Opowiadania kołymskieTekst

Z serii: Historia
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Od tłumacza

Tom I. PIERWSZA ŚMIERĆ

Przez śnieg

Pod kwit

Nocą

Cieśle

Indywidualny pomiar

Przesyłka

Deszcz

Kradzież

Kant

Na suchej racji

Inżektor

Apostoł Paweł

Jagody

Suka Tamara

Sherry brandy

Dziecinne obrazki

Skondensowane mleko

Cisza

Chleb

Zaklinacz węży

Tatarski mułła i czyste powietrze

Termometr Griszki Łoguna

Pierwsza śmierć

Ciocia Pola

Krawat

Dwa spotkania

Złota tajga

Waśka Denisow‑Świniokrad

Serafin

Wolny dzień

Domino

Herkules

Terapia wstrząsowa

Cedrowiec

Czerwony krzyż

Spisek prawników

Kwarantanna tyfusowa

Tom II. ARTYSTA ŁOPATY

Wypadek

Słowo nad trumną

Jak to się zaczęło

Charakter pisma

Kaczka

Biznesmen

Kaligula

Artysta łopaty

Rur

Bogdanow

Inżynier kisielow

Miłość komandora Tolly’ego

Krzyż

Pierwszy czekista

Weismanista

Przystań piekieł

Do szpitala

Czerwiec

Maj

Mężne oczy

W łaźni

Diamentowe źródło

Zielony prokurator

Marcel Proust

Bezimienny kot

Pierwszy ząb

Echo w górach

Berdy tenże

Ogień i woda

Obława

Protezy

Kurs

Zmyta fotografia

Pogoń za dymem z parowozu

Pociąg

Tom III. LEWY BRZEG

Procurator Judei

Ból

Trędowaci

W izbie przyjęć

Geolodzy

Niedźwiedzie

Naszyjnik księżny Gagarinej

Akademik

Diamentowa mapa

Nienawrócony

Wizyta mister poppa

Łagrowe wesele

Potomek dekabrysty

Kombiedy

Magia

Rjabokoń

Życie inżyniera Kipriejewa

Lida

Tętniak aorty

Kawałek mięsa

Mój proces

Kobieta ze świata błatniaków

Esperanto

Naczelnik szpitala

Siergiej Jesienin i złodziejski świat

Ostatni bój majora Pugaczowa

Bukinista

Po list

Z lend‑lease’u

Grafit

Sentencja

OD TŁUMACZA

Opowiadania kołymskie – to książka specjalna, wyjątkowa. I to nie tylko w odniesieniu do gatunku literackiego, lecz w ogóle, w skali światowej. Jest tak dlatego, gdyż w jednej osobie autora zespoliły się trzy fakty: jego indywidualność jako pisarza, osobiste, realne przeżycie opisywanych zdarzeń i sytuacji oraz zachowanie w owym strasznym czasie zdolności do filozoficznej refleksji, ratującej go przed wymuszonym przez głód, chłód i bicie upodleniem.

Biografia Szałamowa – studenta, pisarza – podobna jest do losów tysięcy, a właściwie, co bardziej pewne, do losów setek tysięcy przedstawicieli rosyjskiej i sowieckiej inteligencji. Widać to w jego opowiadaniach.

Podobieństwo jest znamienne i tym bardziej czyni wiarygodnym to, o czym pisze. I nie chodzi tu o materialne fakty, ani nawet o ich bystrą obserwację, lecz o odczucie rzeczywistości przeżywanej przez te masy ludzi, którym ani los, ani natura nie dały możliwości wypowiedzenia się. Można śmiało powiedzieć, że dzieło Szałamowa stanowi w pewnym stopniu zadośćuczynienie nieuświadomionemu najpewniej przez nich pragnieniu wykrzyczenia całej ludzkości niedoli zgotowanej jednym przez drugich. Z tym że tych pierwszych było tak wielu, a tych drugich tak mało…

Wartość literatury polega między innymi na tym, że pozwala utrwalić uczucia i myśli w sposób niepoddający się innym sztukom. Szałamow czyni to po mistrzowsku.

