Gambit królowejTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gambit królowej
Gambit królowej
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Gambit królowej
Audio
Gambit królowej
Audiobook
Czyta Aleksandra Popławska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Młoda damo – odezwał się za jej plecami pan Bradley. – Zapłać za czasopismo albo odłóż je na miejsce.

Odwróciła się przestraszona.

– Nie mogę tylko…?

– Przeczytaj, co tu jest napisane.

Na wysokości jej wzroku wisiała tabliczka z odręcznym napisem: „Chcesz poczytać – musisz kupić”. Beth zostało piętnaście centów. Kilka dni wcześniej pani Wheatley oznajmiła, że przez jakiś czas nie będzie jej wypłacać kieszonkowego; kończyły im się pieniądze, a pan Wheatley na dobre utknął na Zachodzie. Beth odłożyła czasopismo na stojak i wyszła z drogerii.

W połowie ulicy zatrzymała się i po chwili namysłu zawróciła. Na ladzie, obok łokcia pana Bradleya, leżał stos gazet. Zapłaciła dziesięć centów i wzięła jedną z nich. Pan Bradley był zajęty, obsługiwał panią, która przyszła wykupić receptę. Beth stanęła obok stojaka z prasą i czekała.

– Mamy to w trzech rozmiarach – powiedział później pan Bradley.

Usłyszała, jak odchodzi z klientką w głąb drogerii. Wzięła „Chess Review” i wsunęła je między strony dziennika.

Szła zalaną słońcem ulicą z gazetą pod pachą aż do następnej przecznicy. Na rogu zatrzymała się, wyjęła czasopismo, wsunęła je za pasek spódnicy i przykryła błękitnym sweterkiem z przetworzonej wełny, kupionym w domu towarowym Ben Snyder’s. Gazeta wylądowała w koszu na śmieci.

Wracając do domu ze zwiniętym w rulon czasopismem przyciśniętym do płaskiego brzucha, Beth znów zaczęła myśleć o tamtym ruchu wieżą, którego nie zrobił Morphy. Według „Chess Review” Morphy był „prawdopodobnie najgenialniejszym szachistą wszech czasów”. Wieża mogła stanąć na c7 i czarne pewnie nie zabiłyby jej skoczkiem, bo… Zatrzymała się w pół kroku. Gdzieś po drugiej stronie ulicy szczekał pies, na świeżo przystrzyżonym trawniku dwóch chłopców z wrzaskiem przeciągało linę. Po przesunięciu drugiego piona na g5 można byłoby zagrać wieżą po siódmej linii i gdyby czarne zabiły piona, białe mogłyby dać szacha gońcem z odsłony, a jeśli czarne nie zabiłyby piona…

Zamknęła oczy. Gdyby czarne nie zbiły piona, Morphy mógłby dać forsownego mata w dwóch ruchach. Najpierw poświęciłby gońca z szachem. Gdyby czarne go zbiły, biały pion wykonałby kolejne posunięcie do przodu i czarne nie mogłyby już nic zrobić. Byłoby po wszystkim. Jeden z chłopców po drugiej stronie ulicy zaczął płakać. Czarne byłyby bezbronne. Partia skończyłaby się w dwudziestu dziewięciu ruchach. W wersji opisanej w książce Morphy potrzebował trzydziestu sześciu, by zwyciężyć. Nie dostrzegł ruchu wieżą. A ona dostrzegła.

Słońce świeciło wysoko na czystym, błękitnym niebie. Gdzieś szczekał pies. Płakało dziecko. Beth wracała powoli do domu, odtwarzając w głowie partię szachów. Jej umysł był czysty jak doskonały, skrzący się brylant.

– Allston miał wrócić dwa tygodnie temu – mówiła pani Wheatley.

Siedziała na łóżku, obok niej leżała krzyżówka; na toaletce grał przyciszony telewizor. Beth przyniosła jej z kuchni kubek kawy rozpuszczalnej. Pani Wheatley była ubrana w różowy szlafrok, jej twarz pokrywała gruba warstwa pudru.

– Niedługo wraca? – spytała Beth.

Nie miała ochoty na rozmowę, chciała wrócić do lektury „Chess Review”.

– Nie może. Zatrzymały go ważne sprawy.

Beth kiwnęła głową.

– Chciałabym znaleźć pracę po szkole – powiedziała.

Pani Wheatley zamrugała i utkwiła spojrzenie w Beth.

– Pracę?

– Mogłabym pomagać w sklepie albo zmywać naczynia.

Pani Wheatley długo nie spuszczała z niej wzroku.

– W wieku trzynastu lat? – odezwała się w końcu. Wysmarkała się cicho w chusteczkę, którą następnie starannie złożyła. – Myślałam, że masz tutaj wszystko, czego ci trzeba.

– Chciałabym zarobić trochę pieniędzy.

