UcieczkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ucieczka
Ucieczka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,89  43,91 
Ucieczka
Ucieczka
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
4,99 
Szczegóły
Audio
Ucieczka
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Sier oszewski

Ucieczka

Saga

UcieczkaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1904, 2020 Wacław Sieroszewski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426137

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PRZEDMOWA

Ucieczka“ osnuta jest na zdarzeniu prawdziwym, ale posłużyła mi ona jedynie za tło do obrazu z życia wygnańców politycznych na Syberii. Stąd częste zboczenia od fotograficznej wierności, stąd pojawienie osób zmyślonych, zbiorowych typów wygnańczych oraz wtrącenie scen, które zaszły na wygnaniu gdzie indziej i z innymi ludźmi.

Aby usunąć z góry możliwe nieporozumienie oświadczam, iż Arkanow jest właśnie taką osobą „zbiorową“, stworzoną przez mnie z okruchów spostrzeżeń, nie zaś czyimkolwiek wizerunkiem. Proszę więc czytelników, znających istotną historię wydarzenia, aby nie doszukiwali się żadnych podobieństw, które byłyby dla mnie bardzo bolesną niespodzianką.

OSTATNIA HULANKA
I

...Zresztą jak sobie chcecie! Ale ja nie mogę wprost dłużej znieść, nie mogę... ostatecznie ogarnia mię znękanie! Chodzę, chodzę co wieczór po tej izbie, serce pęka, w głowie się kotłuje... Zwariować można... Mówicie, że się nie uda... Bardzo być może... ale za to jeżeli się uda?... Mówicie, że zginiemy? Cóż z tego? I tak zginiemy. Wielu stokroć od nas dzielniejszych zginęło, a czy świat od tego runął? Schwytają nas... osadzą w więzieniu. A czym, powiedzcie mi, to, co nas otacza, różni się od krat, murów, nawet grobu?... — mówił z źle tłumionym rozdrażnieniem jeden z trzech ludzi, idących wąską ścieżką przez zmarzłe, pokryte śniegiem jezioro. Dokoła, pławiąc się we mgle i mroku, spało miasteczko Dżurdżuj.

— Trochę większa ilość wrażeń lub bardziej wysoki strop budynku... — począł znowu, zatrzymał się i niedbałym gestem wskazał na niebo, jarzące się tysiącami gwiazd.

Zatrzymali się. Słuchacz z prawej strony, w kożuchu zarzuconym na ramiona niby rzymska toga, podniósł posłusznie głowę do góry; słuchacz z lewej, zawinięty po oczy w pled, patrzał spokojnie w przymgloną dal, gdzie wschodził księżyc.

— Zapominasz — wycedził on przez zęby — że tam wiecznie stać nad tobą będzie... stróż! Ty, Niehorski, rzecz wiadoma, trzech słów powiedzieć nie możesz bez... okropności. Ale zmienić pobyt tu na więzienie dlatego tylko, że... nie ma różnicy lub że tam lepiej — to już zbyt jawna niedorzeczność. Nawet tobie ona nie uchodzi. Przypuśćmy, że tu mamy mało, że wszystko jest nędzotą, ale zawsze mamy coś... mamy cień jakiś, podobiznę życia, mamy swobodę ruchów, widzimy słońce, przyrodę... kobiety... obcujemy z ludźmi... Tam — nic! Zgoła nic! Nagie ściany, nienawistne twarze kluczników... i tak tygodnie, miesiące, lata... Czyś już zapomniał? Siedziałeś przecie... Wyznaję, że wzdrygam się na samo wspomnienie i jeżelibym stąd uciekł, to głównie dlatego, że tu wciąż mi to grozi, że dość beztaktu którego z nas, wypadku, gburowatości marnego urzędniczyny i awantura gotowa!

— Widzisz! A więc jeden powód więcej... — ostro przerwał Niehorski i ruszył dalej ścieżyną.

— Montezumo, czy przypuszczasz, że spoczywam na różach... Nie o braku powodów mówię, lecz o braku środków.

— Środki dadzą się obmyśleć, byle była chęć szczera. Ale przyznaj, że żal ci zaryzykować nędzne okruchy, jakie masz, i tego cienia... podobizny... słowem, że się boisz...