Nie wydaje mi się sensowne, jako autorowi przekładu, omawianie wartości literackiej jego tekstów. Doczekają się one na pewno wielu kompetentnych opracowań. Pragnę jednak dobitnie powiedzieć, a los dał mi to prawo, że rzeczywistości łagrów, przeżywanej przez miliony ludzi, nie można pojąć, a jeśli nie pojąć, to choć trochę zrozumieć, nie przeczytawszy Opowiadań kołymskich w całości.

 

Słynny Archipelag Gułag wniósł wiele w poznanie świata łagrów, zwłaszcza w zakresie materiału faktograficznego. Natomiast w sferze przeżyć, emocji, uczuć, myśli i refleksji nad ludzką nędzą to Szałamow jest tym największym, który beznamiętnie prowadzi nas przez piekło zgotowane przez człowieka drugiemu człowiekowi w naszych czasach.

Rzeczywistość łagrów jest skondensowanym obrazem świata, w którym wszelkie zdarzenia, odczucia i emocje przebiegają w sposób ekstremalny, bo odbywa się to w ekstremalnych warunkach bytowania człowieka. Nie ma tam miejsca na „cywilizowane” skrywanie odczuć. Głód jest głodem, nienawiść – nienawiścią, a umieranie nie jest bohaterstwem, lecz brutalną, nieestetyczną codziennością głodowej biegunki. Człowiek zostaje wrzucony do kotłującej się wstrząsami nędzy straszliwej otchłani, której żadna wyobraźnia nie potrafi stworzyć. Szałamow zanurza nas w nią, wskazując, jakimi możemy być i co możemy uczynić jeden drugiemu.

Opowiadania kołymskie trzeba czytać w całości, jako jedną książkę. Jedynie tak potraktowana lektura jego prozy pozwoli na wzięcie swoistego udziału w losie tych milionów nieżywych już, nieszczęsnych i bezbronnych ludzi, którym takie towarzyszenie i, jak sądzę, nasze uczucia się należą.

TOM I

PRZEZ ŚNIEG

Jak przedeptuje się drogę w śnieżnej caliźnie?

Przodem idzie człowiek, pocąc się i przeklinając, przestawiając z ledwością nogi, więznąc co minutę w sypkim, głębokim śniegu. Człowiek odchodzi daleko, znacząc swą drogę nierównymi czarnymi jamami. Męczy się, kładzie na śniegu, zapala papierosa i machorkowy dym snuje się niebieskim obłoczkiem nad białym, błyszczącym śniegiem. Człowiek już odszedł dalej, a tam, gdzie odpoczywał, wciąż jeszcze wisi obłoczek – powietrze jest prawie nieruchome. Drogi przedeptuje się zawsze w czasie spokojnych dni, żeby wiatry nie zamiotły ludzkiej pracy. Człowiek sam sobie wyznacza punkty orientacyjne w śnieżnym bezkresie – skałę, wysokie drzewo; człowiek prowadzi swoje ciało po śniegu tak, jak sternik prowadzi łódkę po rzece od cypla do cypla.

Przedeptanym i nierównym śladem porusza się pięciu do sześciu ludzi rzędem, ramię przy ramieniu. Stąpają obok śladu, nie w sam ślad. Doszedłszy do wyznaczonego wcześniej miejsca, zawracają i ponownie idą tak, żeby rozdeptać śnieżną caliznę, miejsce, gdzie nie stawała ludzka stopa. Droga przebita. Mogą po niej iść ludzie, karawany sań, traktory. Jeżeli iść śladem pierwszego, stąpając ślad w ślad, pojawi się wąska, ledwie do przejścia ścieżynka, a nie droga; jamy, przez które przebijać się trudniej niż przez caliznę. Pierwszemu jest ciężej od wszystkich, kiedy więc opada z sił, do przodu wychodzi następny z tej czołowej piątki. Każdy z idących w ślad, nawet najmniejszy, nawet najsłabszy, powinien stąpać na kawałeczek śnieżnej calizny, a nie w cudzy ślad. A traktorami i końmi jeżdżą nie pisarze, lecz czytelnicy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

POD KWIT

W karty grano u wozaka Naumowa. Pełniący dyżur nadzorcy nigdy nie zaglądali do baraku wozaków, słusznie uważając, że najważniejsze w służbie to pilnowanie osądzonych na podstawie paragrafu pięćdziesiątego ósmego. Koni zaś, zgodnie z zasadą, nie powierzano kontrrewolucjonistom. Wprawdzie naczelnicy-praktycy zrzędzili po cichu – tracili najlepszych, zapobiegliwych robotników. Jednakże instrukcja była w tym względzie jasna i twarda. Tak więc najbezpieczniej było u wozaków i każdej nocy błatniacy zbierali się tam na swe karciane pojedynki.