– Na ciuchy, jak przypuszczam.

Beth nie odpowiedziała.

– Dziewczynki w twoim wieku nie pracują – zawyrokowała pani Wheatley. – A jeśli już, to tylko kolorowe. – Powiedziała „kolorowe” takim tonem, że Beth postanowiła nie drążyć tematu.

Żeby zapisać się do Federacji Szachowej Stanów Zjednoczonych, trzeba było opłacić składkę członkowską w wysokości sześciu dolarów. Kolejne cztery kosztowała prenumerata „Chess Review”. Beth znalazła w czasopiśmie jeszcze ciekawszą informację. Dział „Życie turniejowe” podzielony był według regionów, z których jeden obejmował stany Ohio, Illinois, Tennessee i Kentucky. Przeczytała ogłoszenie: „Mistrzostwa stanowe Kentucky, weekend po Święcie Dziękczynienia, Liceum imienia Henry’ego Claya, Lexington, sala gimnastyczna, pt., sb., niedz.”. I niżej: „Pula nagród: 185 dolarów. Wpisowe: 5 dolarów. Tylko dla członków FSSZ”.

Potrzebowała sześciu dolarów na składkę członkowską i pięciu na wpisowe. W drodze do śródmieścia autobus przejeżdżał obok Liceum imienia Henry’ego Claya. Jedenaście kwartałów od Janwell Drive. Do Święta Dziękczynienia zostało jeszcze pięć tygodni.

– Czy ktoś z was potrafi powiedzieć to z pamięci? – zapytała pani MacArthur.

Beth podniosła rękę.

– Beth?

Wstała.

– W każdym trójkącie prostokątnym suma kwadratów długości przyprostokątnych jest równa długości przeciwprostokątnej podniesionej do kwadratu. – Usiadła.

Margaret prychnęła i nachyliła się do Gordona, który siedział obok niej i czasem trzymał ją za rękę.

– Ta to ma mózgownicę – szepnęła delikatnym, dziewczęcym głosikiem, który ociekał pogardą.

Gordon roześmiał się. Beth patrzyła na jesienne liście za oknem.

– Nie mam pojęcia, gdzie się podziewają pieniądze! – powiedziała pani Wheatley. – W tym miesiącu prawie nic nie kupiłam, a mimo to z moich oszczędności zostały smętne resztki. Smętne resztki!

Opadła na obity perkalem fotel i uniosła wzrok. Przez parę minut wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w sufit, jakby spodziewała się, że spadnie z niego gilotyna.

– Zapłaciłam rachunki za prąd i telefon i kupowałam tylko najniezbędniejsze produkty. Nic ekstra. Zrezygnowałam ze śmietanki do porannej kawy, nie sprawiłam sobie żadnej nowej rzeczy, nie poszłam do kina ani na kiermasz dobroczynny, a zostało mi siedem dolarów, chociaż powinnam mieć co najmniej dwadzieścia. – Położyła na stoliku kilka pomiętych banknotów jednodolarowych, które przed chwilą wyłowiła z torebki. – Musimy za to przeżyć do końca października. Ledwie wystarczy na kurze szyje i płatki owsiane.

– Methuen nie przesyła pani pieniędzy? – spytała Beth.

Pani Wheatley oderwała wzrok od sufitu i spojrzała na nią.

– Tylko przez pierwszy rok – odparła ze spokojem. – Ale to wszystko idzie na ciebie!

Beth wiedziała, że to nieprawda. Sierociniec przysyłał co miesiąc siedemdziesiąt dolarów, a pani Wheatley nie wydawała na nią aż tyle.

– Potrzebujemy dwudziestu dolarów, żeby dożyć do pierwszego – powiedziała pani Wheatley. – Brakuje mi trzynastu. – Znowu spojrzała na sufit, a potem na Beth. – Muszę staranniej zapisywać wydatki.

– Może to przez inflację – zauważyła nie bez słuszności Beth. Wzięła tylko sześć na składkę członkowską.

– Może – zgodziła się pani Wheatley.

Pozostawał jeszcze problem pięciu dolarów na opłatę za udział w turnieju. Dzień po przemowie pani Wheatley na temat pieniędzy Beth zamknęła się w swoim pokoju, wyrwała kartkę z zeszytu do wypracowań i napisała list do pana Shaibela, woźnego, dom dziecka Methuen, Mount Sterling, Kentucky.

Drogi Panie Shaibel,

odbędzie się tutaj turniej szachowy. Pierwsza nagroda wynosi sto dolarów, a druga pięćdziesiąt. Będą też inne nagrody. Za udział trzeba zapłacić pięć dolarów, których nie mam.

Jeśli przyśle mi pan pieniądze, to jeśli zdobędę jakąkolwiek nagrodę, oddam panu dziesięć.

