kobieta przystawiła mi do oczu analizator, który potwierdził, że mój poziom postrzegania rzeczywistości wciąż wynosi sto procent i jestem w zielonej strefie uzależnienia.

– Wszystko w porządku, zamyśliłem się – zapewniłem ją i znów odwróciłem się do okna. Nie muszę szturmować ich zamku! Przecież mam Altamedę!

W tej chwili wiedziałem, że cały morski majątek Anastariji stanowi jeden statek wart dziesięć milionów Złotych Monet. Biorąc pod uwagę łatwość, z jaką dziewczyna rozstała się z podobną sumą, głupie byłoby aktywowanie kalmarodelfina i płacenie za niego podatków; to mi się zwyczajnie nie opłaca. Zanim gracze na południu kontynentu zyskają pozytywną reputację wśród piratów, zanim zaczną kupować statki, upłynie sporo czasu. Nie ma też pewności, że nie znajdą się wśród nich przedstawiciele Feniksa. Więc morski plan zemsty odpada, ale… Mam Altamedę!

Przewagą mojego zamku jest fakt, że może przemieszczać się z jednego miejsca na drugie. Raz na trzy miesiące ta procedura jest bezpłatna – w innym wypadku kosztuje około dziesięciu milionów Złotych Monet. Jeśli zgromadzę grupę graczy, którzy stłumią opór ocalałych mieszkańców zamku Feniksa – po tym, jak Altameda na niego spadnie – wyślę łowców łupów, którzy rozbiorą zamek wroga na kawałki, tak jak zrobiliśmy to z Glarnisem… O ile wiem, Feniks posiada około siedmiu zamków, z których najbardziej rozwinięty ma poziom dwudziesty dziewiąty, a najsłabszy – osiemnasty. Aby zamek mógł osiągnąć taki poziom, trzeba zainwestować niemałe pieniądze, jeśli więc uda mi się obniżyć wartość ich nieruchomości do poziomu pierwszego… Taki sposób na zemstę wydaje się bardziej interesujący niż polowanie na każdego gracza z klanu z osobna.

Teraz jeszcze bardziej chcę odzyskać Szamana, ponieważ Anastarija beztrosko udostępniła mi swoją mapę, na której zaznaczony jest dobytek Feniksa. Mój Szaman zna dokładne współrzędne każdego zamku, co sprawia, że zemsta staje się bardziej realna. Pozostaje zająć się problemem braku ludzi.

I zamkiem…

Zgodnie z żądaniem Imperatora właściciel ma obowiązek spędzić w zamku trzy miesiące. Uczciwie wypełniałem ten warunek przez cały miesiąc, dopóki nie wyszedłem z gry, więc miałem kolejne pytanie do prawnika Barliony: jeśli stracę zamek, czy to będzie zgodne z prawem, biorąc pod uwagę przymusową rehabilitację? Logiczne byłoby, że bez względu na wszystko Altameda powinna pozostać moja, ale ta kwestia wymagała wyjaśnień. Nie mogę sobie pozwolić na żaden błąd.

Dalej – trzeba pozbawić graczy Feniksa ich zadań. Brak scenariuszy to brak łupów, a przecież pensje nadal trzeba płacić. Szkoda, że tego nie da się zrobić w pojedynkę – korporacja zdecydowanie potrzebuje czołowego klanu, na którym mogłaby polegać. Będę musiał współpracować z Etamsylatem lub Bezpalcym. Jestem pewien, że poprawa sytuacji finansowej klanu jest na ich liście priorytetów.

Co jeszcze mogę zrobić w grze? Nie da się na zawsze usunąć czyjejś postaci czy jakoś trwale jej zaszkodzić… Chwilunia! Artefaktor Klątw! Jest szansa, że przeklęty zestaw szachowy jest pomysłem korporacji i zostałem zmuszony do zrobienia go bez możliwości powtórzenia tego wyczynu – chociaż zawsze warto próbować. Jeśli uda mi się powiązać awatara z jakimś niewygodnym przedmiotem, który ma określone, bardzo nieprzyjemne właściwości, to będzie kolejny gwóźdź do trumny Feniksa.