W prawym kącie baraku, na dolnej pryczy, rozściełano różnokolorowe kołdry. Do słupa w rogu przykręcano za pomocą drutu palącą się kołymkę – własnej roboty lampkę pracującą na parach benzyny. Do pokrywki puszki po konserwach przylutowywało się trzy lub cztery otwarte rurki miedziane i oto całe urządzenie. W celu zapalenia lampki kładło się na pokrywce gorący węgiel, benzyna podgrzewała się, w rurkach unosiła się para i benzynowy gaz płonął od zapałki.

Na kołdrach leżała brudna, puchowa poduszka, a po jej obu stronach siedzieli „partnerzy”, podkurczywszy po buriacku nogi w klasycznej pozie więziennej bitwy karcianej. Na poduszce leżała nowiutka talia kart. Nie były to zwykłe karty, była to własnej roboty więzienna talia wykonana przez mistrzów tej sztuki z niezwykłą szybkością. Potrzebny do tego jest papier (jakakolwiek książka), kawałek chleba (aby go przeżuć i przecisnąć przez szmatkę w celu otrzymania krochmalu potrzebnego do sklejania kartek), ogryzek chemicznego ołówka (zamiast farby poligraficznej) i nóż (do wycinania szablonów kolorów i samych kart).

Używane dziś karty były dopiero co wycięte z tomiku Wiktora Hugo – książki, którą ktoś wczoraj zostawił w biurze. Papier był zwarty, gruby, kartek nie trzeba było sklejać, jak to bywa zazwyczaj, gdy papier jest cienki. Podczas wszystkich rewizji w łagrach nieubłaganie odbierano ołówki chemiczne. Odbierano je również w trakcie sprawdzania przysłanych paczek. Postępowano tak nie tylko w celu „zapobieżenia” możliwości wykonania dokumentów i pieczątek (dużo było i tego rodzaju artystów), lecz także, aby zniszczyć wszystko, co może współzawodniczyć z państwowym monopolem karcianym. Z chemicznego ołówka robiono atrament i za pomocą szablonu nanoszono na karty wzory: damy, walety, dziesiątki wszystkich kolorów… Kolorów nie odróżniano według barw – odróżnienie to nie było graczowi potrzebne. Na przykład waletowi pikowemu odpowiadało wyobrażenie pika w przeciwległych rogach karty. Rozmieszczenie i forma wzorów były jednakowe w ciągu stuleci – umiejętność wykonania własnymi rękami kart wchodzi do programu „rycerskiego” wychowania młodego błatniaka.

Nowiutka talia kart leżała więc na poduszce, a jeden z grających poklepywał ją brudną ręką z cienkimi, białymi, nierobociarskimi palcami. Paznokieć małego palca był nadnaturalnej wielkości – to także błatniacki szyk, podobnie jak „fiksy”-złote, to znaczy koronki z brązu nakładane na zupełnie zdrowe zęby. Bywali nawet mistrzowie, zapamiętali technicy dentystyczni, którzy nieźle sobie dorabiali wykonywaniem takich koronek, niezmiennie cieszących się popytem. Co się zaś tyczy paznokci, to polerowanie ich na odpowiedni kolor na pewno weszłoby w obyczaj „świata przestępczego”, jeśli tylko byłoby możliwe w warunkach więziennych wprowadzenie lakieru. Wypielęgnowany żółty paznokieć pobłyskiwał jak drogocenny kamień. Lewą ręką właściciel paznokcia przeczesywał lepkie i brudne jasne włosy. Ostrzyżony był „pod boks”, nad wyraz starannie. Niskie, bez żadnej zmarszczki czoło, żółte pęczki brwi, usteczka jak kokardka – wszystko to nadawało jego fizjonomii ważną właściwość zewnętrznego wyglądu złodzieja: niezwracanie na siebie uwagi. Takiej twarzy nie można było zapamiętać. Popatrzywszy na nią, już się zapominało, gubiło wszelkie rysy, nie do rozpoznania przy ponownym spotkaniu. Był to Siewoczka, znakomity znawca „tierca”, „stosa” i „bury” – trzech klasycznych gier karcianych, natchniony interpretator tysiąca karcianych zasad, których przestrzeganie miało obowiązywać w mającym się odbyć spotkaniu. O Siewoczce mówiono, że wspaniale „odgrywa”, to jest wykazuje umiejętności i zręczność szulera. W istocie był on szulerem; oczywiście uczciwa złodziejska gra to gra polegająca na oszukiwaniu: śledź i demaskuj partnera, to twoje prawo; umiej sam oszukiwać, umiej „wydyskutować” wątpliwą wygraną.

