Pełnia architekturyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wal­ter Gro­pius

Peł­nia ar­chi­tek­tu­ry

Prze­ło­ży­ła Ka­ro­li­na Kop­czyń­ska

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2014


Wal­ter Gro­pius oko­ło 1919 ro­ku (fot. Lo­uis Held)

Spis tre­ści

Przed­mo­wa

Wstęp

Część pierw­sza. Kształ­ce­nie ar­chi­tek­tów i pro­jek­tan­tów

Roz­dział 1. Po­dej­ście

Roz­dział 2. Mo­ja kon­cep­cja Bau­hau­su

Roz­dział 3. Czy pro­jek­to­wa­nie jest na­uką?

Roz­dział 4. Mo­del kształ­ce­nia ar­chi­tek­ta

Część dru­ga. Współ­cze­sny ar­chi­tekt

Roz­dział 5. Oce­na roz­wo­ju ar­chi­tek­tu­ry no­wo­cze­snej

Roz­dział 6. Współ­cze­sne bu­dow­nic­two – ar­che­olo­gia czy ar­chi­tek­tu­ra?

Roz­dział 7. Ar­chi­tekt w spo­łe­czeń­stwie prze­my­sło­wym

Roz­dział 8. Ar­chi­tekt – słu­ga czy przy­wód­ca?

Część trze­cia. Pla­no­wa­nie miast i miesz­kal­nic­two

Roz­dział 9. CIAM 1928–1953

Roz­dział 10. So­cjo­lo­gicz­ne prze­słan­ki do­ty­czą­ce miesz­kań o mi­ni­mal­nym stan­dar­dzie miej­skiej lud­no­ści prze­my­sło­wej

Roz­dział 11. Do­my, ni­skie blo­ki czy wie­żow­ce?

Roz­dział 12. Or­ga­nicz­ne pla­no­wa­nie są­siedz­twa

Roz­dział 13. Pro­ble­my „ser­ca mia­sta” (ośrod­ki spo­łecz­ne)

Roz­dział 14. Prze­mysł miesz­ka­nio­wy

Roz­dział 15. Spo­sób na miesz­ka­nio­wy ga­li­ma­tias

Część czwar­ta. Peł­nia ar­chi­tek­tu­ry

Roz­dział 16. Peł­nia ar­chi­tek­tu­ry

Źró­dła tek­stów

Przy­pi­sy

Przed­mo­wa

Two­rze­nie i umi­ło­wa­nie pięk­na umoż­li­wia­ją od­czu­wa­nie szczę­ścia. Epo­ka od­rzu­ca­ją­ca tę pod­sta­wo­wą praw­dę nie jest zdol­na do gra­ficz­ne­go wy­ra­że­nia sie­bie – jej ob­raz po­zo­sta­je roz­my­ty, wy­two­ry nie wzbu­dza­ją za­chwy­tu.

Już w cza­sach wcze­snej mło­do­ści uświa­do­mi­łem so­bie, jak cha­otycz­nie brzyd­kie wy­da­je się śro­do­wi­sko współ­cześ-nie kształ­to­wa­ne przez czło­wie­ka w po­rów­na­niu z har­mo­nią i pięk­nem miast daw­nych, sprzed epo­ki prze­my­sło­wej. Z bie­giem lat na­bra­łem prze­ko­na­nia, iż po­wszech­na w ar­chi­tek­tu­rze prak­ty­ka oka­zjo­nal­ne­go prze­pla­ta­nia do­mi­nu­ją­ce­go, nie­skład­ne­go wzor­ca pięk­ny­mi bu­dyn­ka­mi jest zgo­ła nie­wła­ści­wa, a jej miej­sce po­wi­nien za­jąć no­wy ze­staw war­to­ści, któ­re­go pod­sta­wą bę­dą czyn­ni­ki umoż­li­wia­ją­ce spój­ne wy­ra­ża­nie my­śli i na­stro­ju na­szych cza­sów.

