Gambit królowejTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gambit królowej
Gambit królowej
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Gambit królowej
Audio
Gambit królowej
Audiobook
Czyta Aleksandra Popławska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie zrozumiała, o co mu chodzi.

– Przepraszam. – Pan Shaibel sięgnął po prawie pustą pintową butelkę, która stała obok niego na podłodze. Odchylił głowę i pociągnął solidny łyk.

– To whisky? – spytała Beth.

– Tak, mała. Nie mów nikomu.

– Nie powiem – obiecała. – Niech mnie pan nauczy notacji szachowej.

Odstawił butelkę na podłogę. Beth odprowadziła ją wzrokiem, zastanawiając się przelotnie, jak może smakować whisky i jakie to uczucie ją pić. Szybko jednak skupiła uwagę na szachownicy i trzydziestu dwóch bierkach, z których każda miała własną utajoną moc.

Obudziła się w środku nocy. Na brzegu łóżka ktoś siedział. Zesztywniała.

– Wyluzuj – szepnęła Jolene. – To tylko ja.

Beth leżała w milczeniu na plecach, czekając.

– Pomyślałam sobie, że może chcesz spróbować czegoś fajnego – powiedziała Jolene. Wsunęła rękę pod prześcieradło i delikatnie położyła dłoń na jej brzuchu. Trzymała ją nieruchomo na spiętym ciele Beth. – Nie bądź taką sztywniarą – szepnęła. – To nie zaboli. – Zachichotała. – Po prostu jestem napalona. Wiesz, co to znaczy, „napalona”?

Beth nie wiedziała.

– Rozluźnij się. Troszeczkę cię pomasuję. Zrobię ci dobrze, tylko mi na to pozwól.

Beth odwróciła głowę w stronę drzwi na korytarz. Były zamknięte. Przez szparę przy podłodze jak zwykle sączyło się światło. Z zewnątrz dochodziły stłumione głosy.

Dłoń Jolene ześliznęła się niżej. Beth gwałtownie pokręciła głową.

– Przestań – wyszeptała.

– Ciiii…

Jej dłoń powędrowała jeszcze dalej i jeden z palców zaczął poruszać się tam i z powrotem. Nie bolało, ale coś w Beth stawiło opór. Zaczęła się pocić.

– Kurde – powiedziała Jolene. – Na pewno jest ci przyjemnie. – Przysunęła się bliżej, wolną ręką ujęła dłoń Beth i przyciągnęła ją do siebie. – Ty też mnie pomasuj – powiedziała. Wsunęła bezwładną dłoń Beth pod swoją koszulę nocną, aż do miejsca, które było ciepłe i wilgotne. – No chodź, przyciśnij trochę – szepnęła z przejęciem, które wystraszyło Beth.

Posłusznie przycisnęła palce.

– Och, kochanie – westchnęła Jolene. – Poruszaj palcem. O tak. – Pokazała, o co jej chodzi.

To było okropne. Beth przez chwilę pocierała Jolene, całkowicie koncentrując się na tej czynności. Twarz miała mokrą od potu, wolną dłoń z całej siły zaciskała na prześcieradle.

Jolene objęła Beth, przyciskając twarz do jej twarzy.

– Szybciej – szeptała. – Szybciej.

– Nie. – Beth była przerażona. – Nie, nie chcę. – Zabrała rękę.

– Dziwka – powiedziała głośno Jolene.

Na korytarzu rozległy się szybkie kroki i ktoś otworzył drzwi. Do środka wpadło światło. W drzwiach pojawiła się pani z nocnego dyżuru, której Beth nie znała. Stała tam przez całą minutę. Było zupełnie cicho. Jolene gdzieś zniknęła. Beth bała się poruszyć, żeby sprawdzić, czy wróciła do swojego łóżka. Wreszcie kobieta wyszła. Beth obejrzała się i zobaczyła zarys ciała na łóżku Jolene. W szufladzie miała trzy tabletki, zażyła wszystkie. Położyła się na plecach i czekała, aż zniknie obrzydliwy smak w ustach.

Rano w stołówce była nieprzytomna z niewyspania.

– Jesteś najbrzydszą dziewczynką na świecie – powiedziała scenicznym szeptem Jolene. Przysunęła się do Beth w kolejce po pojemniczki z płatkami śniadaniowymi. – Masz brzydki nos, brzydką twarz i skórę jak papier ścierny. Pieprzona biała dziwka.

Zadarła głowę i poszła nałożyć sobie jajecznicy.

Beth nie powiedziała ani słowa. Wiedziała, że to prawda.

Król, skoczek, pion. Napięcia na szachownicy były tak silne, że mogły ją niemal odkształcić. A potem łup! Spada hetman. Wieże z pierwszej linii, z początku zablokowane, ale w pogotowiu, zbierają siły, a potem jednym ruchem wyrywają się na wolność. Na przyrodzie panna Hadley opowiadała o magnesach, o „liniach sił”. Beth przysypiała z nudów, ale nagle się obudziła. Linie sił: gońce wzdłuż przekątnych, wieże wzdłuż linii.