Grano zawsze we dwójkę – jeden przeciw jednemu. Żaden z mistrzów nie poniżał się do uczestniczenia w grach grupowych w rodzaju „oczka”. Nie bano się siadać z mocnymi graczami, tak jak i w szachach, gdzie prawdziwy wirtuoz poszukuje silniejszego przeciwnika.

Partnerem Siewoczki był sam Naumow, brygadzista wozaków. Starszy od swojego rywala (nawiasem mówiąc, ile lat miał Siewoczka – dwadzieścia? trzydzieści? czterdzieści?), czarnowłosy chłopak z takim męczeńskim wyrazem czarnych, głęboko osadzonych oczu, że nie wiedząc, iż Naumow to kolejny złodziej z Kubania, wzięłoby się go za jakiegoś pielgrzyma – mnicha albo członka znanej sekty „Bóg wie”, sekty, którą już od dziesiątków lat spotyka się w naszych łagrach. Wrażenie to potęgowało się na widok sznurka z cynowym krzyżykiem zwisającego z szyi Naumowa – kołnierzyk jego koszulki był rozpięty. Krzyżyk ten wcale nie był bluźnierczym żartem, kaprysem ani też improwizacją. W owych czasach wszyscy błatniacy nosili na szyjach aluminiowe krzyżyki; był to rozpoznawczy znak zakonu, tak jak tatuaż.

W latach dwudziestych błatniacy nosili czapki personelu technicznego, wcześniej jeszcze „kapitanki”. W czterdziestych latach zimą chodzili w kubankach, podginali cholewki walonek, a na szyi nosili krzyże.

Krzyż zazwyczaj był gładki, lecz jeśli natrafili na plastyków, zmuszali ich do wyrysowania igłą wzorów związanych z ulubionymi motywami: sercem, kratą, krzyżem, nagą kobietą.

Krzyż Naumowa był gładki. Dyndał na jego ciemnej piersi, uniemożliwiając odczytanie wykłutego na niebiesko tatuażu, cytatu z Jesienina – jedynego poety uznanego i kanonizowanego przez „świat przestępczy”:

Jak mało przemierzonych dróg,

Jak dużo tam omyłek.

– Co grasz? – wycedził przez zęby Siewoczka z wyrazem niezmiernej wzgardy. To również uznawane było za dobry ton, obowiązujący przy rozpoczęciu gry.

– Ot, szmatki. Tę „lepiochę”… – Naumow poklepał się po ramionach.

– Gram za pięćset – ocenił garnitur Siewoczka.

W odpowiedzi rozległy się głośne, wielosłowne przekleństwa, które powinny były przekonać przeciwnika co do znacznie większej wartości rzeczy. Otaczający graczy widzowie cierpliwie czekali na zakończenie tej tradycyjnej uwertury. Siewoczka nie pozostawał dłużny i wymyślał jeszcze bardziej jadowicie, zbijając cenę. W końcu garnitur wyceniono na tysiąc. Siewoczka ze swej strony „grał” kilka przenoszonych swetrów. Gdy tylko swetry zostały wycenione i rzucone na kołdrę, Siewoczka przetasował karty.

