Życie i losTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

WASILIJ GROSSMAN

ŻYCIE

I

LOS

Przełożył

Jerzy Czech

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Reportaż z Atlantydy. Życie i los Wasilija Grossmana. Jerzy Czech

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

Przypisy

Tytuł oryginału: ЖИЗНЬ И СУДЬБА

Przedmowa: JERZY CZECH

Korekta: AGATA NOCUŃ, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Copyright © L’Editions l’Age d’Homme and the Estate of Vasily Grossman 1980–1991

Copyright © The Estate of Vasily Grossman 1992 in addition to any copyright line that may be required to establish copyright in the actual translation. The novel was first published by Editions L’Age d’Homme.

For the Polish edition

Copyright © 2020, Noir sur Blanc, Warszawa

For the Polish translation

Copyright © by Jerzy Czech

ISBN 978-83-7392-668-4

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

REPORTAŻ Z ATLANTYDY

Życie i los Wasilija Grossmana

W Życiu i losie Wasilija Grossmana dwaj starsi panowie, radzi, że mogą porozmawiać o starej przedrewolucyjnej epoce, porównują ów wspólny temat do Atlantydy. Coraz częściej doznaję podobnego uczucia – pamięć o czasach sprzed transformacji ustrojowej stawia człowieka w sytuacji mieszkańca zaginionego kontynentu, którym mało kto się interesuje. I mieszkańcem, i kontynentem, dodajmy dla jasności. A jeśli nawet się interesuje, to głównie po to, żeby potępić, potwierdzając we własnych oczach swoją wyższość, bez najmniejszej próby zrozumienia.

Tłumacząc Życie i los zastanawiałem się, jak przyjmie nasz czytelnik tę przeszło dziewięćsetstronicową powieść, powstałą pięćdziesiąt lat temu, opisującą zaś rzeczywistość jeszcze wcześniejszą, i to w dodatku w innym kraju, totalitarną w stopniu, o którym tu, w Polsce, mamy słabe pojęcie. To już chyba Atlantyda do kwadratu…

O epoce totalitarnej wiemy, co myśleć, wiemy, jak należało wtedy postępować. Wiemy, bo tak nas uczą, bo tak mówią „wszyscy”. Tyle że i mieszkańcy Atlantydy wiedzieli, co należy myśleć. A jeśli dzisiaj mamy na ten sam temat całkiem odmienne zdanie, to tylko dlatego, że nie wszyscy oni myśleli jednakowo; nasza dzisiejsza wiedza i pewność wynikają z ówczesnych wątpliwości i krytycyzmu.

Grossman zrozumiał SWOJĄ epokę. I to wcale nie w warunkach swobodnej wymiany poglądów, przeciwnie, w dobie wielkiego ucisku myśli.

* * *

Wasilija Grossmana uważa się dość powszechnie za wielkiego, jeśli nie największego pechowca literatury rosyjskiej XX wieku. Owszem, nietrudno sobie wyobrazić, jaką tragedią dla pisarza jest fakt, że aresztuje się jego książkę, zapowiadając na domiar złego, że nie zostanie wydana przez najbliższe dwa stulecia. Taki los w Rosji nie stanowi jednak wyjątku; czyż Bułhakow, umierając, był w lepszej sytuacji? Przyglądając się zaś uważniej biografii samego pisarza – dojdziemy wręcz do wniosku, że miał on zarazem sporo szczęścia. Przeżył wojnę domową, ocalał podczas przed- i powojennych represji, a jako korespondent wojenny nie został nawet draśnięty.

Grossman urodził się 12 grudnia 1905 roku w Berdyczowie, mieście prowincjonalnym, dużym skupisku mniejszości żydowskiej („żydowskiej stolicy”, jak mawiano) i jednym z ośrodków chasydyzmu. Pochodził jednak z zamożnej, zasymilowanej inteligencji. Jego ojciec, Sołomon Grossman (zmienił później imię na Siemion), był inżynierem chemikiem, pracował w kopalniach Zagłębia Donieckiego. Należał do partii socjaldemokratycznej; po jej rozpadzie nie przystał do półinteligenckich bolszewików. Opowiedział się za mienszewikami, ale nie brał udziału w pracy partyjnej. Wbrew temu, czego można by oczekiwać, syn owego rewolucjonisty, noszący początkowo imię Josif, wychowywany był zupełnie „po burżujsku”. Miał nianię, i to właśnie ona przechrzciła go z żydowskiego Josi na arcyrosyjskiego Wasię. Rodzice zresztą rozstali się wkrótce po urodzeniu syna, Wasia mieszkał w zasadzie w domu wujka, ale wyjeżdżał też z matką za granicę, przez pewien czas uczył się nawet w szwajcarskiej szkole. Nie stracił też kontaktu z ojcem.