Konsekwencją poprzedniego punktu jest konieczność spotkania z Kriosem i uzyskanie informacji, gdzie i jak zdobył kryształ Rogzara. Pamiętając o cechach tego przedmiotu – prędkość przemieszczania się spada o 75%; −50% wartości wszystkich parametrów; szybkość regeneracji Życia, Many i Energii −90%; wartość otrzymywanego Doświadczenia −90%; nie można sprzedać, wymienić, wyrzucić, ukraść ani zniszczyć – taki łup sam się prosi, żeby trafić do prywatnego worka Anastariji, Barsine, Leyte’a i pozostałych przedstawicieli chwalebnego klanu ognistego ptaka. Muszę uderzyć w nich wszelkimi dostępnymi środkami…

– Jesteśmy.

Głos lekarki wyrwał mnie ze słodkich rozmyślań o zemście i przywrócił do rzeczywistości. Nakreśliłem główne punkty, pozostaje kwestia ich weryfikacji, rozwinięcia, odrzucenia tych, które są nierealne, i wymyślenia w ich miejsce nowych. Zemsta najlepiej smakuje na zimno.

Trudno nazwać placówkę, do której trafiłem, ośrodkiem rehabilitacyjnym. Oczyma duszy widziałem monumentalny gmach za drutem kolczastym, bo są w niej więźniowie, i z kratami na wszystkich oknach, żeby zapobiegać przeskakiwaniu adaptujących się pacjentów przez ogrodzenie – rzeczywistość uderzająco różniła się jednak od moich wyobrażeń. Zadbany las iglasty wyczyszczony do stanu idealnego, starannie przystrzyżony trawnik, małe domki, ludzie w białych strojach siedzący lub leżący na trawie, przyjemny świergot ptaków… Miałem przed oczami obraz idealnego świata. Do pełni szczęścia brakowało robotów, które latałyby pomiędzy pacjentami, dostarczały jedzenie i zaspokajały wszelkie potrzeby ciała, tak aby nie trzeba było się nadwerężać. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że kilka osób gra w tenisa na kortach za domkami, niektórzy pływają w basenie, inni zaś pracują w niewielkich warsztatach stolarskich i ceramicznych. W jednym z odległych domów dostrzegłem kowala, zaciekle tłukącego kawałek żelaza, ale nie dochodziły do mnie żadne dźwięki – pole siłowe wokół domu zapobiegło rozprzestrzenianiu się hałasu po lesie. Analogiczne pole znajdowało się nad boiskami sportowymi, zapewniając pełen spokój wypoczywającym na trawie.

 

– Zostanie pan tutaj przez następne pięć dni – powiedziała uśmiechnięta Swieta. – Proszę za mną, trzeba pana zameldować, wydać chip kontrolny i ustalić, gdzie pan będzie spać. Zostanie pan również zaznajomiony z listą rekomendowanych zabiegów profilaktycznych, zaleconych panu przez programy analityczne, ale daruję panu te nudne informacje. Proszę się relaksować, regenerować i robić wszystko, by stać się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa…

Pod koniec drugiego dnia w ośrodku odwykowym wyłem z nudów. Nie przypominam sobie, żebym w ciągu ostatniego roku przez kilka godzin z rzędu nic nie robił – nie licząc snu. Zawsze znajdowałem sobie jakieś zajęcia – Podziemia, levelowanie Jubilerstwa, wykonywanie zadań. Czas mijał błyskawicznie, jakby ktoś przewijał go z kilkakrotnym przyśpieszeniem. A tutaj…

Leniuchowałem na trawie, spałem, korzystałem z zabiegów, znowu leżałem na trawie, znowu spałem i znowu leżałem na trawie, kilka razy próbowałem zająć się sportem, ale ani tenis, ani piłka nożna nigdy nie były moimi ulubionymi aktywnościami, więc nie sprawiały mi żadnej przyjemności. Drzemka i jeszcze trochę leżenia na trawie, kolejne zabiegi i znowu trawa… Krzywiłem się na samą myśl, że będę wykonywał te same czynności jeszcze przez trzy dni – potrzebowałem działania…

– Zajęte! – rzucił kowal, nawet nie odwracając się w moją stronę. – Jest tu tylko jedna kuźnia, a ja nigdzie się stąd nie ruszam. Jak masz problem, idź do administracji!