Ja i Garkunow, były inżynier włókienniczy, piłowaliśmy drewno dla baraku Naumowa. Była to praca nocna. Po zakończeniu swego roboczego dnia w wyrobisku trzeba było napiłować i nałupać drewna na całą dobę. Załaziliśmy do baraku wozaków od razu po kolacji; było tu cieplej niż w naszym baraku. Sprzątający Naumowa nalewał po pracy do naszych kociołków chłodną „juszkę” – resztki z jedynego i stałego dania, które według jadłospisu stołówki nazywało się „kluski ukraińskie”, i dawał nam po kawałku chleba. Siadaliśmy gdziekolwiek, w rogu, na podłodze, i pochłanialiśmy zarobioną strawę. Jedliśmy w zupełnej ciemności – barakowe „benzynki” oświetlały karciane pole – lecz według dokładnych spostrzeżeń dawnych mieszkańców więzień: „łyżką nie trafisz poza usta”. A teraz obserwowaliśmy Siewoczkę i Naumowa.

Naumow przegrał swoją „lepiochę”. Spodnie i marynarka leżały koło Siewoczki na kołdrze. Grana była poduszka. Paznokieć Siewoczki wyrysowywał w powietrzu wymyślne wzory. Karty to znikały, to znów pojawiały się w jego dłoni. Naumow był w podkoszulku, satynowa rubaszka poszła w ślad za spodniami. Usłużne ręce narzuciły mu na ramiona tiełogriejkę, ale on zrzucił ją gwałtownym ruchem na ziemię. Nagle wszystko ucichło. Siewoczka leniwie poskrobywał paznokciem po poduszce.

– Gram kołdrę – chrypliwie powiedział Naumow.

– Dwieście – obojętnym głosem powiedział Siewoczka.

– Tysiąc, ty suko! – wrzasnął Naumow.

– Za co? To nie jest rzecz! To „łoksz”, lichota – wymawiał Siewoczka. – Tylko dla ciebie gram za trzysta.

Bój trwał dalej. Zgodnie z zasadami, walka nie może być zakończona, dopóki partner jest jeszcze w stanie czymkolwiek „odpowiadać”.

– Gram walonki!

– Walonek nie gram – twardo rzekł Siewoczka. – Nie gram państwowych łachów.

Przegrany został jakiś ukraiński ręcznik z kogutami, wartości kilku rubli, jakaś cygarnica z wytłoczonym profilem Gogola. Wszystko przechodziło do Siewoczki. Na ciemnej skórze policzków Naumowa wystąpił gęsty rumieniec.

– Pod kwit – powiedział, przymilając się.

– Wielka mi potrzeba – żywo odpowiedział Siewoczka i wyciągnął do tyłu rękę. Natychmiast włożono mu w dłoń zapalonego papierosa z machorki. Siewoczka zaciągnął się i zakaszlał. – Co mi po twoim kwicie? Nowych etapów nie ma, skąd weźmiesz? Może od konwojentów?

Zgoda na grę „pod kwit”, to jest na kredyt, była przysługą według „prawa” nieobowiązującą, ale Siewoczka nie chciał obrażać Naumowa i pozbawiać go ostatniej szansy odegrania się.

– Na sto – powiedział wolno. – Daję na to godzinę.

– Dawaj kartę! – Naumow poprawił krzyżyk i usiadł. Odegrał kołdrę, poduszkę, spodnie i znowu wszystko przegrał.

 

– Może by tak czyfirku nawarzyć? – powiedział Siewoczka, składając wygrane rzeczy do dużej walizki z dykty.

– Ja poczekam.

– Zagotujcie, chłopcy – nakazał Naumow.

Rzecz była o zadziwiającym napoju Północy, mocnej herbacie – gdy w niewielkiej filiżance zaparza się pięćdziesiąt i więcej gramów czaju. Napój niezmiernie gorzki, pije się go małymi łykami pod zakąskę z solonej ryby. Usuwa on senność, dlatego cieszy się uznaniem u błatniaków i północnych kierowców na długich trasach. Czyfir powinien niszcząco oddziaływać na serce, jednakże znałem długoletnich czyfirystów, którzy wchłaniali go zupełnie bezkarnie.

Siewoczka upił jeden łyk z podanej filiżanki. Ciężkie, czarne spojrzenie Naumowa obiegało zebranych w krąg. Włosy splątały mu się na głowie. Wzrok dobiegł do mnie i zatrzymał się. Jakaś myśl błysnęła w mózgu Naumowa.

– Ano, wyjdź. – Wyszedłem do światła. – Zdejmij tiełogriejkę.