Późniejszy autor Życia i losu wolał jednak Ukrainę od Szwajcarii i uczyć się w kijowskim gimnazjum realnym. Podczas wojny domowej wrócił do Berdyczowa, gdzie całkowicie pochłonęła go lektura książek. Skorzystał jednak z możliwość nauki w szkole zawodowej, którą ukończył w roku 1921. Podjął wówczas studia na uczelni pedagogicznej w Kijowie, ale wkrótce przeniósł się na Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Moskiewskiego, gdzie, idąc w ślady ojca, studiował chemię. W roku 1929 z dyplomem inżyniera został skierowany do najbardziej, jak mówił z dumą, niebezpiecznej kopalni Donbasu „Smolanka-2”; pracował tam w laboratorium zakładowym.

W tym samym roku ożenił się z Anną Macuk, która urodziła mu córkę Katię. Małżeństwo przetrwało jednak tylko cztery lata. Po wykryciu u niego gruźlicy (diagnoza okazała się fałszywa) Grossman udaje się do Moskwy, gdzie podejmuje pracę w fabryce ołówków. Jeszcze w Donbasie powstaje dłuższe opowiadanie (a może krótka powieść; termin „opowieść” jako odpowiednik rosyjskiej powiesti jest dość niefortunny) Glikauf, w Moskwie pisze kolejne opowiadania; jedno z nich, W Berdyczowie, przyniosło Grossmanowi uznanie w kręgach literackich.

Przy tej noweli warto zatrzymać się nie tylko dlatego, że stanowi w pewnym sensie polonicum – jej akcja toczy się podczas wojny polsko-bolszewickiej. Bohaterką jest rewolucyjna komisarz, Kławdia Wawiłow. Kobiecie przydarza się fakt zupełnie apolityczny – zachodzi w ciążę, którą zgodnie z własnym określeniem „zapuszcza”. Zostaje więc zakwaterowana w wielodzietnej rodzinie żydowskiej, ku wielkiemu niezadowoleniu gospodarza. Tu rodzi dziecko; że zaś doświadczenie bojowe okazuje się w tej kwestii nieprzydatne, zmuszona jest chwilowo uznać wyższość Żydówki Bejły Magazanik: „Wam się zdaje, że rodzenie dzieci to taka prosta rzecz jak wojna – pif-paf i gotowe!”. Kiedy czerwoni opuszczają miasto, Magazanikowie gotowi są ukryć komisarkę i jej dziecko, które zdążyła nawet pokochać. Miłości macierzyńskiej nie starcza jej jednak na długo, natura ciągnie komisarza do rewolucji. Na widok młodych bolszewików, maszerujących na straceńczy bój z nadciągającymi Polakami, Kławdia wybiega na ulicę i przyłącza się do nich. Chaim Magazanik patrzy na nią z podziwem: „To są prawdziwi ludzie, Bejła. A my – czy w ogóle jesteśmy ludzie? My jesteśmy nawóz”. Takiego podziwu wymagała epoka i nie ma w tym fałszu: bardzo możliwe, że biedny, zahukany Żyd naprawdę zachwyciłby się idącą na śmierć panią komisarz. Nie przypadkiem jednak ostatnie słowo wypowiada Żydówka, każąc mężowi nastawić prymusa, bo przecież zostało jeszcze dziecko „kacapki” i trzeba dla niego zagrzać mleko.

Tematyka absolutnie bablowska, ale widać już zapowiedź tego, że Grossman wybierze inną drogę niż Babel: w konflikcie między ideologią a człowiekiem opowie się po stronie tego drugiego. Nigdy też nie będzie wmawiał sobie, że instynktowna niechęć do zabijania jest inteligenckim przeżytkiem.

Debiutanta wziął pod protekcję Maksym Gorki, zainteresował się nim też Michaił Bułhakow. Jako autora dwóch tomów opowiadań w 1937 roku przyjęto Grossmana do związku pisarzy. To jednak nie Gorki patronował owej szczęśliwej publikacji – opowiadanie W Berdyczowie przynieśli do druku w „Litieraturnej gazietie” dwaj pisarze z grupy „Pieriewał” (Przełęcz), Iwan Katajew i Nikołaj Zarudin. Grupy literackie co prawda już w roku 1932 zostały rozwiązane na mocy uchwały partyjnej, niemniej środowisko „Pieriewału” istniało nadal. Zbliżenie się do niego, jak się później okazało, mogło stać się zgubą dla pisarza, na razie zaś przyniosło zmianę w jego życiu osobistym. Grossman zakochał się w żonie jednego z „pieriewałowców”, Borisa Hubera, Oldze. Miłość była wzajemna, Olga Huber zostawiła dla Grossmana męża i dwójkę dzieci.