Z wyrazami głębokiego uszanowania

Elizabeth Harmon

Następnego ranka, zanim pani Wheatley wstała, Beth wzięła kopertę i znaczek z zapchanego szpargałami biurka w salonie. Po drodze do szkoły wrzuciła list do skrzynki.

W listopadzie wyjęła kolejnego dolara z portmonetki pani Wheatley. Minął już tydzień od wysłania listu do pana Shaibela, ale odpowiedź ciągle nie nadchodziła. Tym razem Beth część pieniędzy przeznaczyła na „Chess Review”. Znalazła w nim zapisy kilku partii, które udało jej się poprawić – w tym jedną młodego arcymistrza Benny’ego Wattsa. Benny Watts był mistrzem Stanów Zjednoczonych.

Pani Wheatley często łapała przeziębienia.

– Mam predylekcję do infekcji wirusowych – oświadczyła. – Albo one do mnie.

Wręczyła Beth receptę do zrealizowania w drogerii Bradleya i dziesięć centów, żeby kupiła sobie coca-colę.

Pan Bradley obrzucił ją dziwnym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Poszedł z receptą na zaplecze. Beth uważała, żeby nie stanąć obok stojaka z prasą. „Chess Review”, które ukradła wcześniej, było jedynym egzemplarzem. Pewnie szybko się zorientował.

Pan Bradley wrócił z zaplecza, niosąc plastikowy pojemnik z zadrukowaną etykietką. Postawił go na ladzie i schylił się po papierową torebkę. Beth nie mogła oderwać wzroku od zawartości pojemniczka. Wypełniały go podłużne, jaskrawozielone pastylki.

– To moje tabletki na uspokojenie – powiedziała pani Wheatley. – McAndrews uznał, że potrzebuję spokoju.

– Kto to McAndrews? – spytała Beth.

– Doktor McAndrews, mój lekarz. – Zdjęła wieczko i wyjęła z fiolki dwie zielone pastylki. – Kochanie, możesz mi przynieść szklankę wody?

– Tak, proszę pani – powiedziała Beth.

– Dlaczego napełniają je tylko do połowy? – westchnęła pani Wheatley, kiedy Beth szła do łazienki.

W listopadowym numerze opublikowano zapisy dwudziestu dwóch partii z zamkniętego turnieju w Moskwie. Szachiści, którzy w nim grali, nosili bajkowo brzmiące nazwiska, takie jak Botwinnik, Petrosjan czy Łajew. Było tam także zdjęcie dwóch pochylonych nad szachownicą zawodników. Mieli ciemne włosy i zaciśnięte usta, obaj występowali w czarnych garniturach. W tle majaczyła nieostro ogromna, wypełniona ludźmi widownia.

W półfinałowej partii rozegranej przez Petrosjana i kogoś o nazwisku Benkowitz Beth zauważyła, że Petrosjan popełnił błąd. Niepotrzebnie rozpoczął atak pionami. Amerykański arcymistrz, który napisał komentarz, uznał, że była to dobra koncepcja, ale Beth okazała się przenikliwsza. Dlaczego Petrosjan źle ocenił sytuację? Dlaczego Amerykanin nie dostrzegł jego błędu? Obaj mieli dużo czasu na zastanowienie, bo według czasopisma partia trwała pięć godzin.

 

Margaret zasunęła zasuwkę na szafce, ale nie ustawiła szyfru. Brały prysznic w sąsiednich kabinach i Beth widziała sterczące stożki całkiem już sporych piersi dziewczyny. Klatka piersiowa Beth nadal była płaska jak u chłopca, włosy łonowe dopiero zaczynały jej rosnąć. Margaret nie zwracała na nią uwagi, mydliła ciało, nucąc coś pod nosem. Beth wyszła spod prysznica, owinęła się ręcznikiem i mokra wróciła do pustej szatni.

Pospiesznie wytarła ręce i tłumiąc dźwięk ręcznikiem, cichutko otworzyła szafkę Margaret. Woda kapała jej z włosów, ale to nic, i tak cała podłoga była zachlapana po WF-ie chłopaków. Powoli uchyliła drzwiczki, uważając, żeby nie skrzypnęły. Serce tłukło się w jej piersi jak małe zwierzątko.

W środku leżała piękna brązowa torebka z prawdziwej skóry. Beth jeszcze raz wytarła ręce i wytężając słuch, zdjęła ją z półki. Spod pryszniców dobiegały chichoty i nawoływania kąpiących się dziewcząt, ale nic więcej. Specjalnie pierwsza weszła do łazienki, zajęła kabinę przy drzwiach, a potem szybko się wymknęła. Jeszcze trochę potrwa, zanim skończą się kąpać.