– Nie potrzebuję kowadła – odparłem, marszcząc czoło z gorąca.

Po rozmowie z lekarzem i wyjaśnieniu mu swojego problemu otrzymałem dobrą radę – spróbować stworzyć coś w realu, tak jak robiłem to w Barlionie. Rano poszedłem więc do kuźni, ponieważ to tam znajdowały się wszystkie potrzebne materiały, trafiłem jednak na kowala, który zaczął bronić swojego terytorium.

– To zjeżdżaj stąd! Kręcą się tu różni…

Odnalazłem na półce zestaw narzędzi jubilerskich, będący pełnym odpowiednikiem tego, z którego miałem okazję korzystać w Barlionie, nie licząc jego wagi, i wyskoczyłem z kuźni na świeże leśne powietrze – pole siłowe zatrzymywało nie tylko dźwięki, ale także ciepło. Najwyraźniej kowal był skończonym masochistą, który postanowił odegrać się na kawałku żelaza za wszystkie lata spędzone w Barlionie. Wątpię, żeby ktoś, kto spędził w kopalni mniej niż rok, wymagał takiej rehabilitacji.

Usiadłszy pod pierwszym napotkanym świerkiem, otworzyłem zestaw jubilerski i poczułem ostre ukłucie nostalgii – choć przecież ostatnio pracowałem zaledwie kilka dni temu (stworzyłem Szachy), to tak naprawdę bardzo dawno nie trzymałem narzędzi w ręku. Nawet nie pamiętam kiedy…

Ręce, które nigdy przedtem nie dzierżyły rygli, tygli i temu podobnych -gli, chwyciły zwój miedzianego drutu i kilkoma sprawnymi, wyćwiczonymi ruchami, nie używając nawet rygla jubilerskiego, wykonały pierwszy pierścień. Przyjrzałem się krytycznie wynikowi mojej pracy, pokręciłem głową i odłożyłem pierścionek na bok – wyszła z tego jakaś tandeta bez żadnych parametrów. Prawdopodobnie powinienem pracować w trybie konstruowania…

Znajoma ciemność spowijała mnie ze wszystkich stron, a drut, który trzymałem w dłoniach, pojawił się tuż przed oczami. Aha! Tworzenie zwykłego pierścienia jest nudne, spróbuję go zapleść i inkrustować tym kamieniem – obok pierścienia zobaczyłem obraz przezroczystego kamienia, który również był w zestawie narzędzi. Jeśli po tym pierścień nie będzie miał parametrów, to nie wiem, będę musiał pójść do zwierzchnika Mistrzów i zapytać, co robię źle. Najpierw jednak wykonam ładny splot. Czy może na darmo się go tyle uczyłem?

– Pacjent wszedł do czarnej strefy uzależnienia! – Gdy tylko skończyłem pierścień, upewniając się, że efekt w pełni mnie satysfakcjonuje, przez mrok konstruktora przedostało się powtarzane w kółko: – Pacjent wszedł do czarnej strefy uzależnienia! Pacjent wszedł do czarnej strefy uzależnienia!

Hałas był tak nieznośny, że otworzyłem oczy, jak zwykle skrzywiłem się, oślepiony światłem wydobywającym się z moich rąk – skoro udało mi się stworzyć arcydzieło, to teraz powinny posypać się powiadomienia o zdobyciu kolejnego poziomu – i zobaczyłem grupę szacownych postaci, zamarłych kilka kroków ode mnie. Przede mną stali: znany mi już wcześniej krasnolud, który przegonił mnie ze swojej kuźni; dwa trolle grające w darta, dla których byłem tarczą; wielki ork w zamyśleniu drapiący się po głowie i mały gnom wciskający jakieś guziki na swojej ręce. Zwykłe zbiorowisko gapiów, którzy zebrali się, żeby obejrzeć stworzone przeze mnie dzieło.

– Szargak Larange! – powiedział gnom, zwracając się najwyraźniej do mnie.