W ja­ki spo­sób osią­gnąć te­go ro­dza­ju har­mo­nię, któ­ra by­ła­by wi­dzial­nym od­zwier­cie­dle­niem praw­dzi­wej de­mo­kra­cji? Na to py­ta­nie sta­ram się od­po­wie­dzieć w ni­niej­szej książ­ce. Nie li­cząc kil­ku wy­jąt­ków, roz­dzia­ły po­wsta­ły na pod­sta­wie ar­ty­ku­łów i wy­kła­dów, któ­re przy­go­to­wa­łem ja­ko dzie­kan Wy­dzia­łu Ar­chi­tek­tu­ry Uni­wer­sy­te­tu Ha­rvar­da (1937–1952)1.

Wal­ter Gro­pius

Wstęp

Otwie­ra­jąc no­wy roz­dział ży­cia, któ­ry – wbrew ocze­ki­wa­niom wią­za­nym z prze­kro­cze­niem pro­gu sie­dem­dzie­się­ciu lat – wca­le nie za­po­wia­da się spo­koj­niej czy bez­piecz­niej, uświa­da­miam so­bie, że je­stem po­sta­cią przy­sło­nię­tą ety­kie­ta­mi, wręcz pod ni­mi gi­ną­cą. Ha­sła po­kro­ju „styl Bau­hau­su”, „styl mię­dzy­na­ro­do­wy” czy „styl funk­cjo­nal­ny” nie­mal cał­ko­wi­cie skry­ły sto­ją­ce­go za ni­mi czło­wie­ka. Z wiel­ką chę­cią roz­mon­tu­ję za­tem atra­pę, któ­rą pra­co­wi­cie kon­stru­owa­no za mo­imi ple­ca­mi.

Kie­dy, jesz­cze ja­ko mło­dy męż­czy­zna, zo­sta­łem po raz pierw­szy do­strze­żo­ny pu­blicz­nie, z pew­nym roz­draż­nie­niem ob­ser­wo­wa­łem, jak po­ja­wia­ją­ce się w pra­sie wzmian­ki mo­ja mat­ka przyj­mo­wa­ła z przy­gnę­bie­niem i dez­apro­ba­tą. Dziś do­sko­na­le ro­zu­miem jej nie­po­kój. Prze­ko­na­łem się bo­wiem na wła­snej skó­rze, iż w cza­sach ka­te­go­ry­za­cji i szyb­kie­go po­wie­la­nia tre­ści prze­ka­zy­wa­ne przez me­dia wia­do­mo­ści przy­wie­ra­ją do ich bo­ha­te­rów ni­czym ety­kie­ty do bu­te­lek. Cza­sa­mi ro­śnie we mnie prze­moż­na po­trze­ba strzą­śnię­cia z sie­bie za­krze­płych okre­śleń i opi­sów, tak aby znów od­kryć scho­wa­ne­go pod ni­mi czło­wie­ka.

Po­dob­no na te­re­nie przy­le­ga­ją­cym do chi­ca­gow­skie­go szpi­ta­la Mi­cha­el Re­ese Ho­spi­tal, któ­ry przez ostat­nich osiem lat ko­rzy­stał z mo­ich po­rad ar­chi­tek­to­nicz­nych, ma zo­stać za­sa­dzo­ne drze­wo na­zwa­ne mo­im imie­niem. Chciał­bym, aby by­ło to drze­wo, w któ­re­go ga­łę­ziach od­po­czy­nek i schro­nie­nie znaj­dą pta­ki wszyst­kich barw czy roz­mia­rów. Nie chcę, by do­stęp do nie­go mia­ły wy­łącz­nie ga­tun­ki o kwa­dra­to­wo za­koń­czo­nych ogo­nach, opły­wo­wych kształ­tach, ce­chach mię­dzy­na­ro­do­wych czy z ak­cen­ta­mi Bau­hau­su. In­ny­mi sło­wy, wy­obra­żam so­bie go­ścin­ne drze­wo, z któ­re­go ga­łę­zi bę­dzie do­cho­dzić wie­le me­lo­dii – z wy­jąt­kiem fał­szy­wych nut pta­sich imi­ta­to­rów.

