Gambit królowejTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gambit królowej
Gambit królowej
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Gambit królowej
Audio
Gambit królowej
Audiobook
Czyta Aleksandra Popławska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

– Widzę, Elizabeth, że za dwa miesiące skończysz trzynaście lat – powiedziała pani Deardorff.

– Tak, proszę pani.

Beth siedziała na prostym drewnianym krześle naprzeciwko pani Deardorff. Fergussen przyprowadził ją z sali nauki własnej. Była jedenasta. Minęły trzy lata od jej poprzedniej wizyty w gabinecie dyrektorki.

– Dwanaście lat to cudowny wiek! – wykrzyknęła z wymuszoną wesołością pani, która siedziała na kanapie.

Miała na sobie jedwabną sukienkę i błękitny rozpinany sweterek. Byłaby całkiem ładna, gdyby nie nadmiar różu i szminki oraz nerwowy sposób poruszania ustami, kiedy mówiła. Obok niej siedział mężczyzna w trzyczęściowym garniturze w pepitkę.

– Elizabeth ma dobre stopnie z wszystkich przedmiotów – ciągnęła pani Deardorff. – Z czytania i matematyki jest najlepsza w klasie.

– Bardzo ładnie! – powiedziała nieznajoma. – Ja nie miałam głowy do matematyki. – Obdarzyła Beth promiennym uśmiechem. – Jestem pani Wheatley – dodała tonem zwierzenia.

Mężczyzna odchrząknął, ale się nie odezwał. Jego mina sugerowała, że wolałby być gdzie indziej.

Beth kiwnęła głową. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć pani Wheatley. Po co kazali jej tu przyjść?

Pani Deardorff opowiadała o jej postępach w nauce, a kobieta w błękitnym sweterku słuchała w pełnym zachwytu uniesieniu. Dyrektorka ani słowem nie wspomniała o historii z zielonymi tabletkami; mówiła o Beth tonem chłodnej aprobaty. W końcu mężczyzna odchrząknął po raz drugi, zmienił niezgrabnie pozycję i odwrócił się do Beth, patrząc gdzieś nad jej głową.

– Mówią do ciebie Elizabeth? – spytał. – Czy może Betty?

Zerknęła na niego.

– Beth – powiedziała. – Mówią do mnie Beth.

Po kilku tygodniach zapomniała o wizycie w gabinecie pani Deardorff. Całkowicie pochłonęły ją nauka i czytanie. Wpadł jej w ręce komplet powieści dla dziewcząt i każdą wolną chwilę poświęcała na lekturę – w czasie przeznaczonym na naukę własną, wieczorem w łóżku, w niedzielne popołudnia. Były to książki o przygodach najstarszej córki z wielkiej, poplątanej rodziny. Pół roku wcześniej do świetlicy wstawiono telewizor i co wieczór przez godzinę można go było oglądać, ale Beth odkryła, że od Kocham Lucy i Gunsmoke woli przygody Ellen Forbes. Siadała na łóżku w pustej sypialni i czytała do zgaszenia świateł. Nikt jej nie przeszkadzał.

Pewnego wieczoru w połowie września do sali dziewcząt zajrzał Fergussen.

– Nie powinnaś się teraz pakować? – spytał.

Położyła kciuk na stronie, którą czytała, i zamknęła książkę.

– Dlaczego?

– Nie powiedzieli ci?

– O czym?

– Zostałaś adoptowana. Zabiorą cię jutro po śniadaniu.

Siedziała na brzegu łóżka, w osłupieniu wpatrując się w obszerny T-shirt Fergussena.

– Jolene, nie mogę znaleźć mojej książki – powiedziała przed zgaszeniem świateł.

– Jakiej książki? – spytała sennym głosem Jolene.

– Współczesne debiuty szachowe, z czerwoną okładką. Była w mojej szafce nocnej.

– Nie mam pojęcia. – Jolene pokręciła głową.

Beth od kilku tygodni nie miała jej w ręku, ale pamiętała, że włożyła ją na dno drugiej szuflady od góry. Plastikowa brązowa walizka stała spakowana przy łóżku; znajdowały się w niej trzy sukienki i cztery komplety bielizny, szczoteczka do zębów, kostka mydła Dial, dwie spinki do włosów i kilka zwykłych bawełnianych chusteczek do nosa. Szafka była zupełnie pusta. Szukała książki w bibliotece, ale tam też jej nie znalazła. Nie przychodziło jej do głowy żadne inne miejsce. Od trzech lat grała w szachy tylko w wyobraźni, ale Współczesne debiuty szachowe były jedynym, co posiadała, i zależało jej na tej książce.

– Twierdzisz, że jej nie widziałaś? – Zerknęła z ukosa na przyjaciółkę.

Jolene wpadła w złość.

– Uważaj, kogo oskarżasz. Twoja książka nie jest mi do niczego potrzebna. – Zamilkła na chwilę. – Podobno stąd wychodzisz – dodała łagodniejszym tonem.