W 1937 roku środowisko „Pieriewału” zostało zlikwidowane w dosłownym sensie, fizycznie. Aresztowano Borisa, a w ślad za nim – Olgę Huber, która nie miała z nim formalnego rozwodu. Wówczas Grossman wziął do siebie dwóch synów państwa Huberów (gdyby tego nie zrobił, zabrano by ich do domu dziecka) i napisał do krwiożerczego Jeżowa, szefa GPU, że Olga w rzeczywistości jest jego żoną, nie zaś aresztowanego wroga ludu. Według ówczesnych kryteriów oznaczało to donos na samego siebie, zwłaszcza w przypadku Grossmana, dla którego sama znajomość z uwięzionymi pisarzami stanowiła okoliczność obciążającą. Stał się jednak cud: Olgę zwolniono. Z jej synów jeden, Fiodor, przeżył wojnę, nie udało się to natomiast starszemu, Michaiłowi, który zginął podczas ćwiczeń wojskowych.

W roku 1940 Grossman ukończył powieść Stiepan Kolczugin, w której opisał drogę młodego robotnika z Zagłębia Donieckiego do uczestnictwa w ruchu rewolucyjnym. Powieść zyskała aprobatę, była przedstawiona do nagrody noszącej imię samego Stalina, ten ostatni jednak trafnie wyczuł „obcość” klasową i polityczną autora i osobiście wykreślił jego kandydaturę.

 

Po napaści Niemiec na ZSRR Grossman zgłasza się natychmiast do wojska, ale ku rozczarowaniu pisarza komisja lekarska uznaje go za niezdolnego do walki. Znalazła się natomiast dla niego posada korespondenta wojennego w gazecie „Krasnaja Zwiezda”, centralnym organie wojskowym. Grossman dotarł na front w pierwszych dniach sierpnia 1941 roku. Uczestniczył w odwrocie, był świadkiem zasadniczych bitew II wojny światowej – stalingradzkiej, kurskiej; towarzyszył Armii Czerwonej aż do końcowych walk o Berlin[1].

Okazał się znakomitym, chętnie czytanym korespondentem. Wszyscy świadkowie mówią o jego umiejętności zdobywania zaufania żołnierzy, przede wszystkim jednak podkreślają męstwo pisarza. Jego przyjaciel, poeta Siemion Lipkin, pisał we wspomnieniach, że chociaż dzielnych korespondentów nie brakowało, odwaga Grossmana nie przejawiała się w pojedynczych zrywach, ale w codziennym, rzec można, wytrwałym narażaniu się na niebezpieczeństwo. Korespondencje z broniącego się Stalingradu przyniosły autorowi uznanie zarówno czytelników, jak i władz. Stalin docenił jego szkic Kierunek głównego uderzenia (1942) i kazał go przedrukować w „Prawdzie”. W tym samym roku „Krasnaja Zwiezda” opublikowała powieść Grossmana Naród jest nieśmiertelny, opartą na wydarzeniach pierwszego roku wojny.

Wkrótce, wraz z powrotem wojsk radzieckich na tereny Ukrainy, w polu uwagi pisarza znalazł się temat, który dotykał go osobiście – zagłada Żydów. Wstrząs przeżył już w wyzwolonym Kijowie, kiedy usiłował odszukać swoich żydowskich znajomych i nie znalazł nikogo. Od dawna zresztą był pełen najgorszych przeczuć co do losu pozostawionej w Berdyczowie matki. Nie zdecydował się sprowadzić jej do siebie, biorąc pod uwagę zrozumiałą skądinąd niechęć żony do wspólnego mieszkania w jednym – więcej nie było – pokoju z teściową. Po wybuchu wojny, mimo starań, nie udało mu się dotrzeć do Berdyczowa. Ostatni list od matki nosił datę 1 lipca 1941 roku. Obawy pisarza miały się potwierdzić – Jekatierina Grossman zginęła dwa miesiące po wkroczeniu Niemców, rozstrzelana w jednej z pierwszych masowych egzekucji. Syn do końca życia będzie wyrzucał sobie, że matki nie uratował.

