Legendy PolskieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Legendy Polskie
Legendy polskie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,90  34,32 
Legendy polskie
Legendy polskie
Audiobook
Czyta Wiktor Zborowski
24  18,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Legenda o Lechu, Czechu i Rusie


W czasach, kiedy ludzie nie umieli pisać, kiedy nie liczono lat i nie zapisywano dat, wieści o tym, co się zdarzyło, przekazywano sobie z ust do ust. Najpierw mówili o nich naoczni świadkowie, a potem szły w świat – powtarzane z pokolenia na pokolenie, synom i wnukom przez ojców i dziadów.

Nazywano je „ustnymi podaniami” i niektórzy kronikarze umieszczali je później w swoich kronikach. Tak właśnie było z podaniem o Lechu, Czechu i Rusie. Trafili do kronik z informacją, że od nich zaczęły się przedhistoryczne dzieje naszych przodków – Lechitów i naszych sąsiadów – Czechów i Rusinów.

A potem różni autorzy zaczęli tworzyć o nich legendy. Może i ja spróbuję? Wiadomości w kronikach mało, tylko trzy imiona i jedna linijka tekstu – cienki sznureczek słów, ale postaram się go rozciągnąć, wydłużyć, zwinąć w kłębek opowieści i nie przerywając wątku potoczyć do rąk czytelników.

Więc było ich trzech. Lech, Czech i Rus. Bracia. Żyli w słowiańskiej osadzie zagubionej w ogromnych lasach. Tam się urodzili. W środku wielkiej kniei. W gęstwinie nieprzebytej puszczy. Nieprzebyta – bo nie było człowieka, który by ją całą przebył, przedarł się przez gąszcz krzewów, chruśniaki i maliniaki, pokonał omszałe pnie zwalonych drzew i zieloną ścianę tych, które koronami sięgały nieba – sosen i świerków, buków, jaworów i dębów.

Dęby były najważniejsze. Najstarszy górował nad osadą. Był wielki i święty. I źródło, które tryskało spod dębu, było święte. I koń, biały koń, który pasł się w cieniu dębowych konarów i pił wodę ze źródła, też był święty.

– Bogu o czterech twarzach poświęcony. Świętowitowi, co w cztery strony świata cztery oblicza obraca – mówił stary Kapłan, a Lech, Czech i Rus potakiwali.


Wiedzieli, że Świętowit jest największym bogiem spośród wszystkich słowiańskich bóstw, a Kapłan – najmądrzejszym człowiekiem w całej osadzie. Na wszystkim się znał. Na ludziach, zwierzętach, roślinach. Umiał leczyć ciała i dusze, z roślin przyrządzał leki, ze znaków na ziemi i niebie – z gwiazd, z lotu ptaków, z wiatru i dymu – wróżył przyszłość, objaśniał sny. Te, które mieli dorośli, i te, które śniły się chłopakom.

Lechowi i jego braciom od dzieciństwa śniły się konie.

– Mój był wrony – zwierzał się staremu Kapłanowi Czech.

– Mój też wrony – potwierdzał Rus.

– A mój gniady, kasztanowy, złoty taki – uśmiechał się Lech. – I jechałem na nim, pędziłem, leciałem nad puszczą i goniłem białe obłoki…

Wyśniły im się te konie. Kapłan powiedział, że się wyśnią i wyśniły się. Kiedy podrośli – każdy dostał od ojca źrebaka. Rus i Czech – czarne, a Lech – gniadego. I każdy sam się o swojego konika musiał troszczyć. Karmić go i poić, czesać i oporządzać, żeby koń miał czysto i sam był czysty.

Pięknie o te swoje koniki dbali. A stary Kapłan tylko się przyglądał i uśmiechał. Aż pewnego dnia powiedział:

– Jest was trzech i macie trzy konie. W trzy strony świata rozjedziecie się na nich. Trzy konie – na trzy strony, a świat ma cztery. Jak Świętowit o czterech obliczach. Żeby do niego dotrzeć – jeszcze jeden koń potrzebny.