Kręcąc głową, próbowałem pokazać, że nie znam tego języka; chciałem wyjaśnić po malabarsku, kartosku i w innych znanych mi językach, że nie rozumiem drugiej strony, gdy nagle wśród drzew ujrzałem ją, Syrenę. Dwumetrowa bestia nawet nie próbowała się ukryć, kierując swój trójząb prosto we mnie, szczerząc się obrzydliwie i rozkoszując swoją bezkarnością – grupka gapiów nie jest dla niej przeszkodą, tylko prawdziwy Smok był w stanie pokonać Anastariję.

Eee… Jaką Anastariję?

Kolejna fala emocji przetoczyła się przez moje ciało, wywołując gęsią skórkę – tę samą Anastariję, która…

– Pacjent wszedł do zielonej strefy uzależnienia! – zabrzęczał znów analizator i las pogrążył się w ciszy.

Nienawiść do Syren i ich konkretnej przedstawicielki przepełniała mnie na tyle mocno, że nie mogłem opanować drżenia rąk i upuściłem stworzony pierścień na ziemię. Cały się trząsłem, w głowie wył alarm, ale zacząłem odbierać rzeczywistość taką, jaka była naprawdę. Bez gnomów, orków i syren. Wrrr! Zabić tę wiedźmę to mało!

– Jeśli mnie słyszysz, kiwnij głową – powiedział mężczyzna, którego widziałem w postaci gnoma.

– Nie jestem twoją kukiełką, żeby kiwać głową na twoje życzenie – odparłem, próbując dojść do siebie. – Jak długo mnie to trzyma?

– Około pięciu minut – rzucił kowal. – Twój analizator tak wył, że musiałem cię przykryć kopułą, żeby nie zbiegli się lekarze.

Dopiero teraz zauważyłem, że byliśmy wewnątrz kopuły – pewnego rodzaju pola siłowego, blokującego wszystkie dźwięki.

– Dziękuję – wycedziłem, zdając sobie sprawę, że gdyby lekarze mnie takiego zobaczyli, nie wystarczyłoby pięć dni rekonwalescencji. Trzymaliby mnie w klinice przez dwa miesiące i przeprowadzali badania.

– Jeśli chcesz się stąd wydostać, przez resztę czasu nie rób nic, po prostu śpij – odezwał się kowal ponownie. – Naszych nie wydajemy, każdy ma ataki, ale jeśli lekarze to zobaczą, wyślą cię do żółtej strefy. Uwierz mi, tam jest gorzej. Nara! – Tarcza zniknęła, a cała piątka wróciła do swoich spraw, jakby nic szczególnego się nie stało.

Też coś – ktoś wszedł do czarnej strefy uzależnienia i przestał kontaktować na tym poziomie rzeczywistości. Nic wielkiego!

Podniosłem stworzony pierścień i nawet nie zastanawiając się nad jakością jego wykonania, włożyłem go do kieszeni i się zamyśliłem. Coraz mniej mi się to wszystko podobało – już dwukrotnie przekroczyłem granicę, za którą nie dostrzegałem rzeczywistości, przy czym nie widziałem obiektywnych przyczyn, dlaczego tak się działo. Gdyby nie ostatnie trzydzieści minut w Barlionie, które pewnie do końca życia naładowały mnie nienawiścią, to nie jestem pewien, czy mógłbym sam wrócić do normalnego stanu. Dla mnie Barliona stała się zupełnie realnym światem i mimowolnie próbowałem przenieść ją na ten świat – to jedyne wytłumaczenie, jakie widziałem…

Nawiasem mówiąc, od razu pojawiało się dość niewygodne pytanie – co by się ze mną stało, gdyby nie ta nienawiść, którą czułem? Załóżmy, że się wykupuję, sprzedaję zamek, szachy i Oko – czy tej złości, którą czuję, wystarczyłoby, żeby wyciągnąć mnie z czarnej strefy uzależnienia, czy może zamieniłbym się w warzywo pragnące tylko jednego: doświadczania rozkoszy i życia w świecie fantazji? Chyba nie podoba mi się odpowiedź na to pytanie – nie, cieszyłbym się lotem Smoka i nawet nie myślał o Syrenach! Fala wszechogarniającej nienawiści ponownie przeszła przez moje ciało, zaciskając wokół klatki piersiowej stalową obręcz. O, proszę! Jeszcze się okaże, że powinienem tej wiedźmie podziękować za pomoc w pozostaniu człowiekiem? Jeszcze czego!