Droga Szamana. Etap 5: Szachy Karmadonta

Tekst
Z serii: Droga Szamana #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wymagania odnośnie do poziomu: nie mniej niż 100.

Wymagania odnośnie do składu: minimum 20 uczestników.

Nagroda: niedostępne.

Ostrzeżenie – przedmiot zostanie utracony, jeśli Podziemie Sknerusa nie zostanie zdobyte podczas pierwszej próby. Przedmiot zostanie utracony, jeśli…

– No ładnie! Pojawiają się ograniczenia – rzekł w zamyśleniu Ewolett, wpatrując się we właściwości mojego łupu. Ograniczenie dostępu graczowi, którego sam zaprosiłem do rajdu, byłoby głupotą, dlatego Łapa była otwarta dla wszystkich. – Teraz będziemy musieli przejść to Podziemie za pierwszym razem. Nie można stracić takiej sztuki. Generalnie, Machanie, jesteś niezwykle pożądanym członkiem w każdym klanie!

– Wystarczy mi mój. Jeśli jestem komuś potrzebny, zapraszam do mnie… Jak dotąd nikomu nie odmówiłem… I tak w ogóle to od razu chciałem przejść Podziemie za pierwszym razem, więc Łapa nie wpłynie na nasze plany. Odnośnie do wykonania tego zadania… – Odwróciłem się do Ciapy. – …do momentu, kiedy rajderzy nie uzyskają średnio dwóchsetnego poziomu, nikt nigdzie nie pójdzie. Zadanie jest jednorazowe, zaledwie jedna próba przejścia. Jak tylko dasz mi cynk, że współpraca w obu rajdach działa na sto procent, wówczas pójdziemy aktywować Oko albo Łapę. Do tego czasu możecie zapomnieć o tym, co właśnie dostałem. I w ogóle… przejdźmy to Podziemie do końca…

– Zielebąki zaczęły się odradzać – poinformował nas jeden z bojowników. – Sądząc po czasomierzu, czas regeneracji: godzina.

– W takim razie koniec przerwy! – wydałem komendę, zmuszając graczy do aktywności. – Ewoletcie, Magdieju, musimy dojść do skał w ciągu trzydziestu minut. Ruszajmy!

Potem było rutynowo – bojownicy Ewoletta wyłapywali grupę zielebąków, Magdiej ze swoimi brał drugą, następnie szybko je wycinali, zbierali łupy i szli dalej. Kolejna grupa, kolejny ogon i kolejny łup. Grupa, ogon, łup. Grupa, ogon, ogon, łup… Poziom…

– Trzy wejścia. Które wybieramy? – zapytał jeden z Łotrzyków, pełniący, jak rozumiem, funkcję zwiadowcy.

Niezależnie od mojego żądania, aby maksymalnie przyspieszyć, do kamiennej góry, która przez kaprysy programistów stała się labiryntem, dotarliśmy dopiero po półtorej godzinie – jeden raz zahaczyliśmy od razu cztery grupy zielebąków i zanim się z nimi rozprawiliśmy, połowa rajderów została wysłana na odrodzenie. Zanim dobiliśmy moby, zanim wskrzesiliśmy ludzi, zanim nawieszaliśmy na siebie buffy – minęło tak dużo czasu, że zabite wcześniej grupy zielebąków zaczęły się pojawiać od nowa. Musieliśmy się zająć również nimi, ponieważ te zwierzęta miały ogromny zasięg agresji, a jakoś nie miałem ochoty iść dalej, kiedy w plecy mogło nam się wbić dodatkowe stadko.

– Środkowe. – Podjąłem decyzję, ponieważ Magdiej i Ewolett zaczęli patrzeć w moim kierunku tak, jakbym pod ręką miał mapę tego miejsca!

– Drangu, Ustarze – usłyszałem komendę Magdieja – sprawdźcie, co tam jest.

– Machanie – z wahaniem zwróciła się do mnie sześćdziesięciosiedmiopoziomowa Pikulina. – Może…

– Magdieju, stój! – zawołałem, patrząc na dziewczynę, która speszyła się jeszcze bardziej. – Pikulino, czy ty coś czujesz?

– Ja… Tak… Nie… Ogólnie… prawe wejście…

– Co z nim? – dopytywałem.

Sam, niestety, nie czułem kompletnie nic – najwyraźniej kapsuła w jakiś sposób odłączyła jasnowidzenie. A może ja już tak skostniałem i odszedłem od tego Szamana, którym byłem, że cała moja intuicja się ulotniła?