Wasilij Grossman nie miał wiele wspólnego z tradycją żydowską, nie znał jidysz. Rosyjski inteligent, był przekonanym internacjonalistą, co wynikało nie tyle z marksistowskiej ortodoksji (ortodoksem nie był nigdy), ile z wrodzonego humanizmu oraz ze świadomości, że w wielonarodowym państwie nacjonalizm do niczego dobrego nie może doprowadzić. To jednak, czego był świadkiem, sprawiło, że poczuł więź z mordowanym narodem. Pisze szkice Zabicie narodu (tytuł zmieniony później na Ukraina bez Żydów) oraz Mord na Żydach w Berdyczowie. Metody zbrodni na Ukrainie wydadzą się jednak chałupnicze w porównaniu z działalnością fabryk śmierci w Majdanku i Treblince, które miał wkrótce zobaczyć. Powstał więc kolejny reportaż Piekło Treblinki (1944), który posłuży jako jeden z dowodów podczas procesu norymberskiego.

Tym większą gorycz musiał odczuć, kiedy „Krasnaja Zwiezda” odmówiła publikacji tekstu o zagładzie Żydów berdyczowskich; zamieściła go jedynie gazeta „Ejnikajt”, wychodząca w języku jidisz. Wkrótce zorientował się, że nie był to przypadek – najwyraźniej akcentowanie narodowości mordowanych nie zgadzało się z polityką władz. Cenzurze podlegał zarówno liczny udział obywateli radzieckich w tych zbrodniach, jak też rozmiary kolaboracji na terenach zajętych przez Niemców. Fakt ów uderzył również Grossmana, który jednak zaczął dociekać jego przyczyn i uświadomił sobie jedną z nich. Żydzi na Ukrainie w dużej mierze padli ofiarą zemsty; cóż z tego, że niesprawiedliwej i inspirowanej przez hitlerowców. Holokaust czasu wojny poprzedzony był ludobójczą kolektywizacją, Hołodomorem, wymierzoną w chłopstwo przede wszystkim ukraińskie. To właśnie Grossman da później najbardziej wstrząsający literacki obraz jego zagłady.

Jeszcze w czasie wojny wybitni przedstawiciele społeczności żydowskiej w Ameryce, z Albertem Einsteinem i Szalomem Aszem na czele, zaproponowali Żydowskiemu Komitetowi Antyfaszystowskiemu w ZSRR udział w pracach nad Czarną księgą, mającą udokumentować eksterminację Żydów. Przewodniczącym specjalnej radzieckiej komisji został Ilja Erenburg, ale w 1945 r. złożył dymisję, wyczuwając zapewne dezaprobatę władz. Główną część pracy zresztą wykonywał, z właściwą sobie sumiennością i energią, Wasilij Grossman; on też zastąpił Erenburga. Starania o wydanie Czarnej księgi w ZSRR nie przyniosły jednak skutku, w 1948 roku cały skład książki został rozsypany, a sami autorzy będą mogli mówić o szczęściu, że nie padli ofiarą prześladowań tym razem ze strony własnego państwa. Tego samego, którego armia wyzwalała Auschwitz! To jednak tylko pozorny paradoks.

Któż bowiem miałby się oburzyć wymordowaniem kilku milionów ludzi? Stalin? Jego niechęć do wyodrębnienia zbrodni na Żydach była jedną z konsekwencji polityki przekształcenia Związku Radzieckiego w państwo narodowe, nie zaś z komunistycznego internacjonalizmu. Nie chodziło o jedność „narodu radzieckiego” wobec agresji, ale o podział na narody gorsze i lepsze, którym przewodzić winien najlepszy – rosyjski, „kierownicza siła Związku Radzieckiego”, jak powie później wódz na bankiecie z okazji zwycięstwa. Internacjonaliści, stara gwardia leninowska, stanowiący zawadę na drodze do tego celu, zostali zlikwidowani już w 1937 roku. Pakt Ribbentrop-Mołotow, zawarty dwa lata później, nie był chwilowym manewrem taktycznym; przeciwnie, Niemcy zostały wybrane, mówiąc językiem biznesu, na partnera strategicznego. Już to dwa totalitarne państwa powinny znaleźć wspólny język, jak się wydawało Stalinowi. Wiarołomstwo Hitlera pomieszało mu szyki, i długo jeszcze nie mógł przeboleć, że nie doszło do niemiecko-rosyjskiej dominacji w Europie. Wybuch wojny skorygował jego plany, ale zasadniczo ich nie zmienił; umożliwił zaś odwołanie się do zwalczanych przedtem narodowych tradycji, nie wyłączając antysemickiej, czarnosecinnej.

