Benjamin FranklinTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Benjamin Franklin
Benjamin Franklin
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 136,67  109,34 
Benjamin Franklin
Audio
Benjamin Franklin
Audiobook
Czyta Boyd Gaines
96,67 
Szczegóły
Benjamin Franklin
Audiobook
Czyta Nelson Runger
269,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Walter Isaacson

Benjamin Franklin


Tytuł oryginału

Benjamin Franklin: An American Life ISBN 978-83-8202-050-2 Copyright © 2003 by Walter Isaacson Originally published by Simon & Schuster, Inc. Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2020 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 All rights reserved Redakcja Jolanta Kusiak-Kościelska Korekta Paulina Jeske-Choińska Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Jak zawsze – dla Cathy i Betsy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1 – Benjamin Franklin i powstanie Ameryki

Jego przybycie do Filadelfii stanowi jedną z najsłynniejszych scen lite­ratury autobiograficznej: wyczerpany, siedemnastoletni uciekinier z domu, bezczelny, choć udający pokornego, schodzi z pokładu statku i idąc Market Street, kupuje trzy słodkie bułeczki. Ale chwila. Jest tu dużo więcej. Zajrzyjmy głębiej – i oto widzimy go jako sześćdziesięciopięcioletniego, pełnego ironii obserwatora, siedzącego w domu na angielskiej prowincji i opisującego tę scenę jako część fikcyjnego listu do syna, syna z nieprawego łoża, który został królewskim gubernatorem z arystokratycznymi pretensjami; któremu trzeba było przypomnieć jego niskie pochodzenie.

Uważne spojrzenie na ten rękopis odsłania jeszcze jedną warstwę. W zdaniu o jego wędrówce pielgrzyma po Market Street umieszczony został na marginesie dopisek, w którym dodaje, że przechodził wtedy koło domu swojej przyszłej żony Deborah Read, i że „ona stała przy drzwiach, spojrzała na mnie i pomyślałem sobie, że stanowię – jak z pewnością wówczas stanowiłem – cokolwiek dziwaczny widok”. I oto mamy, w krótkim urywku, wielowarstwowy charakter znany tak dobrze jego autorowi nazwiskiem Benjamin Franklin. Młody człowiek, widziany oczyma starszej wersji siebie, a następnie poprzez umieszczone dalej wspomnienia jego żony. Wszystko to zwieńcza zmyślne podsumowanie starego człowieka – „jak z pewnością wówczas stanowiłem” – w którym jego skromność ledwie skrywa odczuwaną przezeń dumę ze zrobienia tak niezwykłej kariery w świecie1.

Benjamin Franklin jest jednym z ojców założycieli, który puszcza do nas oko. Kolegom George’a Washingtona trudno było sobie wyobrazić choćby dotknięcie surowego generała w ramię, my dzisiaj wyobrażamy to sobie z jeszcze większym trudem. Jefferson i Adams wzbudzają równy respekt. Jednakże Ben Franklin, ten ambitny mieszczański przedsiębiorca, zdaje się być istotą z krwi i kości, nie zaś z marmuru. Mówi się o nim zdrobniale. Spogląda na nas z kart historii z oczyma skrzącymi się zza, będących wówczas nowinką, okularów. Mówi do nas poprzez swoje listy, imienne i anonimowe, jak i przez swą autobiografię, nie wzniosłymi słowami, ale gawędziarsko i z ironią niekiedy wręcz niepokojąco współczesną. Widzimy jego odbicie w naszych czasach.

W ciągu swego osiemdziesięcioczteroletniego życia był najlepszym amerykańskim naukowcem, wynalazcą, dyplomatą, pisarzem, strategiem biznesowym, był także jednym z najbardziej praktycznych, choć nie najwybitniejszych myślicieli politycznych. Przy użyciu latawca udowodnił, że pioruny były wyładowaniami elektrycznymi, i wynalazł pręt, by je poskromić. Wynalazł dwuogniskowe okulary i piec bezdymny, nakreślił mapy Golfstromu i teoretyzował o zaraźliwym charakterze przeziębienia. Zapoczątkował szereg instytucji pożytku publicznego, takich jak bibliotekę z wypożyczalnią, collage, ochotniczą straż pożarną, towarzystwo ubezpieczeniowe i sposoby prowadzenia skutecznych zbiórek publicznych. Pomógł stworzyć specyficznie amerykański przyziemny humor i filozoficzny pragmatyzm. W polityce zagranicznej stworzył podejście, w którym idealizm przeplatał się z realizmem opartym na równowadze mocarstw. W polityce zaś zaproponował przełomowe plany zjednoczenia kolonii i stworzenia rządu o charakterze federalnym.