— Nie jestem szaleńcem...

— Szkoda, bo tylko szaleńcy coś zrobili i zrobią... a strach zawsze był narzędziem niewoli i poniżenia. Zawsze ludzie posiadają jakiś atom czegoś, na pozór już niepodzielny. Mimo to, gdy ich okoliczności przycisną, rozbijają niepodzielny atom i oddają połowę, aż wreszcie przyjdzie wróg i powie: „Oddaj wszystko i odejdź, gdyż chcę zabrać miejsce, gdzie stała Kartagina i zaorać je...“ wtedy...

— Wtedy co?

— Wtedy strzelają sobie w łeb lub topią się, zamiast postawić życie na kartę... w walce poprzednio... A wiesz, Samuelu, że ja właśnie się wstydzę, że mam te okruchy, że nie należę do tych najostatniejszych, co widzą tylko twarze kluczników! Tam wiedziałbym, że nie mogę. Worek kamienny otaczałby mię... mogiła!... Tutaj: palący ból czuję, ilekroć wspomnę, że właśnie trzyma mię na uwięzi tylko licha nić przyjemności...

— Przyjemności?! Właśnie... właśnie! Rozkoszy, chciałeś pewnie powiedzieć, przyznaj się, bo to w twoim stylu!

Poprawił pled, ziewnął przeciągle i dodał:

— Późno już. Czy nie rozsądniej będzie pójść spać, wy, słowiańskie dusze, wiecznie tęskniące do nahajki. Jutro pan Jan w proch nas obróci, gdy się na czas nie stawimy. Gdzie klucz, Woronin? Pewnie nie wiesz?

— Owszem, oto jest! — odrzekł sucho Woronin, wyciągając rękę spod kożucha. — Ja jeszcze... pospaceruję!

Samuel w milczeniu klucz odebrał i odszedł ze spuszczoną głową. Przed progiem domu obejrzał się. Księżyc tylko co wszedł i czerwonawa jego łuna już zamąciła głębiny mroku. Okolica tonęła w rudawych, aksamitnych półcieniach, wśród których wyraźnie rysowały się na tarczy miesiąca jedynie figury oddalających się towarzyszów. Niehorski machał gorączkowo rękami jak ptak, gotujący się do lotu, a obok szedł zasłuchany Woronin.

— Fantazje! — mruknął z goryczą Samuel. — Ot, dziwacy! I nie sprzykrzyło im się jeszcze. Projekty, marzenia, wieczna gorączka nadziei...

Spojrzał przeciągle na jurtę, zasypaną do szczytu śniegiem, gdzie mieszkał, i wszedł do sionki. Po chwili znalazł się w ciepłej, dusznej, zupełnie ciemnej izbie; poruszał się ostrożnie jak w cudzym mieszkaniu, lecz paru nawet nie postąpił kroków, a już się potknął i coś zrzucił, co z głuchym łoskotem upadło na glinianą podłogę.

— Zawsze to samo! Mówiłem mu... — zaklął energicznie. — Projekty, projekty, a stołki na środku, a świecy i zapałek na miejscu nie położy...

Znalazł wreszcie, czego szukał, i zapalił łojówkę. Nie rozbierał się jednak, tylko kożuch na piersiach rozpiął, barankową czapkę na czubek głowy zsunął i oskubując z wąsów sadź lodową, czekał, aż się knot świecy rozetli. Był to zupełnie młody jeszcze mężczyzna, ale wyraziste, wybitnie semickie rysy jego twarzy zdradzały już zmęczenie: z obu stron dużego nosa szły głębokie zmarszczki, a w gęstych, rudawych włosach i brodzie srebrzyły się kosmyki siwizny; wypukłe, zielonawe oczy w ciemnej oprawie patrzały spokojnie, lecz smutno. Stał długo zamyślony, aż niespodzianie dla siebie samego westchnął, potem rozśmiał się, spojrzał ironicznie na rozrzucone bezładnie po izbie rupiecie i ruszył do swego pokoju. Tam wyjrzały nań te same pochyłe, okopcone ściany, błysnęły te same małe okienka z lodem w miejsce szyby, ale zamiast „nar“ stało tam łóżko zasłane malinową kołdrą, a na wewnętrznym przepierzeniu z desek — suchym oraz prostopadłym — wisiała mapa, kilka rycin, wyciętych z tygodnika, i półka z książkami. Była tu, jak sam mówił z przekąsem, „Europa“, w przeciwstawieniu do sąsiedniej „Azji“. Postawił świecę na stoliku, zrzucił kożuch i wyciągnął się wygodnie na posłaniu z książką w ręku. Lecz „fantazje“ nie pozwalały mu czytać. Daremnie skupiał uwagę; czytał oddzielne wyrazy, ale ich nie rozumiał. Coś mu się w piersiach błąkało, wrzało i boleśnie biło do głowy.

