Rob-RoyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Tak jest, — odpowiedział Campbell; — a cóż w tem nic dziwnego?

— Na honor, — rzekł pierwszy, — miałbym sobie za szczęście towarzyszyć wam w podróży, — ja jadę na północ.

To pierwsze i dobrowolne wyznanie mego towarzysza o drodze, którą miał się udać, przyjął Szkot z największą obojętnością.

— Nie możemy jechać razem, — odpowiedział ozięble, — pan zapewne ma dobrego konia, a ja część drogi odbywam pieszo, część na nędznej góralskiej szkapinie.

Powiedziawszy to zapytał, ile się należy za dodatkową butelkę wina, — rzucił na stół zapłatę, i wstał zabierając się do dalszej podróży. — Towarzysz mój zbliżył się doń, a ująwszy za guzik surduta, odciągnął na stronę ku framudze okna. Z kilku słów które usłyszałem, wniosłem, że prosił o coś usilnie, na co zaś Campbell nie zgadzał się wcale.

— Biorę na siebie wydatki podróży, — rzekł pierwszy tonem zupełnego przekonania, że takiej hojności odrzucić niepodobna.

— To być nie może, — odpowiedział Campbell nie kryjąc pogardy; — muszę wstąpić do Rothbury.

— I mnie nie pilno, chętnie zboczę na stronę i poświęcę dzień jeden, choćby i dwa, dla tak dobrego towarzystwa.

— Zapewniam pana, — rzekł Campbell, — że nie mogę zrobić mu tej przysługi. Mam swoje interesa; a jeżeli chcecie usłuchać dobrej rady, pilnujcie swoich, nie wdajcie się lada z kim po drodze, i nie mówcie gdzie i kiedy jedziecie, kiedy was o to nikt nie pyta. — Po czem wyrwał swój guzik z rąk natrętnika, a zbliżywszy się ku mnie dodał:

— Ten pański przyjaciel coś zanadto otwarty jak na posłańca w tak ważnym interesie.

— Ja wcale nie znam tego jegomościa, — rzekłem spojrzawszy na mego towarzysza, — nie jest moim przyjacielem, spotkałem go w drodze, ale nie wiem ani o nazwisku jego, ani o celu podróży. Pan zaś jak uważam, jesteś jego dawnym znajomym i zdaje mi się, że go musisz bliżej znać ode mnie, i...

— Ja proszę pana, — przerwał, — chciałem tylko powiedzieć, że się nadto narzuca ze swem godnem towarzystwem.

Domówiwszy tych słów, skłonił się i wyszedł, a za jego przykładem rozeszli się wkrótce i inni goście.

Pożegnałem się z moim trwożliwym towarzyszem, droga bowiem wiodąca na wschód do Osbaldyston-Hallu, rozdzielała się w tem miejscu z głównym gościńcem. Zważając na ciągłe jego powątpiewanie o moim charakterze, wniosłem, że rozłączenie nasze nie musiało mu być bardzo przykrem; — co do mnie, wyznam, że kontent byłem niewymownie, bo tchórzostwo tego człowieka nudzić mię już zaczynało.

ROZDZIAŁ V.

O jak mi miło, kiedy zobaczę,

Którą z Nimf pięknych, ozdób wyspy naszej,

Jak się skokami rumaka nie straszy,

Śmiało nim zwraca i przez rowy skacze!

Polowanie

W miarę zbliżania się do starożytnej siedziby mych przodków, powiększało się wzruszenie moje, bo też i okolica stawała się coraz bardziej romantyczną. Wolny od natrętnej towarzysza mego gadatliwości, uważałem z upodobaniem różnicę między poprzednią drogą, a tą, na której znajdowałem się teraz. — Strumienie nie snuły się smutno i jakby drzemiąc między trzciną i wierzbami, lecz płynęły z szumem pod cieniem wesołych gajów, już spadając nagle z pochyłości gór, już przerzynając spokojniej nieco, ale zawsze bystro samotne doliny, które tu i owdzie rozwijały się przed okiem podróżnego, i zdawały się zachęcać, aby w ich cieniu odpoczął. — Góry Czywiot wznosiły przedemną swe poważne czoło: wprawdzie niewidziałem w nich owej cudownej rozmaitości urwisk i przepaści, która pierwiastkowe skały odznacza; — lecz wyniosłe, zajmujące przestrzeń okiem nieprzejrzaną i ciągle przybrane w ciemną barwę wrzosu, samym swym ogromem i ponurą postacią silnie działały na wyobraźnią zdolną pojmować wielkość przyrodzenia.