– Po prostu środek i lewe przejście, kiedy na nie patrzę, nie wywołują niczego poza ziewnięciem. Ale kiedy patrzę na prawe… Mam takie uczucie, że w piersi wszystko się przewraca, oddech wymyka się spod kontroli… To w ogóle jest normalne? Czy powinnam zwrócić się do lekarza? – Jak widać, dziewczyna nie miała problemu z przełączaniem uwagi.

– Normalne. To się nazywa przeczucie. Tylko nie rozumiem… Czy to ostrzeżenie, czy wskazanie odpowiedniej drogi?

– A dlaczego to się dzieje?

– Dlatego że wybrałaś klasę nastawioną na pracę z uczuciami i emocjami. Deweloperzy wymyślili nam różne rzeczy, które pozwalają zdecydować, jak działać w określonych sytuacjach. Co prawda to dotyczy tylko gry; w odniesieniu do graczy przeczucie jest zupełnie bezużyteczne. Poza tym po osiągnięciu poziomu setnego, jak powiedziała mi pewna Szamanka, zaczynają się fałszywe odczucia generowane przez system.

– Ty też takie masz?

– Przecież wiesz, że jeszcze przez dwa miesiące nie mogę niczego zrobić i mam odebrane wszystkie umiejętności Szamana. Dobrze, proponuję sprawdzić twoje przeczucia. Idziemy w prawo!

Przeczucia Pikuliny nie zawiodły – zawiodła natomiast ich błędna interpretacja. Kiedy dziewczyna mówi o tym, że zapiera jej dech, gdy patrzy na przejście, trzeba być patentowanym… mmm… Szamanem, żeby skierować tam całą grupę.

Samo przejście stale się wiło i zupełnie nie przypominało labiryntu – była to po prostu jaskinia bez dachu. Droga była kręta, ale ani razu nie natknęliśmy się na żadne odgałęzienie – wszystko szło prosto i spokojnie, dopóki… Dopóki nie dotarło do mnie, że przeczucia mojej uczennicy przepowiadały niebezpieczeństwo.

Na przedzie szło dziesięciu graczy z grupy Ciapy. Zdecydowaliśmy, że jeśli w tej kamiennej dżungli są potwory, to one z pewnością napadną na takich maleńkich i bezbronnych graczy, podczas gdy wysokopoziomowych bojowników Ewoletta mogą nie zauważyć. Pomysł był logiczny, dlatego nikt się nie sprzeciwiał, dopóki…

W Barlionie można wziąć gracza pod kontrolę na godzinę – zamrozić, oślepić, unieruchomić – generalnie zupełnie pozbawić możliwości swobodnego przemieszczania się po świecie gry. Jeśli okres takiego zniewolenia przekracza godzinę, to u gracza pojawia się immunitet czasowy na wszystkie rodzaje kontroli, żeby mógł uciec z niekorzystnego dla niego środowiska. Jednak bywają wyjątki. Na przykład idzie gracz, idzie, poślizgnie się, upadnie, ocknie się – jest w szczelinie. Ze wszystkich stron strome klify, nie ma zwojów teleportacji, nikt nie odpowiada na wiadomości… Co robić? Siedzieć i czekać na odpowiedź od przyjaciół, którzy się zlitują i wyślą zwój do najbliższego miasta? A jeśli nie ma się przyjaciół? Prosić na forum, żeby ktoś kupił zwój? Wtedy mogą zaoferować taką cenę, że się odechce… W takim wypadku można zrobić tak – trzeba osiem godzin pobyć w jednym miejscu, nie ruszając się z niego ani na krok, po czym u gracza aktywuje się przycisk Postać utknęła. Naciskasz i odlatujesz do najbliższego punktu odrodzenia, nie płacąc nikomu żadnych pieniędzy.

Na przykład teraz…

Dobrze, że w naszym rajdzie było wielu graczy, dlatego rozciągnęliśmy się w długi łańcuszek. Źle, że za dziesiątką Ciapy szli wysokopoziomowi bojownicy Ewoletta…

Z każdym krokiem, który stawialiśmy, na duszy robiło mi się coraz mroczniej. Z jednej strony doskonale wiedziałem, że mam wyłączone wszystkie umiejętności szamańskie – w tym przeczucie, dlatego formalnie nie powinienem teraz niczego odczuwać, ale z drugiej… Na kilka sekund przed katastrofą zatrzymałem się jak wryty i nagle zrozumiałem. Zaraz nastąpi wielkie bum…

– Wszyscy do tyłu! – wrzasnąłem, wpisując jednocześnie to samo na czacie, odwróciłem się, chwyciłem Pikulinę za rękę i ruszyłem do wejścia.