— Strach zawsze był narzędziem niewoli i poniżenia!... — przypomniał sobie zdanie Niehorskiego. Sam je sobie nieraz powtarzał, ale... Rękę z książką opuścił i przymknął powieki. Niezdrowy rumieniec wybił mu na policzki, usta zacięły się i tak długo przeleżał bez ruchu.

— Czego on się boi?

Chciał wmówić w siebie, że on się śmierci nie boi, że myśl o niej nie jest mu przykrą... Ale nie udało mu się. Musiał przyznać, że tylko on, ten strach nagłego zgonu, zmusza go znosić prześladowania... hańbiące położenie, uczucie zwierzęcia na łańcuchu... Tylko obraz zniewag, fizycznego bólu, „doprosów“, grubiańsko potrącających o najtajniejsze uczucia i myśli, wstrzymywał go od oporu, od walki... Dotychczas wściekał się, wrzał, wspominając obejście i niektóre wyrazy swoich oprawców zaraz po aresztowaniu. Czuł się sponiewieranym, wdeptanym w błoto. Niby brudna, cuchnąca ręka wdarła mu się ongi do wnętrza, bezczelnie chwytała za serce, przebierała w trzewiach, obmacywała zwoje mózgowe... I ślad tych palców, palący, wstrętny, pozostał tam na wieki, nigdy nie zagojony i nie zmyty... On już teraz inny i nigdy nie będzie, czym był... Poznał trwogę, skalał się wybiegami, walczył z nikczemnymi pokusami i miał obmierzłe chwile odrętwienia duszy, której wszystko jedno — byle istnieć!

Zerwał się, usiadł na łóżku, chciał wstać, gdyż czuł, że znów nadchodzi wizja strasznego, niczym niezatartego obrazu... lecz nie zdążył się ocucić, więc tylko rękami oparł się o kolana i oczy szeroko otworzył:

...Wczesny, mglisty poranek... Szary mrok bez cieni spoczywa na dziedzińcu... Mdławo rysują się w jego świetle szare więzienne budowle. Za chwilę może błyśnie wesoły pogodny dzień, nawet czuć go w bladoróżowych świtach, płynących górą, ale w dole zimno i chmurno i widać wyraźnie tylko ciemne ramię szubienicy, sterczące wysoko nad ziemią, a dokoła czworobok żołnierzy. Dozorcy zabraniają patrzeć, przemocą ściągają z więziennego okienka, lecz ledwie wyszli, on, Samuel, znowu przyciska czoło do zimnych, wilgotnych szyb. A tymczasem pod szubienicą już zawisł biały całun i w tym worku okropnym młode, świeże ciało drga konwulsyjnie, miota się i trzepie... Taki był silny, taki bohaterski, a musi umierać... Już obwisł!... Duch potężny, niezwykły, ukochany... już odleciał i rozwiał się w obszarach wszechświata... Zniszczyli go ludzie... zniszczyli... Kochał ich więcej niż siebie samego...

 

Samuel z nim razem przeżywał straszną, upokarzającą, rozpaczliwą niemoc. Gardło mu ściskał powróz, ręce z tyłu związane prężyły się, a przez głowę jednocześnie przelatywały te myśli, za które „oni“ umierali, hymn cały potężny, jasny, piorunowy, grożący podmyciem i obaleniem i tronów, i bogów, a obiecujący na ich miejscu zbudować przyszłość bez troski i bólów...