I pokazał im źrebaka. Białego jak mleko, jak śnieg i jak obłoki, które w swoich dziecinnych snach gonił Lech.

– To dar dla Świętowita. I sam jest święty. Pilnujcie, żeby nie dotknęła go żadna obca ręka, żeby żaden bezbożnik nie wyrwał ani jednego włosa z jego ogona i grzywy. Kiedy niebo da znak, odprowadzicie go do Północnego Grodu. Do wielkiej świątyni.

– A jaki to będzie znak? – zapytał Lech.

– Świętowit was zawoła. Spojrzy i niebo stanie w płomieniach. Zagrzmi i Biały Koń zrozumie. Na grzmot odpowie rżeniem i ruszy w stronę świątyni. A wy, na koniach, za nim – odpowiedział Kapłan. – Na północ, ciągle na północ.

Przez całą drogę powtarzali sobie potem te słowa. W dzień sprawdzali kierunek jazdy po mchu porastającym pnie drzew od północnej strony, w nocy patrzyli na gwiazdy i cieszyli się, że stary Kapłan tylu rzeczy ich nauczył, i dziwili, że Biały Koń nigdy nie myli drogi. Może i on nauczył się od Kapłana? A może Świętowit mu podpowiada?

– Słyszy to, czego ludzie nie słyszą – mówili, patrząc jak Koń strzyże uszami, jak czegoś nasłuchuje, jak na coś, czego oni nie słyszą, odpowiada nagłym rżeniem.

Cały czas ich prowadził. A kiedy szedł – las się przed nim rozstępował, krzewy kłaniały się nisko, a leśne jeziorka podsuwały swoje lusterka, żeby mógł się w nich przejrzeć, zobaczyć, jaki jest piękny.

Kapłani w Północnym Grodzie też powiedzieli, że piękny.

– Dar godny Świętowita! – orzekł Najstarszy.

A młodsi, przywiązawszy do ogrodzenia konie Lecha, Czecha i Rusa, pozwolili trzem braciom wejść do wnętrza świątyni. Przed ogromny, sięgający stropu posąg Świętowita. Przed jego wielką postać z głową o czterech obliczach.

Biały Koń już tam był. Prowadzony przez Najstarszego Kapłana okrążał posąg raz, drugi, trzeci. Kapłani szli za nim, modlili się, mruczeli coś niezrozumiale. W jakiejś chwili jeden z nich, mijając trzech braci, zatrzymał się przy nich i szepnął:

– Świętowit przyjmuje dar. Schylcie głowy, prędko się ukłońcie, zaraz przemówi.

I usłyszeli głos. Cała świątynia wypełniła się tym głosem:


– Na Białym Koniu wyruszę w bój

w obronie wiary,

a ci, co Konia przywiedli tu,

niech przyjmą dary.

– Bierzcie – zwrócił się do nich Najstarszy Kapłan, wręczając trzy topory. Ciężkie, żelazne topory o szerokich ostrzach mocno osadzone na drzewcach. I wręczając dar, powiedział: – Teraz ruszycie na wschód. Tam, gdzie budzi się nowy dzień. Gdzie słońce wstaje. Dla was też przyjdą nowe dni. Nie wrócicie do rodzinnej osady. Założycie trzy nowe. Taka jest wola Świętowita. Dlatego dał wam topory. Do walki i do pracy. Do obrony przed wrogiem i budowania nowego życia. A teraz przyjmijcie sakiewki.

Trzej bracia pochylili głowy, trzech kapłanów założyło im na szyje małe, skórzane sakiewki na długich rzemykach.

– W każdej z nich ukryty jest znak. Tajny znak. Nie wolno go pokazywać nikomu. Będzie go znał tylko ten, kto nosi sakiewkę na sercu.

Zajrzeli do sakiewek.

W mojej jest pióro… – zdziwił się Lech. W milczeniu, bez słowa, żeby nie zdradzić tajemnicy.

