Szwedzi w WarszawieTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Walery Przyborowski

Szwedzi w Warszawie

Ilustracje Ludomir Illinicz-Zajdel

Warszawa 2016

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział I

W którym jest opowiedziane, jak przekupka Maciejowa pokonała trzech żołdaków szwedzkich

Czerwcowe słońce miało się ku zachodowi i skryło się już poza wysokie kamienice Rynku Staromiejskiego, których spiczaste dachy rysowały się wyraziście na gorejącym purpurą niebie. Ruch był niewielki; na przyzbach domów tu i ówdzie siedziały z dziećmi na kolanach mieszczki i gwarzyły, pod samym ratuszem w licznych kramach widać było ziewające lub kłócące się przekupki, sklepy w kamienicach, oprócz winiarni i szynków, były na głucho pozamykane. Na mieście leżała jakaś przygnębiająca ospałość i smutek, tylko z gromady przechadzających się dumnie i buńczucznie zbrojnych oficerów szwedzkich, ubranych w wielkie kapelusze z piórami, kaftany łosiowe i wysokie, brązowej barwy buty, brzmiały rozgłośnie krzyki i śmiechy. Tu i ówdzie włóczyły się zgłodniałe i wychudzone psy, grzebiące w kupach śmieci, całymi górami sterczących na Rynku.


Z drzwi głównych ratusza miejskiego, wznoszącego się na samym środku Rynku, wyszedł młody człowiek i ziewając stanął nad schodami kamiennymi, po których zstępowało się na dół. Ubrany był w ciemny, kusy żupanik, dobrze podszarzany, w kapelusz słomiany na głowie podgolonej starannie, o włosach ciemnych, nisko przystrzyżonych. Szarawary niegdyś karmazynowe, dziś spłowiałe mocno, miał wpuszczone w buty wysokie o żółtych cholewach, a za to czarnych przyszwach. Pod pachą dźwigał fascykuł papierzysków i wielkimi, czarnymi oczami poglądał niedbale i obojętnie dokoła.


Ale nagle oczy te ożywiły się, bo spostrzegł idącego między kramami pod ratuszem chłopca, może szesnaście lat liczącego. Ten, z głową na dół pochyloną i rękami na tyle założonymi, szedł wolno, leniwie, powłócząc nogami, zapatrzony w ziemię, jak gdyby tam czego szukał. Ubrany był niedbale i ubogo; na głowie kapelusz słomiany miał opadłe skrzydła, a liczne w nim dziury nie osłaniały dobrze głowy od palącego słońca czerwcowego. Kusy kubraczek, niewiadomej barwy, przepasany był włóczkowym pasem czerwonym, a ciżmy niskie wyszarzane były i dziurawe. Jednym słowem, wyglądał ubogo i miał minę desperata.

Stojący na schodach młodzieniec z fascykułem papierzysków pod pachą, zoczywszy owego desperata, zeszedł szybko na dół i zbliżywszy się do chłopca, uderzył go w ramię i zawołał:

– Kazik, jak się masz?!

Kazik żywo podniósł głowę i rzekł głosem smutnym i płaczliwym:

– A! to ty... jak się masz?

– Mam się dobrze, ale ty, widzę, jakoś kiepsko i kwaśno wyglądasz!

– Mój kochany, żebyś ty na to patrzał, na co ja patrzę, i to cierpiał, co ja cierpię, tobyś jeszcze kwaśniej wyglądał.

– No, cóż to takiego? Opowiedz mi.

– Ej, na co się to zdało! – machnął ręką rozpaczliwie Kazik.

– A może się i na co zdało! Cóż ty wiesz?... No, no, opowiedz... może się co poradzi na twój frasunek. Wiadomo ci przecie, że mam łaski i zachowanie wielkie u pana prezydenta Aleksandra Gizy, który też jest mój krewniak po matce... A przy tym zawżdy z tobą byliśmy w przyjaźni i gdyby nie ta pisanina na ratuszu z powodu tych przeklętych Szwedów...

To mówił szeptem i obejrzał się trwożliwie dokoła. Ale nikogo w pobliżu nie było i nikt ich rozmowy słyszeć nie mógł, więc prawił dalej:

– Otóż, powiem tobie, że gdyby nie te przeklęte Szwedy, co jeno kontrybucję na miasto nakładają i w księgach z tego powodu dużo jest pisania, a pan prezydent nie ma się kim wyręczyć, bo nikt tak pięknie jak ja nie pisze, otóż gdyby nie to, tobym co dnia wpadł tam do was na Krzywe Koło, by twej pani matce nogi ucałować, a i z tobą się też nagadać, bo widzisz, mam i ja coś do powiedzenia tobie. Ale cóż tam u was nowego?

