Dalaj-Lama

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zaraz będzie „gudżir” – powiedział Władek. – Zobaczysz, ile tam śladów!... A może nawet przyłapiemy stadko... Teraz gorąco, to one chowają się w cieniu!... Będziemy się cichutko skradać!... Uważaj, Hanko, nie stąpaj na gałązki, żeby nie trzeszczały...

Szli cichutko, nie mówiąc nic do siebie. Hanka wstrzymywała nawet oddech, ciekawa niezmiernie cudownego miejsca. Władek kazał jej zaczekać, a sam popełzł na brzuchu i kolanach do zakrętu wąwozu, ale rychło wstał i kiwnął niedbale ręką:

– Dziwna rzecz, niema ani jednej; nawet w pobliżu ich nie widać... A tam, widzisz, tam ich pastwisko! – wskazał na zieleniejący w pewnem miejscu po przez gałęzie jaśniejszy szlak.

„Gudżir” zupełnie zawiódł oczekiwania Hanki. Nazwa brzmiała tak ładnie. Oczekiwała więc jaśniejącej białości jaskini, a zobaczyła zwykłe gliniaste urwisko, na którego wilgotnym skraju tu i owdzie bielały podobne do pleśni plamy.

– Widzisz: sól!... Możemy nabrać ile trzeba!... – wskazywał Władek, rozczarowany chłodem siostry.

– Taka brudna!... – zauważyła. – Sama ziemia!

– To nic, rozpuści się w wodzie, ziemia na dno opadnie, a roztwór się zleje...

– Acha, – wiem, jak po tej niedźwiedziej kąpieli!

– Cóż robić, innej niema!... Ale gdzie one mogły się podziać, jak myślisz?...

– Ty wciąż o tych kozach?... Doprawdy nie wiem. Czego się zaraz tak martwisz, przecież mamy dosyć i ryb, i suszonego mięsa?...

– Nie o to chodzi... Chodzi o to, że ja muszę wiedzieć, gdzie one się podziewają... Wiesz co, jeżeliś ty zmęczona, to ty tu posiedź, a ja pójdę w górę na łączki, zobaczę... Może nawet na barana skalnego natrafię... To byłaby dopiero uciecha!...

– Nie, kochany, ja za nic nie zostanę, mówiłam ci...

– Więc chodź! Nawet lepiej, bo jak tutaj bardzo „nadeptać”, to kozule poczują zapach i przestaną chodzić... A tu doskonała „zasiadaka”!... Dlatego i herbatę sobie ugotujemy tam dalej...

– Dobrze, dobrze!... Już rozumiem!... Ruszaj!...

Obeszli wszystkie łączki na sąsiednich upłazach, przedtem już wypatrzone przez Władka, wszystkie kozie ścieżynki, prowadzące do wodopoju. Nadaremno: zwierzynę jak wymiótł – nigdzie jej ani śladu!

– Może przyjdą o zachodzie słońca!... – zauważył markotnie Władek.

Rozpalili ogień na jednej z dalszych łąk nadrzecznych, napili się gorącej herbaty i doczekali chwili, kiedy słońce znikło za czarną ścianą lasu, a rozpylany jego blask wypełnił powietrze.

– Byśmy tylko, wracając po nocy, nie zbłądzili!... – ostrzegała Hanka.

– Zbłądzić nie można: dolina jedna i rzeka płynie... Musimy jednak zajrzeć do „gudżiru”... Gdzie jak gdzie, ale tam napewno są...

Znowu cichutko skradali się już dobrze zamroczonym wąwozem, gdy niedaleko urwiska zatętniało nagle na chyliźnie boru i wspaniały jeleń, z zarzuconemi na plecy rogami, ogromnemi susami skoczył do parowu. Władek w jednej chwili złożył się i strzelił. Jeleń padł.

– A co, mówiłem!... – wołał urywanym głos sem, rzucając się w stronę jelenia i repetując w biegu karabin. Hanka ledwie zdążała za bratem.