Kie­dyś w dzie­ciń­stwie spy­ta­no mnie o ulu­bio­ny ko­lor. Ro­dzi­na przez la­ta na­śmie­wa­ła się z udzie­lo­nej wte­dy, po krót­kim wa­ha­niu, od­po­wie­dzi: Bunt ist me­ine Lie­blings­far­be, czy­li: „Mój ulu­bio­ny ko­lor to róż­no­barw­ny”. Wy­raź­ne pra­gnie­nie uwzględ­nie­nia każ­de­go istot­ne­go ele­men­tu ży­cia, za­miast po­mi­ja­nia czę­ści z nich z po­wo­du zbyt cia­sne­go czy do­gma­tycz­ne­go po­dej­ścia, to­wa­rzy­szy­ło mi od naj­wcze­śniej­szych lat. Ze spo­rym nie­sma­kiem śle­dzi­łem więc za­wi­łe po­tycz­ki słow­ne pro­wa­dzo­ne przez przed­sta­wi­cie­li róż­nych szkół no­wo­cze­sne­go pro­jek­to­wa­nia. Spo­ry na tle es­te­tycz­nym naj­czę­ściej nie są wznie­ca­ne przez ar­chi­tek­tów – wy­rę­cza­ją ich w tym sa­mo­zwań­czy kry­ty­cy, któ­rzy, kie­ro­wa­ni lep­szy­mi lub gor­szy­mi in­ten­cja­mi, pra­gną do­wieść słusz­no­ści wła­snych teo­rii es­te­tycz­nych czy po­li­tycz­nych. Przy­własz­cza­jąc so­bie i eks­plo­atu­jąc cu­dze ha­sła bez zro­zu­mie­nia ich ge­ne­zy oraz wła­ści­we­go kon­tek­stu, wy­pa­cza­ją owo­ce pra­cy kre­atyw­nych twór­ców.

Wie­lo­krot­nie prze­ko­ny­wa­łem się, że sło­wa, a w szcze­gól­no­ści teo­rie nie­po­par­te do­wo­da­mi, mo­gą wy­rzą­dzić wię­cej szkód niż czy­ny. Gdy w ro­ku 1937 tra­fi­łem do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, bli­ski był mi po­wszech­ny wśród Ame­ry­ka­nów zwy­czaj te­sto­wa­nia każ­de­go no­we­go po­my­słu w prak­ty­ce za­miast du­sze­nia go w za­rod­ku w trak­cie przy­dłu­gich, przed­wcze­snych de­bat nad je­go pro­gno­zo­wa­ną war­to­ścią – co jest przy­pa­dło­ścią pa­ra­li­żu­ją­cą wie­le eu­ro­pej­skich ini­cja­tyw. Ów po­wszech­ny za oce­anem zwy­czaj nie mo­że ustą­pić miej­sca ten­den­cyj­nym teo­riom czy ja­ło­wym, prze­ga­da­nym spo­rom w chwi­li, gdy wszyst­kie na­sze si­ły i ory­gi­nal­ne kon­cep­cje po­win­ny słu­żyć pod­sy­ca­niu twór­czych dzia­łań, któ­re bę­dą w sta­nie sku­tecz­nie prze­ciw­dzia­łać otę­pia­ją­ce­mu, za­gra­ża­ją­ce­mu spo­łe­czeń­stwu wpły­wo­wi me­cha­ni­za­cji oraz nad­mier­nej or­ga­ni­za­cji.

Na­tu­ral­nie, zbo­czyw­szy z utar­te­go szla­ku, czło­wiek po­szu­ku­ją­cy zaj­mu­je po­zy­cję względ­ną, któ­ra czy­ni go po­dat­nym na ata­ki ze wszyst­kich stron. W swo­im cza­sie by­łem oskar­ża­ny przez na­zi­stów o by­cie „czer­wo­nym”, przez ko­mu­ni­stów – o by­cie ty­po­wym przed­sta­wi­cie­lem spo­łe­czeń­stwa ka­pi­ta­li­stycz­ne­go, a przez nie­któ­rych Ame­ry­ka­nów – o by­cie „cu­dzo­ziem­cem” nie­oby­tym z de­mo­kra­cją. Ety­kie­ty te, od­no­szą­ce się prze­cież do tej sa­mej oso­by, po­ka­zu­ją, jak du­że za­mie­sza­nie po­wo­du­je w na­szych cza­sach jed­nost­ka sa­mo­dziel­nie kształ­tu­ją­ca wła­sne zda­nie. Przy­pa­tru­ję się tym okre­so­wym bu­rzom z dy­stan­sem, któ­ry za­wdzię­czam do­świad­cze­niu. Wiem, że gdy­bym nie ufał wła­sne­mu kom­pa­so­wi, sil­ne prą­dy na­szych cza­sów nie raz mo­gły­by rzu­cić mo­ją ło­dzią o ska­ły.