Dziesięć sekund – dokładnie tyle dałem sobie na to, żeby się wydostać… Gdybym wsłuchał się w siebie wcześniej…

Biegłem, przepychając się przez skonsternowanych graczy, kiedy z tyłu rozległ się ogłuszający huk. Wzleciał obłok nieistniejącego w Barlionie pyłu, pokrywając graczy od stóp do głów i utrudniając widoczność, jednak ja biegłem dalej, nie zatrzymując się ani na sekundę. Teraz w pełni uwierzyłem swoim przeczuciom, krzyczącym, że trzeba uciekać…

Huk za plecami narastał, czat rajdu eksplodował przekleństwami, czułem, że obok mnie biegnie ktoś jeszcze, ale w obłoku pyłu nie byłem w stanie dojrzeć, kto konkretnie. Jedno wiedziałem na pewno – te trzysta metrów, które zdążyliśmy przejść w głąb prawego przejścia, trzeba przebiec bez zatrzymywania się…

– Co to było? – wymamrotała Pikulina, kiedy wlałem jej do gardła manierkę płynu odbudowującego Energię.

Ostatnie sto metrów musiałem nieść dziewczynę, ponieważ ta zwyczajnie zmieniła się w worek – ostry skok w poziomach nie pozwolił jej na wylevelowanie Wytrzymałości, dlatego Energia spadała jej praktycznie natychmiast.

– Pułapka – wymamrotałem zły, wpatrując się w ramki i z ledwością powstrzymując się przed przekleństwem.

Rajd był żywy. Cały. Z dziewięćdziesięciu trzech graczy, którzy weszli do Podziemia, żywe zostały dziewięćdziesiąt trzy sztuki. Z samego przejścia zdążyło wybiec zaledwie trzydziestu dwóch graczy. Pozostali leżeli pod gruzami – pierwsze trzysta metrów prawego przejścia przestało istnieć. Ściany złożyły się jak domek z kart, nie zabijając jednak większej części grupy.

Portal nie został otwarty, brak miejsca na aktywację. – Na czacie zaczęły pojawiać się wiadomości od zablokowanych graczy. – Wyciągajcie Magami.

– Ciapo – zwróciłem się do jedynego ocalałego Lidera Rajdu. Magdiej i Ewolett zostali w przejściu. – Wyciągnij ich.

– Tworzymy krąg! – Łotrzyk nie kazał się dwa razy prosić. Od razu zaczął organizować ludzi. Z trzydziestu dwóch, którzy wyszli, czterech było Magami, dlatego można było stworzyć całkiem normalny krąg wezwania. Do niego potrzeba tak w ogóle tylko trzech Magów, więc…

– Nie można aktywować wezwania w tym Podziemiu! – zdziwił się jedyny ocalały bojownik Ewoletta, jednocześnie Mag.

– Co on tam burczy? – Ciapa spojrzał na mnie, a następnie na swoich Magów, uśmiechnął się i dodał: – Nie należało wchodzić do prawego przejścia, prawda?

Kiwnąłem w nieokreślony sposób, po czym wyjąłem amulet i zadzwoniłem do Barsi:

– Barsi, potrzebujemy pomocy. Znajdź natychmiast trzech dowolnych „dorosłych” Magów; chciałbym, żeby przywołali do siebie gracza.

 

– Kogo mają wyciągnąć?

– Zaczniemy od Magd… Przywołajmy Drangardira Wielkookiego – podałem imię jednego ze zwiadowców, w skrócie nazywanego Drangiem.

Nie było obiektywnych przesłanek do niepokoju – wyciągną gracza z Podziemia, on teleportuje się do wejścia i wróci do nas, jednak postanowiłem się ubezpieczyć. Coś znów we mnie drgnęło i chciałem się temu przysłuchać…

– Przyjęłam, za pięć minut wykonam…

Gracz Drangardir Wielkooki opuścił grupę rajdową.

Aby znowu przyłączyć gracza do rajdu, ponownie zbierz grupę.