Zamek przodków moich leżał wśród pasma tych gór na wąskiej dolinie. Majątek ich niegdyś bardzo znaczny, nadwątliły przygody i rozrzutność; mimo to stryj mój uchodził jeszcze za majętnego właściciela, choć jak mi już w drodze powiadano, trwonił wszystko, co miał, na utrzymanie owej starodawnej gościnności, którą uważał za nierozdzielną od sławy domu.

Wjechawszy na nieco wyższy pagórek, ujrzałem w oddaleniu Osbaldyston-Hall, ogromny gotycki gmach, otoczony prawie zewsząd dębowym gajem, który przypominał czasy Druidów. Pośpieszałem ku niemu po krętej i nierównej drodze; gdy koń mój chociaż strudzony długą podróżą, zaczął strzydz uszami, usłyszawszy goń licznej psiarni, i odgłos francuskiej trąby, bez której naówczas porządne myśliwstwo obejść się nie mogło. — Niewątpiłem, że to była psiarnia mojego stryja; wstrzymałem więc konia, a nie chcąc się dostać między zgraję myśliwych, postanowiłem oczekiwać w domu na ich powrót, i tam zabrać pierwszą z rodziną moją znajomość. — Lubo o czem innem myślałem, nie byłem nieczuły na przyjemności tej wiejskiej zabawy, która tyle ma powabów dla prawdziwych swoich czcicieli; z ciekawością więc oczekiwałem ukazania się myśliwych.

Naprzód wymknął się z gęstej kniei po prawej stronie doliny, lis zadyszany i już ledwo żywy, — kita spuszczona, boki zapadłe, susy drobne, zapowiadały skon bliski, a kruki unoszące się po nad głową, już czatowały na zdobycz swoją. Przebrnął ruczaj dzielący dolinę i wlókł się ku wąwozowi na drugiej stronie spadzistych brzegów, gdy wtem cała psiarnia w pełnym gronie wypadła z kniei, a za nią dojeżdżacz i kilku strzelców na koniach. Psy poszły za lisem, myśliwi za psami. — Byli to młodzieńce rośli i silni, na dzielnych koniach, przybrani w zielone kurtki z czerwonemi wyłogami, to jest, jak się dowiedziałem później, w mundur myśliwskiego towarzystwa, którym rządził stary Baron Hildebrand Osbaldyston. To są zapewne moi bracia, pomyślałem sobie: jakież mię czeka spotkanie od tych godnych następców Nemroda? — Lecz nowy widok przerwał moje dumania.

Oczom moim przedstawiła się młoda dama, której zachwycającym wdziękom, trudy męskiej zabawy, nowych powabów, nowego dodawały blasku. Konia jej czarnego bez odmiany, pokrywała biała jak śnieg piana; suknia amazonką zwana i męski kapelusz; składały jej ubiór do konnej jazdy, mało jeszcze podówczas znany, a dla mnie zupełnie obcy; — czarne jak heban i długie jej włosy, pozbywszy się więzów w zapale myśliwskim, igrały z wiatrem. Bieg konia, którym kierowała zręcznie i śmiało, zwolnieć musiał nieco po przykrym gruncie; miałem więc czas przypatrzenia się dokładnie pięknym rysom jej twarzy i kształtnej kibici; mijając mię na równiejszym cokolwiek miejscu, popuściła wodze; dziarski rumak dał kilka susów, które mię napełniły obawą, — w okamgnieniu znalazłem się przy jej boku, ale pomoc moja nie była potrzebną. Piękna amazonka potrafiła wstrzymać swojego wierzchowca, nieokazawszy najmniejszego wzruszenia; podziękowała mi jednak za troskliwość moją wdzięcznym uśmiechem, który mię ośmielił towarzyszyć w dalszej drodze. — Wkrótce chrapliwy dźwięk francuskiej trąby i wołanie na ubitego, oznajmiły nam, że nie mamy się po co śpieszyć, i że już po polowaniu. Jeden z młodych myśliwych, których niedawno widziałem, wracał ku nam powiewając lisią kitą, jakby na przekór pięknej mojej towarzyszce.

— Widzę, widzę, — rzekła, — ale nie cieszcie się tak bardzo: gdyby Febus (dodała głaszcząc swego konia), nie uniósł mię między te parowy, ręczę, iżbyście nie mieli z czego tryumfować.

Przybliżyła się do myśliwego, i zaczęli z sobą rozmawiać pocichu, spoglądając na mnie; — zdawało mi się, że pierwsza mocno przedstawiała jakąś prośbę, którą drugi odrzucał uporczywie i prawie z grubiaństwem; nakoniec zniecierpliwiona zawołała:

— Dobrze, dobrze Torncliffie, — kiedy ty niechcesz, to ja muszę; — potem zwracając ku mnie konia, — prosiłam, — rzekła, — tego grzecznego młodzieńca, aby pana zapytał, czyli podróżując w tych stronach, niesłyszeliście o niejakim panu Franku Osbaldyston, krewnym naszym, który miał w tych dniach odwiedzić swego stryja.