 

Nie chcę się jed­nak dy­stan­so­wać od pro­ble­mu utra­ty kon­tro­li nad no­śni­kiem po­stę­pu – wy­two­rem współ­cze­sno­ści, któ­ry gwał­tow­nie wdzie­ra się w na­sze ży­cie. Mam tu na my­śli błęd­ne wy­ko­rzy­sty­wa­nie ma­szyn, któ­re pro­wa­dzi do wy­kształ­ce­nia bez­dusz­ne­go umy­słu zbio­ro­we­go prze­kła­da­ją­ce­go się na za­tar­cie róż­nic jed­nost­ko­wych oraz stłu­mie­nie nie­za­leż­nych opi­nii i dzia­łań – a róż­no­rod­ność le­ży prze­cież u sa­me­go źró­dła praw­dzi­wej de­mo­kra­cji. Jed­nak­że do­raź­ne ce­le, jak sprze­daż agre­syw­na, uprosz­cze­nia or­ga­ni­za­cyj­ne czy zysk bę­dą­cy sam w so­bie ce­lem, nie­wąt­pli­wie upo­śle­dzi­ły zdol­ność jed­nost­ki do po­szu­ki­wa­nia i ro­zu­mie­nia więk­sze­go po­ten­cja­łu w ży­ciu.

De­mo­kra­cja po­le­ga na wza­jem­nym od­dzia­ły­wa­niu dwóch prze­ciw­staw­nych zja­wisk. Z jed­nej stro­ny wy­ma­ga róż­no­rod­no­ści my­śli, któ­rą two­rzą pręż­ne dzia­ła­nia in­dy­wi­du­al­ne; z dru­giej zaś – wspól­ne­go mia­now­ni­ka eks­pre­sji lo­kal­nej, kształ­to­wa­ne­go przez zbio­ro­we do­świad­cze­nie ko­lej­nych po­ko­leń od­dzie­la­ją­cych to, co na­rzu­co­ne, od te­go, co za­sad­ni­cze i ty­po­we. Choć zja­wi­ska te wy­da­ją się nie­przy­sta­wal­ne, je­stem prze­ko­na­ny, że ich po­łą­cze­nie jest moż­li­we i ko­niecz­ne. W in­nym wy­pad­ku skoń­czy­my ja­ko ro­bo­ty.

Je­den z sę­dziów Są­du Naj­wyż­sze­go wy­po­wia­dał się kie­dyś na te­mat isto­ty pro­ce­dur de­mo­kra­tycz­nych, któ­rą zde­fi­nio­wał w dość cie­ka­wy spo­sób, twier­dząc, że jest to „w głów­nej mie­rze kwe­stia stop­nia”. Nie po­dej­mo­wał de­cy­zji, kie­ru­jąc się abs­trak­cyj­ny­mi za­sa­da­mi do­bra i zła, wo­lał ra­czej roz­pa­try­wać każ­dą spra­wę w kon­tek­ście to­wa­rzy­szą­cych jej oko­licz­no­ści, z uwzględ­nie­niem wła­ści­wych pro­por­cji. Był bo­wiem prze­ko­na­ny, że naj­waż­niej­sza jest kon­dy­cja ca­łej struk­tu­ry spo­łecz­nej – to, co jed­ne­go dnia sta­no­wi dla niej za­gro­że­nie, na­za­jutrz, w in­nych wa­run­kach, mo­że mieć zgo­ła od­mien­ny wpływ, i vi­ce ver­sa.