Co za brednie! – Na czacie gildii pojawiła się wiadomość od wkurzonego Dranga. – Nie mogę wrócić do Podziemia!

– Barsi, wycofujemy się! – natychmiast skontaktowałem się z Druidką.

Jeśli gracze opuszczą Podziemie, to już na dobre… Trzeba pomyśleć.

– Dwadzieścia minut do pojawienia się zielebąków – rzucił Ciapa, wpatrując się w zniszczone prawe przejście. – Jaki masz plan?

– Ściągamy tu Anastariję – powiedziałem, przewidując odpowiedź Magów: że wezwanie wewnątrz danego Podziemia jest niemożliwe…

– Wezwanie nie działa! – gracze potwierdzili moje przypuszczenia.

To teraz jest naprawdę kiepsko…

– Tak się sprawy mają… – zakończyłem krótką odprawę, odkładając amulet.

Połączyłem się z Nastją, podpiąłem też znajdujących się pod gruzami Ewoletta i Magdieja i wezwałem do siebie Ciapę – taki niewielki zespół teraz decydował, jak dalej postąpić. Zdałem relację z bieżącej sytuacji, po czym zamilkłem – nie miałem nic do dodania. Aby kontynuować podbój, trzeba jakoś wydostać się spod gruzowiska, przy czym wyjście z Podziemia automatycznie wyklucza gracza z rajdu i żeby go przyjąć z powrotem, trzeba od nowa sformułować cały rajd. Tak naprawdę to zwykłe zjawisko przy pierwszym przechodzeniu Podziemia, jednak teraz miałem czynnik wstrzymujący – Łapę Mrocznego Wyżła. Jeśli zbiorę rajd od nowa, wówczas ona zniknie, a ja bardzo nie chcę stracić takiego przedmiotu.

– I nie można przyłączyć do rajdu dodatkowego gracza? – doprecyzowała Anastarija.

– Wezwanie nie działa – odpowiedział za mnie Ciapa, jeden z naszych Magów. – Kiedy chcesz zastosować tę umiejętność, wyświetla się komunikat, że jest ona zablokowana, ponieważ jest to pierwsze przejście tego Podziemia i dodatkowo mamy Łapę…

– Mówisz, że ilu pozostało niezablokowanych?

– Trzydziestu dwóch, większa część z nich jest poniżej sto osiemdziesiątego poziomu.

– Machanie, nie masz wyboru. Musisz zebrać rajd od nowa – rzekła Anastarija. – Rozumiem twoje pragnienie zatrzymania Łapy, ale… Właśnie dlatego w Feniksie jest zasada, że łup z mobów jest przeglądany dopiero po zakończeniu rajdu; świadomość, że tracisz coś cennego, jest bardzo nieprzyjemna.

– Zaryzykowałbym pójście dalej – wypowiedział swoje zdanie Ciapa. – Zawsze zdążymy zebrać rajd od nowa, ale możemy się już nie dowiedzieć, co dzieje się w innych przejściach…

– Bez sensu – Anastarija natychmiast przerwała Łotrzykowi. – Jak tylko zbierzemy rajd od nowa, Podziemie się zaktualizuje i prawa pułapka może znaleźć się w środku.

– Zgadzam się z Anastariją – powiedział Ewolett. – Nie ma sensu iść dalej z trzydziestką słabych. Machanie, bardzo bym chciał, żebyś zaprosił mnie do zadania z Łapą, ale teraz trzeba będzie ją poświęcić. Każde wyjście z Podziemia oznacza wyjście z rajdu, a wam…

– Dlaczego wszystkich rozłączyłeś? – zdziwił się stojący obok mnie Ciapa.

– Dlatego że zaczęli gadać bzdury. Nie będę zbierać rajdu od nowa, zachowamy Łapę.

Dimo, co się stało? – w tym momencie pojawiła się myśl od Nastji.

Zamierzam zatrzymać Łapę… Mam pomysł, muszę go przeanalizować…

Właśnie za to cię kocham – nie poddajesz się! Powodzenia!

Zastanowiłem się chwilę, zacisnąłem pięści i napisałem do rajdu:

Rajderzy, sami widzicie, co się stało. Nie mamy innego wyjścia, jak odgrzebać albo pogrzebać do końca tych, którzy zostali pod gruzami. Albo ich wyciągniemy, albo zabijemy i odrodzimy. Potrzebny mi gracz, który potrafi wskrzeszać, a także wszyscy, którzy wiedzą, jak trzymać kilof. Pozostali mogą odpoczywać – rajd będzie kontynuowany jutro od dziewiątej rano. Ci, którzy znajdujecie się pod gruzami, powinniście tam zostać, inaczej to się nie uda…

– Odgrzebać? – powtórzył pytanie Ciapa, obserwując, jak wyjmuję z worka dawno zapomniany kilof.