W torebce znajdowały się kolorowe pocztówki, szminka, szylkretowy grzebyk i elegancka chusteczka do nosa. Pogrzebała głębiej. Na spodzie leżały spięte srebrnym klipsem banknoty. Wyciągnęła je. Dwie piątki. Po krótkim wahaniu zabrała obie. Odłożyła torebkę na miejsce i zasunęła zasuwkę.

Drzwi jej własnej szafki były zamknięte, ale też nie na zamek. Otworzyła je teraz i wsunęła dwie piątki z klipsem do podręcznika do matematyki. Zamknęła szafkę, tym razem na szyfr, wróciła pod prysznic i myła się, dopóki pozostałe dziewczyny nie wyszły spod natrysków.

Ubierała się w pustej szatni. Margaret nie zajrzała do torebki. Beth westchnęła głęboko, jak pani Wheatley. Nadal czuła gwałtowne bicie serca. Wyjęła klips do banknotów z podręcznika do matematyki i wsunęła go pod szafkę, w której wcześniej Margaret trzymała swoje rzeczy. Mógł jej zwyczajnie wypaść z torebki, pieniądze mógł zabrać ktokolwiek. Zwinęła banknoty i schowała je do buta. Następnie zdjęła z półki własną plastikową torebkę, otworzyła ją i sięgnęła do kieszonki z lusterkiem. Wzięła dwie zielone tabletki, włożyła je do ust i popiła przy umywalce wodą z tekturowego kubeczka.

Tego dnia na kolację było spaghetti z pulpecikami z puszki, a na deser galaretka. Kiedy Beth zmywała naczynia, pani Wheatley poszła do salonu i pogłośniła telewizor.

– Och, byłabym zapomniała! – wykrzyknęła nagle.

Beth spokojnie szorowała garnek po makaronie. Po chwili pani Wheatley wróciła do kuchni z zalepioną kopertą.

– To do ciebie – powiedziała i wróciła do oglądania wiadomości.

Koperta była zapaćkana, a adres napisany ołówkiem. Beth wytarła ręce i otworzyła list; w środku znajdowało się pięć jednodolarowych banknotów, bez żadnej kartki. Długo stała przy zlewie, ściskając w dłoni pieniądze.

Zielone tabletki kosztowały cztery dolary za fiolkę o zawartości pięćdziesięciu sztuk. Na etykietce widniał napis „Do trzykrotnego napełnienia”. Beth zapłaciła czterema jednodolarówkami. Szybko wróciła do domu i odłożyła receptę do szuflady w biurku pani Wheatley.

Rozdział 4

Przy biurku obok wejścia do sali gimnastycznej siedzieli dwaj mężczyźni w białych koszulach. W środku ustawiono w rzędach długie stoły z zielono-białymi szachownicami. Było już sporo ludzi, niektórzy rozmawiali, parę osób grało w szachy. Głównie młodzi mężczyźni i chłopcy. Beth zauważyła jedną kobietę; nie widziała nikogo, kto nie byłby biały. Po lewej stronie biurka stała tabliczka z napisem „Opłaty turniejowe”. Beth podeszła ze swoimi pięcioma dolarami w dłoni.

– Masz zegar? – zapytał siedzący po lewej mężczyzna.

– Nie.

– Wypożyczamy zegary. Jeśli twój przeciwnik nie będzie go miał, przyjdź do mnie. Zaczynamy za dwadzieścia minut. Jaki masz ranking?

– Nie mam rankingu.

– Grałaś już kiedyś w turnieju?

– Nie.

– Jesteś pewna, że tego chcesz? – Wskazał na jej pieniądze.

– Jestem pewna.

– Nie mamy sekcji kobiecej.

Popatrzyła na niego bez słowa.

– Wpiszę cię do początkujących.

– Nie – powiedziała Beth. – Nie jestem początkująca.

– Jeśli nie masz rankingu, grasz w początkujących, z szachistami z rankingiem poniżej tysiąca sześciuset – odparł drugi mężczyzna, który dotąd w milczeniu przysłuchiwał się ich rozmowie.

Beth nie zwracała większej uwagi na podawane w „Chess Review” rankingi, ale wiedziała, że mistrzowie mają powyżej dwóch tysięcy dwustu.

– Ile wynosi nagroda w początkujących? – zapytała.

– Dwadzieścia.

– A w innych sekcjach?

– Główna nagroda w grupie otwartej to sto dolarów.

– Czy to wbrew przepisom, żebym grała w otwartej?

– Właściwie nie, ale… – Pokręcił głową.

– To niech mnie pan wpisze do otwartej. – Podała mu pieniądze.

Mężczyzna wzruszył ramionami i wręczył Beth formularz zgłoszeniowy.

– Jest trzech facetów z rankingiem powyżej tysiąca ośmiuset. Może się zjawić Beltik, a on jest mistrzem stanu. Pożrą cię żywcem.