W chwili zagrożenia kraju, kiedy potrzebna była pomoc w sprzęcie i żywności, Stalin nie tyle popierał, ile tolerował propagandowe zabiegi Żydów radzieckich. Kiedy minął pierwszy strach, istnienie Komitetu, jak zresztą wszelka samorzutna działalność, stało się niepożądane, a międzynarodowe kontakty – podejrzane, tak jak każdy kontakt obywatela radzieckiego z zagranicą. Po wojnie należało to zdławić, i te, i inne przejawy wolności. Rozbudzone nadzieje twórców kultury rozwiać miała tzw. żdanowszczyzna, ostrzejszą rozprawę z Żydami rozpoczęto później, kiedy nowo powstałe (z poparciem Związku Radzieckiego) państwo Izrael nie spełniło oczekiwań Stalina. Kampania przeciw „kosmopolitom”, jak ją oficjalnie nazywano, wynikała zarówno z logiki zimnej wojny, jak też z represyjnego charakteru państwa, które nieustannie potrzebowało wrogów. Wybór Żydów na „piątą kolumnę” nie był doprawdy niczym oryginalnym. Antyżydowskie skłonności stanowią istotny rys osobowości Stalina. Nie miały one zresztą podłoża rasowego, ale – jak to zwykle w Europie Wschodniej – antyinteligenckie; kompleks niższości pomieszany z antysemityzmem daje znać o sobie we wszystkich jego walkach z rywalami partyjnymi, z Trockim na czele.

Na początku 1948 roku czołowy działacz Komitetu, wielki aktor Szłomo Michoels, ginie w sfingowanym przez KGB wypadku samochodowym. Sam Komitet zostaje rozwiązany 20 listopada tegoż roku, pod koniec grudnia KGB aresztowało pierwszych działaczy Komitetu, a po nich – kolejnych. Po długotrwałych bestialskich torturach, latem 1952 roku, postawiono przed sądem kilkanaście osób i skazano je na śmierć (poza jedną kobietą, prof. Liną Sztern). Wśród straconych było kilku najwybitniejszych poetów piszących w języku jidysz. Przez cały okres kampanii likwiduje się żydowskie ośrodki kultury, teatry, wydawnictwa, aresztuje się lub pozbawia pracy ludzi „niewłaściwego” pochodzenia.

Bez uwzględnienia tego wszystkiego nie sposób zrozumieć sytuacji, w jakiej powstawało wielkie dzieło Grossmana, którego centralnym punktem czasowym jest bitwa o Stalingrad.

* * *

Chociaż powieść Za słuszną sprawę wyszła po polsku w 1957 roku, z ogólnodostępnych leksykonów i podręczników nie można się o niej dowiedzieć wiele, poza tym, że stanowi dylogię z Życiem i losem, i po opublikowaniu została poddana ostrej krytyce. To ostatnie niczego oczywiście nie dowodzi – spod krytyki nie był wyjęty nikt; nawet Aleksandr Fadiejew, naczelny urzędnik literacki, musiał swoją Młodą gwardię czym prędzej przerabiać, kiedy zarzucono mu, że „nie uwypuklił dostatecznie kierowniczej roli partii”. Można by więc odnieść wrażenie, że utwór nie wykracza poza granice wyznaczone przez czas, w którym powstał, że jest jedną z wielu rzeczy traktujących o wojnie. Taki sąd byłby jednak krzywdzący. W zestawieniu z drugą częścią pierwsza oczywiście blednie; gdybyśmy jednak zajrzeli tam świeżo po lekturze Życia i losu, dostrzeglibyśmy bez trudu główne zalety pisarstwa Grossmana. W pełnej zaś wersji Stalingradu – bo tak pierwotnie miało być zatytułowane dzieło – znalazły się wyraźne aluzje do represji lat trzydziestych. Ale i ocenzurowana powieść robi wrażenie. Pomijając „dostawy obowiązkowe”, stwierdzenia, które w owych czasach po prostu musiały do książki trafić, różniła się ona od innych, czytelnikom zaś spodobało się akurat to, co zirytowało ortodoksyjnych krytyków. Ci żądali realizmu socjalistycznego, a dostali realizm.