Uradowany tem zapytaniem, powiedziałem kto jestem.

— Jeżeli tak, — rzekła, — ponieważ grzeczność mego towarzysza, jak się zdaje, nierychło się obudzi, niechże mi wolno będzie zostać na ten raz mistrzem ceremonij, i przedstawić wam kuzyna waszego Thorncliffa Osbaldyston, i Dianę Yernon, która także ma zaszczyt być krewną tego nieporównanego młodzieńca.

Śmiałość, dowcip nieco złośliwy, i niewymuszona prostota, objawiały się w słowach Miss Vernon; — podziękowałem jej za uprzejmość, wyrażając najżywszą radość z tak szczęśliwego spotkania. Wyznaję, że słowa moje zwróciłem jedynie do pięknej Diany, Thorncliff bowiem wydał mi się niezgrabnym i nieokrzesanym wieśniakiem; — z tem wszystkiem ścisnąwszy mi przyjaźnie rękę, przeprosił, że dłużej zostać nie może, bo musi pomódz dojeżdżaczowi i braciom psy zesforować.

— Oto jest, — rzekła Miss Vernon, rzucając za nim wzrok pogardy, — król masztalerzy, dowódzca wyścig konnych i kogucich bitew!... ale nielepsza i reszta rodziny.... — Czy znasz pan dzieło Markhama?

— Jakie dzieło pani? — niesłyszałem nawet o tym autorze.

— O nieba! z jakichże pan krain przybywasz? — Nieznać dzieła Markhama, tego prawdziwego Alkoranu dzikich mieszkańców, z któremi żyć przybywasz? — Markhama, najsławniejszego ze wszystkich, którzy tylko o leczeniu koni pisali?... To zapewne nieznasz i nowszych autorów, jak naprzykład Gibsona, albo Barletta?

— Wyznaję, że żadnego nieznam.

— A! to rzecz niepojęta! — odrodziłeś się jak widzę od naszej rodziny panie Franku! — To więc próżno i pytać, czy umiesz osiodłać, albo okuć konia.

— Co do tego, spuszczam się zupełnie na kowala i masztalerza.

— Jakżeż pan jesteś zaniedbany! — Umiesz-że przynajmniej zamawiać robaki, obcinać psom uszy, układać sokoły, albo...

— Zlituj się pani! zkądżebym mógł nabyć tylu, i tak rzadkich talentów.

 

— Więc cóż pan umiesz? — powiedz.

— Bardzo mało zapewne! umiem jednak wsiąść na konia, kiedy mi go kto osiodła, i puścić sokoła za kuropatwą, gdy już go mam na ręku.

— Przecież! — rzekła Miss Vernon ruszając naprzód galopem.

Zbliżaliśmy się właśnie do płotu, który przegradzał drogę: ciężkie i niezgrabne wrota były zamknięte; chciałem je otworzyć, ale — Miss Vernon wyprzedziła mię i w oka mgnieniu ujrzałem ją na drugiej stronie: chociaż koń mój nie był wprawny do skoków, musiałem jednak pójść za jej przykładem.

— Kiedy tak, — rzekła Diana, — nie tracę o panu nadziei; i z radością widzę, że nie jesteś zupełnie niegodnym swego imienia: ale powiedże mi proszę, co — pana sprowadza do tego więzienia? własna wola, czyli przymus?

Ośmielony poufałością i dobrocią pięknej mojej towarzyszki, odpowiedziałem nie tając żywego uczucia, że pobyt mój w Osbaldyston-Hallu choćby nawet najkrótszy, byłby dla mnie nieznośnym, gdyby między mieszkańcami jego nie znajdowała się jedna osoba, której towarzystwo, wszystkie przykrości jakie spotkać mogę, sowicie mi wynagrodzi.

— Chcesz pan zapewne mówić o Rashleighu.

— O! nie, — chcę mówić o osobie bliżej mnie będącej.

— Możeby przyzwoiciej było udać żem niezrozumiała tak grzecznego komplementu; ale ja udawać nie umiem, i dygnęłabym wam za to bardzo nisko, gdybym nie była na koniu. — W rzeczy samej mogę ci powiedzieć otwarcie i szczerze, że oprócz mnie, Reshleigha i starego kapelana, w całym domu nie znajdziesz pan do kogo i słowa przemówić.

— Ale któż jest ten Rashleigh? raczże mię pani objaśnić.