I zaraz rozległ się głos Świętowita:


– Jak świat ma cztery strony,

a ja – cztery twarze,

jedno miejsce na ziemi

znak każdemu wskaże…

– W drogę! – krzyknęli kapłani. – Na koń! W imię Świętowita w drogę!

– W imię Świętowita! – odkrzyknęli Lech, Czech i Rus i wskoczywszy na konie, ruszyli przed siebie.

A każdy sprawdzał co chwila, czy nie zgubił sakiewki z tajemnym znakiem i myślał – jakie miejsce przeznaczył mu Świętowit i który z nich pierwszy na swoje miejsce trafi.

I tak się zdarzyło, że pierwszy był Lech. Na leśnej polanie znalazł białe pióro. Takie samo jak to, które miał w sakiewce. Leżało w pobliżu drzewa, grubego, rozłożystego dębu, na dębie było gniazdo, a nad gniazdem krążył biały ptak. Orzeł.

– To tu! – zrozumiał Lech i wskazując braciom orła, powiedział: – Tu jest moje miejsce. Tutaj zostanę pod skrzydłami białego ptaka. Wy pojedziecie dalej, a ja zbuduję tutaj gród. I nadam mu imię – Gniezno. Bo tu, gdzie orzeł ma swoje gniazdo, będzie i moje.

Nie wiem, czy naprawdę tak powiedział. Ale wiem, że Biały Orzeł jest godłem naszego państwa, a Gniezno było pierwszą stolicą Polski i siedzibą pierwszego polskiego władcy – Mieszka. I że w słowach kryją się tajemnice przeszłości.

O nazwie miasta uczeni mówią różnie. Jedni – że Gniezno wywodzi się od gniazda, inni – że od kniazia. Gniezno – kniezno – gród kniazia…

A może obydwa słowa połączyły się w jedno? Może to i od gniazda, w którym zagnieździł się orzeł, i od kniazia – księcia, który miał na imię Lech? Bo to jest pewne, że tak właśnie miał na imię. Tak zapisane jest w starych kronikach. Nazywał się Lech i miał dwóch braci – Czecha i Rusa.



Legenda o Popielu i Mysiej Wieży


Solne grudy nazywano dawniej kruszami. A sól, zanim nauczono się wydobywać ją w kopalni, brano z solanek. Stała tam w zagłębieniach ziemi. Ciurkała spod ziemi w wodzie rozpuszczona i gromadziła się na powierzchni w płytkich zagłębieniach. Kiedy wodę podgrzano – „warzono”, jak mówili ludzie – płyn wyparowywał i zostawały solne grudy. Te krusze właśnie. I od nich wywodzi się nazwa Kruszwica.

 

Kruszwica leży nad Gopłem, jednym z największych polskich jezior. W jeziorze woda jest słodka. A solanek w okolicy coraz mniej. Za czasów Popiela na pewno było więcej.

Bo Popiel mieszkał właśnie tu – w Kruszwicy. Miał dwór, poddanych. Był władcą. Ostatnim w głównej linii rodu Popielidów. Popielidzi nie byli biedni. Należały do nich żyzne ziemie, lasy pełne zwierzyny, rybne jeziora, mieli konie i trzodę. Ich rzemieślnicy z lnu i futer robili odzież, z gliny wypalali naczynia. Z soli też czerpali korzyści. Krusze zastępowały pieniądze, płacono nimi za różne towary.

Do dziś przetrwały powiedzenia – „słona cena” i „słono za coś zapłacił”. Od tej soli właśnie. Ciekawe, za co tak słono płacił Popiel? Co kupował od kupców wędrujących przez słowiańskie ziemie na północ po bursztyny? Broń? Piękne przedmioty? Wyroby ze srebra i złota? A może kupował trunki – miód, piwo, beczki wina?

Tak, wino kupował na pewno. Bo w legendach, które później o nim opowiadano, zawsze powtarzają się słowa – hulaka, pijak…

– U Popiela wina wiela! – cieszyli się proszeni i nieproszeni goście, których zawsze pełno było na dworze. Jedli, pili, tańczyli, urządzali gonitwy. Z łukami polowali na jelenie, z oszczepem – na niedźwiedzie.