– Tak.

Jolene parsknęła śmiechem.

– W czym problem? Wolałabyś zostać?

– Sama nie wiem.

Jolene naciągnęła prześcieradło pod samą brodę.

– Mów tylko „Tak, proszę pana” i „Tak, proszę pani” i wszystko będzie dobrze. Powtarzaj, że jesteś wdzięczna, że dali ci chrześcijański dom, to może wstawią ci do pokoju telewizor. – W jej głosie było coś dziwnego.

– Jolene, przepraszam.

– Za co?

– Że nie zostałaś adoptowana.

– Kurde – prychnęła Jolene. – Dobrze mi tu, gdzie jestem.

Odwróciła się plecami do Beth i zwinęła w kłębek. Beth wyciągnęła dłoń, żeby jej dotknąć, ale akurat w tym momencie do sypialni weszła panna Furth.

– Gasimy światła, dziewczęta!

Beth wróciła, po raz ostatni, do swojego łóżka.

Następnego dnia pani Deardorff odprowadziła ich na parking i stanęła przy samochodzie, czekając, aż pan Wheatley zajmie miejsce za kierownicą, a jego żona i Beth usadowią się z tyłu.

– Sprawuj się dobrze, Elizabeth – powiedziała.

Beth skinęła głową i w tym momencie zauważyła kogoś za plecami pani Deardorff, na ganku budynku administracyjnego. Pan Shaibel. Stał z rękami w kieszeniach roboczego kombinezonu i patrzył w stronę samochodu. Chciała wysiąść i do niego podejść, ale pani Deardorff zastępowała jej drogę, więc opadła z powrotem na oparcie fotela. Pani Wheatley zaczęła mówić, a pan Wheatley włączył silnik.

Kiedy wyjeżdżali z parkingu, Beth odwróciła się do tyłu i pomachała, ale pan Shaibel nie zareagował. Nie wiedziała, czy ją widział, czy nie.

– Szkoda, że nie widziałaś ich twarzy – mówiła pani Wheatley. Miała na sobie ten sam błękitny sweterek, ale sukienka pod spodem tym razem była szara i sprana, a nylonowe pończochy zrolowane do kostek. – Zajrzeli do wszystkich szafek, sprawdzili nawet lodówkę. Ewidentnie byli pod wrażeniem mojej zapobiegliwości. Weź sobie dokładkę zapiekanki z tuńczyka. Uwielbiam patrzeć, jak dziecko je.

Beth dołożyła sobie odrobinę tuńczyka. Zapiekanka była za słona, ale Beth nie wspomniała o tym ani słowem. Był to jej pierwszy posiłek w domu Wheatleyów. Pan Wheatley zdążył już wyjechać w interesach do Denver i miało go nie być przez kilka tygodni. Na pianinie przy zasłoniętym ciężkimi storami oknie jadalni stało jego zdjęcie. W salonie grał telewizor, którego nikt nie oglądał. Głęboki męski głos wychwalał zalety Anacinu.

Pan Wheatley milczał przez całą drogę do Lexington, a po przyjeździe od razu poszedł na górę. Chwilę później wrócił z walizką, z roztargnieniem cmoknął panią Wheatley w policzek, kiwnął Beth głową na pożegnanie i wyszedł.

– Interesowało ich dosłownie wszystko. Chcieli wiedzieć, ile wynoszą miesięczne zarobki Allstona. Dlaczego nie mamy własnych dzieci. Zapytali nawet… – pani Wheatley pochyliła się w jej stronę nad naczyniem żaroodpornym – zapytali nawet, czy leczyłam się psychiatrycznie – dokończyła teatralnym szeptem. Wyprostowała się, wypuszczając powietrze. – Wyobrażasz sobie?

– Nie, proszę pani – powiedziała Beth, żeby wypełnić czymś ciszę, która nagle zapadła. Przełknęła kolejny kęs tuńczyka i popiła wodą.

– Są bardzo wnikliwi – oświadczyła pani Wheatley. – Ale, wiesz, chyba muszą tacy być.

Nawet nie tknęła jedzenia. Minęły dwie godziny, odkąd przyjechały z sierocińca, i przez cały ten czas pani Wheatley co rusz zrywała się z krzesła, aby zajrzeć do piekarnika, poprawić jedną z reprodukcji Rosy Bonheur, które wisiały na ścianie, lub opróżnić popielniczkę. Paplała niemal bez przerwy. Beth wtrącała czasem „Tak, proszę pani” i „Nie, proszę pani”. Jeszcze nie widziała swojego pokoju. Brązowa plastikowa walizka stała przy wejściu obok przepełnionego stojaka na gazety, gdzie postawiła ją o wpół do jedenastej.

– Bóg świadkiem – mówiła pani Wheatley – Bóg świadkiem, że muszą drobiazgowo sprawdzać, komu powierzają dzieci. Nie można byle draniowi dać dziecka na wychowanie.