— Rashleigh jest to człowiek, który chce, aby wszyscy byli mu podobni, bo natenczas on byłby takim jak wszyscy; — jest to najmłodszy syn barona Hildebranda, równego wieku z panem, ale nie tak... słowem niepodobny do pana. — Natura obdarzyła go dowcipem, a stary kapelan nauką: u nas gdzie o mędrców trudno, uchodzi za mędrca. Sposobił się dotąd na duchownego, ale dziś zdaje mi się, że nie bardzo tęskni do sutanny; — zresztą rzadko znaleźć równie przyjemnego człowieka — przyznacie to sami; ale na jak długo? — nie wiem, — zawróciłby niezawodnie głowę każdej kobiecie pozbawionej wzroku; szczęściem iż oczy niszczą w jednej chwili urok niebezpieczny dla ucha. — Ale owóż i dziedziniec starego gmachu, którego postać ponura i dzika odpowiada przewybornie postaci mieszkańców. — Masz pan wiedzieć, że tu nie ma zwyczaju trawić godzin przy gotowani; muszę jednak coprędzej zrzucić ten strój, żeby nie umrzeć z gorąca; — kapelusz ciśnie mi czoło, — dodała zdejmując go z głowy i odgarniając bieluchną rączką gęste hebanowe pukle, które nadobną jej twarz i bystre czarne oko przykryły; poruszenie to tak naturalne, tak obojętne, — niepodobna było uważać za płochą zalotność; niemogłem więc przenieść na sobie, żebym jej niepowiedział, — iż sądząc o reszcie rodziny z tego, co miałem szczęście ujrzeć, widzę, że prawdziwie nikt w tym domu niema potrzeby trawić godzin przy gotowalni.

— Jest to bardzo grzecznie, — rzekła miss Vernon, — bo i teraz możebym niepowinna pana zrozumieć; — lecz gdy ujrzysz owych niedźwiadków, którzy towarzystwo pańskie składać mają, i którym żadna sztuka nie przyda już wdzięków, przekonasz się natenczas, że niedbałość o ubiór, jaka u nas panuje, z innego względu przebaczoną być winna. — Ale za kilka minut odezwie się chrapliwym dźwiękiem nasz obiadowy dzwonek: mówią, że podczas wylądowania Wilhelma zdobywcy, sam zadzwonił i pękł, a stryj mój szanując te pamiątkę, nie każe go naprawiać. — Ponieważ więc obiad już jest tak blizko, zechciej-że pan na wzór prawego rycerza potrzymać mi konia, póki jeden z giermków moich nie przyjdzie go wyręczyć.

Rzuciła mi cugle, tak jakby mnie znała od dzieciństwa, zeskoczyła z konia, i wbiegła przez drzwi boczne do domu, zostawiwszy mię, jakby odurzonego swoją pięknością i tem ledwie nie zanadto otwartem postępowaniem, które w owym czasie (kiedy prawidła towarzyskiego życia, biorące swój początek u dworu wielkiego monarchy Ludwika XIV, wymagały od płci pięknej najściślejszej skromności), tem dziwniejszem wydawać się musiało.

Siedząc pośród dziedzińca na jednym koniu, a drugiego trzymając w ręku, długo nie wiedziałem co mam począć. Budowa zamku nie tak zajmująca, mojej uwagi ściągnąć nie mogła; każdy bok tego czworościanu był odmiennej architektury; a wąskie i kratą obwarowane okna, wyskakujące tu i owdzie wieżyczki i ciężkie kamienne ozdoby, czyniły go podobnym do klasztoru, albo do jednego z najstarszych gmachów akademii Oksfordzkiej. — Wołałem na służących, ale napróżno; kiedy niekiedy tylko ukazywały się z okien na chwilę męskie i kobiece głowy, jakby żartując z mego położenia: nareszcie wybawił mię powrót myśliwych; uprosiłem jednego z nich, aby konie odebrał, drugi pokazał mi drogę do pokoju barona Hildebranda, ale tak chętnie, jak wieśniak, co chcąc niechcąc musi służyć za przewodnika nieprzyjacielskiemu patrolowi; — ja z równą usilnością jak patrol musiałem go pilnować, aby mię nieopuścił wśród labiryntu niskich i ciemnych kurytarzy, wiodących do pokoju, w którym miałem ujrzeć mojego stryja.