Jednakże najbardziej interesującą rzeczą przez Franklina stworzoną i tworzoną nieustannie na nowo był on sam. Ten pierwszy wielki publicysta Ameryki w życiu i w swym pisarstwie świadomie starał się kreować nowy amerykański archetyp. Jednocześnie umiejętnie kształtował swój wizerunek, prezentował go publicznie i szlifował go z myślą o potomnych.

Po części była to kwestia wizerunkowa. Jako młody filadelfijski drukarz woził ulicami bele papieru, by sprawić wrażenie pracowitego. Jako stary dyplomata we Francji nosił futrzaną czapę, by udawać mędr­ca z głuszy. Pomiędzy stworzył sobie obraz prostego, lecz aspirującego rzemieślnika, pieczołowicie pielęgnującego cnoty – wytrwałość, skromność, uczciwość – dobrego sklepikarza i pożytecznego członka swej społeczności.

Jednakże kreowany przez niego wizerunek był zakorzeniony w rzeczywistości. Urodzony i wychowany jako członek klasy pracującej, Franklin przez większość życia lepiej czuł się wśród rzemieślników i myślicieli niż wśród ówczesnych elit, alergicznie też traktował całą pompę i przywileje dziedzicznej arystokracji. Przez całe życie pisał o sobie: „B. Franklin, drukarz”.

Z takiej postawy wyłania się zapewne najważniejsza wizja Franklina: amerykańska tożsamość narodowa oparta na cnotach i wartościach klasy średniej. Instynktownie lepiej od innych ojców założycieli czuł się z demokracją, brakowało mu też snobstwa, z jakim późniejsi krytycy traktowali jego kupieckie wartości. Wierzył w mądrość zwykłego człowieka i uważał, że nowy kraj będzie czerpał swoją siłę z tych, których nazywał „ludźmi średnimi”. Poprzez swoje porady samodoskonalenia służące kultywowaniu osobistych cnót oraz swoje projekty użyteczności publicznej pomógł stworzyć i uwznioślić nową klasę panującą zwykłych obywateli.

Skomplikowane relacje pomiędzy różnymi cechami charakteru Franklina – jego pomysłowość i bezrefleksyjna mądrość, jego protestancka etyka pozbawiona dogmatyzmu, zasady, których twardo się trzymał i te, co do których dopuszczał kompromisy – oznaczają, że każde nowe spojrzenie na niego odzwierciedla i odbija zmieniające się wartości narodu. Franklin był demonizowany w epokach bardziej romantycznych i kanonizowany w czasach bardziej przyziemnych. Każda epoka ocenia go na nowo, i czyniąc to, zdradza nam pewne wnioski o niej samej.

Franklin szczególnie wybrzmiewa w Ameryce XXI wieku. Ten skuteczny wydawca, doskonały społecznik i ciekawy świata twórca czułby się jak ryba w wodzie w czasach rewolucji informacyjnej, a jego nieokiełznane dążenie do przynależności do bogacącej się merytokracji czyniło go, jak ujął to publicysta David Brooks, „naszym yuppie założycielem”. Możemy łatwo wyobrazić sobie pójście z nim po pracy na piwo, pokazanie mu obsługi najnowszego elektronicznego gadżetu czy omawianie najświeższych politycznych skandali czy projektów. Śmiałby się z najnowszych dowcipów o księdzu czy rabinie, czy o babie u lekarza. Podziwialibyśmy zarówno jego szczerość, jak i jego przenikliwą autoironię. Odnosilibyśmy się także do sposobu, w jaki starał się równoważyć – niekiedy z trudem – dążenie do zdobycia reputacji, majątku, ziemskich cnót i duchowych wartości2.