Cel był jasny, tołstojowski: pokazać dzieje jednej rodziny na tle wojny. Ale już wybór inteligenckiej rodziny Szaposznikowów nie zgadzał się z konwenansami dyktatury proletariatu, chociaż wytłumaczyć go można bardzo łatwo. Grossman od początku pisał właściwie wyłącznie o sprawach, które dobrze znał. Akcja pierwszego wybitnego utworu toczyła się w jego mieście rodzinnym, w Glikauf opisał dobrze sobie znaną kopalnię, w noweli Cejloński grafit – fabrykę ołówków, w Kolczuginie – Zagłębie Donieckie; zapewne korzystał przy nim też z przekazów ojca. Zawsze dbał o autentyczność realiów, co przyznawali mu nawet przeciwnicy. W tej powieści potrzebował nie tylko znanego sobie środowiska, ale i bohaterów, którym mógłby przypisać własne refleksje; robotnik stalowni rozprawiający o fizyce kwantowej nie byłby zbyt wiarygodny. Fizyka z kolei była potrzebna do planowanych rozważań o epoce mas. Alter ego pisarza stał się więc profesor Wiktor Sztrum; Olga Grossman była pierwowzorem Ludmiły Szaposznikow.

Grossman czerpał zawsze wzory z konkretnych ludzi, tworzył więc przekonujące postacie, a nie propagandowe konstrukcje. Nikogo nie lepił z jednej bryły, wszyscy mają swoje wady, śmiesznostki, nie zawsze postępują racjonalnie. Tacy będą bohaterowie Życia i losu, ale nie wezmą się znikąd, pojawili się już na kartach pierwszej części.

Grossman zaplanował i zaczął pracę nad powieścią Za słuszną sprawę już w roku 1943, ukończył na pewno przed 1950, po czym złożył propozycję pismu „Nowyj Mir”, którego redaktorem naczelnym był Konstantin Simonow. Na decyzję w sprawie druku czekał około roku. Zarówno Simonow, jak i inni członkowie redakcji wypowiedzieli się negatywnie o przedstawionej im wersji. „Powieść należy przerobić” – brzmiał werdykt.

Wkrótce jednak zmienił się skład redakcji, na miejsce Simonowa przyszedł Aleksandr Twardowski, autor Wasilija Tiorkina, niezwykle popularnego poematu o wojnie. Nowy naczelny zachwycił się Stalingradem i nawet osobiście odwiedził jego autora. Po zachwytach nadeszła kolej na zastrzeżenia. Warto je tu wymienić, bo są dość charakterystyczne. Po pierwsze, mówił Twardowski, za mało jest o Stalinie, a przecież chodzi o miasto nazwane jego imieniem. Po drugie, obraz ciężkiego życia ludności cywilnej, jak zresztą i samej wojny, wypada zbyt ponuro, trzeba więc go nieco złagodzić. Po trzecie, głównym bohaterem jest Żyd; tego należy przesunąć na trochę dalszy plan.

Twardowski był jednak zdecydowany opublikować powieść, wiedząc zaś, że ma ona wrogów, szukał także odpowiednio „wysoko postawionych” protektorów. Pomocy spodziewał się od Michaiła Szołochowa, adres okazał się jednak niewłaściwy. Odpowiedź autora „Cichego Donu” była krótka i sprowadzała się do pytania: „Komu zleciliście pisanie o Stalingradzie? Czy wy macie rozum?”. Taki urzędniczy stosunek do literatury miał późniejszy noblista. Uwaga zawierała jednak dozę słuszności: temat Stalingradu miał charakter sakralny, nie był powszechną własnością, więc samowolne podjęcie go nosiło wszelkie cechy występku. Dlatego też między innymi nie mógł się utrzymać dotychczasowy tytuł. Słuszna sprawa, którą ostatecznie wybrano, to zakończenie przemówienia do narodu, jakie Mołotow (Stalin był zbyt zdeprymowany) wygłosił po wybuchu wojny: „Nasza sprawa jest słuszna, wróg zostanie rozbity”. Nawiasem mówiąc, mowa ta nie brzmi wcale bojowo, dwie trzecie jej to zapewnianie, że Związek Radziecki nie zrobił ani nie zamierzał zrobić Hitlerowi nic złego.

 

Nieoczekiwanym sojusznikiem okazał się Fadiejew; ów sekretarz generalny Związku Pisarzy Radzieckich pozyskał dla Słusznej sprawy innych sekretarzy, m.in. tego samego Simonowa, który uprzednio książkę odrzucił. To było już poważne, instytucjonalne poparcie. Zapadła decyzja, że powieść zostanie wydrukowana, autor natomiast zgodził się na pewne zmiany. Miał napisać rozdział o Stalinie, a Sztrumowi dodać starszego, bardziej doświadczonego kolegę, oczywiście rodowitego Rosjanina. Grossman dał mu nazwisko Czepyżyn. Ironia losu sprawiła, że właśnie ów „aryjczyk” stał się później powodem największych ataków.