Wzięła długopis i zaczęła wypełniać formularz. Wpisała swoje nazwisko i adres, a kiedy doszła do rubryki „Ranking”, wstawiła w nią duże zero. Oddała kartkę.

Turniej zaczął się z dwudziestominutowym opóźnieniem. Trochę trwało, zanim ogłosili kojarzenia. Kiedy przypinali do tablicy nazwiska, Beth zapytała mężczyznę, który stał obok, czy zostały dobrane losowo.

– Bynajmniej – powiedział. – W pierwszej rundzie układają pary według rankingów. Dalej zwycięzca gra ze zwycięzcą, a przegrany z przegranym.

Wreszcie na tablicy pojawiła się kartka z jej nazwiskiem i Beth przeczytała: „Harmon – bez rank. – czarne”. Niżej przypięto kartkę „Packer – bez rank. – białe”. Przy obu widniał numer dwadzieścia siedem. Ostatni.

Podeszła do szachownicy oznaczonej tym numerem i usiadła po stronie czarnych. Była to ostatnia szachownica na ostatnim stole.

Obok Beth siedziała kobieta około trzydziestki. Po chwili podeszły jeszcze dwie kobiety. Jedna z nich miała jakieś dwadzieścia lat, druga – przeciwniczka Beth – była wysoką, grubawą licealistką. Beth rozejrzała się po sali. Szachiści zajmowali swoje miejsca albo już siedzieli i zaczynali grać. Głównie mężczyźni, przeważnie młodzi. Cztery kobiety, które uczestniczyły w turnieju, zostały usadzone razem na szarym końcu i rywalizowały między sobą.

Przeciwniczka Beth niezdarnie usiadła na krześle i postawiła na stole zegar o dwóch tarczach.

– Annette Packer – przedstawiła się, wyciągając rękę do Beth. Jej dłoń była duża i wilgotna.

– Beth Harmon – powiedziała Beth. – Nie wiem, jak się obsługuje zegar szachowy.

– Tarcza od twojej strony mierzy twój czas gry. – Annette wyraźnie się ucieszyła, że może jej coś wytłumaczyć. – Każdy z graczy ma dziewięćdziesiąt minut. Kiedy zrobisz ruch, naciskasz przycisk na górze i zegar zaczyna odliczać czas twojego przeciwnika. Na obu tarczach nad dwunastką jest czerwona chorągiewka, która opadnie, kiedy skończy ci się czas. Wtedy przegrywasz.

Beth kiwnęła głową. Półtorej godziny to bardzo długo, rozegranie partii nigdy nie zajmowało jej więcej niż dwadzieścia minut. Przy każdym z grających leżała pokratkowana kartka do zapisywania kolejnych posunięć.

– Możesz już włączyć mój zegar – powiedziała Annette.

– Dlaczego posadzili wszystkie dziewczyny obok siebie? – spytała Beth.

– Nie powinni tak robić. Ale jeśli wygrasz, przejdziesz wyżej.

Beth nacisnęła przycisk i zegar Annette zaczął tykać. Dziewczyna nerwowym gestem podniosła piona, który stał na e2, i przestawiła go na e4.

– A, i obowiązuje zasada „dotknięta posunięta” – uprzedziła.

– Co to znaczy?

– Nie dotykaj bierki, jeśli nie jesteś pewna, że chcesz nią zagrać. Jeśli jej dotkniesz, musisz zrobić ruch.

– Dobrze – powiedziała Beth. – Nie powinnaś już zatrzymać swojego zegara?

– Przepraszam.

Annette nacisnęła przycisk. Teraz zaczął tykać zegar Beth. Pewnym ruchem przestawiła piona na c5. Obrona sycylijska. Przełączyła zegar i oparła łokcie na stole po obu stronach szachownicy, jak Rosjanie na zdjęciach.

W ósmym ruchu rozpoczęła atak. W dziesiątym zbiła Annette gońca, a w siedemnastym hetmana. Jej przeciwniczka nie zdążyła nawet zrobić roszady. Kiedy Beth zabrała jej hetmana, Annette przewróciła swojego króla.

– Szybko poszło – stwierdziła z ulgą, jakby ucieszyła się, że przegrała.

Beth sprawdziła tarcze zegara. Annette wykorzystała trzydzieści minut, a ona siedem. Jedyne, co sprawiło jej jakąkolwiek trudność, to czekanie, aż Annette wykona swój ruch.

Początek następnej rundy był wyznaczony dopiero na jedenastą. Beth zapisała partię, którą rozegrała z Annette, i zakreśliła u góry swoje nazwisko jako zwycięzcy. Podeszła do biurka przy wejściu do sali i włożyła kartkę z zapisem do koszyka „Wygrane”. Jej blankiet był pierwszy. Kiedy odchodziła, podszedł młody mężczyzna wyglądający na studenta i dorzucił swój. Beth już wcześniej zauważyła, że większość uczestników turnieju nie grzeszy urodą. Mieli tłuste włosy, niezdrową cerę albo nadwagę, niektórzy sprawiali wrażenie nerwusów. Jednak ten chłopak był wysoki, szczupły, wyluzowany i miał przystojną, szczerą twarz. Skinął jej głową, przyjaźnie i z uznaniem, rozpoznając w niej drugiego szybkiego gracza, a ona odpowiedziała mu tym samym.