A Popiel z coraz większą trudnością wstawał od stołu, coraz bardziej ciążyła mu po przepiciu głowa i coraz lżejsza stawała się królewska szkatuła. Czerpał z niej pełną garścią. A jego żona – dwiema. Wszystkie kobiety chciała zaćmić ubiorem, wszystkich mężczyzn olśnić urodą. Każdego dnia ubierała się w inne stroje i dobierała inne ozdoby. Naszyjniki plecione ze srebrnych i złotych drutów, pierścienie i zausznice, kolie ze szklanych paciorków.

A na wonne olejki wydawała chyba jeszcze więcej niż Popiel na wino. Kupcy ciągle musieli jej przywozić nowe pachnidła. Cedrowe i lawendowe olejki, wody pachnące kwiatami, jakich nad Gopłem nigdy nie widziano, z krain, o których w Kruszwicy nikt nie słyszał. Z południa, ze wschodu. Z najdalszych dali. Z miejsc, gdzie żyły smoki, potwory i czarownice. Syreny i zwodnice.

O żonie Popiela też mówiono: „zwodnica”… Słudzy tak szeptali:

– Nie wiadomo, skąd się wzięła… Raz mówi, że jest niemiecką księżniczką, drugi – że ją Wikingowie zza morza przywieźli… A tak się stroi, przebiera, że co dzień inna. Rozeznać się nie można. Czar na Popiela rzuciła i tylko jej zabawy w głowie. A on na wszystko pozwala. Bo pijany. To ona go rozpiła, to ona wina mu ciągle dolewa. Pijanego łatwiej omamić. Omamiła go, mamuna jedna…

I chociaż słudzy mówili szeptem, wiadomości z Kruszwicy rozchodziły się coraz szerzej i dalej. Aż dotarły do rodziny Popiela. Do jego krewnych z rodu Myszeidów. Może dlatego tak się nazywali, że mieszkali na Kurpiach w okolicach Myszyńca?

A krewni zwołali naradę i najstarszy powiedział:

– Trzeba ratować, co jeszcze się da. Popiel przepija majątek. Jesteśmy rodziną, a nasz kuzyn nie ma przecież dzieci…

– No właśnie – przytaknęli pozostali. – Dzieci nie ma, bo ta jego zwodnica obiecała mu syna urodzić, a żadnego potomka nie dała. Więc jak umrze, cały majątek będzie nasz!

I wszyscy razem postanowili:

– Jedziemy do Kruszwicy. Popielowi trzeba odebrać władzę. Nie czekać, aż wszystko roztrwoni. Na miejscu zdecydujemy, co robić.

Ale żona Popiela była szybsza. Kiedy krewni przybyli do Kruszwicy, zorientowała się, o co chodzi i czym prędzej zaprosiła ich na ucztę. Stół uginał się od jedzenia. A ona przy nim królowała.

– Proszę, proszę, jedzcie i pijcie – zachęcała gości, podsuwając im pachnące dymem i ziołami różnorakie mięsiwa i napełniając puchary winem.

Niczego nie przewidywali. Olśnieni przepychem stroju gospodyni, podziwiali jej szaty i klejnoty – wielkie, do ramion zwisające zausznice, naszyjniki i pierścienie, nie mając pojęcia, że w jednym z nich ukryta jest trucizna.

Pierścień był gruby, ciężki, spleciony ze złotego węża. Wąż owijał się wokół wskazującego palca, świecił rubinowym okiem, a kiedy kciukiem nacisnęło się koniec jego ogona, wysuwał się z wężowego pyszczka język gada. Cienki, ostry i wypełniony jadem. Trucizną, której każda kropla oznaczała śmierć.

Kupiec, który z dalekich krain pierścień przywiózł, mówił, że związana jest z nim jeszcze jedna tajemnica – złoty wąż potrafi nie tylko zabijać swoje ofiary, ale także przemieniać zabitych w zwierzęta.