Beth ostrożnie odłożyła widelec.

– Mogę skorzystać z toalety?

– Naturalnie. – Dźgnęła widelcem w kierunku ubikacji. Choć przez cały posiłek nie wypuszczała go z dłoni, nie zjadła ani kęsa. – Białe drzwi na lewo od kanapy.

Beth wstała od stołu i przecisnęła się obok pianina, które zajmowało prawie całą przestrzeń niedużej jadalni. Przeszła przez salon, w którym tłoczyły się stolik do kawy, stoliki pod lampy i ogromny telewizor w palisandrowej obudowie, wyświetlający popołudniowy film fabularny. Ostrożnie stąpając po włochatej wykładzinie, dotarła do maleńkiej toalety. Całe jej wyposażenie było utrzymane w kolorze błękitu cyjanowego – w tym samym odcieniu co sweterek pani Wheatley. Błękitny dywanik, błękitne ręczniki dla gości, błękitna deska klozetowa. Nawet papier toaletowy był błękitny. Beth podniosła klapę, zwymiotowała zapiekankę z tuńczyka i spuściła wodę.

Pani Wheatley zatrzymała się na szczycie schodów, żeby odsapnąć. Ciężko oddychała oparta biodrem o barierkę. Następnie zrobiła kilka kroków wyłożonym wykładziną korytarzem i dramatycznym gestem otworzyła drzwi.

– To będzie twoja sypialnia.

Dom był nieduży, więc Beth spodziewała się małej izdebki, ale kiedy weszła do środka, z wrażenia zaparło jej dech w piersiach. Pokój wydał jej się ogromny. Drewnianą podłogę pomalowano na szaro, a przy podwójnym łóżku leżał owalny różowy dywanik. Jeszcze nigdy nie miała własnego pokoju. Stała w progu z walizką w ręku i rozglądała się po sypialni. Były tam toaletka z drewna w pomarańczowym odcieniu i pasujące do niej biurko, na którym stała lampka z różowym szklanym kloszem. Na wielkim łóżku leżała mechata narzuta.

– Nie masz pojęcia, jak trudno znaleźć dobre klonowe meble – trajkotała pani Wheatley. – Ale i tak uważam, że wyszło mi całkiem nieźle, nawet jeśli tylko ja tak mówię.

Beth słuchała jej jednym uchem. Miała swój pokój. Zerknęła na pomalowane na biało drzwi, w dziurce pod gałką tkwił klucz. Może się zamknąć od środka i nikt nie będzie mógł wejść.

 

Pani Wheatley pokazała Beth łazienkę w głębi korytarza i zostawiła ją samą, żeby się rozpakowała. Wychodząc, zamknęła za sobą drzwi. Beth odstawiła na ziemię walizkę i obeszła sypialnię. Zatrzymała się najpierw przy jednym, a potem przy drugim oknie, by wyjrzeć na wysadzaną drzewami ulicę. W pokoju była szafa, większa od maminej, i szafka nocna z lampką do czytania. Pokój był piękny. Szkoda, że Jolene nie może go zobaczyć. Zaczęło jej się zbierać na płacz, chciała mieć przy sobie Jolene, razem z nią chodzić po pokoju, oglądać po kolei meble i rozwieszać ubrania w szafie.

W drodze z sierocińca pani Wheatley mówiła, jak to dobrze, że dostali do adopcji starsze dziecko. „To dlaczego nie wzięli Jolene?” – zapytała w duchu Beth, ale nie powiedziała tego na głos. Popatrzyła na pana Wheatleya, na jego zaciśnięte szczęki i blade dłonie na kierownicy, zerknęła na panią Wheatley i już wiedziała, że nigdy w życiu nie zaadoptowaliby Jolene.

Usiadła na łóżku i strząsnęła z siebie wspomnienia. Materac był cudownie miękki, łóżko pachniało czysto i świeżo. Pochyliła się, zdjęła buciki i się położyła. Wyciągnęła się wygodnie, zachwycona, że ma tyle miejsca, i odwróciła głowę, by nacieszyć się widokiem szczelnie zamkniętych drzwi, dzięki którym miała ten pokój wyłącznie dla siebie.

W nocy leżała bezsennie przez kilka godzin, wcale nie śpieszyło jej się, żeby zasnąć. Na ulicy świeciły latarnie, ale porządne, ciężkie rolety w oknach nie przepuszczały ich blasku. Przed pójściem spać pani Wheatley pokazała Beth swój pokój. Znajdował się po drugiej stronie korytarza i dorównywał rozmiarami sypialni Beth, ale miał telewizor i przykryte pokrowcami fotele, a kapa na łóżko była niebieska.

– Tak naprawdę to zaadaptowane poddasze.