Niektórzy spośród tych, którzy dostrzegają w dzisiejszym świecie odbicie Franklina, martwią się o płytkość dusz i duchową obojętność, jakie zdają się przenikać kulturę materializmu. Mówią, że uczy nas, jak prowadzić praktyczne i zamożne życie, lecz nie jak żyć wzniośle. Inni widzą to samo odbicie i podziwiają mieszczańskie wartości i demokratyczne przekonania, które mają być obecnie atakowane przez elity, radykałów, reakcjonistów i innych wrogów burżuazji. Uważają Franklina za posiadacza wzorcowych cech charakteru i cnót publicznych, których tak często ich zdaniem brakuje we współczesnej Ameryce.

Wiele tego podziwu ma swoje uzasadnienie, podobnie jak niektóre z obaw. Jednakże nauki płynące z życia Franklina są bardziej skomplikowane od tych, jakie najczęściej wywodzą jego krytycy i jego apologeci. Obie strony nazbyt często mylą go z aspirującym pielgrzymem, jakiego przedstawił w swojej autobiografii. Mylą jego wpadające w ucho maksymy moralne z podstawowymi prawdami, jakie motywowały jego działania.

Jego moralność opierała się na szczerym przekonaniu do prowadzenia cnotliwego życia, służenia ukochanemu krajowi i nadziei na osiągnięcie zbawienia poprzez dobre uczynki. To prowadziło go do utworzenia związku pomiędzy cnotami prywatnymi a cnotami publicznymi oraz do podejrzewania, w oparciu o skąpe obserwowalne dowody na temat woli Boga, że te ziemskie cnoty były powiązane z tymi niebieskimi. Jak napisał w motcie założonej przez siebie biblioteki: „Uczynki dla dobra publicznego są dobrymi uczynkami w niebie”. W porównaniu do jemu współczesnych, takich jak Jonathan Edwards, który uważał, że ludzie są grzesznikami na łasce rozgniewanego Boga, i że zbawienie może przyjść wyłącznie poprzez łaskę, pogląd ten mógł wydawać się oznaką samozadowolenia. Pod pewnymi względami nią był, był jednak także szczery.

 

Cokolwiek uważamy, warto ponownie zająć się Franklinem, gdyż czyniąc to, mierzymy się z fundamentalną kwestią: jak prowadzić życie użyteczne, cnotliwe, wartościowe, moralne i uduchowione. A ponadto z pytaniem, która z tych cech ma największe znaczenie. Zagadnienia te są istotne zarówno dla epoki zadowolenia z siebie, jak i dla epoki rewolucji.

Rozdział 2 – Wędrówka pielgrzyma

Boston, 1706–1723

FRANKLINOWIE Z ECTON

U schyłku średniowiecza we wsiach na angielskiej prowincji wykształciła się nowa klasa: ludzi posiadających majątki, lecz nienależących do arystokracji rodowej. Byli to ludzie dumni, lecz bez nadmiernych aspiracji, świadomi swoich praw jako członków wolnej klasy średniej. Stali się oni znani jako „franklinowie”, od średnioangielskiego słowa „frankeleyn”, oznaczającego ludzi wolnych1.

Gdy na znaczeniu zyskały nazwiska, rodziny z wyższych klas zwykły przyjmować tytuły swych dóbr, jak Lancaster czy Salisbury. Ich dzierżawcy zazwyczaj przywoływali swoje najbliższe okolice, jak Hill [ang. „wzgórze”] czy Meadows [ang. „łąka”]. Rzemieślnicy najczęściej brali sobie nazwiska od swego fachu, jak Smith [ang. „kowal”], Taylor [ang. „krawiec”] czy Weaver [ang. „tkacz”]. Dla niektórych rodzin jednak określeniem najbardziej właściwym wydawało się „Franklin”.

Najwcześniejsze udokumentowane użycie tego nazwiska przez jednego z przodków Benjamina Franklina dotyczy jego praprapradziadka Thomasa Francklyne lub Franklina, urodzonego około roku 1540 we wiosce Ecton w Northamptonshire. Jego nieokiełznany duch wszedł do rodzinnej legendy. „Nasza nieznana rodzina wcześnie znalazła się w nurcie reformacji i niekiedy popadała w kłopoty ze względu na swój zapał w zwalczaniu papiestwa”, pisał później Franklin. Gdy królowa Maria I prowadziła swoją krwawą krucjatę celem przywrócenia Kościoła rzymskokatolickiego, Thomas Franklin trzymał zakazaną angielską Biblię przywiązaną od spodu do stołka. Stołek można było położyć do góry nogami i czytać głośno Biblię, lecz błyskawicznie ją ukryć, gdy w okolicy kręcili się przedstawiciele prawa2.