Nagle wszystko zbladło, zakołysało się, znikło, została pustka w sercu, pusta, zapadła chata sybirska i puste jutro... Zamglonym wzrokiem powiódł po ścianach, podniósł się, poruszył z niechcenia papiery na stole, chciał się opanować, ale nie był w stanie, łzy strugą nabiegły mu nagle do oczów, zdmuchnął świecę i padł twarzą na poduszki...

Już świt zaglądał nieśmiało przez lodowate szyby, gdy zaskrzypiało nareszcie w sionce i Woronin, stukając przemarzłym obuwiem, wszedł do mieszkania. Nie znalazłszy zapałek i świecy, poszedł po nie do pokoju Samuela. Ten ruszył się.

— Aha! Nie śpisz jeszcze?

— Nie; albo co?

— Nic! Świeca niepotrzebna ci?

— Nie... a zresztą przynieś ją, jak się rozbierzesz.

Nie zdążył Samuel wypalić papierosa, a już Woronin pojawił się we drzwiach ze świecą w ręku, w nocnym negliżu, upiększonym tylko okularami. Świecę na stole postawił, ale wychodzić bynajmniej nie myślał; owszem, zrobił sobie papierosa i oparłszy się o framugę drzwi, patrzał spod oka na przyjaciela.

Woronin był młodszy od Samuela, dość przystojny, ale zaniedbany i niezgrabny. Krucze kędziory i bródka tworzyły dokoła cygańskiej jego twarzy żałobną ramkę, a i sama twarz, i figura miała zwykle wyraz apatyczny, żałobny. Teraz jednak coś się tam w oczach skrzyło i błąkało na zaciętych ustach.

— Cóż, zmykacie? — zagadnął Samuel, domyślając się, że Woronin czeka na zapytanie.

— A jakże!

— Ha! Szczęśliwej drogi! A prędko, można wiedzieć?

— Jak się ociepli!

— Świetnie, świetnie! A zdecydowaliście, co wolicie: umrzeć z głodu, czy dobrowolnie wrócić, czy pozwolić się złapać?

— Po co wracać? Zresztą wszystko się stać może, ale i to lepiej, niż pędzić tu czas w bezczynności.

— Oho! — szepnął Samuel, unosząc się na pościeli i ciekawie przyglądając przyjacielowi.

— W dodatku — ciągnął ten z niezachwianym spokojem — może się uda. Udało się przecież Beniowskiemu 1 i Polakom z Kamczatki, a prości włóczędzy co rok tłumami uciekają nawet z Sachalina... Stąd łatwiej. A zresztą — dodał po krótkim wahaniu — wstyd żyć tu spokojnie, gdy tam... umierają!

— Ależ, kochany Wroniu, widzę, że Niehorski zupełnie cię przerobił na swoje kopyto! Nie darmo tak machał rękami! — zawołał ze śmiechem Samuel. — Słuchaj, Woronin — zakończył nagle surowo i usiadł na łóżku — jest dużo sposobów samobójstwa i o wiele mniej męczących. Co się zaś tyczy powrotu i nadziei działalności, to my, nie chcący się z tych lub innych przyczyn upokorzyć, powinniśmy bezwarunkowo... dać za wygraną... Bezwarunkowo... Słyszałeś!?

Woronin nic nie odrzekł, poprawił tylko porywczo okulary, nie dopalonego papierosa na ziemię rzucił, obrócił się i wyszedł; miało to znaczyć, że się nie zgadza. Wkrótce Samuel usłyszał jego chrapanie i sam znużony usnął nareszcie.

II

Obudziło ich niezmiernie hałaśliwe stukanie we drzwi. Bito w nie, niby taranem, i tak długo i uparcie, że doprowadzony do ostateczności Woronin wstał w końcu i poszedł haczyk odczepić. Nieciekawy jednak, kto przyszedł, oczu nawet nie otworzył i senny umknął co prędzej do łóżka, chroniąc gołe nogi przed mroźnym powietrzem, buchającym otwartymi drzwiami.

W kłębach pary wszedł do jurty człek niski, pękaty, odziany w krótką zajęczą kurtkę, krytą czarną, dobrze już wyszarzaną materią. Na nogach miał białe, włochate, jakuckie „torbasy“, a na głowie starą czapkę bobrową. Gdy ją zdjął, okazała łysina zaświeciła w półzmroku izby.

— Śpią! A to skaranie boskie! — rzekł głośno po polsku.