Weszliśmy nakoniec do obszernej sali, mającej wysokie sklepienie i kamienną posadzkę: środek jej zajmowały ogromne i raz na zawsze ustawione dębowe stoły, przykryte jak do obiadu. — Poważny ten przybytek gościnności, dawnej rodziny Osbaldystonów, świadczył razem o jej myśliwskich dziełach — ściany okrywało mnóstwo jelenich rogów, skór borsuków, wydr, lisów i innych zwierząt; — między szczątkami starej brni, niegdyś używanej może przeciwko Szkotom, wisiały narzędzia mniej srogich wojen; oszczepy, łuki, siecie, wędy i t. d. Kilka starych obrazów zakopconych dymem i nakrapianych błyszczącemi plamami marcowego piwa, przedstawiało czcigodne oblicza sławnych dam i kawalerów; pierwsze trzymając w ręku róże, spoglądały na nie z wdzięcznym uśmiechem; drugim iskrzyły się groźne oczy między gęstą jak las peruką i brodą.

Zaledwo zdołałem spojrzeć na te wszystkie dziwy, gdy dwunastu służących w błękitnej liberyi weszło do sali z wielkim pędem i hałasem; — jedni rzucali na ogień ogromne szczapy, które więcej buchały dymem, jak płomieniem ku przestronnej czeluści komina, pokrytej szerokim kapturem, wśród którego jakiś Nortumberlandzki Fidyjasz wyrżnął rodzinne herby na kamieniu niegdyś czerwonym, lecz natenczas zupełnie zaczernionym sadzą; — drudzy wnosili dymiące się półmiski porządnie obładowane; — inni rozstawiali kielichy, flasze, butle i gąsiory. Jeden drugiego popychał, ten temu rozkazywał; pełno hałasu, a usługi mało. — Nakoniec, kiedy już przecie wszystko przygotowano do obiadu, szczekanie mnóstwa psów, trzaskanie harapów, donośne głosy kilkunastu osób, stuk grubo podkutych butów stąpających po kamiennej posadzce, zwiastowały przybycie panów. — W miarę jak się zbliżali, wzrastał nieład między służącemi: jedni wołali prędzej, drudzy pomału! ci szykowali się we dwa rzędy przed nadchodzącym panem i paniczami, tamci latali niewiedzieć po co naokoło stołu; jedni krzyczeli, że już czas drzwi otworzyć, drudzy, że jeszcze nie czas; nakoniec rozwarły się podwoje, i wpadło razem do sali bez ładu i porządku, ośmiu psów, doktór, kapelan, mój stryj i sześciu jego synów.

ROZDZIAŁ VI.

Idą już, idą! zabrzmiał odgłos w sali;

Tłoczą się... weszli... widoku jedyny!

Wszyscy, jak pawie, wspaniale stąpali,

Głowy do góry, i nadęte miny.

Pernose.

Jeżeli baron Hildebrand Osbaldyston nie pośpieszył na powitanie synowca, o którego przybyciu już dawno wiedzieć musiał; to nie bez ważnych powodów:

— Bardzo mi przykro, — rzekł wstrząsając mi silnie rękę, że cię wcześniej przyjąć nic mogłem, mój synowcze; ale trzeba przedewszystkiem kazać psy nakarmić i zapędzić do psiarni. — Rad jestem, żeś przybył, — oto są twoi bracia stryjeczni: Percy, Thorncliff, John, Dick, Wilfred, i.... poczekajno... gdzież jest Rashleigh? ustąpże się Thorncliffie, zasłaniasz brata Rashleigha. Nakoniec ojciec twój przypomniał sobie o dawnej przodków siedzibie i o starym baronie, lepiej późno, jak nigdy; powtarzam, że rad jestem chłopcze z przybycia twego; ale dość już tych grzeczności. Gdzież jest moja Diana?.... oto właśnie przychodzi, to jest krewna nasza, córka brata mojej żony; najpiękniejsza z naszych dziewic; drugiej takiej nie znajdziesz w całej okolicy. — No! a teraz siadajmy do stołu.

Żebyś powziął wyobrażenie o osobie, której rozmowę przytoczyłem, wystaw sobie Treshamie mężczyznę, mającego około lat sześćdziesiąt, przybranego w strój myśliwski, którego niegdyś sute hafty poczerniały na jesiennych słotach. — Baron Hildebrand w młodości swojej służył wojskowo i bywał u dworu; znajdował się pod Hunslow-Heath, i zapewne dla tego, że wyznawał wiarę katolicką, pasował go na rycerza nieszczęśliwy Jakób II. Lecz owa pamiętna crisis, która strąciła z tronu protektora jego, położyła koniec wszelkim marzeniom o przyszłej sławie i znaczeniu; wrócił więc do domu i odtąd nigdzie już nie wyruszył; nie zardzewiał jednak zupełnie na wsi; polor świata błyszczał jeszcze za nim cokolwiek wydawał się między synami swymi, jak pełna rysów wprawdzie i mchem obrosła Koryncka kolumna, pośród nieforemnych i chropowatych głazów starożytnej Druidów świątyni. Wszyscy brana, wyjąwszy Resleigha, jeden w drugiego ogromni pleczyści, i dość przystojnej twarzy, lubo bez żadnego wyrazu; zdawało się, iż nie posiadają ani niebieskiego ognia Prometeusza, ani tych powierzchownych darów wychowania, które w oświeconem towarzystwie często zastępują umysłowe zdolności, — najważniejszym ich przymiotem była nieprzerwana wesołość, a jedynym celem życia i wszelkich usiłowań, nabycie coraz większej zręczności w rozmaitych męskich zabawach. Słowem, Percival, Thorncliff, John, Rychard i Wilfred Osbaldystonowie, olbrzymiej postaci, mogliby służyć poetom za wzór bajecznych Gyasów i Kloantów.