Krzesła w klasie mogą być polami szachownicy. Gdyby rudowłosy chłopiec o imieniu Ralph był skoczkiem, mogłaby go podnieść i przesadzić o dwa miejsca do przodu i jedno w bok, na puste krzesło obok Denise. Szach Bertrandowi, który siedział w pierwszej ławce i był, jak postanowiła, królem. Uśmiechnęła się na tę myśl. Od przeszło tygodnia nie rozmawiała z Jolene, ale nie pozwalała sobie na płacz. Miała prawie dziewięć lat i mogła się bez niej obejść. Nieważne, jak się z tym czuła. Jolene nie była jej do niczego potrzebna.

– Proszę.

Pan Shaibel wręczył jej szarą papierową torbę. Było niedzielne południe. Zajrzała do środka. Była tam gruba książka w miękkiej oprawie: Współczesne debiuty szachowe.

Nie wierząc własnym oczom, zaczęła przewracać strony. Wypełniały je długie kolumny notacji szachowej. Były tam diagramy szachownic i tytuły rozdziałów, takie jak Debiuty zamknięte i Obrona królewsko-indyjska. Podniosła wzrok znad książki.

Pan Shaibel przyglądał jej się spod zmarszczonych brwi.

– W sam raz lektura dla ciebie – stwierdził. – Dowiesz się z niej wszystkiego, co chcesz wiedzieć.

Bez słowa usiadła na skrzynce po mleku, przyciskając książkę do kolan, i czekała, aż zaczną grać.

Najnudniejszym przedmiotem był angielski, na którym pan Espero czytał im poetów o nazwiskach takich jak John Greenleaf Whittier i William Cullen Bryant. „Dokąd to, przez zamglone rosą / Powietrze, przez niebiosa gorejące złotem…”[1]. To było głupie. Do tego jeszcze każde słowo wypowiadał głośno i dokładnie.

Kiedy pan Espero czytał wiersze, otwierała pod ławką Współczesne debiuty szachowe. Przerabiała kolejne otwarcia, rozgrywając je w głowie. Po trzech dniach zapisy notacji – pion na e2, skoczek na f3 – stały się dla jej bystrego umysłu równie konkretne jak bierki na materialnej szachownicy. Widziała je bez trudu, nie potrzebowała planszy. Siedziała ze Współczesnymi debiutami szachowymi na obciągniętych granatową plisowaną spódniczką kolanach i gdy pan Espero brzęczał na temat głębokiego uduchowienia, które daje nam wielka poezja, albo deklamował: „Do człeka, co naturę miłując, / Żyje w komunii z jej widzialnymi formami, / Przemawia ona wieloma głosami”[2], przed jej półprzymkniętymi oczami bierki wskakiwały gładko na swoje miejsca. Na końcu książki były pełne zapisy niektórych klasycznych partii, aż do kapitulacji w dwudziestym siódmym ruchu albo remisu w czterdziestym. Nauczyła się odtwarzać w wyobraźni balet pionów i figur; czasem elegancja kombinacji w ataku, poświęcenie figury, napięta równowaga sił w jakiejś pozycji zapierały jej dech w piersiach. Jej umysł zawsze koncentrował się na zwycięstwie albo możliwościach zwycięstwa.

– „W godzinach wesela / Radośnie, z uśmiechem, / Ze swadą cudną…” – czytał pan Espero, a Beth tańczyła w duszy barokowego menueta szachów, urzeczona, w uniesieniu, oszołomiona finezją kombinacji, które otwierały się przed jej umysłem i na które otwierał się jej umysł.

– Dziwka! – syknęła Jolene, kiedy wychodziły z historii.

– Czarnuch! – odparowała Beth.

Jolene odwróciła się i wytrzeszczyła na nią oczy.

W następną sobotę Beth zażyła sześć tabletek i zaczęła się osuwać w chemiczny błogostan, trzymając jedną rękę na brzuchu, a drugą na cipce. To słowo znała. Była to jedna z rzeczy, których mama nauczyła ją przed kraksą.

– Podetrzyj się – mówiła w toalecie. – Dokładnie wytrzyj cipkę.

Beth poruszała palcem w górę i w dół, tak jak Jolene. To nie było przyjemne. W każdym razie nie dla niej. Zabrała rękę i osunęła się z powrotem w błogi tabletkowy spokój. Może była za młoda. Jolene była o cztery lata starsza i już rosły jej tam kędzierzawe włosy. Wiedziała, bo ich dotknęła.

– Cześć, szmato – powiedziała łagodnie Jolene. W jej twarzy nie było złości.

– Jolene! – zawołała Beth.

Jolene podeszła bliżej. Były zupełnie same w szatni po WF-ie.