– W jakie? – zainteresowała się żona Popiela.

– W jakie tylko się chce – zapewnił kupiec. – Wystarczy w chwili ukłucia głośno wypowiedzieć nazwę zwierzęcia i ofiara zaraz się w nie zamieni. Można mieć z tego niezły zysk.

Spróbuję… – pomyślała żona Popiela i nim kupiec zdążył się zorientować, dźgnęła go wężowym językiem, wykrzykując pierwsze słowo, jakie jej przyszło do głowy: – Gawron!

Była pewna, że kupiec przemieniony w ptaka natychmiast odleci, a ona zyska za darmo pierścień. Ale się przeliczyła. Za pierścień, co prawda, nie zapłaciła, ale gawron wcale nie zamierzał odlecieć. Zadomowił się w Kruszwicy na dobre i doprowadzał wszystkich do szału bezustannym krakaniem:

– Kra… kra!

A najgłośniej krakał na widok żony Popiela, jakby chciał wszystkim oznajmić, że pierścień na jej dłoni jest:

– Kra… kra… kradziony! Bo go złodziejka-kradziejka kra… kra… ukradła!

Nie cierpiała tego gawrona i robiła wszystko, żeby się go pozbyć – przegonić albo zabić. Nic z tego. Przegonić się nie dawał, a zabić też go nie było można, bo raz zabitego nie można przecież zabić po raz drugi.

Pomna tych doświadczeń, z krewnymi Popiela postanowiła rozprawić się w sposób ostateczny – nie próbować żadnych przemian w zwierzęta, tylko od razu otruć. Jednocześnie, wszystkich razem. Czekała tylko na odpowiednią chwilę. Na moment, kiedy Popiel powie:

– Nalej wina, niewiasto…

Tak właśnie, jak się z nim przed ucztą umówiła. A ona, napełniając puchary kuzynów, miała wtedy wstrzyknąć do każdego kroplę trucizny z pierścienia.

– Później – cieszyła się żona Popiela – Popiel wzniesie toast za zdrowie gości, wszyscy podniosą puchary i…

Nie mogła się doczekać tego „i”… Chwili, w której ona i mąż pozbędą się wszystkich krewnych.

Myszeidzi przyjechali na koniach – myślała. – Kiedy trucizna zadziała, konie będą nasze. I białe płaszcze, w których przybyli, rzeczy, które przywieźli. Przyjechali, żeby pozbyć się Popiela i mnie. A to my pozbędziemy się ich. My odziedziczymy ich majątki…

Nie mogła się doczekać tej chwili. Słów, od których wszystko się zacznie: „Nalej wina, niewiasto…”.

Ale Popiel milczał. Sam nalewał wina gościom, a najpierw zawsze sobie, i kiwał się nad stołem coraz bardziej pijany i senny. Ożywił się dopiero wtedy, kiedy wyjęła mu pusty puchar z rąk i powiedziała:

– Naleję nowego wina. Jeszcze lepszego. Najlepszym wypijamy zdrowie gości.

Wlała trochę wina do pucharu męża, podała mu, żeby spróbował. Kiwnął głową, że dobre. Wtedy zmieniła kielichy gościom i napełniła je nowym winem. I do każdego wpuściła niepostrzeżenie kroplę trucizny.

Usiadła obok Popiela.

– Mów… – syknęła mu do ucha.

Wybełkotał coś niezrozumiale. Szturchnęła go łokciem.

– Mów! Ja ci podpowiem… W górę puchary…

– W górę puchary… – powtórzył bełkotliwie Popiel.

Ale kielich podniósł. A goście za nim.

– W wasze ręce, kuzyni. Piję za zdrowie moich krewnych Myszeidów… – podpowiadała szeptem żona.

Przedobrzyła. Zdanie dla pijanego Popiela było stanowczo za długie. Słowa się pokręciły, język zaplątał i zamiast „Myszeidów” powiedział: „myszy”…

– Na zdrowie! – krzyknęli Myszeidzi.