Leżąc w łóżku, Beth słyszała dalekie pokasływanie, a później kroki bosych stóp w korytarzu, kiedy pani Wheatley szła do łazienki, jednak wcale jej to nie przeszkadzało. Drzwi do jej sypialni były zamknięte na klucz. Nikt ich nie otworzy, niespodziewanie rażąc ją światłem. Pani Wheatley była sama w swojej sypialni, nie będzie żadnych rozmów ani kłótni – tylko muzyka i przytłumione, syntetyczne dźwięki z telewizora. Byłoby cudownie, gdyby była tu Jolene, ale wtedy ten pokój nie należałby wyłącznie do niej, nie spałaby sama w ogromnym łóżku, wyciągnięta przez środek, mając chłodne prześcieradło, a teraz także ciszę tylko dla siebie.

W poniedziałek zaczęła naukę w szkole. Pani Wheatley zawiozła ją taksówką, chociaż miałyby do pokonania pieszo niecałą milę. Beth poszła do siódmej klasy. Szkoła przypominała tamto liceum, w którym dawała pokaz gry jednoczesnej. Beth wiedziała, że jest źle ubrana, ale nikt nie zwracał na nią większej uwagi. Kilkoro dzieciaków pogapiło się na nią przez chwilę, kiedy nauczycielka przedstawiła ją klasie, i na tym koniec. Dali jej podręczniki i przydzielili ławkę. Z książek i z tego, co mówił nauczyciel, zorientowała się, że będzie łatwo. Trochę denerwował ją hałas w czasie przerwy i parę razy poczuła się głupio, kiedy ktoś na nią spojrzał, ale to wcale nie było takie trudne. Czuła, że w tej jasnej, hałaśliwej szkole nie wydarzy się nic, z czym nie umiałaby sobie poradzić.

Podczas przerwy na drugie śniadanie usiadła w stołówce w kącie, sama ze swoją kanapką z szynką i kartonikiem mleka, ale po chwili do jej stolika podeszła inna dziewczynka. Żadna z nich się nie odezwała. Ta druga też była brzydka, tak samo jak Beth.

W połowie lunchu Beth spojrzała na nią przez stół.

– Macie tu klub szachowy? – zapytała.

– Co? – zdziwiła się dziewczynka.

– Czy w tej szkole jest klub szachowy? Chciałabym się zapisać.

– Och. Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli tu coś takiego. Spróbuj zapisać się do cheerleaderek.

Beth w milczeniu dojadła swoją kanapkę.

– Zauważyłam, że dużo czasu poświęcasz na naukę – zagadnęła pani Wheatley. – Nie masz żadnego hobby?

W rzeczywistości Beth się nie uczyła, tylko czytała książkę ze szkolnej biblioteki. Siedziała w fotelu przy oknie. Pani Wheatley zapukała przed wejściem do jej pokoju. Miała na sobie mechaty różowy szlafrok i różowe atłasowe kapcie. Przysiadła na łóżku Beth, uśmiechając się z roztargnieniem, jakby jej myśli krążyły wokół czegoś innego. Mieszkały razem już od tygodnia i Beth zdążyła się zorientować, że pani Wheatley często się tak zachowuje.

– Kiedyś grałam w szachy – odparła.

Pani Wheatley zamrugała.

– W szachy?

– Bardzo to lubiłam.

Pani Wheatley potrząsnęła głową, jakby miała coś na włosach.

– Och, szachy! – powtórzyła. – Królewska gra. Jak miło.

– Gra pani? – zapytała Beth.

– O Boże, nie! – Roześmiała się autoironicznie. – Jestem na to za głupia. Ale mój ojciec grywał. Był chirurgiem i, pod pewnymi względami, bardzo wytwornym mężczyzną. Sądzę, że w swoim czasie był znakomitym szachistą.

– Mogę z nim pograć?

– Obawiam się, że nie – powiedziała pani Wheatley. – Umarł lata temu.

– A jest ktoś inny, z kim mogłabym pograć?

– W szachy? Nie mam pojęcia. – Pani Wheatley przyjrzała się Beth. – Czy to nie jest gra głównie dla chłopców?

– Dziewczynki też grają.

– Jak miło! – Pani Wheatley wyraźnie była myślami gdzie indziej.

Pani Wheatley przez dwa dni sprzątała dom przed przyjściem panny Farley, a rano w dniu wizyty trzy razy odsyłała Beth na górę, żeby się uczesała.

Pannie Farley towarzyszył wysoki mężczyzna w kurtce bejsbolówce. Ku zaskoczeniu Beth okazało się, że był to Fergussen. Wyglądał na nieco skrępowanego.

– Cześć, Harmon – powiedział. – Wprosiłem się w gości.

Wkroczył do salonu pani Wheatley i stanął z rękami w kieszeniach.

Panna Farley przyniosła plik formularzy i kwestionariusz do wypełnienia. Chciała wiedzieć, jak Beth się odżywia, jak sobie radzi w szkole i co będzie robiła w wakacje. Mówiła głównie pani Wheatley. Beth zauważyła, że z każdym kolejnym pytaniem nabiera coraz większej swady.