– Albo pogrzebać – potwierdziłem, podchodząc bliżej do kamieni. – Miejmy nadzieję, że one nie są stałą częścią gry…

Zamach, uderzenie… Zamach, uderzenie…

Z każdym uderzeniem kilofa o kamień krzesał się taki snop iskier, że mimowolnie musiałem zamykać oczy. Iskry pożerały pięć procent Życia, jednak natychmiast leczyła mnie Kalmira – nasz jedyny ocalały healer. Oczywiście była jeszcze Pikulina, jednak jej Duchy nie miały na mnie wpływu – ile może wyleczyć gracz poziomu sześćdziesiątego siódmego z odzieżą z poziomu dwunastego, nie mając przy tym pod ręką ani jednego wezwania poza małym Duchem Uzdrowienia?

Zamach, uderzenie… Zamach, uderzenie…

Poza mną pośród ocalałych graczy zaledwie jeden miał nie tylko kilof, ale i specjalizację Górnictwo – był to Ciapa. Jak powiedział, zostawił kilof na pamiątkę, żeby nie zapomnieć o swojej trudnej przeszłości. Pozostali jedynie rozkładali ręce, nie wiedząc, jak mogą pomóc. Górnictwo, jak pokazała praktyka, nie jest zbyt popularne wśród graczy, którzy postanowili poświęcić swoją grę przechodzeniu Podziemi. Muszę poprosić Anastariję, żeby pokazała naszemu klanowi część swoich parametrów – poza aktywnym uczestnictwem w rajdach Nastja postanowiła wylevelować Zielarstwo praktycznie do poziomu czterechsetnego. Wydawałoby się, że to bezużyteczna specjalność dla rajdera, jednak kiedy wewnątrz Podziemia napotykasz rzadką roślinę, którą można sprzedać na aukcji za dziesięć–dwadzieścia tysięcy Złotych – bywają też takie – chcąc nie chcąc dbasz o rozwój użytecznych umiejętności. Nigdy nie wiesz, co może się przydać w tym albo innym momencie…

Zamach, uderzenie… Zamach, uderzenie…

Sześćdziesiąty piąty poziom Górnictwa domyślnie. +1 za kilof kupiony jeszcze u Rajna… W sumie: sześćdziesiąt sześć… Do diabła, podobał mi się ten gnom, przydałoby się go kiedyś odwiedzić… Przecież w „Pryce” jest dzień otwartych drzwi. Następny, jeśli mnie pamięć nie myli, akurat powinien być… A jeśli gnom mnie już nie pamięta, po co Imperator miałby przechowywać dane o więźniach, którzy wyszli z kopalni? Ale ja sam miałbym ochotę odwiedzić to miejsce… Przy okazji pokażę Pikulinie, gdzie zaczęła się moja niełatwa droga Szamana…

Zamach, uderzenie… Zamach, uderzenie…

I od razu z „Pryki” pojadę do wilków… Mam w nosie to, że jest jeszcze tona nieruszonych spraw, ale chcę zakończyć ten łańcuszek. Szara Śmierć ze swoimi wilczętami to pierwsze zadanie, jakie otrzymałem w Barlionie, i nie powinienem go odkładać – jeszcze jakiś szalony gracz postanowi zabić wilki. Znów czekać? Nie ma mowy!

Zamach, uderzenie… Zamach, uderzenie…

A tak w ogóle, to powinienem wziąć tę listę i…

Gracz Kalmira pragnie cię wskrzesić. Przyjąć?

– Trzech odkopaliśmy, dwunastu przysypaliśmy – ogłosiła Pikulina. – Przysypanych właśnie wskrzeszają i… Nauczycielu, a ty dlaczego odpoczywasz? Już nie pamiętasz, co mi mówiłeś? Nie mogę z jakiegoś powodu wyrzucić z głowy zdania: „Zbieraj ręce i nogi, i do przodu; nie przyszłaś tutaj, żeby się wietrzyć!”…

– Co za mękoła – mruknąłem, podnosząc się z ziemi i idąc z powrotem do kamieni.