– A cóż, Kacperku, bieda aż piszczy. Pani matka wyiskrzyła się do ostatniego grosza na tę kontrybucję szwedzką i powiadam tobie, że do gęby nie ma co włożyć. I na dobitkę ten lejtnant, pan Landskrona, bodaj go kat spalił... wiesz, co stoi u nas kwaterą, ciągle czegoś nowego wymaga. Zachciało mu się dzisiaj limonów, a u nas chleba nie ma. Skąd ja mu wezmę limonów? Idę do pana Fukiera, może się zlituje i da na kredyt. Ach, żebyś ty, Kacperek, wiedział, czego ja tym Szwedom życzę!...

– No, no! – uśmiechnął się Kacperek – z pewnością nie lepiej ode mnie. Ale powiem ci pod wielkim sekretem, że niedługo już ich panowania.

Wymówił to znów szeptem, oglądając się na grupę żołdaków szwedzkich, którzy pijani, wziąwszy się pod ręce, szli przez Rynek, śpiewając ochrypłymi głosami jakąś pieśń zamorską, krzycząc i nogami wywracając kramiki przekupek, koło których przechodzili.

Przekupki oczywiście podniosły wielki wrzask, a Szwedzi, wziąwszy się pod boki, z wyzywającymi minami, śmieli się do rozpuku.

– Widzisz, co się dzieje! – rzekł Kazik, w którego oczach zabłysnął ponury ogień, wargi mu pobladły, a pięść ścisnął w kułak.

– Ba! – odpowiedział z chłodnym uśmiechem Kacperek – ja co dzień na to patrzę i przyzwyczaiłem się do tego. Stary rajca, pan Rafałowicz, który, jako wiesz, jest człowiek mądry i uczony w piśmie, mówi, że człowiek to jest takie zwierzę, które się do wszystkiego przyzwyczaić może. I prawdę powiada, bo ja, na ten przykład, przyzwyczaiłem się już do tych wybryków szwedzkich i ani mię ziębią, ani grzeją!

– Ale ja się przyzwyczaić nie mogę! – syknął Kazik. – I wszystka krew się we mnie burzy...

– Pociesz się, bo ci powiadam na pewno, że niedługie Szwedów w Warszawie panowanie.

– Bój się Boga, co to takiego? Skądże to wiesz?

– A wiem... ale tu na Rynku gadać nie będę, bo tu może kto podsłuchać i donieść jenerałowi Wittenbergowi, a wiesz, że on nie żartuje. Nie dalej jak wczoraj obwiesić kazał za długi język jakiegoś szlachcica na szubienicy przed kościołem Bernardynów. A przy tym i tobie się śpieszy po one limony... pieprzu bym hultajowi dał, a nie limonów. Idź więc, bo tam twój Landskrona zapewne historie wyprawia, a pani matka ze strachu umiera.

Kazik na te słowa zgrzytnął zębami, nacisnął kapelusz na oczy i nic nie rzekłszy, ruszył w kierunku sklepu pana Fukiera, który od dawien dawna w Rynku handlował winami i rozmaitymi specjałami zamorskimi.

– Czekaj no! – zawołał za odchodzącym Kacperek – musimy się przecie obaczyć.

Mam wiele nowin i mam też pewny projekt. Chcę z tobą pogadać...

– A i owszem, ale gdzie i kiedy?

– Otóż to... do ciebie iść nie można, bo tam Szwedów kupa, a to, co ci chcę powiedzieć, jest srogi sekret. Ale wiesz co? Jak się załatwisz z tymi limonami dla imci pana Landskrony... bodaj się hycel nimi udławił... to przyjdź do pana Rafałowicza. Wiesz gdzie... na ulicy Św. Marcina, w kamienicy Sebastiana, cyrulika...

– Wiem, wiem.

– Ba! nic nie wiesz, bo nie wiesz, gdzie się mieści pań Rafałowicz. Ma on na trzecim piętrze od tyłu dwie izdebki. Tam trzeba wejść, a we drzwi zastukają trzy razy, bo inaczej pan Rafałowicz cię nie wpuści. Tam będę czekał na ciebie i do syta się nagadamy, ile że pan Rafałowicz jest sam i jako człek mądry, nie poskąpi nam rady i obroku duchowego. Idź więc, załatw się z owymi limonami i przybywaj. A teraz vale, uszy do góry, Kaziku, bo wszystko będzie dobrze. I powiadam tobie na ucho, jeno dlatego, byś fantazji nie tracił, że takiego dajfeldreku zadamy tym zambrszczykom, że popamiętają przez wieki mazurską łapę. No, bądź zdrów! Czekam cię u pana Rafałowicza.