– Nie macie pojęcia, jak wspaniale Beth przystosowała się do nowego środowiska. Nauczyciele bardzo ją chwalą…

Beth nie przypominała sobie, żeby pani Wheatley choć raz rozmawiała z nauczycielami, ale wolała się nie odzywać.

– Liczyłam na to, że zastanę pana Wheatleya – powiedziała panna Farley. – Wróci niedługo?

– Allston zadzwonił, żeby uprzedzić, że niestety nie zdąży. Bardzo ciężko pracuje, naprawdę. – Nie przestając się uśmiechać, zerknęła na Beth. – Jest bardzo pracowity i świetnie zarabia.

– Udaje mu się spędzić trochę czasu z Beth? – spytała panna Farley.

– Oczywiście! – wykrzyknęła pani Wheatley. – Jest wspaniałym ojcem.

Beth ze zdumieniem patrzyła na swoje dłonie. Nawet Jolene nie umiała tak świetnie kłamać. Wyobraziła sobie ojcowskiego Allstona Wheatleya, który istniał jedynie w słowach pani Wheatley, i na chwilę sama w niego uwierzyła. Ale szybko przypomniała sobie tego prawdziwego: ponurego, oziębłego i małomównego. A poza tym wcale nie zadzwonił.

Przez całą godzinną wizytę Fergussen prawie się nie odzywał. Kiedy wstali, żeby się pożegnać, podał jej rękę i Beth na chwilę zamarło serce.

– Fajnie cię było zobaczyć, Harmon – powiedział.

Uścisnęła jego dłoń nieszczęśliwa, że musi wyjść, że nie może z nią zostać.

Kilka dni później pani Wheatley zabrała ją do miasta na zakupy. Kiedy podjechał autobus, Beth wsiadła bez wahania, chociaż nigdy wcześniej nie jechała takim środkiem lokomocji. Była ciepła jesienna sobota i Beth pociła się w wełnianej spódniczce z Methuen. Nie mogła się doczekać, kiedy dostanie nową. Zaczęła liczyć przecznice między ich przystankiem i śródmieściem.

Wysiadły na siedemnastym rogu. Pani Wheatley wzięła ją za rękę, chociaż to nie było konieczne na tych kilku jardach, które musiały przejść ruchliwym chodnikiem do obrotowych drzwi domu towarowego Ben Snyder’s. O dziesiątej rano w alejkach między stoiskami kłębiła się ciżba kobiet z dużymi ciemnymi torebkami i torbami na zakupy. Pani Wheatley z wprawą lawirowała w tłumie. Beth szła za nią.

Zanim udały się do działu odzieżowego, pani Wheatley zaprowadziła ją szerokimi schodami do podziemi, gdzie spędziła dwadzieścia minut przy ladzie z tabliczką „Serwetki materiałowe na sztuki”. Przerzucała kolorowy stos, dopóki nie udało jej się znaleźć sześciu w tym samym odcieniu błękitu. Beth przyglądała się, jak pani Wheatley, niczym w transie, dobiera swój komplet, by w końcu dojść do wniosku, że go wcale nie potrzebuje. Przeszły do stoiska z tanią książką. Pani Wheatley długo brała do ręki kolejne tomiki po trzydzieści dziewięć centów, odczytywała tytuły, od czasu do czasu przewracała kilka kartek, ale ostatecznie żadnego nie kupiła.

W końcu wjechały ruchomymi schodami na parter. Zatrzymały się przy perfumach, gdzie pani Wheatley spryskała jeden nadgarstek zapachem Evening in Paris, a drugi Emeraude.

– No dobrze, kochanie. Jedziemy na trzecie – powiedziała w końcu. Spojrzała z uśmiechem na Beth. – „Konfekcja dla młodych dam”.

Między drugim i trzecim piętrem Beth obejrzała się za siebie i zauważyła tabliczkę z napisem „Książki i gry”, a trochę na prawo, na szklanej ladzie, trzy komplety szachów.

– Szachy! – zawołała, szarpiąc panią Wheatley za rękaw.

– O co chodzi? – Pani Wheatley była wyraźnie niezadowolona.

– Tam sprzedają szachy. Możemy się wrócić?

– Nie tak głośno – upomniała ją. – Zajrzymy tam, jak będziemy zjeżdżać.

Ale nie zajrzały. Przez resztę poranka Beth przymierzała kolejne płaszczyki ze stojaków z napisem „Przecena”. Odwracała się tyłem, żeby pani Wheatley mogła sprawdzić długość, podchodziła do okna, żeby obejrzała „w naturalnym świetle” tkaninę, a kiedy wreszcie dokonały zakupu, pani Wheatley uparła się, że zjadą windą.

– Nie pójdziemy obejrzeć szachów? – zapytała Beth, ale nie uzyskała odpowiedzi.