Lecz nie dopadli jeszcze zdobyczy, gdy na tej samej wyniosłości, skąd skoczył jeleń, rozległ się nowy tupot i dziwnie przejmujące parskanie.

– Jeszcze jeden!... – szepnął Władek kierując w tę stronę oczy i broń.

– Boże mój!... Tygrys!... – dodał nagle.

Hanka już przedtem spostrzegła zwierza. Przypadł na szczycie wielkiego, szarego głazu, podniósł nad białemi kłami wąsate wargi i, charcząc, wpatrywał się w nich mieniącemi się, jak zielone szmaragdy, oczami. Przednie łapy wyciągnął przed sobą, tylne wężowym ruchem podbierał pod siebie...

– Odejdź, odejdź, Hanka!... Zaraz skoczy... Obali nas oboje... Pamiętaj, strzelaj po mnie... pamiętaj!... – szeptał chłopak zmartwiałemi usty.

Hanka posłusznie odsuwała się, zgarbiona, kryjąc się za bratem. Ten przyklęknął i karabin wolno podnosił. Nim huknął strzał, Hanka dostrzegła, że żółta błyskawica mignęła ponad parowem i na miejscu brata, tuż przed nią stanął potwór... Jedną łapą przyciskał do ziemi głowę Władka drugą z rozczapierzonemi pazurami wyciągał w powietrzu ku niej, jak rozgniewany kot... Ogłuszający ryk i charkot przelewał mu się po rozdygotanej gardzieli, wstrząsał, drgającym w rozwartej paszczy, krwawym ozorem.

Ale Hance od chwili, gdy spostrzegła w prochu głowę brata, wróciła cała zimna krew. Członki jej przestały drżeć, opuściła się, jak ją brat uczył, na kolano i, oparłszy na niem prawą rękę, spokojnie mierzyła między ślepia gorejące teraz, jak krwawo-żółte latarnie, o parę kroków przed nią pod białemi brwiami...

Miała wrażenie, że karabin sam wystrzelił. Zerwała się zdumiona, zapominając zrepetować broń.

Straszny pysk znikł nagle, jakby go kto zdmuchnął. Potwór zwalił się w bok z rozwaloną czaszką, zdychał, prężąc się w potężnych drgawkach. Jedna z jego łap szarpała kurczowo pierś leżącego pod nim Władysława...

Wtedy Hania przyskoczyła i uderzeniem kolby dobiła bestję.

Nigdy później Hanka nie mogła sobie zdać sprawy, jak zdołała wyciągnąć brata z pod ogromnego cielska tygrysa i przenieść nieprzytomnego na brzeg ruczaju.

Zdjęła natychmiast własną koszulę, podarła ją na pasy i wzięła się do opatrywania ran. Wyglądały strasznie, ale nie były niebezpieczne. Żaden poważniejszy organ nie został uszkodzony. Pod okładami zimnej wody przestały wkrótce krwawić. Ranny przyszedł do siebie. Był bardzo osłabiony upływem krwi, skarżył się na ból w piersiach i twierdził, że ma złamane żebro. Mimo to chciał zaraz koniecznie wracać do szałasu.

– Ależ, Władziu, to stąd co najmniej pięć wiorst!...

– To nic! Jakoś dopełzniemy... Tam mamy opatrunki i wszystko... Tam ja zaraz będę zdrów...

– Będziesz niedługo zdrów i tutaj!... Ja tu wszystko przeniosę!...

– A bucz?... Co zrobisz z buczem?... Trzeba wracać, mówię ci... Jak raz niedźwiedzie się zwiedzą, zwęszą nasze zapasy mięsa i ryb – nie damy sobie rady... Zeźrą... połamią... porozrzucają wszystko... Zginiemy... – jęczał cicho, ale nieustannie.

Żeby go uspokoić Hanka obiecała, że pójdą jutro rano; tymczasem rozpaliła ogień, ugotowała herbaty, urządziła sobie i bratu posłanie z świeżych gałązek cedrowych.

Władek nastawał, żeby ściągnęła skórę z tygrysa, lecz nie zgodziła się.

– Nie umiem i nie chcę, mam wstręt do tego cielska!...