 

To rzekłszy, nacisnął kapelusz, poprawił pod pachą fascykuł papierzysków, ogromne pióro mocniej utrwalił za uchem i zniknął za zakrętem murów ratuszowych. Kazik zaś, z otuchą jakąś w sercu, pognał do pana Fukiera po limony dla lejtnanta szwedzkiego Landskrony.

Na Rynku tymczasem po dawnemu przechadzali się żołdacy szwedzcy, śpiewali pieśni, krzyczeli, wywracali kramy przekupkom, bili, kto im się nawinął, tak że każdy uciekał jak najprędzej i chronił się do domów, by uniknąć spotkania z pijanymi żołdakami.

Zrazu kręcili się jeno między ulicą Grodzką, co ją później Świętojańską nazwano, a Jezuicką, ale potem przeszli na drugą połać Rynku od ulicy Gołębiej. Tu podle kamienicy „Pod Trzema Murzynami” miała swój kramik znana całemu miastu pani Maciejowa, wdowa po szewcu, który przez pijaństwo stracił całą fortunę i umarł. Wdowa, ile że miała syna małoletniego, którego trzeba było chować, za resztę grosza założyła sobie kramik z nićmi, tasiemkami, naparstkami, a czasu wiosny handlowała też owocami. Kobieta była poczciwa, zabiegliwa, pracowita, ale wygadana okrutnie. Otyła, upadająca już na nogi, siedziała od świtu do nocy za swym kramem i biada temu, na kogo złość miała lub kto ją obraził. Wtedy spadał na nieszczęśliwego taki potok słów i wymyślań wypowiadanych krzykliwym i tak doniosłym głosem, że po całym Rynku się rozlegał, iż nieszczęśliwy zatykał uszy i uciekał z duszą. Znano ją z tego w całym mieście i bano się bardzo, choć jednocześnie szanowano, bo była uczciwą, rzetelną, nikogo na grosz nie skrzywdziła, bogobojną, a synów jak się należy wychowała. Starszy Maciuś, bo takie samo imię nosił jak nieboszczyk ojciec, był już czeladnikiem szewskim i prowadził się porządnie, młodszy Janek terminował u stolarza, pana Andrzeja Kuliga, na Nowym Mieście. Obaj chłopaki byli porządni co się zwie, matkę szanowali i bali jej się okrutnie, bo jak co zawinili, to im płazem nie puszczała, nawet starszemu Maciusiowi, choć był czeladnikiem i wąs mu się puszczał. Nieraz tak go sprała i za czuprynę wytargała, że chłopak aż łzy miał w oczach.

Otóż trójka pijanych Szwedów, nadokazywawszy się od południowej strony ratusza, przeszła teraz na północną i zataczając się, krzycząc i śpiewając, nagle znalazła się przed kramem pani Madejowej. Ta spojrzała na nich groźnie i machając ręką, rzekła po polsku:

– Poszli precz! Czego tu stoicie? Czego chceta?

Ale oni zaczęli się śmiać i jeden tak silnie kopnął nogą w kramik, że wszystkie rozłożone na nim nici, naparstki, tasiemki, guziki i owoce rozleciały się na wszystkie strony. Maciejowa zaczerwieniła się cała jak burak, a w jej małych, siwych oczach zajaśniały pioruny. Choć z ciężkością się ruszała z powodu słabości nóg, teraz jednak zerwała się od razu i dużym garnkiem z barszczem, który z obiadu został, trzasnęła w łeb najbliższego Szweda. Garnek rozleciał się na części i pokaleczył żołdaka, a przy tym barszcz się wylał i całą twarz mu na czerwono umalował. Zrobił się straszny krzyk i dwaj towarzysze poszkodowanego dobyli pałaszy i rzucili się na Maciejową, chcąc ją zarąbać, ale ta, wrzeszcząc wniebogłosy, nie ustąpiła ani kroku, tylko chwyciwszy starą drapakę, która w kącie kramiku stała, tak dzielnie nią wywijać zaczęła i tak prać bez litości pijanych Szwedzisków, że nie tylko nic jej zrobić nie mogli, ale sami potracili kapelusze i gęby mieli szpetnie podrapane. Rzucali się wprawdzie zawzięcie z gołymi szabliskami w garści ale że nie byli trzeźwi, więc ciosy ich padały na daszek kramiku, a przy tym zbiegło się dużo ludzi na krzyk Maciej owej i jak mogli, tak jej bronili.