Beth spociła się i bolały ją stopy. Płaszcz, który niosła w kartonowym pudełku, wcale jej się nie podobał. Miał ten sam odcień cyjanowego błękitu co wszechobecny sweterek pani Wheatley i źle leżał. Beth nie znała się na ubraniach, ale zdążyła się zorientować, że w tym domu towarowym sprzedają rzeczy kiepskiej jakości.

Kiedy winda zatrzymała się na drugim piętrze, Beth spróbowała przypomnieć pani Wheatley o szachach, ale nie zdążyła – drzwi się zamknęły i winda zjechała na parter. Pani Wheatley znów wzięła ją za rękę i nie przestając narzekać, jak trudno dziś dostać coś porządnego, przeprowadziła przez ulicę na przystanek autobusowy.

– Najważniejsze – stwierdziła filozoficznie, kiedy podjechał autobus – że udało nam się kupić to, po co przyjechałyśmy.

Kilka dni później przed angielskim, kiedy nauczyciela nie było jeszcze w klasie, Beth podsłuchała rozmowę siedzących za nią dziewczynek.

– Znalazłaś te buty w Ben Snyder’s czy co? – spytała jedna.

– Prędzej umrę, niż ktoś mnie zobaczy w Ben Snyder’s – odpowiedziała ze śmiechem jej koleżanka.

Codziennie rano Beth szła do szkoły cienistymi ulicami, przy których stały ciche domy z obsadzonymi drzewami trawnikami. Tą samą drogą chodzili też inni uczniowie; część z nich znała z widzenia, ale zawsze szła sama. Dołączyła do klasy dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego, miesiąc później odbywały się już egzaminy śródsemestralne. We wtorek rano nie miała żadnego testu. Powinna się uczyć w świetlicy, ale pojechała autobusem do śródmieścia. Wzięła ze sobą notes i czterdzieści centów zaoszczędzonych z ćwierćdolarowej tygodniówki. Wsiadła do autobusu z odliczonymi drobnymi na bilet.

Komplety szachów nadal stały na szklanej ladzie, ale z bliska widać było, że są kiepskiej jakości. Wzięła do ręki białego hetmana. Zaskoczyło ją, że jest taki lekki. Odwróciła go spodem do góry. Był zrobiony z plastiku i pusty w środku.

– Czym mogę służyć? – zapytała sprzedawczyni.

Beth odstawiła figurę z powrotem na szachownicę.

– Czy są Współczesne debiuty szachowe?

– Mamy szachy, warcaby i tryktraka – odparła ekspedientka. – I duży wybór gier planszowych.

– To taka książka – wyjaśniła Beth. – O szachach.

– Dział książek znajduje się po drugiej stronie alejki.

Beth podeszła do półek z książkami i zaczęła przeglądać ich zawartość. Nie znalazła ani jednej o szachach. Wróciła do kobiety za ladą.

– Szukam książki na temat szachów – powiedziała, kiedy sprzedawczyni w końcu raczyła ją zauważyć.

– Nasz dział nie prowadzi książek.

– Czy w pobliżu jest jakaś księgarnia? – spytała Beth, zanim ekspedientka zdążyła odejść.

– Spróbuj u Morrisa.

Kobieta odwróciła się plecami do Beth i zaczęła wyrównywać stosik pudełek na półce.

– Gdzie to jest?

Cisza.

– Gdzie jest księgarnia Morrisa, proszę pani? – powtórzyła głośniej Beth.

Sprzedawczyni spojrzała na nią ze złością.

– Na Upper Street – powiedziała.

 

– Gdzie jest Upper Street?

Ekspedientka wyglądała, jakby miała wybuchnąć, ale po chwili jej twarz złagodniała.

– Dwie przecznice dalej.

Beth zjechała ruchomymi schodami do wyjścia.

Księgarnia Morrisa znajdowała się na rogu, obok drogerii. Beth pchnęła drzwi i weszła do dużego pomieszczenia, w którym było więcej książek, niż widziała w całym swoim życiu. Łysy mężczyzna siedział na stołku za ladą i czytał, paląc papierosa. Beth podeszła do niego i zapytała:

– Czy są Współczesne debiuty szachowe?

– Ciekawe pytanie – odparł mężczyzna. Miał miły głos.

– Są?

– Chyba tak.

Wstał ze stołka i zniknął na zapleczu. Po chwili wrócił, niosąc to, o co pytała: taki sam opasły tom w tej samej czerwonej okładce. Beth zaparło dech w piersi.

– Proszę. – Księgarz podał jej książkę.

Wzięła ją od niego i otworzyła na rozdziale o obronie sycylijskiej. Cudownie było znowu zobaczyć nazwy wariantów: Lewenfisza, smoczy, Najdorfa. W jej głowie brzmiały jak zaklęcia albo imiona świętych.

– Tak bardzo kochasz szachy? – Głos księgarza wyrwał ją z zamyślenia.

– Tak – powiedziała.

– Wydawało mi się, że to książka dla arcymistrzów.

– Kto to arcymistrz? – zapytała z wahaniem Beth.