Silna, ale pragmatyczna niezależność Thomasa Franklina, wraz z jego sprytem i pomysłowością, była jak się zdaje dziedziczna. Rodzina wydała dysydentów i nonkonformistów, gotowych sprzeciwiać się władzy, choć nieposuwających się do fanatyzmu. Byli sprytnymi rzemieślnikami i pomysłowymi kowalami kochającymi się kształcić. Pochłaniali książki i nieźle pisali, mieli niezachwiane poglądy – potrafili jednak wyznawać je bez narzucania się. Towarzyscy z natury Franklinowie bywali zaufanymi doradcami swoich sąsiadów i z dumą przynależeli do średniej klasy wolnych kupców, rzemieślników i rolników.

Jest może jedynie pochodną pychy biografa przekonanie, że świat­ło na charakter opisywanej osoby rzucić może grzebanie się w jej korzeniach rodzinnych i wskazywanie na powtarzające się cechy charakteru, których elegancką kulminacją jest badana postać. Mimo to historia rodziny Franklina wydaje się owocnym punktem rozpoczęcia studium. Dla niektórych ludzi najważniejszym elementem formatywnym jest dane miejsce. By ocenić, przykładowo, Harry’ego Trumana, należy rozumieć pogranicze XIX-wiecznego Missouri; podobnie należy wgryźć się głęboko w teksański region Hill Country, by wyrobić sobie zdanie o Lyndonie Johnsonie3. Jednak Benjamin Franklin nie był tak zakorzeniony. Jego dziedzictwem było dziedzictwo ludzi bez swojego miejsca – najmłodsi synowie wolnych rzemieślników z klasy średniej. Większość z nich osiedliła się w innych miejscowościach niż ich ojcowie. Najbardziej zrozumiały jest zatem jako produkt rodu, nie ziemi.

Co więcej, uważał tak sam Franklin. „Zawsze radością napełniało mnie dowiedzenie się jakiejś choćby drobnostki o moich przodkach”, mówi pierwsze zdanie jego autobiografii. Przyjemności tej miał oddawać się, gdy jako człowiek w średnim wieku udał się do Ecton, by rozmawiać z odległymi krewnymi, badać parafialne księgi i kopiować inskrypcje wyryte na rodzinnych nagrobkach.

Jak odkrył, powtarzający się w rodzinie gen sprzeciwu dotyczył nie tylko kwestii religijnych. Według legendy rodzinnej, ojciec Thomasa Franklina czynnie działał jako rzecznik zwykłych ludzi w sporach związanych z praktyką zwaną „ogradzaniem”, kiedy to arystokracja ziemska ogradzała swoje ziemie, uniemożliwiając biedniejszym rolnikom wypasanie na nich swych stad. Syn Thomasa, Henry, spędził natomiast rok w więzieniu za napisanie kilku wierszy, które – jak wspominał jego potomek – „dotyczyły charakteru pewnej ważnej osoby”. Skłonność do przeciwstawiania się elicie, i do pisania przeciętnych wierszy, także miała przetrwać jeszcze kilka pokoleń.

Syn Henry’ego, Thomas II, także przejawiał cechy, które miały uwidocznić się najmocniej w jego sławnym wnuku. Był on osobą towarzyską, kochał książki, kochał pisać i uwielbiał majsterkować. Jako młodzieniec zbudował od podstaw zegar, który działał do końca jego życia. Jak jego ojciec i dziadek, został kowalem, a w niedużych angielskich wioskach miał w tym fachu sporo pracy. Według jego bratanka, „dla odmiany przyjmował też pracę jako tokarz, rusznikarz, cyrulik czy pisarz. Jego charakter pisma był najpiękniejszym, jaki widziałem. Był kronikarzem, posiadał też pewne umiejętności w astronomii i chemii”4.