Od lipca do października 1952 roku powieść drukowano w kolejnych numerach „Nowego Miru”. Były to miesiące triumfu Grossmana; już przedtem rozeszły się słuchy o nowej, dwudziestowiecznej Wojnie i pokoju. Pismo rozchwytywano, w bibliotekach trzeba się było na nie zapisywać. Entuzjastyczne wypowiedzi pojawiały się w prasie, w kręgach literackich. Trzynastego października 1952 roku zebrała się sekcja prozy Związku Pisarzy, omawiano powieść, aprobując projekt Fadiejewa wysunięcia jej do Nagrody Stalinowskiej. Jak pisze Anna Berzer, autorka wspomnień o pisarzu, było to jedyne zebranie, na którym Grossmana chwalono. Jeszcze w noworocznym numerze „Litieraturnej Gaziety” Twardowski zapowiedział dalszy ciąg powieści. Ale wydarzenia przybrały inny obrót, a zdecydowały o tym inne sprawy, bez wyraźnego związku z literaturą.

Trzynastego stycznia „Prawda” doniosła, że organy bezpieczeństwa wykryły terrorystyczną grupę lekarzy, którzy pod pretekstem leczenia zamierzali skrócić życie wybitnym działaczom państwowym. Ludzie podchwytują to, nie chcą się leczyć u lekarzy Żydów i powtarzają najdziksze plotki: żydowscy aptekarze mają rzekomo sprzedawać tabletki zarażone syfilisem. Tymczasem w prasie ciągle jeszcze można czytać pochwalne wypowiedzi pod adresem Grossmana. To karygodny brak czujności; jak można chwalić książkę z Żydem Sztrumem jako pierwszoplanową postacią i lekarką Sofią Lewinton w roli bohaterki pozytywnej? Przecież większość zdemaskowanych lekarzy szkodników ma nazwiska żydowskie, jeden z nich, prof. Wowsi, to brat zamordowanego Michoelsa.

Trzy dni po tzw. zdemaskowaniu „morderców w białych fartuchach” odbyła się w wydawnictwie „Sowietskij Pisatiel” narada w sprawie wydania dzieła Grossmana w formie książkowej; publikację szykowało też wydawnictwo wojskowe „Wojengiz”. Sprawę referowała niestrudzona orędowniczka powieści, Kławdia Iwanowa. Wiały już jednak inne wiatry; jako zdeklarowany oponent wystąpił antysemita Iwan Aramilew, autor książek o myślistwie; widocznie równie chętnie polował na ludzi. Zarzuty są rozmaite, ale krążą głównie wokół „syjonizmu”, polegającego na tym, że sens hitleryzmu widzi autor w chęci zniszczenia Żydów. Po Aramilewie nabierają śmiałości inni krytycy, zgłaszając pretensje o nieprzekonujące postacie, o kompozycję całości, żądają najrozmaitszych zmian. Okazało się, że nawet żołnierze batalionu Filaszkina, którzy padli co do jednego w obronie dworca (to chyba najlepsze rozdziały książki, czyta się je ze ściśniętym sercem), zginęli nieprawidłowo – nie wykazali przy tym dostatecznego optymizmu.

Drugiego lutego w redakcji „Nowego Miru” nie wiadomo dlaczego znowu omawiano opublikowaną już przecież powieść o Stalingradzie. Na zebranie przyszedł zastępca Fadiejewa, Surkow, dotąd zwolennik powieści, a także – prawem kaduka – Aramilew. Wysunął nowe zarzuty: Sztrum nie nadaje się na głównego bohatera, ale Czepyżyn z jego idealistyczną teorią pierwiastków dobra i zła w narodzie jest jeszcze bardziej nie do przyjęcia. W roli „czynnika społecznego” zjawili się wojskowi, którzy bądź krytykowali pisarza za „sztabożerstwo”, bądź udzielali mu najróżniejszych rad, m.in. takiej, żeby „wyrzucić z głowy te wszystkie myśli” i ograniczyć się do kroniki wydarzeń. Wszystkie te zebrania przywodzą na myśl bajkę Kryłowa o tym, jak osioł radził słowikowi: „Gdybyś poduczył się trochę od naszego koguta, tobyś jeszcze lepiej zaśpiewał!”. Na zarzuty Grossman odpowiedział powściągliwie, ale z godnością, że weźmie pod uwagę wszystkie rady, pisząc dalszy ciąg; powieść jednak, zła czy dobra, jest owocem kilkuletniej pracy, zasadniczym więc zmianom nie ulegnie – inaczej nic by z niej nie zostało. Następnie opuścił posiedzenie. Twardowski podsumował naradę, wyrażając niezadowolenie z postawy Grossmana.