Właśnie w tej chwili zjawił się Kazik wracający z limonami od pana Fukiera.


Spostrzegł on, że jeden ze Szwedów, widocznie trzeźwiejszy, przestał rąbać pałaszem, a natomiast gotował się przebić zdradzieckim sztychem broniącą się walecznie dzielną przekupkę. Widząc to Kazik, który znał się, a nawet przyjaźnił z synem Madejowej, czeladnikiem Maćkiem, niewiele myśląc, tak zręcznie i szybko podstawił nogę Szwedowi, że ten jak długi runął na ziemię, Zaraz też znalazło się kilku ochotników, którzy leżącego Szweda poczęli niemiłosiernie okładać kijami, a Kazik spostrzegłszy biegnący ront szwedzki i widząc, że tu nie ma na co czekać, drapnął co żywo do domu. Ront rozpędził zbiegowisko, a pokaleczonych Szwedów i biedną Maciejową zabrał ze sobą do kordegardy w Zamku.

Rozdział II

W którym Kazik zapoznaje się w przykry sposób z piernikami pani Maciejowej

Kazik, załatwiwszy się z onymi limonami, które matka jego, pani Juliuszowa Ginterowa, wdowa po rajcy miejskim, sama zaniosła do kwatery oficera szwedzkiego Landskrony, wyrwał się zaraz z domu, żeby najprzód zobaczyć, co się tam dzieje na Rynku, a potem pójść, jak się umówił ż Kacperkiem, do pana Rafałowicza. Okrutnie był ciekawy, co to za nowiny ma Kacperek, nowiny pocieszające, co w tych ciężkich czasach było rzadkością wielką.

Biegł tedy żwawo, choć już mrok zapadał, a rzadkie latarki przy domach, z rozkazu Szwedów zaraz po zachodzie słońca zapalane, nie mogły dostatecznie rozświecić zaciemnionych ulic. Kazik czuł się w jakimś wesołym usposobieniu, bo najprzód Kacperek miał mu coś pocieszającego powiedzieć, potem, że będzie gadał z panem Kafałowiczem, który był mężem statecznym, uczonym i bardzo, lubił takich smyków jak Kazik, a wreszcie, że Szwedowi podstawił nogi przy kramiku Madejowej, także ów żołdak zarył nosem w błoto. Ciekaw też był bardzo, jak się ta przygoda skończyła.

Ale zaraz wesołe usposobienie Kazika pierzchło, gdy zobaczył kramik Madejowej rozbity na szczątki, a koło niego kręcił się starszy jej syn, czeladnik szewski Maciuś, z latarką w ręku, zbierał rozrzucone nici, paciorki, szpilki, jabłka i pierniki i zawodził głośno:

– O laboga! laboga!

Maciuś był chłopak wysoki, cienki jak tyczka, o nogach podobnych do dwóch długich patyków, z szyją jak, u żurawia, na której chwiała się główka drobna, szczecinowatym, rudym włosem porosła. Brzydki był jak nieszczęście; oczka miał małe, siwe, głęboko zapadłe, nos pałkowaty i zawsze czerwony jak burak, co zapewne odziedziczył po ojcu, pijaku koronnym. Powolny był nadzwyczajnie, mruk zawołany, ale zresztą chłopak poczciwy z kościami. Stał teraz pochylony nad ruiną dobytku matczynego, rozpaczliwie wymachiwał długimi rękami, podobny do wiatraku, i żałośliwie zawodził:

– O laboga! laboga!

Kazik zbliżył się do niego z tyłu, uderzył go w ramię i zapytał:

– Maciek, co tobie?

Maciuś powoli, systematycznie zwrócił się całym ciałem do pytającego, podniósł latarkę w górę, zaświecił nią w oczy Kazika i wytrzeszczając zabawnie swe małe oczy, krzywiąc się szkaradnie i pociągając nosem, rzekł:

– A! to ty?

– A ja, jak widzisz. Ale czegóż ty tak lamentujesz? Maciuś zrobił wolno pół obrotu, długą swą rękę wyciągnął wskazując na kram rozbity i rzekł:

– A tego.

– To Szwedy zrobiły?

– Uhu!

– No i cóż, czy się to na co zda jeszcze? Czy ocalisz co towaru?