Nikt się nie ozwał, nikt nie poruszył. Zsunąwszy tedy z twarzy dużą chustę kobiecą, którą był zawinięty po uszy, zbliżył się do pościeli Woronina i kilkakroć dźwięcznie zakukał:

— Kuku! Wstawajcie, śpiochy!

Woronin ani drgnął.

— Dudki! Nic z tego... Daliście słowo, polezajcie, do kobiałki — zawołał ze śmiechem i uchwyciwszy róg kołdry jął ją tarmosić i ściągać z śpiącego, naśladując jednocześnie głosy coraz to innych leśnych i domowych zwierząt. Daremnie Woronin kulił się, bronił, kołdrę rękami przytrzymywał, napastnik szczypiąc, łaskocząc, odsłaniając, dręczył go niemiłosiernie. Wreszcie spod poduszki wyjrzała rozczochrana głowa śpiocha.

— Panie Janie, Samuel też śpi, słowo daję, śpi. Uważasz, jak on twardo śpi. Nic nie słyszy. Nim go obudzisz, ja chwilkę... tylko maluchną chwilkę zdrzemnę się. Bóg świadkiem, nie zatrzymam was ani trochę — zagadał przypochlebnie i znów dał nurka pod kołdrę.

Pan Jan śmiał się i wahał, aż rozbudzony już Samuel zaczął się odzywać; porzucił więc swoją ofiarę i udał się do niego.

— Jak was sumienie nie boli? — biadał, siadając na rogu Samuelowego posłania — śpicie sobie jak za dobrych czasów, a moja baba tymczasem wariuje i wszyscy na was od dawna czekają...

— Czekają? Wszyscy? Więc przyszedł już i „pan doktór“ i ten „duch niecnoty i sprzeciwieństwa“? A nie pokłócili się jeszcze? Szkoda — żartował Samuel, ziewając i przeciągając się leniwie.

— Podaj mi z łaski swojej tytoń, panie Janie! Wypalimy papierosa, pofilozofujemy sobie... hę, czy zgoda? A twoi goście niech się tymczasem pokłócą! Wierz mi, to zaostrza apetyt, a pewnie tam pani Janowa nawarzyła i nasmażyła całe góry! Nie widziałem cię dawno. Co słychać u ciebie, co porabiałeś?

Zamiast odpowiedzi pan Jan wydobył z kieszeni dużą tabakierkę z kory brzozowej i podał ją otwartą Samuelowi.

— A może i pan wypije riumeczkę2 —zapytał niespodzianie. Samuel z udanym przerażeniem spojrzał na tabakę.

— Nie, nie trzeba! Pamiętam twoją riumeczkę z przeszłego razu. Już kicham... zabieraj!

Jan z uśmiechem zadowolenia zagłębił grube palce w pachnący proszek i starannie nabił „dubeltówkę“. Tak zwał pan Jan swój duży siodełkowaty nos, którego ogromne, rozdęte nozdrza nawykł kierować wprost twarzy tych, z którymi miał danej chwili do czynienia. Do tej „dubeltówki“, jak twierdził, można było wpakować osmóchę 3 tabaki. Rozumie się, było to w owe dobre czasy, kiedy z jej dziurek nie wyrastały jeszcze takie ogromne, kocie wąsiska, a pan Jan opływał w dostatek pełniąc służbę w kałuskiej guberni. — Teraz, gdy uciskała go bieda, rozmiary jego riumeczki zmniejszyły się znacznie. Mimo to nieduże, chabrowe jego oczka błyskały jak dawniej humorem i jak dawniej śmiało patrzały na świat spod krzaczastych brwi.

— A śpieszcie się, śpieszcie! Już dawno po nabożeństwie. Czekają — naglił odziewających się. Gdy zaś Samuel powątpiewał, czy istotnie tak późno, energicznym ruchem otworzył drzwi i głosy z zewnątrz wpuścił.

— Słyszycie!...

Głusząc świegot drobniejszych towarzyszy, główny dzwon dżurdżujski poważnie huczał, niby miarowo powtarzał:

„Bóg — się — zrodził! — Bóg się — zrodził! Bóg!!!“ Gdyż był to właśnie dzień Bożego Narodzenia.