Spojrzawszy jednak na najmłodszego brata, Rasleigha, zdawało mi się, że natura znużona niezwykłą sobie jednostajnością utworów, wyryła na nim uderzającą sprzeczność ciała i umysłu, nie tylko z resztą rodziny, ale ze wszystkiemi ludźmi, jakich w ciągu życia mego widziałem. Kiedy Percy, Thorncliff, et Kompania zbliżali się ku mnie, kiwając głową, wykrzywiając gębę zamiast uśmiechu, i podając mi bardziej ramię niż rękę, w miarę jak ojciec każdego z nich wywoływał; Rasleigh wyszedł naprzód, i powitał mię jako człowiek dobrze wychowany. Powierzchowność jego, jak powiedziałem, nie była powabną; szczupły, małego wzrostu, a przytem zgarbiony, wyglądał jak Pigmejczyk przy braciach. Przez jakiś przypadek w dzieciństwie ochromiał tak mocno, iż rozumiano, że nie będzie mógł być księdzem; — wiadomo bowiem, że kościół katolicki nie przypuszcza do grona swego, mających jakąkolwiek wadę budowy ciała, — inni jednak, przypisując tę ułomność nałogowi tylko, utrzymywali, że Rashleigh może być duchownym.

Rysy twarzy Rashleigha miały coś takiego, iż raz na nie spojrzawszy, niepodobna je było zapomnieć; mimowolnie cisnęły się na myśl, jak owe smutne obrazy chorób i kalectwa, na które częstokroć, acz z przykrością i odrazą nawet, lubimy poglądać. Wszakże rysy te, chociaż niekształtne, nie były jednak pospolite; szczególniej oczy czarne i gęste brwi ożywiały postać Rashleigha; ale właśnie w tych oczach malował się trudny do opisania wyraz zdradliwej złośliwości, a nawet wściekłego zapału, ilekroć był w gniewie. Wyraz ten każdy łatwo mógł dostrzedz; a natura uczyniła go tak wydatnym, może dla tej samej przyczyny, dla której najzajadliwszemu z gadów przydała grzechotkę. W nagrodę tak rażącej powierzchowności, Rashleigh otrzymał głos nadzwyczajnie przyjemny i melodyjny, któremu wymowne usta nowego przydawały wdzięku, a zaledwo się do mnie odezwał, wnet mi na myśl przyszły tak prawdziwe słowa Djany, że mógł być pewny serca każdej kobiety, pozbawionej wzroku. — Gdyśmy siadali do stołu, chciał się umieścić przy mnie; ale miss Vernon, do której z prawa należała rola gospodyni, wyznaczyła mi miejsce między sobą i Thorncliffem, które, jak się możesz domyślić, chętnie przyjąłem.

— Chciałam, — rzekła, — swobodnie rozmawiać z panem, i dla tego posadziłam go przy Thorncliffie, będziemy za nim jak za ścianą; a ponieważ jestem najdawniejszą pańską znajomą z całej tej zacnej familii, mam więc prawo zapytać, co o nas wszystkich rozumiesz.

— Jakżebym mógł pani odpowiedzieć na to zapytanie, zaledwie tu przybywszy?

— O! nie trzeba długiego czasu, żeby nas poznać: są wprawdzie małe odcienia różniące członków naszej rodziny, na odkrycie których potrzeba nieco wprawniejszego oka; lecz cały rodzaj (jak nazywają podobno naturaliści) łatwo daje się zdeterminować.

— A więc zdaje mi się, że starsi bracia niewiele się różnią od siebie.

 

— Prawda, każdy z nich ma przymioty strzelca, opoja, masztalerza, boksera i niedołęgi: ale ponieważ, jak mówią, na jednem drzewie nie ma dwóch liści zupełnie sobie podobnych; ciekawem byłoby dla filozofa odkrycie, w jakim stosunku te drogie pierwiastki pomieszane są w każdem individuum.

— Raczże mi powiedzieć, piękna kuzynko: jakie jest jej zdanie?