– Nic. – I kiwając żałośliwie głową, pociągając nieustannie nosem, znów począł lamentować:

– O laboga! laboga!

– A gdzież jest matka, pani Maciej owa?

– Matka? – powtórzył Maciuś.

– No tak! Gdzie ona jest?

– Wzięli ją.

– Kto ją wziął?

– Szwedy.

I jak gdyby przypomniał sobie całą grozę swego położenia, pociągnął gwałtownie nosem, oczkami, zaczął rozpaczliwie mrugać i po dawnemu zawodzić:

– O laboga! laboga!

– Cicho byś był, do paralusza! – zawołał gniewnie Kazik. – Co twoje babskie lamenty pomogą! Jeszcze przyjdzie ront szwedzki i zabierze cię do kordegardy, i tam cię oćwiczą srodze.

Maciuś spojrzał wystraszony na Kazika, obejrzał się dokoła trwożliwie, czy w rzeczy samej rontu gdzie w pobliżu nie ma, i od razu ucichł.

– Gadajże mi teraz – mówił dalej Kazik – co się z twoją matką stało?

– Wzięli ją.

– To wiem, ale dokąd ją wzięli?

– Do Zamku.

– Do Zamku? O, to źle!... to bardzo źle! – szeptał Kazik na pół do siebie, na pół do Maćka. – Tam jest gubernatorem pan Gildesterna, człek srogi. No i cóż ty myślisz robić?

– A nic.

– Cebula jesteś, i koniec! Czego tu stoisz? To wszystko teraz nic niewarte. Wiesz co?

Chodź ze mną!

Maciek obejrzał się wolno na szczątki kramiku, podrapał po szczecinowatej głowie i jak gdyby widok tej ruiny obudził w nim poprzedni żal, zaczął rozpaczliwie machać długimi rękami, pociągać nosem i lamentować:

– O laboga! laboga!

– Stulżę gębę, do stu katów, czy chcesz, żeby cię Szwedy osmagały?

– Nie chcę! – zawołał żywo Maciek, trwożliwie spoglądając dokoła.

– Więc bądź cicho i chodź ze mną!

– Dokąd?

– Zobaczysz.

Maciek swoim zwyczajem leniwie obejrzał się na szczątki kramiku i szlochając spytał:

– A to?

Kazik chwilkę pomyślał i rzekł:

– Masz rację, szkoda tego tak zostawić. Masz tu gdzie koszyk?

– Mam... tam! – i wskazał na głąb kramiku.

– Więc dawaj go, pozbieramy to wszystko i zabierzemy.

Upłynęło dość czasu, nim Maciek się poruszył i dostał się do kramu i tam, pośrodku mnóstwa rupieci, wydobył duży z wikliny koszyk. Kazik niecierpliwił się, nalegał, wołał:

– A żywo! Ruszajże się! Cap jesteś, mazgaj i cebula zatracona!

Maciek w milczeniu znosił te wymyślania, z obojętnością taką, jakby się one jego nie tyczyły, ale wcale żwawiej się nie ruszał.

Wolno, systematycznie wydobył kosz, otrząsnął go, wyprostował się, pociągnął nosem, odetchnął głęboko i mruknął:

– A tom się zmachał!

– Zmachał się! Nie wiem czym! – zawołał Kazik. – Bodajże cię! Dawajże ten koszyk!

Maciek wolno podniósł kosz, zarzucił na plecy i ostrożnie wyciągając swe długie, cienkie nogi, przeszedł przez różne szczątki i stawiając kosz przed Kazikiem, powiedział:

– Masz!

I znów się przeciągnął, westchnął i szepnął:

– A tom się zmachał!

Kazik już nic nie rzekł na to, mruknął tylko coś pod nosem i począł żwawo zbierać różne przedmioty, rozrzucone po ziemi, i wkładać je do kosza. Maciek stał, patrzał na to i nagle ni stąd, ni zowąd zaszlochał i zajęczał tak głośno, że się aż rozlegało dokoła:

– O laboga! laboga!

Kazik aż podskoczył z gniewu i przypadłszy do Maćka, wymierzył mu w bok potężnego kułaka pięścią, wołając:

– Stulisz ty gębę, cebulo! Zabieraj mi się zaraz do roboty, bo ja tu czasu nie mam bawić się z tobą, ośla głowo!

Maciek spojrzał na Kazika, otrząsnął się po kułaku i rzekł:

– Nie bij!

– Jakże cię nie bić, kiedyś cap!

– A nie cap, jeno Maciej Dratewka.