Krążyła cicho po sali, obserwując rozgrywane partie. Kolejna para skończyła grać i zwycięzca poszedł oddać swój zapis. Nie znalazła żadnej ciekawej pozycji. Na siódmej szachownicy, blisko wejścia, czarne mogły zbić wieżę w dwóch posunięciach i Beth czekała na ruch gońcem, ale grający czarnymi po prostu wymienił piona w centrum. Nie zauważył tej kombinacji.

Pierwsza szachownica była oznaczona numerem trzy, a nie jeden. Beth omiotła wzrokiem salę, rzędy pochylonych głów, sekcję początkujących pod przeciwległą ścianą. Szachiści kolejno kończyli swoje partie i wstawali z krzeseł. W głębi pomieszczenia zauważyła drzwi, na które nie zwróciła dotychczas uwagi. Na ścianie nad nimi wisiała kartonowa tabliczka z napisem „Pierwsze szachownice”. Podeszła do nich.

Była to mała salka, niewiele większa od salonu pani Wheatley. Stały w niej tylko dwa stoły i przy obu toczyła się gra. Ustawiono je pośrodku pomieszczenia i ogrodzono czarnym aksamitnym sznurem, żeby widzowie nie podchodzili zbyt blisko do grających. W salce stało czterech czy pięciu widzów, większość z nich przy pierwszej szachownicy, po lewej. Wśród nich był wysoki, przystojny chłopak, którego spotkała wcześniej.

Zawodnicy przy pierwszej szachownicy sprawiali wrażenie maksymalnie skoncentrowanych. Zegar na ich stoliku wyglądał inaczej niż te, które Beth dotąd widziała, był większy i masywniejszy. Jeden z graczy był gruby, łysawy i posępny jak Rosjanie na zdjęciach i tak jak oni nosił ciemny garnitur. Drugi, znacznie młodszy, miał na sobie szary sweter, a pod spodem białą koszulę. Nie odrywając wzroku od szachownicy, odpiął guziki mankietów i podciągnął rękawy, najpierw jeden, potem drugi. Beth przeszedł dreszcz podniecenia. To były prawdziwe szachy. Z zapartym tchem studiowała pozycję na szachownicy. Potrzebowała kilku chwil, by ją dogłębnie przeanalizować, była zrównoważona i trudna, jak partie mistrzów w „Chess Review”. Wiedziała, że teraz jest kolej na czarne, bo po ich stronie tykał zegar, i w tym samym momencie, gdy pomyślała, że powinny zagrać skoczkiem na c5, starszy gracz wyciągnął rękę i przestawił skoczka na c5.

Przystojny młodzieniec stał z tyłu, oparty plecami o ścianę. Beth podeszła do niego.

– Kto to? – spytała.

– Beltik i Cullen. Beltik jest mistrzem stanu.

– Który jest który?

Chłopak położył palec na ustach.

– Beltik to ten młodszy – wyjaśnił szeptem.

To ją zaskoczyło. Mistrz szachowy stanu Kentucky był mniej więcej rówieśnikiem Fergussena.

– Jest arcymistrzem?

– Pracuje nad tym. Tytuł mistrza ma już od kilku lat.

– Och – westchnęła.

– To wymaga czasu. Musisz grać z arcymistrzami.

– Jak dużo czasu?

Mężczyzna, który stał przed nimi przy czarnym sznurze, odwrócił się i zgromił ich wzrokiem. Wysoki chłopak pokręcił głową i zasznurował usta. Beth wróciła do obserwowania gry. Wchodziły kolejne osoby, salka stopniowo wypełniała się widzami. Beth pilnowała swojego miejsca z przodu.

Pozycja w centrum była bardzo napięta. Studiowała ją przez kilka minut, zastanawiając się, co by zrobiła, gdyby to ona grała, ale nie była pewna. Ruch należał do Cullena. Czekała niecierpliwie, wydawało jej się, że mężczyzna namyśla się w nieskończoność. Cullen siedział nieruchomo z czołem opartym na zaciśniętych pięściach i złączonymi pod stołem kolanami. Beltik ziewnął szeroko, odchylił się na oparcie krzesła i spoglądał z rozbawieniem na łysą czaszkę swojego przeciwnika. Beth zauważyła, że ma zepsute zęby, ciemne plamy na szkliwie i kilka ubytków, a do tego niestarannie ogoloną szyję.