Dnia tego słońce po raz pierwszy w tych szerokościach ukazuje się całkowicie na widnokręgu. Właśnie krąg jego oderwał się od ziemi, gdy pan Jan wraz z Samuelem i Woroninem wyszli na ulicę. Potok szczerozłotego, dawno nie widzianego światła zalał okolicę; zaskrzyły się śniegi, mgły jeszcze napojone różowym świtem przytuliły się we wgłębieniach doliny, w dali zarysowały się blade kontury gór. Miasteczko, ustrojone flagami, z szeregami błyszczących w słońcu okien, wyglądało jak urzędnik w galowym mundurze. Dźwięczniej zabrzmiały dzwony, ktoś opodal krzyknął, zaklął czy zaśpiewał, a gromadki zaszytych w futra pucołowatych dzieciaków, czatujących po płaskich dachach na słońce, zaszczebiotały jak ptaszki. Ciekawi wyszli z domów i przysłoniwszy oczy dłońmi, patrzyli na południe. Tam również zwróciła twarz kupka Jakutów, zaskoczonych pośrodku jeziora przez jasne promienie. Ubrani odświętnie mieli bufiaste na ramionach, a fałdziste u bioder „bałachony“, białe, żółte, czarne, czarno i czerwono lamowane. Mężczyźni obnażyli gładko ostrzyżone głowy, kobiety pochyliły ku ziemi śpiczaste czuby wysokich, bobrowych czapek. Wszyscy znakiem krzyża i pobożnymi ukłonami oddawali cześć „białemu słonecznemu Bogu“.

Przeciąwszy na ukos jezioro, pan Jan wyprowadził towarzyszy na równolegle do jeziora idącą „ulicę“. Na końcu tejże stał szpital, gdzie mieszkał pan Jan, pełniący obowiązki stróża. Jego mieszkanie sprawiało na pierwszy rzut oka wrażenie ohydnej jaskini, ale on twierdził, że jest „wcale niezłe“. Biała siatka mroźnych inkrustacyj tworzyła dokoła wejścia, na ścianach i pułapie fantastyczną ramkę. Dalej otwierała się niska, ciemna, fantastyczna głębia, oblana obecnie purpurowym światłem palącego się na kominie ognia. Okien niepodobna było odszukać; tak były małe, a cienie pochyłych, czarnych ścian i długich kątów tak były wielkie, że chłonęły wszystko, co pozostało nie objęte kręgiem bijącego od ogniska blasku. W miejscu oświetlonym zgromadzili się zebrani ludzie. Wśród nich widać było tylko dwie kobiety: żonę pana Jana, niemożebnie brzydką Jakutkę, pretensjonalnie ubraną w perkalową suknię rosyjskiego kroju, i drugą — też Jakutkę, w stroju narodowym. Dziewczyna chowała się wciąż w cieniu za kominem i tylko gdy musiała poprawić ogień lub wrzucić węgielek do szumiącego na ziemi samowara, wychylała się na chwilę stamtąd długa brązowa jej ręka i cygańska, przyjemna twarzyczka z dużymi, srebrnymi kolczykami po bokach.

Pani Janowa nieustannie przestawiała, okrywała i przykrywała stojące na kominie rondle, kociołki, patelnie pełne dżurdżujskich przysmaków. Twarz jej zlewały strumienie potu, a wykrzywione niemiłosiernie od gorąca usta wydawały przeciągłe westchnienia i skargi. Na prawo u stołu, na łóżku i stołkach siedzieli goście. Miejsce środkowe zajmował Aleksandrow, mężczyzna kolosalnych rozmiarów, w zgrzebnej, białej koszuli, takiej, jakie noszą w więzieniu. Kudłaty kożuch, również pozostałość więzienną, z pleców zsunął, łokcie na stole oparł, dużą łysawą głowę naprzód pochylił i słuchał uważnie toczącej się rozprawy. Niehorski, szczupły, średniego wzrostu, chorobliwej powierzchowności szatyn i Czerewin, brunet, z kolistą, starannie utrzymaną brodą — rozprawiali, stojąc przed stołem. Czerewin jedyny z obecnych miał na sobie całkowicie europejskie ubranie i koszulę z krochmalonym gorsem. Zaraz za Aleksandrowem na łóżku mieścił się Krasuski, młody chłopak o bladej, jakby z marmuru wykutej twarzy. Ten nikogo nie słuchał, śliczne agatowe oczy utkwił w ogień i w zamyśleniu skubał ciemny wąsik. Dalej już na pudle pod ścianą zasiadały niezmiernie poważne „obce mocarstwa“: wysoki, chudy, czarniawy Pietrow i niski, rumiany blondyn, Gliksberg. A spoza nich, z najdalszego kąta, wyglądała ciekawie pyzata, rozczochrana głowa Francuza, Delila, z króciuchną fajeczką w zębach. Pośrodku izby, na pierwszym planie leżał wielki, czarny pies, pełzało zupełnie nagie dziecię, a pod ścianą brykał na uwięzi pstry cielak.