Wy­ro­bie­nie wraż­li­wo­ści na har­mo­nię i rów­no­wa­gę jest za­da­niem, z któ­rym każ­dy mu­si so­bie po­ra­dzić w po­je­dyn­kę. Na przy­kład gdy za­rzu­ca­my tech­ni­ce i na­uce oka­le­cza­nie daw­nych kon­cep­cji pięk­na oraz „do­bre­go ży­cia”, po­win­ni­śmy rów­nież pa­mię­tać, że ta­ki a nie in­ny bieg wy­da­rzeń nie jest kon­se­kwen­cją po­ja­wie­nia się nie­by­wa­łej licz­by ma­szyn do ma­so­wej pro­duk­cji – stoi za nim bier­ność na­sze­go umy­słu lub je­go skłon­ność do dzia­ła­nia, któ­re skut­ku­ją, od­po­wied­nio, okre­śle­niem lub za­nie­dba­niem kie­run­ku dal­sze­go roz­wo­ju. Ob­ra­zu­je to cho­ciaż­by kosz­mar­na se­ryj­na za­bu­do­wa miesz­ka­nio­wa, któ­rą ma na su­mie­niu na­sze po­ko­le­nie; wy­twa­rza­na rze­mieśl­ni­czo, po­ra­ża upior­nym stop­niem ujed­no­li­ce­nia, któ­ry śmia­ło mo­że kon­ku­ro­wać z chy­bio­ny­mi sys­te­ma­mi pre­fa­bry­ka­cji two­rzą­cy­mi wier­ne ko­pie ca­łych do­mów, a nie po­je­dyn­czych ele­men­tów. Wi­na le­ży za­tem nie po stro­nie na­rzę­dzia, lecz nas sa­mych. Wy­glą­da na to, że sztu­kę traf­ne­go okre­śle­nia stop­nia, w ja­kim in­stynk­ty jed­nost­ki po­win­ny być ogra­ni­cza­ne lub po­bu­dza­ne, te­go, czy wspól­ną stra­te­gię na­le­ży przy­jąć czy od­rzu­cić, zgłę­bi­li je­dy­nie nie­licz­ni uprzy­wi­le­jo­wa­ni mę­dr­cy, któ­rzy są nam po­trzeb­ni jak po­wie­trze. Żad­ne z wcze­śniej­szych po­ko­leń nie mu­sia­ło się mie­rzyć z tak sze­ro­ką pa­no­ra­mą sprzecz­nych kie­run­ków, a odzie­dzi­czo­na skłon­ność do fa­wo­ry­zo­wa­nia sza­le­nie wą­skich spe­cja­li­za­cji nie do­star­cza przy­dat­nych w tej sy­tu­acji na­rzę­dzi. Wy­twa­rza­na przez nas ar­chi­tek­tu­ra nie­wąt­pli­wie po­ka­że, w ja­kim stop­niu po­tra­fi­my usza­no­wać wy­ła­nia­ją­cy się sche­mat spo­łecz­ny, któ­re­go je­ste­śmy czę­ścią, bez nad­wą­tle­nia in­dy­wi­du­al­ne­go wkła­du jed­no­stek w je­go roz­wój.

Chcę ze­rwać przy­naj­mniej jed­ną wpro­wa­dza­ją­cą w błąd ety­kie­tę, któ­rą okre­śla­no pew­ne oso­by, w tym mnie. Nie ist­nie­je coś ta­kie­go jak „styl mię­dzy­na­ro­do­wy”, chy­ba że ma­my na my­śli osią­gnię­cia tech­nicz­ne na­szych cza­sów o uni­wer­sal­nym za­się­gu, współ­two­rzą­ce za­ple­cze in­te­lek­tu­al­ne każ­de­go cy­wi­li­zo­wa­ne­go na­ro­du, lub też mó­wi­my o nie­zbyt uda­nych przy­kła­dach cze­goś, co okre­ślam mia­nem „ar­che­olo­gii sto­so­wa­nej”, któ­re moż­na zna­leźć w za­bu­do­wie pu­blicz­nej od Mo­skwy, przez Ma­dryt, aż po Wa­szyng­ton. Sta­lo­wy lub żel­be­to­wy szkie­let, okna pa­smo­we, pły­ty na wspor­ni­kach czy ca­łe skrzy­dła bu­dyn­ków na słu­pach są wy­łącz­nie bez­oso­bo­wy­mi, no­wo­cze­sny­mi środ­ka­mi – ro­dza­jem „su­ro­we­go” ma­te­ria­łu – któ­re umoż­li­wia­ją po­wsta­wa­nie zróż­ni­co­wa­nych re­gio­nal­nie zja­wisk ar­chi­tek­to­nicz­nych. Ana­lo­gicz­nie, osią­gnię­cia kon­struk­cyj­ne go­ty­ku, ta­kie jak skle­pie­nia, łu­ki, przy­po­ry czy ster­czy­ny, sta­ły się czę­ścią wspól­ne­go mię­dzy­na­ro­do­we­go do­świad­cze­nia – a rów­no­cze­śnie umoż­li­wi­ły za­ist­nie­nie ogrom­nej licz­by lo­kal­nych od­mian eks­pre­sji ar­chi­tek­to­nicz­nej w tak wie­lu kra­jach!