– Czego chcesz? – spytała.

– Co to jest fiutociąg?

Jolene przez chwilę przyglądała jej się w milczeniu, a potem wybuchnęła śmiechem.

– A niech mnie – powiedziała. – Nie wiesz, co to jest fiut?

– Chyba nie.

– To, co mają chłopcy. Na końcu książki do higieny. Wygląda jak duży paluch.

Beth skinęła głową. Pamiętała obrazek w podręczniku.

– No więc, drogie dziecko – zaczęła z powagą Jolene – dziewczyny lubią brać ten palec do buzi, żeby go ssać.

Beth zastanowiła się przez chwilę.

– Czy tym nie robi się siku?

– Pewnie po takim lizaniu nie trzeba go już myć.

Beth była wstrząśnięta. Nie wiedziała, co myśleć. Słyszała o morderstwach i torturach, w domu widziała, jak chłopak sąsiadów pobił do nieprzytomności swojego psa kijem, ale nie mieściło jej się w głowie, że ktoś mógłby zrobić to, o czym mówiła Jolene.

W niedzielę wygrała pięć partii z rzędu. Grała z panem Shaibelem od trzech miesięcy i wiedziała, że woźny nie jest już w stanie jej pokonać. Nie było na to żadnych szans. Znała na pamięć wszystkie podstępy, które miał w repertuarze. Nie potrafił zmylić jej manewrami skoczków, wprowadzić na niebezpieczne dla niej pole ani pokrzyżować jej planów związaniem ważnej figury. Umiała przewidzieć jego zamiary i w porę je zniweczyć, równocześnie przygotowując własny atak.

Kiedy skończyli, zapytał:

– Masz osiem lat?

– W listopadzie skończę dziewięć.

Pokiwał głową.

– Przyjdziesz w następną niedzielę?

– Tak.

– Dobrze. Nie zapomnij.

W niedzielę w piwnicy oprócz pana Shaibela był jeszcze chudy mężczyzna w koszuli w paski i w krawacie.

– To jest pan Ganz z klubu szachowego – przedstawił go woźny.

– Z klubu szachowego? – powtórzyła jak echo Beth, mierząc wzrokiem obcego mężczyznę. Kiedy się uśmiechał, przypominał trochę pana Schella.

– Gramy w jednym klubie – wyjaśnił pan Shaibel.

– Trenuję szkolną drużynę. W Liceum Duncana – oznajmił pan Ganz. Nigdy nie słyszała o takiej szkole. – Rozegrasz ze mną partię?

 

Nie odpowiedziała, zamiast tego usiadła na skrzynce po mleku. Po drugiej stronie szachownicy stało rozkładane krzesło. Pan Shaibel z namaszczeniem opuścił na nie swoje masywne ciało, a pan Ganz zajął taboret. Trochę nerwowo podniósł z szachownicy dwa piony, białego i czarnego. Schował je w dłoniach, kilka razy nimi potrząsnął i wyciągnął zaciśnięte pięści do Beth.

– Wybierz rękę – polecił pan Shaibel.

– Po co?

– Zagrasz kolorem, który wylosujesz.

– Och. – Dotknęła leciutko lewej dłoni pana Ganza. – Ta.

Rozwarł pięść. Na jego dłoni leżał czarny pionek.

– Przykro mi – powiedział z uśmiechem, który wprawił ją w zakłopotanie.

Szachownica i tak już stała czarnymi bierkami w stronę Beth. Pan Ganz odstawił piony na miejsca i wyszedł na e4. Beth się odprężyła. Znała wszystkie warianty obrony sycylijskiej, nauczyła się ich z książki. Przesunęła piona na c5. Kiedy jej przeciwnik wyprowadził skoczka, postanowiła zagrać wariant Najdorfa.

Ale pan Ganz był na to trochę za sprytny. Grał lepiej od pana Shaibela. Po kilku posunięciach zrozumiała jednak, że bez trudu z nim wygra, i zrobiła to, spokojnie i bezlitośnie, w dwudziestym trzecim ruchu zmuszając go, żeby się poddał.

Położył swojego króla obok szachownicy.

– Nie ulega wątpliwości, że umiesz grać w szachy, młoda damo. Macie tutaj drużynę?

Popatrzyła na niego, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.

– Inne dziewczynki. Macie klub szachowy?

– Nie.

– To gdzie w takim razie grasz?

– Tutaj, na dole.

– Pan Shaibel powiedział, że rozgrywacie w niedziele kilka partii. Co robisz w pozostałe dni?

– Nic.

– Co robisz, żeby nie wypaść z formy?

Nie chciała mu mówić, że gra w szachy w wyobraźni na lekcjach i w łóżku, w czasie ciszy nocnej.

– Chce pan zagrać jeszcze jedną? – zapytała, żeby zmienić temat.

Roześmiał się.