— O! bardzo chętnie. Percy, syn najstarszy, zakrawa więcej na opoja, jak na strzelca, masztalerza, boksera i niedołęgę; kochany mój Thorncliff, więcej na boksera, jak na opoja, strzelca, niedołęgę i masztalerza. John, co dzień i noc w lesie siedzi, wygląda raczej na strzelca, jak na masztalerza i t. d. Dick, który dniem i nocą leci o mil pięćdziesiąt na konne wyścigi, podobniejszy do masztalerza; nakoniec poczciwy Wilfred, co trzech przeliczyć nie umie, zasługuje przed innymi na tytuł niedołęgi.

— Ciekawa prawdziwie kolekcja! a baron Hldebrand nie zajmież w niej właściwego miejsca?

— Nie! kocham i poważam stryja mego, i nawzajem pewna jestem jego przywiązania; zostawuję więc sąd o nim własnej pana uwadze.

— Przecież! — pomyślałem sobie, — przynajmniej stryja oszczędza. — Ktoby się spodziewał, że tak młode i piękne stworzenie jest tak uszczypliwe?

— Ręczę, że w tej chwili pomyśleliście o mnie, — rzekła Djana, rzucając bystrym wzrokiem, jakby nim serce moje przeniknąć chciała.

— Prawda, — odpowiedziałem nieco zmieszany; potem chcąc nadać grzeczniejszy obrót nierozmyślnemu wyznaniu, — jakżebym mógł, — rzekłem, — myślić o kim innym, zajmując tak szczęśliwe miejsce?

Lekki uśmiech pogardy, jej tylko właściwy, był moją zapłatą.

— Ostrzegam was po raz ostatni, panie Osbaldyston, że kto prawi mi podobne pochlebstwa, napróżno czas traci: nie trwoń skarbów, które tem są w ustach młodzika wędrującego po kraju naszym, — czem wstążki, paciorki, lusterka, w ręku żeglarza chcącego oswoić dzikich mieszkańców odludnej jakiej wyspy. Przydadzą się wam może przy kim innym; na mnie, nie zrobią żadnego wrażenia; znam się na ich prawdziwej wartości.

Zawstydzony, spuściłem oczy nie mogąc ani słowa przemówić.

— Patrząc teraz na pana, — odezwała się ta dziwna osoba tonem zwykłej lekkości, — przypominam sobie bajkę o owym kupcu, który przyszedłszy na targ z workiem pełnym złota, osłupiał, gdy, chcąc płacić za towar, zamiast pieniędzy, wyjął potłuczone skorupy — na jedno moje słowo, runął gmach starannie ułożonych przez pana komplementów. Ale zapomnijmy już o tem panie Osbaldyston, pewna jestem, że potraficie rozmawiać bez tych słodziuchnych słówek, które każdy młody człowiek za powinność recytuje z pamięci przed biedną kobietą, dla tego tylko, że ona nosi jedwab i gazę, a on sukno i bogate hafty. Staraj się zapomnieć o płci mojej nieszczęsnej, nazwij mię Tomaszem Vernon, jeśli chcesz; ale mów ze mną jak z przyjacielem; nie uwierzysz pan, jak mu wdzięczną będę.

— Jakże jestem szczęśliwy, — rzekłem, — że...

— Więc znowu! — przerwała miss Vernon kładąc palec na ustach, — ani cienia komplementu nie zniosę. A teraz, jak tylko pan spełnisz kielich, który stryj mój podaje, powiem co o mnie myślisz.

Jako posłuszny synowiec, musiałem odpowiedzieć wezwaniu. Rozmowa ogólna zaczęła się znowu z hałasem, powiększanym brzękiem nożów i grabek; a Thorncliff i Dickson siedząc z obu stron nad talerzami z górą nałożonemi, oddzielali nas, nakształt dwóch parawanów, od reszty towarzystwa tak dalece, że mogliśmy spokojnie prowadzić dalszą rozmowę.

— A teraz, — rzekłem, — pozwól pani abym cię zapytał co o niej myślę? — potrafiłbym sam na to odpowiedzieć; lecz wiem, że żadna z ust moich pochwała przyjętą nie będzie.