 

Wreszcie Cullen zrobił swój ruch. Wymienił skoczka w centrum. Nastąpiło kilka szybkich posunięć, gracze wymienili po kolejnym skoczku i po gońcu, napięcie na szachownicy osłabło. Kiedy znów przyszła kolej na Cullena, podniósł wzrok na Beltika.

– Remis? – zaproponował.

– Do diabła, nie – powiedział Beltik.

Przez chwilę wpatrywał się niecierpliwie w szachownicę, potem jego twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie, walnął pięścią w otwartą dłoń i przesunął gońca na siódmą linię. Beth podobał się ten ruch, podobało się zdecydowanie, z jakim Beltik podnosił bierki i przestawiał je zamaszyście na nowe pola.

Pięć ruchów później Cullen się poddał. Zostały mu tylko dwa piony, jego goniec utknął związany na ostatniej linii i kończył mu się czas. Eleganckim i jednocześnie lekceważącym gestem przewrócił swojego króla, pospiesznie uścisnął dłoń Beltikowi, podniósł się z krzesła, przeszedł nad aksamitnym sznurem i potrącając Beth, wyszedł z sali. Beltik wstał i się przeciągnął. Patrzyła, jak stoi nad szachownicą z przewróconym królem, i czuła gwałtowny przypływ ekscytacji. Dostała gęsiej skórki na ramionach i nogach.

W drugiej rundzie grała na trzynastej szachownicy. Jej przeciwnikiem był niski, żwawy mężczyzna nazwiskiem Cooke z rankingiem 1520. Napisała drukowanymi literami u góry blankietu „Harmon, bez rank. – Cooke, 1520”. Tym razem to ona grała białymi. Przesunęła piona na d4 i włączyła zegar Cooke’a. Błyskawicznie wykonał ruch, przestawiając piona na d5. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego, co chwila rozglądał się niespokojnie po sali i wiercił się na krześle.

Beth też grała szybko, jakby jego zniecierpliwienie było zaraźliwe. W ciągu pięciu minut oboje wyprowadzili figury i Cooke rozpoczął atak na skrzydle hetmańskim. Postanowiła to zignorować i zagrać skoczkiem. Błyskawicznie przesunął piona i Beth z zaskoczeniem stwierdziła, że jeśli go zbije, wystawi się na paskudny podwójny atak. Zawahała się. Cooke grał całkiem nieźle. W końcu ranking tysiąc pięćset musiał coś znaczyć. Był lepszy od pana Shaibela i pana Ganza i trochę ją przerażał tym swoim niecierpliwym zachowaniem. Zagrała wieżą na c1, atakując czarnego piona.

Cooke ją zaskoczył. Zbił z szachem piona h2, poświęcając gońca. Nagle straciła pewność siebie. Wpatrywała się w szachownicę, próbując odgadnąć, co on kombinuje. W końcu to dostrzegła. Jeśli zbije gońca, dostanie szacha skoczkiem, który następnie odbije figurę. Zostanie bez piona z odsłoniętym królem. Żołądek zacisnął jej się na supeł; nie lubiła być zaskakiwana. Znalezienie rozwiązania zajęło jej całą minutę. Odeszła królem, ale nie zbiła gońca.

Cooke i tak zagrał skoczkiem. Beth wymieniła piona na drugim końcu szachownicy, otwierając linię a dla swojej wieży. Cooke w dalszym ciągu nękał na różne sposoby jej króla. Wiedziała jednak, że o ile nie da się złapać w którąś z jego pułapek, nic jej na razie nie grozi. Opanowała wieżą linię a, następnie wprowadziła na nią hetmana. Podobał jej się ten układ, w wyobraźni porównała figury do dwóch armat ustawionych w rzędzie i przygotowanych do strzału.

Po następnych trzech ruchach mogły wypalić. Cooke, obsesyjnie pochłonięty zastawianiem pułapek na jej króla, nie zauważył, co się dzieje. Jego posunięcia były ciekawe, ale słabe, ponieważ nie kontrolował całej szachownicy. Gdyby skupiła się wyłącznie na uniknięciu mata, pokonałby ją w czterech ruchach po pierwszym szachu gońcem. Tymczasem to ona przygwoździła go w trzech. Kiedy zobaczyła, co może zrobić jej wieża, krew napłynęła jej do twarzy. Przesunęła hetmana na ostatnią linię, podstawiając go czarnej wieży, która jeszcze nie zdążyła się ruszyć ze swojej pozycji wyjściowej. Cooke przestał się wiercić na krześle i spojrzał na Beth. Spokojnie wytrzymała jego wzrok. Wrócił do studiowania pozycji na szachownicy i w końcu, po dłuższej chwili, podniósł wieżę i zbił nią hetmana.