– Dobrze. Teraz ty grasz białymi.

Wygrała z nim z jeszcze większą łatwością, stosując debiut Rétiego. Książka nazywała go „hipernowoczesnym” systemem; podobało jej się ustawienie białopolowego gońca. Po dwudziestu ruchach zapowiedziała mata w trzech posunięciach. Potrzebował pół minuty, żeby go dostrzec. Z niedowierzaniem pokręcił głową i przewrócił swojego króla.

– Jesteś niesamowita – stwierdził. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem. – Wstał i podszedł do kotła, przy którym Beth zauważyła niedużą torbę ze sklepu. – Teraz muszę już iść, ale mam dla ciebie prezent. – Podał jej torbę.

Zajrzała do środka z nadzieją, że znajdzie tam nową książkę. W torbie był jakiś przedmiot owinięty w różowy papier.

– Odpakuj – powiedział z uśmiechem pan Ganz.

Odwinęła papier, w który był luźno zapakowany prezent, i wyjęła jasnowłosą lalkę w niebieskiej sukience, z ustami złożonymi w dzióbek. Przyglądała się jej przez chwilę.

– I jak? – zapytał pan Ganz.

– Zagramy jeszcze raz? – powiedziała Beth, trzymając lalkę za ręce.

– Muszę już iść. Może zajrzę tu w przyszłym tygodniu.

Kiwnęła głową.

Na końcu korytarza stała wielka bańka po oleju, która służyła jako kosz na śmieci. Po południu, idąc na niedzielny seans filmowy, wrzuciła do niej lalkę.

Na lekcji higieny Beth odszukała ilustrację na końcu podręcznika. Na jednej stronie przedstawiona była kobieta, na drugiej – mężczyzna. Były to tylko rysunki kreską, niewypełnione kolorem. Oboje stali z rękami wzdłuż ciała i dłońmi zwróconymi wnętrzem do przodu. W trójkącie pod płaskim brzuchem kobiety widniała prosta pionowa linia. Mężczyzna nie miał takiej linii albo nie była ona widoczna. To, co miał, przypominało woreczek, nad którym wisiało coś podłużnego i owalnego. Jolene powiedziała, że wygląda jak paluch. To był jego fiut.

Nauczyciel higieny pan Hume opowiadał, że co najmniej raz dziennie trzeba jeść zielone warzywa liściaste. Wypisał na tablicy ich nazwy. Za wielkimi oknami na lewo od Beth zaczynał kwitnąć różowy pigwowiec japoński. Studiowała obrazek nagiego mężczyzny, na próżno próbując odkryć tajemnicę.

Pan Ganz wrócił w następną niedzielę. Przyniósł ze sobą własną, biało-czarną szachownicę. Bierki leżały w drewnianym pudełku wyściełanym czerwonym filcem. Były wykonane z polerowanego drewna, na białych widać było delikatne żyłkowanie. Kiedy pan Ganz ustawiał piony i figury, Beth wzięła do ręki skoczka. Ważył więcej od figur, do których była przyzwyczajona, a od spodu miał przyklejony krążek zielonego filcu. Nigdy nie marzyła o tym, żeby coś posiadać na własność, ale teraz chciała mieć te szachy.

Pan Shaibel ustawił swoją szachownicę tam, gdzie zwykle, i przyniósł drugą skrzynkę po mleku pod szachownicę pana Ganza. Dwie plansze stały obok siebie, oddzielone stopą wolnej przestrzeni. Na dworze świeciło słońce, przez okno wpadało jasne światło przefiltrowane przez liście niewysokich krzewów, które rosły wzdłuż chodnika pod ścianą budynku. Nikt nic nie mówił. Pan Ganz delikatnie odebrał Beth skoczka i postawił go na jego wyjściowym polu.

– Pomyśleliśmy, że możesz zagrać z nami dwoma – powiedział.

– Naraz?

Kiwnął głową.

Ustawili dla niej skrzynkę po mleku między dwiema szachownicami. Na obu grała białymi i na obu zagrała e4.

Pan Shaibel odpowiedział obroną sycylijską; pan Ganz zagrał pionem na e5.

Bez trudu wygrała obie partie. Pan Ganz ustawił bierki i zaczęli od nowa. Tym razem na obu szachownicach wyszła pionem na d4, a następnie na c4 – gambit hetmański. Była całkowicie rozluźniona, niemal jak we śnie. Około północy zażyła siedem tabletek uspokajających i jeszcze nie całkiem otrząsnęła się z ich działania.

Mniej więcej w połowie gry, wpatrzona w obsypane różowymi kwiatami krzaki za oknem, usłyszała głos pana Ganza:

– Beth, zagrałem gońcem na f5.

– Skoczek e5 – odpowiedziała sennie. Krzew zdawał się płonąć w wiosennym słońcu.

– Goniec b4 – powiedział pan Ganz.

– Hetman d4 – odparła, nie odwracając wzroku od okna.