– Zabieraj się do roboty, bo cisnę wszystko i zostawię cię tu samego. Na tę groźbę Maciek na koniec schylił się i począł powoli zbierać pierniki, motki nici i wstążek, orzechy i układać to wszystko do kosza. Nie szła mu ta robota, bo ciągle wzdychał i szlochał, ale wreszcie zebrano, co się dało, i kosz został tym wszystkim w trzech czwartych napełniony. Gdy to zrobiono, Maciek przeciągnął się, odetchnął głęboko i szepnął:

– A tom się zmachał!

– Czym?

– A tym.

– Baran jesteś! Cóż to? Trochę rupieci pozbierać, to u ciebie robota?

– A ino!

– Nie gadaj, zabieramy kosz, ty weź za jedno, a ja za drugie ucho.

– Zaraz.

– Śpiesz się!

– Niech sobie odpocznę.

– A bodajże cię Szwedy ubiły! Po czym ty będziesz odpoczywał?

– Spociłem się.

– Spociłeś się?

– Tak, krzyż mnie boli.

I oglądając się dokoła, znów począł nosem pociągać, oczkami ruszać i nagle jak nie ryknie na cały Rynek:

– O laboga! laboga!

Kazik aż podskoczył i już nie wiedział, co robić, ale na szczęście rozległy się miarowe kroki żołnierzy idących rontem.

 

– Ront idzie! – syknął Kazik. – Bierz kosz i uciekajmy!

To poskutkowało. Maciek porwał koszyk i wyciągając swe długie nogi, machając ręką, puścił się tak szalonym pędem, że Kazik, który trzymał kosz za drugie ucho, ledwie był w stanie nadążyć. W jednej chwili znaleźli się na Wąskim Dunaju.

Tak ubiegłszy kilkanaście kroków, Maciek czując, że już niebezpieczeństwo spotkania się z rontem minęło, nagle zatrzymał się tak gwałtownie, że Kazik, nie spodziewając się tego, wpadł na kosz i głową zanurzył się między pierniki, nici i wstążki.

Maciek wolno odwrócił się i spostrzegłszy towarzysza w takiej pozycji, ciężko wydobywającego się z kosza, począł się piskliwym głosem śmiać:

– Hi! hi! hi!


Ale Kazik wygramolił się na koniec z kosza i opłakaną miał fizjognomię, bo natknął się twarzą na jakiś miększy piernik, który mu się przylepił do nosa. Ujrzawszy to, Maciek aż chwycił się oburącz za brzuch i zanosił się od śmiechu:

– Cha! cha! cha!

Kazik, wściekły od gniewu, otarł z twarzy rozpłaszczony piernik i przyskoczywszy do Maćka, zapytał gniewnie, ściskając pięście:

– Czego się, szewska smoło, śmiejesz?

– Z ciebie.

– Ze mnie? dlaczego?

– Boś żółty na gębie. Hi! hi! hi!

Kazik, niewiele myśląc, wymierzył mu pięścią jeden i drugi potężny raz pod bok i rzekł:

– Masz! masz! Śmiejże się teraz!

– Nie bij – mruknął Maciek.

– Czego stoisz? Weź kosz, bo, dalibóg, nie wytrzymam. Po coś stanął?

– Żeby odpocząć.

– Po czym?

– Zmachałem się!

– Weźmiesz ty koszyk? Bo inaczej, jak mnie widzisz, zostawię cię na środku ulicy samego i rób sobie, co chcesz.

Na tę groźbę Maciek westchnął, wziął kosz leniwie i już teraz wolnym krokiem szedł naprzód. Ale niebawem na rogu ulicy Piwnej, a jak ją wtedy nazywano, Św. Marcina, zatrzymał się, kosz postawił i mruknął:

– A tom się zmachał!

Ale Kazik już nic nie mówił, tylko gniew tłumił w sobie, bo wiedział, że z upartym i leniwym Maćkiem nic nie poradzi. Milczał więc i w ten sposób, posuwając się wolno zatrzymując się co kilka kroków, przy czym Maciek wzdychał i połą od żupana obcierał pot z czoła, dostali się na koniec do kamienicy zamieszkałej przez pana Rafałowicza.

– Chwała Bogu – szepnął Kazik – bo, dalipan, dłużej już bym nie wytrzymał z tym gamoniem.

Niemało jeszcze było kłopotu, nim kosz wywindowali na trzecie piętro, ale przecie trudnego tego dzieła dokonali na wielkie wzdychanie i jęki Maćka.