Coś w Beth miało ochotę krzyczeć ze szczęścia, ale się opanowała. Przesunęła wieżę o jedno pole i powiedziała cicho „szach”. Cooke wyciągnął rękę, żeby zagrać królem, ale zatrzymał ją w połowie ruchu. Nagle dotarło do niego, co zaraz się stanie: straci hetmana, a potem wieżę, którą przed chwilą zabił hetmana. Zerknął na Beth. Siedziała spokojnie na swoim miejscu. Przeniósł wzrok na szachownicę i przez kilka minut wpatrywał się w nią, wiercąc się i marszcząc czoło.

– Remis? – Spojrzał w końcu na Beth.

Pokręciła głową.

– Załatwiłaś mnie – stwierdził ponuro. – Poddaję się. – Wstał i podał jej rękę. – W ogóle nie zauważyłem, co się święci.

Jego uśmiech był zaskakująco ciepły.

– Dziękuję. – Beth uścisnęła mu dłoń.

W przerwie na lunch kupiła kanapkę i mleko w drogerii przecznicę od liceum. Zjadła samotnie przy kontuarze i wyszła.

Trzecią partię rozegrała ze starszym panem w bezrękawniku. Nazywał się Kaplan i miał ranking 1694. Grała czarnymi, wybrała obronę Nimzowitscha i zwyciężyła w trzydziestu czterech ruchach. Pokonałaby go szybciej, ale świetnie się bronił, chociaż grający białymi powinien prowadzić atak. Poddał się, dopiero gdy całkowicie rozbiła obronę króla, za chwilę miał stracić gońca, a do tego miała dwa wolne piony. Wyglądał na oszołomionego. Otaczała ich grupka szachistów, którzy z zainteresowaniem obserwowali partię.

Kiedy wreszcie skończyli, było już wpół do czwartej. Kaplan grał irytująco wolno i Beth kilka razy wstawała od stołu, żeby wychodzić nadmiar energii. Gdy wreszcie zaniosła blankiet do koszyka „Wygrane”, większość partii zdążyła już się skończyć i szachiści rozchodzili się na obiad. Tego dnia odbywała się jeszcze jedna runda, o dwudziestej, kolejne trzy zaplanowano na sobotę. Finał miał zostać rozegrany w niedzielę o jedenastej.

Beth poszła do damskiej toalety i umyła ręce i twarz. Czuła się dziwnie brudna po trzech partiach szachów. Przyjrzała się sobie w lustrze. W ostrym blasku świetlówki zobaczyła to, co zawsze: okrągłą, nieciekawą twarz i bezbarwne włosy. Zaszła w niej jednak jakaś zmiana. Miała zaróżowione policzki, a jej oczy patrzyły z ożywieniem, jakiego nigdy dotąd w nich nie widziała. Po raz pierwszy podobało jej się własne odbicie.

Dwaj młodzi mężczyźni, którzy wcześniej urzędowali za biurkiem, przypinali kartki na tablicy ogłoszeń przed wejściem do sali gimnastycznej. Zebrała się tam grupka szachistów, wśród których był także wysoki przystojniak. Dołączyła do nich. Pod wykonanym grubym markerem nagłówkiem „Bez porażki” widniały cztery nazwiska. Na samym dole: „Harmon”. Beth z wrażenia zaparło dech. Listę otwierał Beltik.

– To ty jesteś Harmon, prawda? – spytał wysoki przystojniak.

– Tak.

– Tak trzymaj, mała. – Uśmiechnął się.

– Harmon! – zawołał w tym samym momencie mężczyzna w białej koszuli, który wcześniej próbował ją wpisać do sekcji początkujących.

Odwróciła się w jego stronę.

– Wygląda na to, że miałaś rację – przyznał.

Kiedy Beth wróciła do domu, pani Wheatley jadła obiad złożony z duszonej wołowiny z warzywami i ziemniaczanego purée z mrożonki. W telewizji leciał, bardzo głośno, Bat Masterson.

– Twoja porcja jest w piekarniku – powiedziała pani Wheatley.

Siedziała w obitym perkalem fotelu, trzymając na kolanach aluminiową tacę. Zrolowane do kostek pończochy leżały jak obwarzanki na jej czarnych domowych pantoflach.

– Jak ci poszło, kochanie? – zapytała w przerwie na reklamy.

Beth jadła marchewkę z odgrzanego w piekarniku gotowego dania.

– Wygrałam trzy partie.

– Jak miło – powiedziała pani Wheatley, nie odrywając wzroku od ekranu, na którym dżentelmen w szacownym wieku opowiadał o uldze, jakiej doznał po zażyciu środka przeczyszczającego Haley’s M-O.

Wieczorem Beth siedziała nad szóstą szachownicą naprzeciwko nieatrakcyjnego młodego człowieka o nazwisku Klein, który miał ranking 1794. „Chess Review” drukowało czasem partie szachistów z niższym rankingiem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?