I wypili. I to był ostatni łyk wina w ich życiu, i ostatnie słowa, jakie wypowiedzieli. Potem skurczyli się, wydali z siebie jakiś dziwny odgłos:

– Piii… – zapiszczeli jak myszy.

Ich białe płaszcze zamieniły się w ogoniaste mysie futerka, wąsate twarze – w białe, mysie pyszczki…

– Białe myszy! – wrzasnął Popiel.

I rzucił się do ucieczki. A myszy za nim.

Co było dalej – wiadomo. Goniły go aż na czubek wieży, która teraz nosi nazwę Mysiej. I tam zagryzły.

A co z żoną Popiela? Jedni mówią, że w czasie ucieczki sama zakłuła się wężową trucizną, inni – że pomógł jej w tym gawron i myszy.


O myszach też zresztą mówią różnie – że w Kruszwicy nie było żadnych Myszeidów, że to wszystko omamy i zwidy. Koszmary pijanego Popiela, który dostał białej gorączki i wszędzie widział białe myszy. Wielkie, białe myszy, które wylęgły się w jego chorej wyobraźni. Myszy, przed którymi uciekł na wieżę i skoczył z niej do Gopła.

Kto wie – może tak naprawdę było?


Legenda o Piaście i postrzyżynach jego syna Siemowita


Niektórzy mówią, że syn Piasta nazywał się Ziemowit i wywodzą to imię od słowa – ziemia. Ale kronikarze piszą – Siemowit, a uczeni tłumaczą:

– Niewykluczone, że imię pochodzi od starosłowiańskiej nazwy – ziemia, oznaczającej rodzinę.

Rodzinę miał Siemowit nieliczną – ojca Piasta, matkę Rzepichę i chyba żadnego rodzeństwa. W każdym razie Gall Anonim o tym nie wspomina, a Gall to właśnie ten pierwszy, który przekazał nam na piśmie legendę o Siemowicie.

Był zakonnikiem z zakonu benedyktynów, pisarzem zatrudnionym w kancelarii króla Bolesława Krzywoustego i legendę o królewskich przodkach, krążącą między ludźmi od wielu pokoleń, włączył do swoich kronik.

O sobie Gall nie przekazał żadnych informacji. Nawet swego imienia nam nie zostawił.

Gall Anonim – pisali o nim jego następcy.

Gall – od miejsca pochodzenia, wielkiej krainy, która obejmowała również tereny dzisiejszej Francji i nosiła nazwę Galii, i Anonim – skrót od łacińskiego słowa anonimus – bezimienny.

Gall pisał po łacinie. Powód, dla którego włączył legendę do kronik, był prosty – pisząc o Krzywoustym nie mógł pominąć jego przodków, rodu, z którego król się wywodził.

– Z dynastii Piastów – mówiono o królu, ale historia żadnego Piasta nie zanotowała.

Gall musiał sięgnąć do legendy. Przepytywał królewskich dworzan, śladem ich słów cofał się w pradzieje, ustalał kolejność, do korowodu królewskich przodków dopisywał następne imiona:

Przed Mieszkiem I był Siemomysł, syn Lestka, Lestek był synem Siemowita… Ciepło, ciepło, gorąco – uff, nareszcie! Jest Piast! Legendarny założyciel dynastii – Piast ojciec Siemowita! Teraz można już do kronik włączyć legendę – pomyślał Gall i gęsim piórem wypisał na pergaminie łaciński tytuł: De duce Samowithay, qui dicitur Semouth, filio Past… – co na polski przetłumaczono później tak – ,,O księciu Samowitaj, zwanym Siemowitem, synu Piasta”.

Samowitaj – jak ładnie! I pomyśleć, jak się musiał nagimnastykować biedny Gall, próbując odtworzyć łacińską pisownią brzmienie słowiańskich imion – Samowitaj, Siemowit, Piast…

Według Galla Piast był ubogim chłopem spod Gniezna. Mieszkał na ziemiach należących do księcia Popiela i żeby zbudować na nich własne gospodarstwo, musiał zaciągnąć u pana pożyczkę, spłacając ją ciężką pracą.