Po kolejnym uderzeniu nastąpił zawał, który nie tylko ostatecznie uwięził graczy na dole, ale i dobrze przyłożył mi po głowie, więc musiałem chwilę odpocząć. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że już wszyscy gracze zebrali się wewnątrz zniszczonego przejścia, bo zabite zielebąki zdążyły się odrodzić. – I jak po czymś takim mam cię uczyć? Kornik by mnie wychłostał i wygnał za takie słowa…

– Właśnie dlatego wybrałam ciebie – uśmiechnęła się dziewczyna. – Poza tym nie jesteś goblinem…

Przyznaję, że bardzo ryzykowałem, decydując się na zasypanie graczy. Niezależnie od tego, że byliśmy częścią jednego rajdu, więc formalnie nie mogłem im zadać ciosu, zasypanie kamieniami mogło zostać zaliczone jako celowe wyrządzenie krzywdy drugiemu graczowi. W konsekwencji groził mi przymusowy „urlop” w kopalni. Udało się jednak – system uznał, że ja i Ciapa działaliśmy w dozwolonych granicach. Jednak gdyby nie Łapa, to nigdy nie zdecydowałbym się na taki krok – własna skóra jest mi droższa…

Chwyciłem pewnie kilof i poszedłem z powrotem do kamieni – pracy na dzisiaj było aż nadto, a ludzi odgrzebano tak niewielu…

Wykopaliska trwały około dwunastu godzin, dlatego poranny start rajdu trzeba było przełożyć. Przesunęliśmy go o szesnaście godzin. Razem z Ciapą zasypialiśmy na stojąco.

Nie, zdecydowanie nie chcę wracać do kopalni – monotonia wydobywania rudy mnie zabije.

– Teraz w środkowe? – złośliwie zapytał Ciapa, kiedy wszyscy już się zebrali. – Chyba że masz jakieś przemyślenia?

– Mam – odpowiedziałem. – Idziemy prawym przejściem…

– W sensie? – wszyscy troje Liderzy Rajdu spojrzeli na mnie zdziwieni.

– Prawe jest praktycznie zupełnie zniszczone. Można powiedzieć, że nie istnieje. Mam podejrzenie, że ta część, która pozostała, też jest pułapką. Dlatego oto, co zrobimy: wyślemy kolejny oddział śmiertelników, którzy wywołają zawał, odkopiemy ich i zobaczymy, dokąd prowadzi to przejście. Nie mam pewności, że w innych wszystko jest piękne i opływa czekoladą. Skończmy z tym…

Tak jak przewidywałem, pozostała część prawego przejścia, która nie uległa zniszczeniu, okazała się dokładnie taką samą zapadającą się pułapką jak ten fragment, który przeszliśmy. Przy czym pułapka aktywowała się dopiero po tym, jak w przejściu znalazło się powyżej pięćdziesięciu procent składu rajdu, a zasięg zniszczenia – co też było jasne po pierwszym teście – był równy maksymalnej odległości, jaką pokonał główny gracz. W związku z tym, że przy pierwszej próbie wszyscy znajdowaliśmy się przy samej granicy kamiennej dżungli, zniszczeniu uległo zaledwie około dziesięciu metrów drogi.

– Teraz wiadomo, co trzeba zrobić. – Od razu po pierwszym teście, który nie pochował ani jednego gracza, zebrałem Liderów Rajdu i powiedziałem o swoich domysłach. – Który z nas jest najszybszy?

– Drang, tylko jego już nie ma… Jest Ustar, ale on będzie wolniejszy…

– Nieważne. Najważniejsze, żeby dobiegł do końca tego przejścia, ale przypadkiem z niego nie wyszedł.

– A jeśli to zablokuje pułapkę? – zapytał Ciapa.

– Albo aktywuje inną – odparowałem. – Działamy według wypracowanego scenariusza: najpierw wszystko niszczymy, potem patrzymy, co z tego wyszło. Uruchomcie Ustara…

Druga próba przejścia kamiennego labiryntu rzeczywiście okazała się o wiele efektywniejsza, ale musieli wejść do niego wszyscy – ściany nie chciały się składać. Na początku błysnęła mi szalona myśl o tym, żeby przejść pozostałe siedemset metrów pojedynczo, jak napisał na czacie Ustar, ale odszedłem od tego pomysłu – kto wie, jakie jeszcze pułapki przygotowali tutaj deweloperzy. Jeśli zburzymy ściany, to zwyczajnie zniszczymy wszystko, co zostało dla nas przygotowane. Czasem bardziej się opłaca wszystko zniszczyć…

Odkopcie nas.