Było już jasne, o co chodzi, i wszyscy z zaciekawieniem śledzili poczynania Naumowa. Pod tiełogriejką miałem tylko państwową bieliznę – gimnastiorkę wydali dwa lata temu i dawno już zetlała. Ubrałem się.

– Ty, wychodź – powiedział Naumow, wskazując palcem na Garkunowa.

Garkunow zdjął tiełogriejkę. Twarz jego zbladła. Pod brudną koszulą miał wełniany sweter. Była to ostatnia przesyłka od żony przed udaniem się w daleką drogę. Ja wiedziałem, jak Garkunow go strzegł. Piorąc w łaźni, susząc na sobie, ani na minutę nie wypuszczał z rąk; taką rzecz ukradliby od razu towarzysze.

– Ano, zdejmuj – powiedział Naumow.

Siewoczka aprobująco kiwał palcem, wełniane rzeczy były w cenie. Jeśli oddać do prania, a jeszcze i wyparzyć wszy, można by samemu nosić, ładny wzór.

– Nie zdejmę – powiedział chrapliwie Garkunow. – Tylko razem ze skórą…

Rzucono się na niego i zbito z nóg.

– On kąsa! – krzyknął ktoś.

Garkunow powoli dźwignął się z podłogi, wycierając rękawem krew z twarzy. I od razu Saszka, sprzątający Naumowa, ten sam Saszka, który przed godziną nalewał nam „zupkę” za piłowanie drewna, przysiadł nieco i wyrwał coś zza cholewy walonka. Potem wyciągnął rękę w kierunku Garkunowa. Garkunow zaszlochał i zaczął padać na bok.

– Czyż nie mogliście bez tego?! – wrzasnął Siewoczka.

W migającym świetle benzynki widać było, jak szarzeje twarz Garkunowa. Saszka rozwarł ręce zabitego, rozerwał koszulę i ściągnął przez głowę sweter. Sweter był czerwony i krew była na nim ledwie widoczna. Siewoczka ostrożnie, aby nie pobrudzić palców, złożył sweter do walizki z dykty. Gra była skończona i mogłem iść do domu. Trzeba było teraz szukać nowego partnera do piłowania drewna.

NOCĄ

Wieczerza skończyła się. Glebow niespiesznie wylizał miskę, starannie zgarnął ze stołu okruszki chleba na lewą dłoń i uniósłszy ją ku ustom, ostrożnie zlizał je z dłoni. Nie łykając, wyczuwał, jak ślina w ustach gęsto i z pożądaniem obleka malutką grudeczkę chleba. Glebow nie mógłby powiedzieć, czy było to smaczne. Smak to coś innego, zbyt ubogiego w porównaniu z tym zapamiętałym do utraty świadomości odczuciem, jakie dawało pożywienie. Glebow nie spieszył się z przełykaniem, chleb sam tajał w ustach i tajał szybko.

Wpadnięte, błyszczące oczy Bagriecowa nieprzerwanie wpatrzone były w usta Glebowa; w nikim nie było tak potężnej woli, która potrafiłaby odwieść oczy od pokarmu znikającego w ustach innego człowieka. Glebow przełknął ślinę i Bagriecow natychmiast przeniósł wzrok w kierunku horyzontu – na wielki, pomarańczowy księżyc wypełzający na niebo.

– Pora – powiedział Bagriecow.

Milcząc, poszli po ścieżce w kierunku skały i wspięli się na niewielki występ otaczający stożkowaty pagór; chociaż słońce niedawno zaszło, kamienie, parzące w ciągu dnia podeszwy stóp poprzez gumowe kalosze wdziane na bosą nogę, były już teraz chłodne. Glebow zapiął waciak. Chód nie rozgrzewał go.

– Daleko jeszcze? – spytał szeptem.

– Daleko – odpowiedział cicho Bagriecow.

Siedli, by odpocząć. Mówić nie było o czym, a i myśleć nie było o czym – wszystko było jasne i proste. Na płaskiej powierzchni, u końca skalnego występu, leżały kupy rozwalonych kamieni i zerwanego, zeschniętego mchu.

– Ja mógłbym to i sam zrobić – uśmiechnął się Bagriecow – ale we dwójkę raźniej. No i dla starego przyjaciela…

Przywieźli ich jednym statkiem zeszłego roku.