Późniejsi kronikarze dodali mu jeszcze zawód – kołodziej. Może dlatego, że jego imię skojarzyło im się z kołem?

Piasta – to centralna część koła, ta, która styka się z osią, więc Piast może pochodzić od piasty, tak jak kołodziej od koła. Ten, który robi koła.

Niewiele ich chyba zrobił Piast. Na duże koła do wozów nie było wielu chętnych, bo wozy mieli tylko bogaci, a tych w sąsiedztwie nie było. Najbliższą okolicę zamieszkiwali tacy sami biedacy jak on. Chyba że robił koła dla Popiela, spłacając w ten sposób swój dług.

A za darmo – strugał pewnie małe, drewniane kółka dla miejscowej dzieciarni. Jego syn też miał takie kółko. Latał z nim po obejściu, boso, w lnianej, utkanej przez matkę koszuli, z włosów bardziej do dziewczynki niż do chłopca podobny, i wykrzykiwał wesoło:

– Wiśta! Wiśta wio!

W woźnicę się bawił. Zdawało mu się, że ma konia i duży, mocny wóz na prawdziwych kołach.

 

– Niech się bawi – mówiła Rzepicha. – Tyle jego, co tej zabawy.

I głaskała synka po głowie. A Piast, patrząc na jego długie włosy, wzdychał:

– Chłopak jest coraz większy. Niedługo przyjdzie czas na postrzyżyny. Gości trzeba będzie zaprosić.

– Zacznie się dla niego męski wiek… – westchnęła Rzepicha.

– Postrzyżyny? – zdziwił się Siemowit, bo pierwszy raz usłyszał to słowo.

– Włosy ci ostrzygą – wyjaśnił ojciec. – Żebyś wyglądał jak chłopak. Spod opieki matki przejdziesz pod moją. Będziesz pomagał mi w gospodarstwie, siał, orał.

– Będę! – ucieszył się Siemowit.

– Nie spiesz się – przytuliła go matka. – Praca na roli ciężka, a ty jeszcze mały.

– Duży! – sprzeciwił się Siemowit.

– A widziałeś, co ta robota z ojca zrobiła? Jak się postarzał, przygarbił z tej harówki. Konia nie mamy, drewno na opał na własnym grzbiecie ojciec z lasu nosi, żeby pole zaorać sam musi ciągnąć sochę… Ciebie to samo czeka. Więc lepiej pobaw się jeszcze przy mnie. A z postrzyżynami i tak musimy zaczekać. Gości trzeba zaprosić, a w domu pusto. Nie ma co podać na stół.

– Może po żniwach? – zastanowił się Piast. – Ziarno się zmiele, upieczesz placek, ja nałowię ryb, pszczołom podbiorę z barci trochę miodu…

Oby się udało – pomyślała Rzepicha.

Nie udało się. Lato było zimne, mokre, zboże pokładło się na polu, zaczęło gnić.

– Choruje – mówi Piast. – Wszystko dokoła choruje.

Jego też złożyła choroba. Był tak słaby, że do żniw poszła Rzepicha. I Siemowit. Ale co to były za żniwa. Mało co udało się uratować. Siemowit we wszystkim próbował teraz ojca zastąpić. Rąbał drewno na opał, nosił wodę. Nawet po miód się do lasu wybrał. Niewiele co prawda przyniósł i pszczoły go pożądliły, ale kiedy matka użalała się nad nim, machnął lekceważąco ręką:

– Nic to! – powiedział. – Nie ma o czym gadać.

I oznajmił, że następnego dnia pójdzie na ryby.

– Bez postrzyżyn przeszedł w męski wiek – westchnęła Rzepicha.

– Gości nie zaprosimy, ale włosy trzeba mu jednak ściąć – powiedział ojciec i oboje z matką zdecydowali: – Sami mu te postrzyżyny urządzimy. Upiecze się placek, mamy miód, chłopak przyniesie ryby…

Jedną tylko przyniósł.