Jego najstarszy syn przejął kuźnię, był też właścicielem szkoły i prawnikiem. Jednak jest to historia najmłodszych synów: Benjamin Franklin był najmłodszym synem najmłodszych synów w pięciu pokoleniach. Bycie ostatnim z rodzeństwa często równało się z koniecznością radzenia sobie samodzielnie. Dla ludzi takich jak Franklinowie, oznaczało to najczęściej opuszczenie wiosek takich jak Ecton, gdzie liczba klientów nie pozwalała utrzymać się więcej niż dwóm osobom uprawiającym ten sam zawód, i przeniesienie się do większego miasta, gdzie mieli szansę trafić do terminu.

Nie było niczym niezwykłym – zwłaszcza w rodzinie Franklinów – by młodsi bracia terminowali u starszych. Tak samo było z najmłodszym synem Thomasa II, Josiahem FranklinemI. Po 1670 roku wyjechał on z Ecton do pobliskiego, leżącego już w Oxfordshire, miasteczka targowego Banbury, gdzie uczył się u życzliwego starszego brata imieniem John, który zajmował się tam farbowaniem jedwabiu i płótna. Po ponurych czasach protektoratu Cromwella restauracja Karola II Stuarta doprowadziła do krótkiego rozkwitu przemysłu tekstylnego.

W Banbury Josiaha ogarnęła druga wielka fala religijnego zamętu, jaka nawiedziła podówczas Anglię. Pierwszą uśmierzyła królowa Elżbieta: Kościół Anglii miał być protestancki, nie katolicki. Jednakże ona i jej następcy musieli następnie mierzyć się z presją tych, którzy chcieli posunąć się dalej i „oczyścić” Kościół ze wszystkich pozostałości katolicyzmu. Purytanie, jak zaczęto nazywać tych kalwińskich dysydentów zalecających pozbycie się wszystkiego, co papieskie, byli szczególnie głośni w Northamptonshire i Oxfordshire. Podkreślali samorząd kongregacji, przedkładali głoszenie kazań i samodzielne studiowanie Biblii nad liturgiczne rytuały i gardzili większością anglikańskich ozdobników jako pozostałościami rzymskokatolickiego skażenia. Mimo ich purytańskich poglądów na osobistą moralność, ich wyznanie podobało się niektórym bardziej intelektualnie nastawionym członkom klasy średniej, ponieważ podkreślało znaczenie spotkań, debat, kazań oraz samodzielnego interpretowania Biblii.

Gdy Josiah dotarł do Banbury, miasto było rozdarte sporem o purytanizm. (Podczas jednego z bardziej zaciętych starć, tłum purytanów obalił słynny banburski krzyż). Franklinowie byli także podzieleni, choć mniej zaciekle. John i Thomas III pozostali wierni Kościołowi anglikańskiemu; ich młodsi bracia, Josiah i Benjamin (niekiedy nazywany Benjaminem Starszym celem odróżnienia go od jego słynnego bratanka) zostali dysydentami. Josiah jednak w teologicznych dysputach nigdy nie przybierał fanatycznej postawy. W źródłach nie odnotowano, by kwestia ta spowodowała jakiekolwiek rodzinne niesnaski5.

WYPRAWA W NIEZNANE

Franklin miał później twierdzić, że to pragnienie „swobodnego kultywowania swojej religii” pchnęło jego ojca Josiaha do emigracji do Ameryki. W pewnej mierze była to prawda. Koniec rządów purytanów Cromwella i przywrócenie monarchii w roku 1660 przyniosły ograniczenia dla wiernych purytanów, a dysydenckich pastorów zmuszono do opuszczenia swych parafii.

Jednak brat Josiaha, Benjamin Starszy, zapewne miał rację, przypisując wyjazd w większym stopniu przyczynom ekonomicznym niż religijnym. Josiah nie był fanatycznym wyznawcą swej wiary. Żył blisko ze swym ojcem i swym starszym bratem Johnem, którzy pozostali anglikanami. „Wszystkie dowody wskazują, że to duch niezależności połączony ze swego rodzaju żywością intelektu i praktycznym podejściem do życia, nie zaś względy doktrynalne, skłoniły jedynych Franklinów, którzy zostali purytanami, do wybrania tej drogi”, pisał Arthur Tourtellot, autor obszernej książki o pierwszych siedemnastu latach życia Franklina6.