— Obejdę się bez cudzej pomocy; — sztuka czarodziejska nie jest mi zupełnie obcą, i dość mi spójrzyć na kogo, abym wiedziała, co się dzieje w jego głowie i sercu. Powiem więc, że masz mnie za dziwne jakieś stworzenie, trochę zalotne, — bardzo płoche, — i chcące ściągnąć uwagę, w braku właściwszych płci swojej przymiotów, przez nadzwyczajność w postępowaniu i w mowie. — Myślisz nawet może, że już mam plan gotowy ułudzenia pana: jeżeli tak jest; żal mi, że jego miłość własną obrażę; ale się mylisz, z tą samą otwartością mówiłabym i do ojca pańskiego, gdybym była pewną, że mię zrozumie. Zamknięta w tym zaczarowanym zamku, jak Szanszo Pansza w górach Sierra-Morena, nie mam do kogo przemówić i słowa; ale za to, jak tylko mam sposobność, wynagradzam sobie, ile mogę, długie milczenie. Z tem wszystkiem nie dowiedziałbyś się odemnie tylu ciekawych o rodzinie swojej szczegółów; gdyby czyjkolwiek sąd o tem, co o niej myślę, lub mówię, nie był zupełnie dla mnie obojętny.

— Bardzo mi przykro, że serce miss Vernon nie zna litości! Nie chcesz pani ani na chwilę zostawić mię w szczęśliwym błędzie, że zaufanie twoje winienem szczególnym dla siebie względom; — cóżkolwiekbądź, przyjmuje z wdzięcznością. Ale dla czegóż w tym szacownym zbiorze familijnych obrazów, nie widzę jeszcze dotąd rysów Rashleigha.

Zdawało mi się, że zadrżała mimowolnie, słysząc to imię:

— Ani słowa o Rashleighu! — przerwała prędko i cichszym jak dotąd tonem. — Ucho jego jest tak czułe, ilekroć o nim kto mówi, że usłyszałby nas niezawodnie, nawet przez ten wór ogromny nadziany szynką i pasztetem; — to mówiąc rzuciła okiem na Thorncliffa.

— Być może, — odpowiedziałem, — ale w tej chwili ostrożność byłaby zbyteczną, bo już go nie ma przy stole.

— To jeszcze nie dosyć; usłuchaj pan mojej rady; i nim zaczniesz mówić o Rashleighu, wstąp wprzód na Otterskop, zkąd naokoło o mil pięć widać wszystko jak na dłoni: tam dopiero możesz odezwać się po cichu, a i tak jeszcze nie ręczę, czy ten ptak co krąży w powietrzu, nie przeniósł mu każdego słowa któreś wymówił. Rashleigh był moim nauczycielem przez lat cztery, ale teraz krzywo na siebie patrzymy, i oboje niecierpliwie wyglądamy momentu rozłączenia.

— To więc Rashleigh opuszcza Osbaldyston-Hall?

— Za kilka dni; — alboż pan o tem nie wiedziałeś? Pokazuje się, że ojciec pana lepiej dotrzymuje sekretu, jak baron Hildebrand. Rzecz się tak ma, — skoro stryj mój dowiedział się, że tu na niejaki czas masz przybyć, i że ojciec wasz żąda, aby jeden z pełnych nadziei jego synowców zajął miejsce, któreś pan przez swój upór utracił; — złożył natychmiast walną radę, na którą wezwał całą rodzinę, wszystkich domowników, nie wyłączając piwniczego, szafarza i łowczego. Szanowne to zgromadzenie parów i pierwszych urzędników dworu, nie dla tego się zebrało, aby postanowić, który z braci ma być zastępcą waszym, bo oprócz Rashleigha żaden z nich podobno do dziesięciu przeliczyć nie umie; lecz aby gruntownie rozważyć, czy godzi się Rasleighowi zamienić duchowne ubóstwo na dostatki światowe; i możesz mi wierzyć, że nie bez trudności zgodzono się na tak poniżającą zmianę.

— Pojmuję te skrupuły; ale radbym wiedzieć, co je potrafiło przełamać?

— Oto powszechne życzenie, aby się jak najprędzej pozbyć Rashleigha. Chociaż najmłodszy z rodzeństwa, potrafił jednak, nie wiem jakim sposobem opanować umysły wszystkich tak dalece, że, lubo każdy czuje nad sobą jego twardą rękę, żaden jej przecież odepchnąć nie śmie. Ten co woli jego oprzeć się zechce, pożałuje, nim rok upłynie; a bardziej jeszcze żałować będzie ten, który mu ważną jakąś przysługę wyświadczy.

— A więc, — rzekłem z uśmiechem, — muszę się mieć na ostrożności, będąc mimowolnie przyczyną korzystnej zmiany w jego położeniu.

— Zapewne że tak, i czy ta zmiana wyjdzie mu na dobre, czy na złe, lękam się, żebyś pan wkrótce nie odniósł zasłużonej kary. — Ale przynoszą już widzę ser i rzodkiew: ostatnie danie, po którem nastąpią huczne wiwaty za króla i wiarę: jest to hasło odwrotu dla dam i kapelanów; hasło, któremu muszę być posłuszną, będąc tu jedynym reprezentantem całego niewieściego rodu.