Bagriecow zatrzymał się: „Trzeba się położyć – dostrzegą”. Położyli się i zaczęli odrzucać kamienne bloki. Dużych kamieni – takich, żeby nie można było podnieść, przesunąć wspólnie – nie było, dlatego że ludzie, którzy narzucali je tutaj rano, nie byli silniejsi od Glebowa.

Bagriecow cicho zaklął. Zadrapał palec, ciekła krew. Przysypał ranę piaskiem, wyrwał z waciaka kawałek waty, przycisnął, ale krew ciekła dalej.

– Zła krzepliwość – obojętnie powiedział Glebow.

– Tyś lekarz czy co? – spytał Bagriecow, wysysając krew.

Glebow milczał. Czas, gdy był lekarzem, wydawał się bardzo odległy. I czy w ogóle był taki czas? Zbyt często ten świat za górami, za rzekami wydawał mu się snem jakimś, wymysłem. Realna była minuta, godzina od pobudki do wieczornego sygnału. Dalej nie sięgał myślą i nie znajdował w sobie sił, by sięgać. Jak wszyscy.

Nie znał przeszłości tych ludzi, którzy go otaczali, i nie interesował się tym. Zresztą, jeżeliby jutro Bagriecow oznajmił, że jest doktorem filozofii lub marszałkiem lotnictwa, Glebow uwierzyłby mu bez zastrzeżeń. Czy on sam kiedykolwiek był lekarzem? Utracił nie tylko automatyzm osądów, lecz także automatyzm postrzegania. Glebow widział, jak Bagriecow wysysał krew z brudnego palca, lecz nic nie powiedział. To tylko prześliznęło się w jego świadomości, lecz woli do odpowiedzi znaleźć w sobie nie mógł i nie szukał. Ta świadomość, która mu jeszcze pozostawała i która może nie była już ludzką świadomością, miała zbyt mało ostrzy i nakierowana była teraz jedynie na to, by jak najszybciej usunąć kamienie.

– Głęboko pewnie? – spytał Glebow, gdy położyli się, aby odpocząć.

– Jak ona może być głęboka? – powiedział Bagriecow.

I Glebow pojął, że niedorzecznie spytał i że jama rzeczywiście nie mogła być głęboka.

– Jest – powiedział Bagriecow. Dotknął ludzkiego palca. Duży palec stopy wyglądał spod kamieni, w świetle księżyca był doskonale widoczny. Palec ten nie był podobny do palców Glebowa czy Bagriecowa, ale nie dlatego, że był bez życia i zesztywniały. W tym była mała różnica. Na tym martwym palcu paznokcie były obcięte, on sam zaś był krągły i bardziej miękki od palca Glebowa. Szybko odrzucili kamienie, którymi było przywalone ciało.

– Zupełnie młody – powiedział Bagriecow.

Wspólnie z trudem wyciągnęli trupa za nogi.

– Jaki duży – powiedział Glebow, dysząc ciężko.

– Gdyby on nie był taki duży – powiedział Bagriecow – to pochowano by go tak, jak nas chowają, i nie musielibyśmy tu dzisiaj iść.

Rozgięli trupowi palce i ściągnęli koszulę.

– A kalesony zupełnie nowe – z zadowoleniem stwierdził Bagriecow.

Ściągnęli i podkoszulek. Glebow schował kłębek bielizny pod waciak.

– Włóż lepiej na siebie – powiedział Bagriecow.

– Nie, nie chcę – wymamrotał Glebow.

Ułożyli z powrotem trupa w mogile i zarzucili kamieniami. Niebieskie światło księżyca, który wzeszedł, kładło się na kamienie, na rzadki las tajgi, ukazując każdy występ, każde drzewo w niecodziennej postaci. Wszystko wydawało się prawdziwe, lecz nie tak jak za dnia. To było jakby drugie oblicze świata.

Bielizna trupa ogrzała się za pazuchą Glebowa i już nie wydawała się cudza.

– Zapalić by – powiedział Glebow w rozmarzeniu.

– Jutro zapalisz.

Bagriecow uśmiechnął się. Jutro sprzedadzą bieliznę, wymienią ją na chleb, a może nawet dostaną trochę tytoniu…