– Nie martw się – pocieszył go ojciec. – Na drugi raz złowisz więcej. A teraz skocz po drewno, żeby było na czym upiec rybę i placek.

– Tylko nie bierz za dużo drewek naraz – zatroskała się matka.

Gdzie tam! Siemowit nałożył sobie na ręce taką stertę szczap, że nic spoza niej nie widział. Nagle…

– Witaj, chłopcze! – usłyszał czyjś głos. Nie – nawet dwa głosy…

– Witajcie! – rozłożył ręce do powitania.

Buch! – posypały się szczapki na ziemię i Siemowit zobaczył dwóch nieznajomych. Stali przed nim oparci na kijach, płaszcze mieli długie, z kapturami. Wędrowcy.

– Ładnie się witasz – uśmiechnął się do chłopca jeden z nich. – Sam się tak nauczyłeś?


– Jak sam, to może ty się nazywasz Samowitaj? – zażartował drugi.

– Nie – pokręcił głową i przedstawił się – Siemowit jestem. Dzisiaj mam postrzyżyny!

– Aleśmy dobrze trafili!

– Nie wiem, czy dobrze… – stropił się Siemowit. – Ojciec chory, ja tylko jedną rybę złowiłem. Ale jak zaraz polecę nad jezioro, może uda mi się złowić więcej.

– Stój! – zatrzymali go wędrowcy.

A Rzepicha wołała już od drzwi:

– Proszę, proszę, zapraszam! Proszę się rozgościć i przy stole siadać. Chata nie bogata, ale gościom rada!

Weszli, przywitali się z Piastem, usiedli.

– Syn mówił, że chorujecie. Nie martwcie się. Będzie dobrze. A chłopaka macie mądrego. Udał się. I postrzyżyny się udadzą. Patrzcie, co za traf! Z Kruszwicy idziemy, od Popiela. Tam też była uczta. A wina, mięsiwa tyle, że się stoły uginały!

– A u nas tylko ryba, placek i miód… – westchnął Piast.

– Ale wyście nas zaprosili do stołu, a Popiel nie. Wygnał i jeszcze psami poszczuł. Płaszcze nam poszarpały.

– Rzepicha naprawi – zapewnił Piast.

A ona zdążyła już rozpalić ogień, zaczyniła ciasto, skrobała rybę. Syna od pomocy odgoniła.

– Do postrzyżyn się przyszykuj! Umyj się i wdziej czystą koszulę!

Wędrowcy go ostrzygli. Wszyscy dokoła stali, on jeden siedział.

– Jak król! – stwierdził ojciec.

– Nawet koronę mam! – zawołał Siemowit, bo jeden z wędrowców, żeby włosy równo przyciąć, włożył chłopcu na głowę garnek. Wzdłuż garnka cięli. Równo przy brzegach. I razem powiedzieli do Siemowita:

– Może i prawdziwą koronę będziesz miał?

– Jak to? – zdziwił się chłopak. I nic więcej nie mógł już powiedzieć, bo ze zdziwienia oniemiał.

Stół uginał się od jedzenia! Jeden placek rozmnożył się w stertę! Jedna ryba – w dziesięć! I mięso było. I ciasta! I owoce!

Nie wiadomo, jak to się stało. Ale tak właśnie było.

A potem wszyscy siedzieli przy stole, jedli, pili, weselili się i wołali:

– Razem z gośćmi do domu Piasta weszła dobra nowina. Siemowit zostanie księciem!


Czy został? Wróćmy jeszcze raz do Galla Anonima. I legendę o postrzyżynach Siemowita zakończmy jego słowami:

„Po tym wszystkim młody Siemowit, syn Piasta, wzrastał w siły i lata, i z dnia na dzień postępował, i rósł w zacności do tego stopnia, że król królów i książę książąt za powszechną zgodą ustanowił go księciem Polski”.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?