— Mylisz się, doktorze — ostro napadał Niehorski. — Nic, zgoła nic nie zyskałeś przez swoje ustępstwa... Rok już pracujesz, czy choć na jotę zmniejszyła się w okolicy zaraza? Czy może szpital lepiej stanął? Albo Adryjanów mniej kradnie? Czyż chorzy po staremu nie mieszkają w obrzydłych, niechlujnych stajniach, nie jedzą zgniłego mięsa? Czyż po staremu krajowcy nie lękają się szpitala jak śmierci? I czy nie mają racji?

Czerewin zmarszczył brwi.

— Być może. Chętnie przyznaję, że to wina mojej nieudolności. Lecz tu nie o to chodzi. Tu chodzi o zasadę.

— Właśnie: o zasadę — zaszumiały „obce mocarstwa“ — aby cośkolwiek rozwiązać, trzeba zawsze dotrzeć do zasady!

Niehorski machnął ręką.

— Ech, znowu! Zasady są rozmaite i nie każda zasada godna jest szacunku. Lekarz, sądzę, powinien nie tyle leczyć, ile starać się o zniszczenie warunków, rodzących choroby. Oto jest zasada lekarska. Prawnik powinien dążyć do zniesienia więzienia i sądu... Prawodawca do zastąpienia kodeksów — wychowaniem.

 

— Ale cóż teraz stanie się z chorymi, z ofiarami zbrodni itd.?

— Niech cierpią! — sucho odciął Niehorski. — Stokroć więcej powinien nas wzruszać los tych zdrowych milionów, co staną się złymi i chorymi dlatego, że brak wśród nich ludzi dość śmiałych, dość przewidujących i wstrzemięźliwych nawet w litości, aby wszystko obecnie istniejące wywrócić i... zbudować nowe...

— Frazesy! Historia nie znosi skoków!...

— O tak! wciąż to słyszę, ale za to znosi cierpliwie dogodne dla każdego głupstwa... — wybuchnął Niehorski.

— Zresztą zadaniem rewolucjonistów nie jest budować... lecz burzyć. Budowanie zostawić należy codziennym, zwykłym potrzebom... — spokojnie wtrącił Aleksandrow, zwracając zaostrzający się spór na właściwe tory.

— Hola! żadną miarą nie zgadzamy się!... — zaszumiały „obce mocarstwa“, Czerewin i nawet Niehorski.

Nawet Francuz wyskoczył z kąta i ogromnie stanowczo... położył węgielek na zgasłej fajeczce. Wtem wszedł Jan z Samuelem i Woroninem.

— Cóż tak późno? Czekamy, czekamy... Myśleliśmy, że nie przyjdziecie.

— Wyschło, spaliło się! — biadała Janowa.

— Nasze wino, nasze wino!... Nawarzyli, będą pili! — żartował Samuel, bijąc się w piersi, i ściskał z kolei wyciągające się ku niemu ręce.

— A, kogo widzę?! Szanowny bonapartysta! Kopę lat... Od czasu, jak Mussia zabrał mi bez pozwolenia świderek, to ani się pokazał... A jakimże cudem tutaj? Dlaczego nie na wielkim świecie... u isprawnika lub którego z dygnitarzy? — wesoło powitał Delila Samuel. — I co za suty strój! O jej!

Wszyscy zwrócili rozśmiane spojrzenia na figurę Mussia, istotnie bardzo zabawną w miejscowej, włochatej odzieży. Ten czuł się zmieszany i zarazem ucieszony ogólną uwagą.