Je­śli zaś cho­dzi o mo­je do­świad­cze­nie, to gdy bu­do­wa­łem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pierw­szy dom – mój wła­sny – po­sta­no­wi­łem włą­czyć do pla­nu te ce­chy ar­chi­tek­to­nicz­nej tra­dy­cji No­wej An­glii, któ­re wy­da­wa­ły mi się wciąż ży­we i od­po­wied­nie. Po­łą­cze­nie lo­kal­ne­go du­cha ze współ­cze­snym po­dej­ściem do pro­jek­to­wa­nia do­pro­wa­dzi­ło do po­wsta­nia do­mu, któ­re­go ni­g­dy nie skon­stru­ował­bym w Eu­ro­pie, w cał­ko­wi­cie od­mien­nym kli­ma­cie oraz kon­tek­ście tech­nicz­nym i psy­cho­lo­gicz­nym.

Sta­ra­łem się po­dejść do te­go za­da­nia tak, jak czy­ni­li to pierw­si bu­dow­ni­czo­wie na tych te­re­nach, gdy, ro­biąc naj­lep­szy uży­tek z do­stęp­nych im środ­ków, pro­jek­to­wa­li pro­ste bu­dyn­ki o wy­ra­zi­stych ce­chach, zdol­ne spro­stać wa­run­kom kli­ma­tycz­nym, a rów­no­cze­śnie wy­ra­ża­ją­ce na­sta­wie­nie spo­łecz­ne miesz­kań­ców.

Obec­nie spo­czy­wa na nas od­po­wie­dzial­ność okre­śle­nia, któ­re z cech prze­past­nej cy­wi­li­za­cji prze­my­sło­wej są naj­lep­szy­mi trwa­ły­mi war­to­ścia­mi i ja­ko ta­kie za­słu­gu­ją na tro­skli­wą ochro­nę, umoż­li­wia­ją­cą ich prze­obra­że­nie w za­ląż­ki no­wej tra­dy­cji. Na­tu­ral­nie, traf­ne roz­róż­nia­nie war­to­ści kul­tu­ro­wych jest moż­li­we tyl­ko dzię­ki sys­te­ma­tycz­ne­mu uzu­peł­nia­niu wy­kształ­ce­nia. Jed­nym z naj­waż­niej­szych sto­ją­cych przed ar­chi­tek­ta­mi za­dań z za­kre­su edu­ka­cji kul­tu­ro­wej jest wska­za­nie i do­okre­śle­nie no­wych war­to­ści, wy­ło­wie­nie ich spo­śród kłę­bo­wi­ska wscho­dzą­cych lub prze­mi­ja­ją­cych tren­dów oraz wy­twór­stwa ma­so­we­go, któ­re do­pie­ro od­kry­je, że zmia­na sa­ma w so­bie nie jest sy­no­ni­mem po­stę­pu. Przy­glą­da­jąc się roz­wi­nię­tej pro­duk­cji czy nie­mal­że nie­ogra­ni­czo­ne­mu wy­bo­ro­wi to­wa­rów i wzor­ców, mu­si­my pa­mię­tać, że stan­dar­dy kul­tu­ro­we są wy­ni­kiem se­lek­cji po­szu­ku­ją­cej te­go, co za­sad­ni­cze i ty­po­we. Do­bro­wol­nie przy­ję­te ogra­ni­cze­nie te­go po­kro­ju po­win­no więc, za­miast nu­żą­cej jed­no­li­to­ści, dać wie­lu jed­nost­kom szan­sę na po­dzie­le­nie się wła­sną wa­ria­cją na te­mat zna­ne­go mo­ty­wu, a tym sa­mym przy­czy­nić się do roz­wo­ju zin­te­gro­wa­ne­go mo­de­lu ży­cia, któ­ry po­rzu­ci­li­śmy wraz z na­sta­niem epo­ki ma­szyn. Wte­dy wła­śnie owe dwie prze­ciw­no­ści – in­dy­wi­du­al­na róż­no­rod­ność i wspól­ny wszyst­kim mia­now­nik – zno­wu bę­dą mo­gły zo­stać z so­bą po­go­dzo­ne.