– Genialny szachista – wyjaśnił mężczyzna. – Jak Capablanca, ale to było dawno. Teraz są nowi, nie znam ich nazwisk.

Beth pierwszy raz w życiu spotkała kogoś takiego jak księgarz. Był wyluzowany i rozmawiał z nią jak z dorosłą. Ze wszystkich znanych jej osób najbardziej przypominał Fergussena, tylko że Fergussen czasem zachowywał się bardzo oficjalnie.

– Ile kosztuje? – spytała.

– Sporo. Pięć dziewięćdziesiąt pięć.

– Dziękuję. Nie stać mnie na nią – powiedziała, oddając mu książkę.

– Przykro mi. Odłóż ją po prostu na ladę.

Tak zrobiła.

– Ma pan jakieś inne książki o szachach?

– Pewnie. Zobacz w dziale „Gry i sport”.

W głębi sklepu była ich cała półka. Nosiły tytuły takie jak Paul Morphy i złoty wiek szachów, Wygrywające pułapki szachowe, Jak poprawić swoją grę w szachy, Ulepszona strategia szachowa. Zdjęła z regału Atak i kontratak w szachach i zaczęła czytać zapisy partii, wyobrażając je sobie w głowie bez patrzenia na diagramy. Stała tam bardzo długo. Od czasu do czasu do księgarni wchodził jakiś klient, ale nikt jej nie przeszkadzał. Czytała partię za partią, niekiedy zaskakiwał ją jakiś błyskotliwy ruch – poświęcenie hetmana czy mat Beniowskiego. Było tam sześćdziesiąt partii z nagłówkami „W. Smysłow–J. Rudakowski, Moskwa 1945” albo „A. Rubinstein–O. Duras, Wiedeń 1908”. W tej ostatniej białe w trzydziestym szóstym ruchu promowały piona na hetmana, grożąc po ewentualnym odejściu króla szachem z odsłony.

Zerknęła na okładkę. Książka była mniejsza od Współczesnych debiutów szachowych i miała naklejkę z ceną: 2,95 dolara. Beth zaczęła uczyć się na pamięć zapisów. Zegar na ścianie księgarni wskazywał wpół do jedenastej. Za godzinę musi wyjść, żeby zdążyć na egzamin z historii. Księgarz siedział za ladą przy wejściu i nie zwracał uwagi na Beth, pochłonięty własną lekturą. Skupiła się i do jedenastej trzydzieści zapamiętała dwanaście partii.

Wracając autobusem do szkoły, zaczęła odtwarzać je w głowie. W niektórych posunięciach – wcale nie tych zapierających dech w piersiach jak poświęcenie hetmana, lecz czasem w zwykłym przesunięciu piona o jedno pole – dostrzegała tak przejmującą finezję, że przechodził ją dreszcz.

Spóźniła się pięć minut, ale nikt nie robił jej z tego powodu wyrzutów, zresztą i tak rozwiązała test jako pierwsza. Przez dwadzieścia minut, które zostały do dzwonka, rozgrywała w myślach partię „P. Keres–A. Tarnowski, Helsinki 1952”. Partia hiszpańska. W manewrze białych białopolowym gońcem Beth odkryła zawoalowany atak na piona f7. W trzydziestym piątym ruchu białe zagrały wieżą na b7 w tak zaskakujący sposób, że Beth o mało nie krzyknęła na głos.

W Gimnazjum Fairfielda działały kluby towarzyskie, których członkowie spotykali się na godzinę po lekcjach i w niektóre piątki w czasie na naukę własną. Były tam Klub Szalonej Szarlotki, Świeżynki i Dziewczyny z Miasta. Wzorowały się na żeńskich stowarzyszeniach studenckich i kandydatki na członkinie musiały się poddać rytuałowi przyjęcia. Do Klubu Szalonej Szarlotki należały uczennice ósmej i dziewiątej klasy; nosiły przeważnie jasne kaszmirowe sweterki i podkolanówki w romby do dwukolorowych sznurowanych półbutów z modnie startymi noskami. Część z nich mieszkała za miastem i miała własne konie. Wierzchowce czystej krwi. Takie dziewczyny omijały cię wzrokiem na korytarzu, zawsze uśmiechały się do kogoś innego. Ich sweterki były jaskrawożółte, intensywnie błękitne i pastelowozielone, a podkolanówki wyprodukowane ze stuprocentowej wełny importowanej z Anglii.

Patrząc na przerwie na swoje odbicie w lustrze w damskiej toalecie – na proste brązowe włosy, wąskie ramiona i okrągłą twarz z nijakimi brązowymi oczami i piegowatym nosem – Beth czuła czasem w ustach znajomy smak octu. Dziewczęta, które należały do klubu, używały szminki i cieni do powiek. Beth się nie malowała i ciągle jeszcze nosiła pazia. Ani jej samej, ani nikomu innemu nigdy nie przyszło do głowy, że mogłaby wstąpić do klubu.