Gdy tylko opadł pył, na rajdowym czacie zaczęły się pojawiać wiadomości, które stopniowo nabierały tęczowych barw – zanim runęły ściany, ludzie zdążyli zauważyć, że prawe przejście zostało zupełnie zniszczone. Teraz można iść dalej, ale najpierw ja i Ciapa będziemy musieli znowu odwalić kawał roboty, a rajd trzeba będzie odłożyć o jeszcze jeden dzień…

Plus pięć do Siły, plus dwadzieścia jeden do Górnictwa, plus trzy do Zręczności i plus trzy do Wytrzymałości – takie były rezultaty dwudniowego machania kilofem. Kilka razy Energia spadła mi do zera, dlatego musiałem się zatrzymać i uzupełnić płyny. Kilka razy mnie wskrzeszali, kiedy po niezręcznym uderzeniu powstawał zawał. Raz przyszło siedem zielebąków trzechsetnego poziomu prowadzonych przez Ustara – Łotrzyk postanowił zobaczyć, co znajduje się w sąsiednich przejściach, ale przecenił swoje umiejętności Ukrycia. Zamiast spokojnie umrzeć i poczekać na odrodzenie, ten… khm… krótkowzroczny gracz przyprowadził zielebąki bezpośrednio do głównego rajdu. Tylko dzięki temu, że zacząłem jako pierwszych wyciągać lekarzy i bojowników Ewoletta, straciliśmy zaledwie połowę ludzi, włączając mnie. Ale poszło dobrze, chociaż Magdiej przyrzekł, że pozbawi Ustara łupów nie tylko w aktualnym rajdzie, ale też w kilku następnych. Ogólnie rzecz biorąc, dwa dni były ciężkie. Jedyne, co mi się podobało, to że w Podziemiu licznik obecności w Altamedzie stanął – system wspaniałomyślnie pozwolił mi nacieszyć się bieżącą rozgrywką…

 

– Jeśli dobrze rozumiem, to musimy dotrzeć do wyspy? – zapytał Ciapa, stając obok mnie na głazie. Dopiero co wyzwoliliśmy z kamiennej niewoli ostatniego gracza i wyznaczyliśmy nową godzinę na ciąg dalszy podboju Podziemia: jutro o dziewiątej rano. – I ta piękność jest naszym celem?

Od razu za skałą pułapką, którą tak bezlitośnie zniszczyliśmy, rozciągało się ogromne jezioro, a nawet można powiedzieć – morze. Błękitne, wzburzone… A ten piasek, którym była wysypana plaża – cóż, idealne miejsce na odpoczynek. Mniej więcej pięćset metrów od brzegu widać było niewielką wyspę, na której stała zajmująca większą jej część wieża. Tak naprawdę nie była to wieża, a bardziej wieżysko, ponieważ wysokość tej imponującej budowli wynosiła jakieś pięćset metrów. Gdyby nagle upadła, spokojnie mogłaby pełnić funkcję mostu pomiędzy wyspą a pozostałą częścią lądu. Wierzchołek tej majestatycznej konstrukcji był ukryty za stale kłębiącą się, mroczną zbitką nieznanej materii, bardzo przypominającej Cienie Gieraniki albo ciemny burzowy obłok – jak się komu podoba.

– Zgadza się – potwierdziłem przypuszczenia Ciapy.

– Na niebie ptaki, w wodzie jakieś połyskujące cienie… Zapewne pływają tu krewni zielebąków… Jak myślisz, ilu z nas dopłynie? Ja, niestety, nie mam Nurka.

– Ja mam tylko na osiemnaście minut… Jutro wszyscy wrócą, zobaczymy, co da się zrobić.

– Okej, w takim razie do jutra – powiedział Ciapa, przez chwilę popatrzył ze mną na jezioro, po czym westchnął, stał się przezroczysty i rozpłynął się na moich oczach…

Wszystko, co mi pozostało, to spazmatycznie wdychać powietrze i walczyć z atakiem paniki – więzień właśnie wyszedł do realu. Wyszedł jak każdy zwykły gracz, który już się nagrał w Barlionie i postanowił wrócić do domu…

Co tu się, do cholery, właśnie wydarzyło?!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?