Wal­ter Gro­pius

Część pierw­sza

Kształ­ce­nie ar­chi­tek­tów i pro­jek­tan­tów

Roz­dział 1

Po­dej­ście

Mo­im ce­lem nie jest przed­sta­wie­nie, że tak to uj­mę, pro­ste­go i ła­twe­go w od­bio­rze „no­wo­cze­sne­go sty­lu” z Eu­ro­py, ale ra­czej opis po­dej­ścia, któ­re po­zwa­la na roz­pa­try­wa­nie da­ne­go za­da­nia z uwzględ­nie­niem wła­ści­wych mu oko­licz­no­ści. Chcę, że­by mło­dy ar­chi­tekt był w sta­nie po­ra­dzić so­bie w każ­dych wa­run­kach. Chcę, by za­miast na­rzu­ca­nia rze­czy­wi­sto­ści wy­uczo­nych re­guł, któ­re mo­gą być do niej zu­peł­nie nie­przy­sta­ją­ce, po­tra­fił sa­mo­dziel­nie wy­ko­rzy­sty­wać ota­cza­ją­ce go uwa­run­ko­wa­nia tech­nicz­ne, eko­no­micz­ne i spo­łecz­ne do two­rze­nia praw­dzi­wych, au­ten­tycz­nych form. Za­mie­rzam uczyć nie ty­le o go­to­wych do­gma­tach, ile o uj­mo­wa­niu pro­ble­mów na­sze­go po­ko­le­nia w spo­sób obiek­tyw­ny, ory­gi­nal­ny i ela­stycz­ny. Za przej­mu­ją­cą po­raż­kę uznał­bym sy­tu­ację, w któ­rej ob­ję­cie sta­no­wi­ska na uczel­ni do­pro­wa­dzi­ło­by do roz­po­wszech­nie­nia utar­tej wi­zji „ar­chi­tek­tu­ry we­dług Gro­piu­sa”. Za­le­ży mi na uświa­do­mie­niu mło­dym lu­dziom, że wy­ko­rzy­sty­wa­nie moż­li­wo­ści ofe­ro­wa­nych przez nie­zli­czo­ne wy­ro­by na­szych cza­sów spra­wia, iż re­per­tu­ar środ­ków twór­czych jest w za­sa­dzie nie­ogra­ni­czo­ny. Chcę za­chę­cić ich do po­szu­ki­wa­nia roz­wią­zań na wła­sną rę­kę.

Cza­sa­mi czu­ję się nie­co za­wie­dzio­ny, kie­dy sły­szę wy­łącz­nie py­ta­nia o sztucz­ki i krucz­ki mo­je­go warsz­ta­tu, pod­czas gdy dla mnie istot­ne jest dzie­le­nie się za­sad­ni­czy­mi do­świad­cze­nia­mi i nie­oczy­wi­sty­mi me­to­da­mi. Choć zna­jo­mość taj­ni­ków pra­cy po­zwa­la cza­sem na osią­gnię­cie pew­nych wy­ni­ków w sto­sun­ko­wo krót­kim cza­sie, re­zul­ta­ty te są jed­nak po­wierz­chow­ne i nie­za­do­wa­la­ją­ce, gdyż w ża­den spo­sób nie przy­go­to­wu­ją ucznia do ra­dze­nia so­bie z no­wy­mi, nie­prze­wi­dzia­ny­mi sy­tu­acja­mi. Je­śli ni­g­dy nie wy­tłu­ma­czo­no mu za­sad roz­wo­ju or­ga­nicz­ne­go, na­wet umie­jęt­nie do­da­ne współ­cze­sne mo­ty­wy, choć­by naj­bar­dziej wy­szu­ka­ne, nie spra­wią, że bę­dzie on zdol­ny do pra­cy o cha­rak­te­rze twór­czym.