– W tym tygodniu będziemy się uczyć dwumianu Newtona – oznajmiła pani MacArthur. – Czy ktoś umie powiedzieć, co to dwumian?

Siedząca w ostatniej ławce Beth podniosła rękę. Nigdy wcześniej tego nie robiła.

– Proszę – powiedziała nauczycielka.

Beth wstała. Nagle poczuła się okropnie zmieszana.

– Dwumian to wyrażenie algebraiczne złożone z dwóch jednomianów. – Przerabiali to w zeszłym roku w Methuen. – X dodać Y jest dwumianem.

– Bardzo dobrze – pochwaliła pani MacArthur.

Przed Beth siedziała dziewczynka o imieniu Margaret. Miała lśniące jasne włosy i kaszmirowy sweterek w kosztownym odcieniu bladej lawendy. Kiedy Beth siadała z powrotem, jasna główka odwróciła się leciutko w jej stronę.

– Mózgownica! Cholerna mózgownica! – syknęła.

Beth spędzała wszystkie przerwy samotnie. Nawet nie przyszło jej do głowy, że mogłoby być inaczej. Większość dziewcząt przechadzała się parami albo trójkami, ale ona zawsze spacerowała sama.

Kiedy pewnego popołudnia wychodziła z biblioteki, wytrącił ją z zamyślenia czyjś daleki śmiech. W głębi korytarza, w aureoli popołudniowego słońca zobaczyła wysoką czarnoskórą dziewczynę odwróconą do niej plecami. Dwie niższe dziewczynki stały obok dystrybutora z wodą i patrzyły na jej twarz. Beth nie widziała wyraźnie ich rysów, ostry blask słońca raził ją w oczy. Wysoka odwróciła się, przechylając głowę w znajomy sposób, i Beth poczuła, że serce staje jej w piersi. Ruszyła korytarzem w jej stronę.

Ale to nie była Jolene. Beth zatrzymała się i odwróciła na pięcie. Trzy dziewczyny odeszły od dystrybutora i pogrążone w głośnej rozmowie wyszły przez główne drzwi. Beth długo stała i patrzyła w ślad za nimi.

– Czy mogłabyś pójść do drogerii Bradleya i kupić mi fajki? – poprosiła pani Wheatley. – Chyba się przeziębiłam.

– Tak, proszę pani – odpowiedziała Beth.

Było sobotnie popołudnie i Beth siedziała w fotelu z książką na kolanach, ale jej nie czytała. Odtwarzała w głowie partię Paula Morphy’ego z szachistą oznaczonym jedynie jako arcymistrz. Coś jej nie pasowało w osiemnastym ruchu Morphy’ego – skoczek na c4. To dobre posunięcie, ale Beth czuła, że ruch wieżą na skrzydle hetmańskim byłby bardziej zabójczy.

– Dam ci karteczkę, bo jesteś jeszcze trochę za młoda, żeby palić.

– Tak, proszę pani.

– Trzy paczki chesterfieldów.

– Tak, proszę pani.

Była w drogerii tylko raz, z panią Wheatley. Pani Wheatley wręczyła jej świstek z napisanym ołówkiem zamówieniem oraz dolara i dwadzieścia centów. Beth podeszła do kontuaru i podała kartkę panu Bradleyowi. Za jej plecami znajdował się stojak z prasą. Wzięła z lady papierosy, odwróciła się i zaczęła oglądać czasopisma. Na okładkach „Time’a” i „Newsweeka” było zdjęcie senatora Kennedy’ego. Startował w wyborach prezydenckich, ale raczej nie miał szansy ich wygrać, ponieważ był katolikiem.

Jedną półkę zajmowały w całości czasopisma kobiece; na wszystkich okładkach widniały twarze przypominające buzie Margaret, Sue Ann i ich koleżanek z Klubu Szalonej Szarlotki: błyszczące włosy, pełne, czerwone usta.

Już miała wyjść, kiedy nagle coś przykuło jej uwagę. W prawym dolnym rogu, wśród magazynów poświęconych fotografii, kąpielom słonecznym lub majsterkowaniu, leżało czasopismo z obrazkiem figury szachowej. Zawróciła i wyjęła je ze stojaka. Na okładce były tytuł – „Chess Review” – i cena. Beth zajrzała do środka. Znajdowały się tam opisy partii i zdjęcia szachistów podczas gry. Jeden z artykułów miał nagłówek Nowe spojrzenie na gambit królewski, inny – Genialne posunięcia Morphy’ego. Przecież przed chwilą analizowała jego partię! Beth szybciej zabiło serce. Dalej przerzucała kartki. Znalazła artykuł o szachach w Rosji. Najczęściej powtarzającym się słowem był „turniej”. Jeden z działów nazywał się nawet „Życie turniejowe”. Nie wiedziała, że istnieją turnieje szachowe. Myślała, że szachy to coś, czym człowiek zajmuje się w wolnym czasie, jak szydełkowanie i układanie puzzli pani Wheatley.