– Skoczek c3 – burknął pan Shaibel.

– Goniec g5 – powiedziała, wpatrując się w różowe kwiaty.

– Pion b5. – Głos pana Ganza zabrzmiał dziwnie miękko.

– Hetman h4, szach.

Pan Ganz gwałtownie nabrał tchu.

– Król g8 – powiedział po chwili.

– Szach mat w trzech ruchach – ostrzegła Beth, nie patrząc w jego stronę. – Najpierw szach skoczkiem. Król ma dwa czarne pola, na których zaszachuje go goniec. Potem mat skoczkiem.

Pan Ganz wolno wypuścił powietrze.

– Jezu Chryste!

Rozdział 2

W niedzielę po południu pan Fergussen wywołał ją z seansu filmowego i zaprowadził do gabinetu pani Deardorff. Oglądali Jak się zachowywać przy kolacji, o manierach przy stole, więc nie miała czego żałować. Ale była przestraszona. Czyżby odkryli, że nie chodzi na nabożeństwa? Albo że zbiera tabletki? Kiedy pan Fergussen, w białych spodniach i takim samym T-shircie, prowadził ją długim korytarzem, miała miękkie kolana. Jej niezgrabne brązowe buciki skrzypiały na popękanym zielonym linoleum, ostre światło jarzeniówek raziło ją w oczy. Poprzedniego dnia miała urodziny, lecz nikt tego nie zauważył. Pan Fergussen szedł żwawym krokiem i jak zwykle nie miał nic do powiedzenia. Zatrzymał się przed drzwiami z matową szybą i tabliczką „Helen Deardorff – dyrektor”. Beth przekręciła gałkę i weszła do środka.

Sekretarka w białej bluzce skierowała ją prosto do gabinetu. Powiedziała, że pani Deardorff na nią czeka. Beth pchnęła ciężkie drewniane drzwi i weszła. W czerwonym fotelu siedział pan Ganz, ubrany w brązowy garnitur. Pani Deardorff urzędowała za biurkiem. Spojrzała na Beth znad okularów w szylkretowej oprawie. Pan Ganz, uśmiechając się z zakłopotaniem, podźwignął się z fotela, ale zaraz znów na niego opadł.

– Elizabeth – powiedziała pani Deardorff.

Beth zamknęła za sobą drzwi i stanęła kilka kroków od nich, patrząc na dyrektorkę.

– Elizabeth, pan Ganz mówi, że masz… – pani Deardorff poprawiła okulary – …talent. – Zerknęła na Beth, jakby oczekiwała, że zaprzeczy. Kiedy to się nie stało, przeszła do sedna. – Zwrócił się do nas z niezwykłą prośbą. Chciałby, żebyś pojechała do liceum w… – Spojrzała na pana Ganza.

– W czwartek – pospieszył jej z pomocą.

– W czwartek. Po południu. Utrzymuje, że jesteś fenomenalną szachistką. Chciałby, żebyś zagrała w klubie szachowym.

Beth milczała. Wciąż czuła strach.

Pan Ganz odchrząknął.

– Mamy dwunastu członków i chciałbym, żebyś z nimi zagrała.

– Co ty na to? – spytała pani Deardorff. – Chciałabyś? Możemy to zorganizować jako wycieczkę edukacyjną. – Posłała panu Ganzowi posępny uśmiech. – Staramy się zapewnić naszym dziewczynkom okazje do wychodzenia do miasta.

Dla Beth była to kompletna nowość, nigdy nie słyszała, żeby ktoś gdzieś wychodził.

– Tak – odpowiedziała. – Chciałabym.

– Dobrze – zgodziła się pani Deardorff. – W takim razie to uzgodnione. Pan Ganz przyjedzie po ciebie w czwartek po obiedzie z jedną z uczennic liceum.

Pan Ganz wstał z fotela. Beth chciała wyjść razem z nim, ale pani Deardorff ją powstrzymała.

– Elizabeth – zaczęła, kiedy zostały same. – Pan Ganz poinformował mnie, że grywasz w szachy z naszym woźnym.

Beth nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Z panem Shaibelem.

– Tak, proszę pani.

– To niezgodne z regulaminem. Chodziłaś do piwnicy?

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie skłamać. Ale pani Deardorff bez trudu dowiedziałaby się prawdy.

– Tak, proszę pani – powtórzyła.

Spodziewała się wybuchu gniewu, lecz dyrektorka była zaskakująco spokojna.

– To niedopuszczalne, Elizabeth – powiedziała. – Methuen wspiera rozwijanie talentów, ale nie możemy pozwolić, żebyś grała w szachy w piwnicy.

Beth ścisnął się żołądek.

– Zdaje się, że mamy komplet szachów w szafie z grami. Poproszę pana Fergussena, żeby go poszukał.

W sekretariacie zadzwonił telefon i na aparacie na biurku zaświeciła się lampka.