Mo­je kon­cep­cje czę­sto są od­czy­ty­wa­ne ja­ko kul­mi­na­cja ra­cjo­na­li­za­cji i me­cha­ni­za­cji, co wy­pa­cza przy­świe­ca­ją­ce im in­ten­cje. Za­wsze bo­wiem pod­kre­śla­łem, że dru­gi aspekt – sa­tys­fak­cja du­cho­wa – jest tak sa­mo istot­ny jak aspekt ma­te­rial­ny, a no­wa wi­zja prze­strzen­na ozna­cza wię­cej niż oszczęd­ność struk­tu­ral­ną czy funk­cjo­nal­ną per­fek­cję. Slo­gan „ade­kwat­ność do ce­lu to sy­no­nim pięk­na” jest tyl­ko w po­ło­wie praw­dzi­wy. Kie­dy okre­śla­my ludz­ką twarz ja­ko pięk­ną? Choć każ­dy jej ele­ment jest ade­kwat­ny do okre­ślo­ne­go ce­lu, do­pie­ro har­mo­nij­ne po­łą­cze­nie ide­al­nych pro­por­cji i od­cie­ni uza­sad­nia się­gnię­cie po kom­ple­ment z naj­wyż­szej pół­ki – wte­dy mó­wi­my o pięk­nie. Ta sa­ma za­sa­da obo­wią­zu­je w ar­chi­tek­tu­rze, gdzie tyl­ko do­sko­na­ła har­mo­nia funk­cji tech­nicz­nych oraz pro­por­cji mo­że pro­wa­dzić do po­wsta­nia cze­goś pięk­ne­go. I to wła­śnie czy­ni na­sze za­da­nie tak nie­jed­no­rod­nym i skom­pli­ko­wa­nym.

Dziś, w stop­niu więk­szym niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, to wła­śnie na nas, ar­chi­tek­tach, spo­czy­wa za­da­nie po­kie­ro­wa­nia lu­dzi tak, by wie­dli roz­sąd­ne, zgod­ne z na­tu­rą ży­cie, a nie bi­li po­kło­ny przed fał­szy­wy­mi boż­ka­mi ilu­zji. Spro­sta­my tym wy­ma­ga­niom pod wa­run­kiem, że nie bę­dzie­my się oba­wia­li spoj­rzeć na na­szą pra­cę w jak naj­szer­szym uję­ciu. Do­bra ar­chi­tek­tu­ra po­win­na być od­wzo­ro­wa­niem sa­me­go ży­cia, co za­kła­da do­głęb­ną zna­jo­mość za­gad­nień bio­lo­gicz­nych, spo­łecz­nych, tech­nicz­nych i ar­ty­stycz­nych. Choć to i tak wciąż jesz­cze za ma­ło. Zjed­no­cze­nie tak róż­no­rod­nych dzie­dzin ludz­kiej ak­tyw­no­ści wy­ma­ga si­ły cha­rak­te­ru, czy­li czyn­ni­ka czę­ścio­wo wy­my­ka­ją­ce­go się moż­li­wo­ściom edu­ka­cji. Na­szym naj­istot­niej­szym ce­lem po­win­no być jed­nak­że ukształ­to­wa­nie czło­wie­ka zdol­ne­go do wy­obra­że­nia so­bie pew­nej ca­ło­ści, nie­zba­cza­ją­ce­go zbyt wcze­śnie na wą­skie ścież­ki spe­cja­li­za­cji. Nasz wiek pro­du­ku­je mi­lio­ny eks­per­tów; czas zro­bić miej­sce dla lu­dzi z wi­zją.