Zgodnie ze znaną maksymą Terencjana losy książek zależą od czytelnika i jego pojętności. Jeśli jednak odniesiemy ją do literatury rosyjskiej okresu radzieckiego, zabrzmi w niej gorzka ironia. Trudno bowiem nie pomyśleć, jaki czytelnik rozstrzygał tam o losach książki; ba, nierzadko i samego autora. Ale też akt twórczy nie był już sprawą indywidualną, pisarz stał się funkcjonariuszem państwa; odtąd ono decydowało, czy dzieło – a niekiedy i sam autor – ma prawo do istnienia. Odbiór czytelniczy nie stanowił etapu ani końcowego, ani też najważniejszego. Poczytności nie uważano bynajmniej za zaletę, przeciwnie, im chętniej kupowano czyjeś książki, tym więcej mogły one narobić szkody; wszystkie totalitaryzmy traktują przecież ludzi jak dzieci. Państwo nie musiało zresztą działać bezpośrednio, wystarczyło stworzyć odpowiedni mechanizm, by zapewnić książce prawdziwą drogę przez mękę, nim dotrze do czytelnika w zwykłym sensie. Troszczył się o to czytelnik świadomy, tzn. na tyle pojętny, by wiedzieć, czego akurat oczekuje władza, powołujący się zawsze na względy ideowe, kierujący się zaś najczęściej pobudkami osobistymi. Mógł nim być zawistny kolega po piórze, mogło być po prostu kompletne zero, rade, że ma okazję wyżyć się na kimś wybitnym. Natura ludzka jest pod tym względem dość stała.

Twardowski prawdopodobnie wiedział już to, czego nie wiedział Grossman. W kolegium redakcyjnym „Nowego Miru” zasiadał niejaki Michaił Bubiennow, autor powieści wojennej Biała brzoza, który od początku sprzeciwiał się drukowi książki Grossmana. Nie mogąc inaczej zaszkodzić rywalowi, poczekał na sprzyjającą chwilę i wysłał wprost do Stalina recenzję-donos. Uzyskała ona najwyższą aprobatę i 13 lutego miała ukazać się w „Prawdzie” pod tytułem O powieści «Za słuszną sprawę» W.S. Grossmana. Tu już ani Fadiejew, ani Twardowski nie mogli pomóc, co więcej, sami poczuli się zagrożeni; stąd właśnie wynikła ich zmiana frontu i samokrytyka, jaką później złożyli. Bubiennow zarzucał autorowi między innymi, że nie stworzył ani jednej typowej dla narodu radzieckiego wielkiej postaci. „Grossman chce dowieść – pisał – że nieśmiertelnych czynów dokonują ludzie zwyczajni. Pod pozorem zwyczajności na pierwszy plan wysunął galerię ludzi małych, nieznaczących… W. Grossman w ogóle nie pokazuje partii jako organizatora zwycięstwa…”. I tak dalej, i tak dalej. Nie obeszło się oczywiście bez wytknięcia rodzinie Szaposznikowów przyjaźni z lekarką Lewinton. Znaleziono więc kolejnego „szkodnika”. W prasie zaczęła się kampania anty-Grossmanowska, w redakcjach i wydawnictwach zwoływano zebrania, na których należało się odciąć, dać odpór, potępić. Szukano tych, którzy mieli nieszczęście chwalić powieść, wszczynano prowokacyjne rozmowy na jej temat. Podłączenie sprawy Grossmana do sprawy lekarzy kremlowskich wróżyło jak najgorzej. Teraz już nie o książkę chodziło, ale o życie.

Istnieje niemało dowodów na to, że sprawa lekarzy miała być przygrywką do radzieckiego „ostatecznego rozwiązania”. Stalin szykował na marzec 1953 roku proces pokazowy; po publicznej kaźni miała nastąpić deportacja wszystkich Żydów radzieckich na Syberię. Przygotowano nawet list, w którym same ofiary miały prosić o wysiedlenie w obawie przed gniewem ludu. Ale to była inicjatywa władz; inny list skierowany do Stalina szykowali sami działacze żydowscy: odcinali się w nim od „morderców”, ale zapewniali, że nie ma z tą sprawą nic wspólnego naród żydowski, który w związku z tym nie zasługuje na karę. Grossmana przekonano, że dla ratowania rodaków list taki powinien podpisać; uczynił to, ale nigdy sobie tego nie wybaczył. Tymczasem w kraju panowała iście pogromowa atmosfera; nierzadkie były wypadki napaści na Żydów; Grossman przeniósł się więc na daczę Lipkina w Iljinskoje, spodziewając się rychłego aresztowania. Nie posłuchał jednak Fadiejewa, który radził mu się „pokajać”.