– To już wszystko, Elizabeth. Kiedy będziesz w liceum, pamiętaj o manierach. I nie zapomnij wyczyścić paznokci.

W komiksach z serii „Major Hoople” tytułowy bohater należał do Klubu Puchaczy. Było to miejsce, gdzie mężczyźni siedzieli w wielkich starych fotelach, popijali piwo i rozmawiali o prezydencie Eisenhowerze i o tym, ile ich żony wydają na kapelusze. Major Hoople miał wielki brzuch, jak pan Shaibel, a kiedy był w klubie z ciemną butelką piwa w ręku, słowa wydobywały się z jego ust razem z małymi bąbelkami. W dymku nad nimi mówił „ehem” i „zaiste!”. To właśnie był „klub”. Przypominał czytelnię biblioteki w Methuen. Może w takim pomieszczeniu zagra z dwunastoma osobami.

Nie powiedziała nikomu. Nawet Jolene. Leżała w ciemności i rozmyślała o tym z dreszczem radosnego oczekiwania. Czy zdoła rozegrać tyle partii? Przewróciła się na plecy i nerwowo przeszukała kieszonki piżamy. Znalazła dwie tabletki. Do czwartku zostało sześć dni. A może panu Ganzowi chodziło o to, że ma zagrać z nimi wszystkimi po kolei?

Sprawdziła, co oznacza „fenomenalny”. Według słownika to „niezwykły, wybitny, nadzwyczajny”. Powtarzała w myśli te słowa: „niezwykła, wybitna, nadzwyczajna”. Ułożyły się w jej głowie w melodię.

Spróbowała wyświetlić na suficie dwanaście szachownic, jedną obok drugiej. Tylko pięć widziała naprawdę wyraźnie. Wzięła sobie czarne bierki, „im” dała białe, a potem zagrała pionem na e4 i odpowiedziała obroną sycylijską. Stwierdziła, że potrafi rozgrywać pięć partii jednocześnie, koncentrując się kolejno na jednej, podczas gdy pozostałe cztery czekały, aż do nich wróci.

– Która godzina? – zapytał ktoś na korytarzu.

– Dwadzieścia po drugiej – odpowiedział mu drugi głos.

Mama mówiła o godzinach „nad ranem”. To właśnie była taka pora. Beth grała w szachy, pięć wyimaginowanych partii naraz. Zapomniała o pigułkach spoczywających w kieszonce piżamy.

Nazajutrz rano pan Fergussen jak zwykle wręczył jej papierowy kubeczek z lekarstwami, ale kiedy zajrzała do środka, zobaczyła tylko dwie pomarańczowe witaminy. Spojrzała na niego pytająco.

– To wszystko – powiedział z okienka apteki. – Następna.

Nie drgnęła, chociaż dziewczynka za nią już próbowała wepchnąć się na jej miejsce.

– Gdzie zielona? – zapytała.

– Skończyły się – odparł pan Fergussen.

Beth wspięła się na palce i zajrzała do apteki. Na półce za panem Fergussenem stał wielki szklany słój w jednej trzeciej wypełniony zielonymi pigułkami. Przypominały malutkie żelki. Musiało ich tam być kilkaset.

– Przecież są. – Wskazała palcem.

– Już ich wam nie dajemy – wyjaśnił. – Nowe przepisy. Koniec ze środkami uspokajającymi dla dzieci.

– Teraz ja – powiedziała Gladys, która za nią stała.

Beth się nie poruszyła. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie mogła wydobyć z siebie ani słowa.

 

– Teraz moja kolej po witaminy! – Gladys podniosła głos.

W niektóre noce szachy tak ją wciągały, że zasypiała bez tabletek. Ale tym razem było inaczej. Nie mogła myśleć o szachach. W futerale na szczoteczkę do zębów zostały tylko trzy pigułki. Kilka razy chciała zażyć jedną z nich, ale rezygnowała.

– Słyszałam, że będziesz się popisywać – powiedziała Jolene i zachichotała, bardziej do siebie niż do Beth. – Grać w szachy przed publicznością.

– Skąd wiesz? – spytała Beth.

Siedziały po siatkówce w szatni. Pod koszulką Jolene zakołysały się piersi, których w zeszłym roku jeszcze tam nie było.

– Po prostu wiem, dzieciaku – zbyła ją Jolene. – To takie warcaby, tylko że pionki skaczą jak zwariowane, co nie? Wujek Hubert w to grywał.

– Pani Deardorff ci powiedziała?

– Od tej paniusi trzeba się trzymać z daleka – poradziła poufnym tonem Jolene. – Nie, Fergussen. Mówił, że wybierasz się do liceum w śródmieściu. Pojutrze.

Beth spojrzała na nią z niedowierzaniem. Personel nie miał zwyczaju zwierzać się wychowankom.

– Fergussen?