— A jakże!... tylko chciałem... z panami, gdyż... zawsze... — bąkał i na zakończenie trzepnął z galanterią nogami w białych, kobylich „eterbesach“.

— Zaczynajmy, zaczynajmy, panowie! Panie Janie! — upominał Czerewin. — Mam jeszcze wolny kwadrans czasu. Wieczorkiem może znów wpadnę!

— Ależ proszę panów, bardzo proszę! — wołał gospodarz. — Po starszemu na gałąź, czy może, że wy socjalisty, to po bogatszemu?

Zbliżył się z nalanym kieliszkiem do Czerewina, po czym innych częstował po kolei, jak stali.

— Panu bo nie podaję, a może wypijesz dla tej uroczystości? — spytał mimochodem Aleksandrowa, a gdy ten potrząsnął przecząco głową, zwrócił się do Niehorskiego i Krasuskiego.

— A teraz paniska z panami! — zagadał po polsku.— Bo choć to nasz Pan Bóg dawno się już narodził 4 , ale jakoś smutno świętować samemu. Z wilkami żyć, jak wilki wyć. A już z górą dwadzieścia lat, jak żyję przecie w tych stepach i borach i za cały ten czas nikogom z ojczyzny nie widział i mówić jużem zapomniał, aż oto panowie...

Tu urwał i szybko wychylił kieliszek. Niehorski objął go i gorąco ucałował w szorstkie, zwilżone łzami wąsiska, a za nim nachylił się do rodaka Krasuski.

— Znowu „pszy — bszy“. Wieczna intryga! — szepnął żartobliwie Czerewin. Inni dyskretnie nie patrzyli w tę stronę i tylko Delil zrobił gest pełen współczucia. Lecz nie zważano nań, gdyż właśnie Czerewin zaczął się żegnać z gospodarzem i towarzyszami. Pan Jan pomógł mu wdziać futro, odprowadził z uszanowaniem do drzwi, po czym pośpiesznie wrócił do gości. Ci już sadowili się dokoła stołu, więc powynajdywał im stołki, pudła, zydelki, wreszcie sam wdrapał się wysoko na pierzynę, wyjął z kieszeni tabakierkę i rzekł:

— A teraz sobie pohulamy!

Podano na stół buchający warem samowar. Hulanka nie udała się jednak, goście wódki pić nie chcieli, herbatę pili niechętnie, jedli, jak gdyby ich w zęby kłuło i nie patrząc na siebie, siedzieli milczący i zamyśleni. Daremnie gospodarz próbował ich rozerwać; jemu też coś w duszy „mąciło“.

Ogień wypalił się i dogasał. Gruda tlejącego zarzewia obrzucała siedzących u stołu resztkami czerwonego blasku, lecz kąty izby już tonęły w zmroku. Opróżniony samowar słabo syczał; z cicha brzęczały ostrożnie przesuwane w ciemnościach filiżanki, ludzie milczeli, a z sąsiedniej izby dolatywał smętny, jednostajny, gardłowy śpiew Jakuta.

Samuel, który szerokimi krokami chodził po izbie, przystąpił nagle do stołu, odszukał drżącą ręką pustą filiżankę i postawił ją przed Janem. — Nalej!

— Nie, nie tutaj, tylko nie tutaj!... Pójdziemy lepiej do mnie... — żywo zawołał Niehorski, nakrywając filiżankę dłonią.

— Dlaczego nie tutaj? Można i tutaj!... — opierał się Jan, ale widząc, że goście zgodnie wstali i szumnie zabierają się do wyjścia, po niejakim namyśle przyłączył się do nich:

— Ano dobrze! Niech i tak będzie... Lecz i stąd weźmiemy jakąś butelczynę... Cóżeś ty sfiksowała! Dawaj czapkę! — krzyknął na żonę, wyrywając jej z rąk swą bermycę, którą ta z wyrazem protestu i oburzenia na twarzy chowała za siebie.

— W domu chwili nie posiedzisz... Takie uroczyste święto! Oni dla ciebie lepsi niż żona!

— W powszedni dzień siedź — bo pracuj; w święto siedź — bo święto! Kiedyż będę chodził? Miej, babo, rozum!