Większą troską Josiaha było utrzymanie rodziny. W wieku 19 lat poślubił przyjaciółkę z Ecton, Anne Child, i sprowadził ją do Banbury. Szybko, jedno po drugim, urodziło im się troje dzieci. Po zakończeniu terminu Josiah został jednym z opłacanych pracowników w kuźni brata. Jednak pracy nie wystarczało dla utrzymania szybko powiększających się rodzin obu Franklinów, prawo zaś zabraniało Josiahowi zajęcie się innym fachem bez odbycia kolejnego terminu. Jak ujął to Benjamin Starszy, „Jako że jego zdaniem nie mogło się mu tam powieść, w roku 1763, pożegnawszy przyjaciół i ojca, wyruszył do Nowej Anglii”.

Historia migracji rodziny Franklinów, podobnie jak historia Benjamina Franklina, dają wgląd w kształtowanie się amerykańskiego charakteru. Wśród wielkich romantycznych mitów Ameryki poczesne miejsce zajmuje ten podkreślany przez szkolne podręczniki, iż głównym motywem kierującym osadnikami było poszukiwanie wolności, zwłaszcza wolności religijnej.

Tak jak większość amerykańskich romantycznych mitów, zawiera on sporo prawdy. Dla wielu uczestników XVII-wiecznej fali purytańskiej migracji do Massachusetts, tak jak i w kolejnych falach migracji budujących Amerykę, przeprawa była głównie religijną pielgrzymką, była ucieczką przed prześladowaniami i szukaniem wolności. Tak samo jednak jak większość amerykańskich romantycznych mitów, pomija on wiele z rzeczywistości. Dla równie dużej liczby purytańskich migrantów, jak i dla wielu uczestników kolejnych fal migracji, przeprawa była głównie szukaniem dobrobytu.

Jednakże konstruowanie tak ostrej dychotomii świadczyłoby o niezrozumieniu purytanów – i niezrozumieniu Ameryki. Dla większości purytanów, od Johna Winthropa do biednego Josiaha Franklina, ich wyprawa w nieznane była motywowana jednocześnie względami religijnymi i finansowymi. Kolonia Zatoki Massachusetts była w końcu założona przez inwestorów takich jak Winthrop, i miała być oficjalnie sankcjonowanym przedsięwzięciem komercyjnym oraz niebiańskim „miastem na wzgórzu”. Ówcześni purytanie nie dokonywaliby rozróżnienia pomiędzy motywami duchowymi i doczesnymi. Nie dokonywaliby, ponieważ pośród użytecznych przekonań, jakie odziedziczyła po nich Ameryka, była etyka protestancka, głosząca, że wolność religijna i wolność ekonomiczna były ze sobą połączone, że pracowitość była cnotą, i że sukces finansowy nie przeszkadzał w zbawieniu duszy7.

Było odwrotnie. Purytanie gardzili dawnym przekonaniem rzymskokatolickich mnichów, że świętość wymagała wyzbycia się troski o doczesne względy ekonomiczne. Nauczali, że bycie pracowitym należało do wymogów tak doczesnych, jak i duchowych. To, co historyk literatury Perry Miller nazywa „paradoksem purytańskiego materializmu i metafizyki”, dla purytanów wcale paradoksem nie było. Robienie pieniędzy było sposobem oddawania czci Bogu. Jak ujął to Cotton Mather w swym sławnym kazaniu pt. „Chrześcijanin i jego powołanie” (A Christian at His Calling), wygłoszonym pięć lat przed urodzeniem Franklina, ważne było zajmowanie się „jakimś stałym zajęciem, przy którym chrześcijanin winien spędzać większość swojego czasu, tak by mógł wychwalać Boga, czyniąc dobro innym i zdobywając dobra dla siebie”. Pan, jak się okazuje, patrzył przychylnie na pracowitych w swym ziemskim powołaniu i, jak później głosił to „Almanach Biednego Richarda”, „pomagał tym, którzy pomagali sami sobie”8.

I w ten sposób purytańska migracja położyła fundamenty pod niektóre cechy charakteru Benjamina Franklina i niektóre cechy samej Ameryki: przekonanie, że zbawienie duszy i doczesny sukces nie muszą być ze sobą niekompatybilne, że pracowitość jest wręcz święta, i że wolność myśli i wolność gospodarcza są ze sobą ściśle powiązane.