– Czasem się kumplujemy – wyjaśniła Jolene. – Nie chcą, żebyś się tym chwaliła, co?

Beth kiwnęła głową.

Jolene odsunęła się i zaczęła białym szkolnym ręcznikiem wycierać mokre włosy. Po siatkówce, przed pójściem do sali nauki własnej zawsze można było zamarudzić dłużej w szatni.

Beth przyszło coś do głowy. Zastanowiła się.

– Jolene – odezwała się po chwili cichym głosem.

– Hę?

– Czy pan Fergussen dawał ci zielone tabletki? Na boku?

Jolene zmierzyła ją twardym spojrzeniem, ale po chwili jej twarz złagodniała.

– Nie, maleńka. Niestety nie. Dostali opieprz od władz za faszerowanie nas tymi tabletkami.

– Ciągle je mają. W wielkim słoju.

– Tak? Nie zauważyłam. – Nadal patrzyła na Beth. – Za to zauważyłam, że ostatnio zrobiłaś się nerwowa. Masz objawy odstawienia?

Poprzedniego wieczoru Beth wzięła ostatnią tabletkę.

– Nie wiem – powiedziała.

– Uważaj, za kilka dni będzie tu sporo nerwowych sierot.

Skończyła wycierać włosy i się przeciągnęła. W świetle padającym zza jej pleców, ze swoimi kędzierzawymi włosami i wielkimi oczami była piękna. Siedząc obok niej na ławce, Beth czuła się brzydka. Mała, blada i brzydka. Perspektywa położenia się spać bez pigułek napawała ją przerażeniem. Ostatnie dwie noce spała najwyżej po dwie, trzy godziny. Piekły ją oczy i pocił jej się kark, nawet teraz, po wyjściu spod prysznica. Nieustannie myślała o wielkim słoju za plecami pana Fergussena, wypełnionym w jednej trzeciej zielonymi pigułkami – wystarczyłoby na sto pełnych pudełek na szczoteczkę do zębów.

Do liceum pojechała samochodem. Siedziała w aucie po raz pierwszy, odkąd trafiła do Methuen. Czternaście miesięcy temu. Prawie piętnaście. Mama zabiła się w samochodzie czarnym jak ten; wbił jej się w oko ostry kawałek kierownicy. Opowiedziała jej o tym pani z podkładką na dokumenty. Beth słuchała, wpatrując się w pieprzyk na jej policzku, i nic nie mówiła. Niczego też nie czuła. Kobieta powiedziała, że mama odeszła. Pogrzeb za trzy dni. Trumna będzie zamknięta. Beth wiedziała, co to trumna. Dracula sypiał w trumnie. Tata odszedł rok wcześniej przez „lekkomyślny tryb życia”, jak powiedziała mama.

Siedziała z tyłu obok dużej zakłopotanej dziewczyny o imieniu Shirley. Shirley należała do klubu szachowego. Pan Ganz prowadził. Beth miała supeł w żołądku, twardy jak ciasny zwój drutu. Trzymała kolana złączone i patrzyła prosto przed siebie, na wystający z kołnierzyka w prążki kark pana Ganza i na pojazdy za przednią szybą – autobusy i auta osobowe poruszające się w tym samym kierunku lub nadjeżdżające z przeciwka.

Shirley spróbowała nawiązać rozmowę.

– Grasz gambit królewski?

Beth kiwnęła głową, ale nie odważyła się odezwać. Ostatniej nocy nie spała w ogóle, a w ciągu poprzednich dwóch bardzo mało. Słyszała, jak pan Fergussen żartuje z panią z recepcji; jego gromki śmiech płynął korytarzem i wciskał się do sypialni przez szparę pod drzwiami. Leżała na łóżku całkowicie rozbudzona i sztywna jak stal.

Rano wydarzyło się jednak coś nieoczekiwanego. Niespodzianka. Kiedy szykowała się do wyjścia z panem Ganzem, podbiegła do nich Jolene.

– Mogę zamienić z nią słówko? – zapytała z tym swoim przebiegłym spojrzeniem.

Pan Ganz przytaknął, Jolene pospiesznie odciągnęła Beth na bok i wręczyła jej trzy zielone pigułki.

– Masz, słonko – powiedziała. – Widzę, że ich potrzebujesz.

Podziękowała panu Ganzowi i popędziła w podskokach do klasy z podręcznikiem do geografii pod pachą.

Tylko że Beth nie miała kiedy ich zażyć. Spoczywały w kieszonce bluzki, a ona bała się po nie sięgnąć. Zaschło jej w ustach. Wiedziała, że mogłaby je łyknąć i nikt by nie zauważył. Ale się bała. Wkrótce będą na miejscu. Kręciło jej się w głowie.

Samochód zatrzymał się na światłach. Za skrzyżowaniem znajdowała się stacja benzynowa z wielkim niebieskim logo Pure Oil. Beth odchrząknęła.

– Muszę do toalety – oświadczyła.

– Za dziesięć minut będziemy na miejscu.

Pokręciła stanowczo głową.

– Nie wytrzymam.

Pan Ganz wzruszył ramionami. Kiedy zmieniło się światło, przeciął skrzyżowanie i wjechał na stację benzynową. Beth weszła do pomieszczenia oznaczonego napisem „Panie” i zamknęła za sobą drzwi. Łazienka, z rozmazanymi smugami na białych kafelkach podłogi i obtłuczoną umywalką, była okropnie brudna. Beth odkręciła kran i włożyła tabletki do ust. Popiła je nabraną w stulone dłonie wodą. Od razu poczuła się lepiej.

Była to duża sala lekcyjna, naprzeciw drzwi wisiały w rzędzie trzy czarne tablice. Na środkowej białą kredą napisano wielkimi, drukowanymi literami: „WITAMY, BETH HARMON!”. Powyżej na ścianie znajdowały się kolorowe fotografie prezydenta Eisenhowera i wiceprezydenta Nixona. Większość ławek wyniesiono na korytarz i upchnięto wzdłuż ściany, pozostałe stłoczono w głębi klasy. Na środku ustawiono w podkowę trzy duże stoły, na każdym z nich leżały obok siebie cztery papierowe zielono-beżowe szachownice z plastikowymi bierkami. W środku podkowy, naprzeciwko czarnych, stały metalowe krzesła, ale od zewnątrz, od strony białych, ich nie było.

Od postoju na stacji benzynowej Pure Oil minęło dwadzieścia minut i Beth już się nie trzęsła, ale nadal piekły ją oczy i bolały stawy. Miała na sobie granatową plisowaną spódniczkę i białą bluzkę z czerwonym napisem „Methuen” na kieszonce.

Kiedy weszli do klasy, nikogo jeszcze w niej nie było. Pan Ganz otworzył drzwi wyjętym z kieszeni kluczem. Minutę później zadzwonił dzwonek, na korytarzu rozległy się głośne wrzaski oraz tupot stóp i do sali zaczęli się schodzić uczniowie. Byli to głównie chłopcy. Duzi chłopcy, prawie dorośli mężczyźni, z ostatniej klasy liceum. Nosili swetry, garbili się i trzymali ręce w kieszeniach. Beth zastanawiała się, gdzie ma usiąść. Ale przecież nie może siedzieć, jeśli ma grać ze wszystkimi, będzie musiała przechodzić od szachownicy do szachownicy.

– Hej, Allan. Uważaj na nią! – zawołał jeden z chłopców, wskazując kciukiem Beth.

Nagle ujrzała siebie jako małą, nieważną dziewczynkę – nieładną brązowowłosą sierotę w brzydkich, sierocińcowych ciuchach. Była o połowę mniejsza od tych bezczelnych, nonszalanckich, głośnych chłopaków w kolorowych swetrach. Poczuła się bezsilna i głupia. Ale kiedy znów spojrzała na szachownice z bierkami ustawionymi w znajomym szyku, nieprzyjemne uczucie osłabło. Może i była nie na miejscu w tym publicznym liceum, ale te dwanaście szachownic to był jej teren.

– Proszę o zajęcie miejsc i zachowanie ciszy – powiedział zaskakująco władczym tonem pan Ganz. – Charles Levy siada przy pierwszej szachownicy, bo jest naszym najlepszym zawodnikiem. Pozostali mogą usiąść, gdzie chcą. Żadnych rozmów w czasie gry.

Natychmiast zapadła cisza i wszystkie oczy skierowały się na Beth. Wytrzymała te spojrzenia, czując w sercu przypływ czarnej jak noc nienawiści.

– Ja zaczynam? – spytała pana Ganza.

– Przy pierwszej szachownicy.

– A potem przechodzę do następnej?

– Właśnie tak.

Uświadomiła sobie, że nawet jej nie przedstawił. Podeszła do pierwszej szachownicy, gdzie po stronie czarnych siedział Charles Levy. Zagrała pionem na e4.

Zaskoczyło ją, jak słabo grają. Wszyscy. Dopiero zaczynała, a już rozumiała szachy lepiej niż oni. Zostawiali odstałe piony, narażali swoje figury na widełki. Niektórzy próbowali zastawiać prymitywne pułapki matowe. Odpędzała je jak muchy. Przechodziła od szachownicy do szachownicy energicznym krokiem, ze spokojnym żołądkiem i pewną ręką. Wystarczało jej kilka sekund, by zgłębić pozycję i odnaleźć właściwe posunięcie. Jej ruchy były szybkie, zdecydowane i zabójcze. Podobno Charles Levy był najlepszy. W dwunastu ruchach zdominowała jego figury, tak że nie miały szansy się uwolnić; w sześciu następnych dała mu mata na ósmej linii wieżą i skoczkiem.