– Wspaniałe futro i w dodatku – pamiątka!...

– Pamiątka? Dla kogo? Dla nas, sierot bez własnego kąta, ojczyzny i... przyszłości?... Kto będzie nosił taki ciężar!?...

– Jabym go poniósł!... – szepnął chłopak.

– Ee, daj pokój!..„ – roześmiała się. – Niewiadomo jeszcze, kiedy zaczniesz chodzić!... Lepiej zamknij oczy i spróbuj usnąć, a ja tymczasem pójdę, poszukam suszniaku na ogień!...

Od tego dnia wszystkie troski gospodarcze spadły wyłącznie na nią. Zaraz nazajutrz o świcie, kiedy brat jeszcze spał, pobiegła do szałasu po żywność, opatrunki, kołdry, gdyż chłód nocny dobrze tu się dawał we znaki, nawet w pobliżu ogniska.

Zbudowała nad bratem szałas i pokryła go cedrowemi gałązkami. Nie zabezpieczał on wprawdzie od deszczu, lecz pogoda im sprzyjała, dnie były przeważnie słoneczne i stosunkowo mało wietrzne. Za to pojawiła się inna plaga, która mogła zatruć im życie. Roje drobniutkich komarów zwiększały się z każdym dniem. Dotychczas dokuczały one przeważnie w czasie snu rankami i wieczorami, a znikały skoro tylko zaczynało przypiekać słońce, lecz zwolna nietylko rosły ich chmary, zwiększał się również okres ich grasowania. One głównie, oraz wstrętny zapach rozkładającego się w pobliżu tygrysa zmusił Korczaków, po paru dniach pobytu, do opuszczenia wilgotnego, cienistego parowu, który przezwali „Wąwozem Tygrysa”.

Władek nastawał, żeby zaraz wracać do szałasu.

– Pójdę, ile będę mógł... jak mię siły opuszczą, to się zatrzymamy choćby na parę dni... Ale wracać trzeba... Inaczej wszystko djabli wezmą!...

Hanka nie oponowała; całą drogę prowadziła brata, który ciężko się na niej opierał i ku wielkiemu jej przerażeniu znowu krwią pluć zaczął.

Zanocowali więc w połowie drogi. Brak szałasu i błotnista miejscowość dały im się w nocy niezmiernie we znaki. Komary i muszki nie pozwołały Hance oka zmrużyć, musiała wciąż podtrzymywać gęsty dym ogniska, żeby zabezpieczyć bratu spoczynek. Dopiero na drugi dzień wieczorem stanęli w swoim szałasie, który powitali, jak miły, rodzinny dom. Łączka tu była większa, przewiewniejsza, a więc i mniej owadów. Dachy szałasu oraz kierunek dymnika utrudniały owadom dostęp do wnętrza. Wtedy dopiero zbiegowie ocenili w zupełności mądrość rozmaitych, zapamiętanych z opowiadań, włóczęgowskich przepisów.

Jeden z nich radził, żeby długo na jednem miejscu nie popasać. Władek nastawał, żeby się do drogi zaraz szykować.

– Już mi lepiej. Ryby będę mógł sam przynosić i oprawiać... Zresztą ich coraz mniej!... Zostaniemy bez żywności... Mięsa cały prawie zapas zjedliśmy... Będziesz musiała polować... Tylko... niedaleko!... – dodał ze strachem.

– Rozumie się, że będę polowała!... A drugi tygrys nie prędko tu przyjdzie... Będę ostrożna... – pocieszała go Hanka.

Odtąd ginęła z karabinem na ramieniu po całych dniach w ciemnych borach, jak przedtem brat. Wracała nieraz późno w nocy, przynosząc zawsze to kozulę, to młodego warchlaka, to choć parę głuszców. Zasmakowała w polowaniu. Przestała się bać samotności, opuściły ją przywidzenia. Nieustanny ruch, skupienie natężonej uwagi na zjawiskach otaczającej przyrody uleczyły ją zupełnie. Zręczne zawsze jej ruchy nabrały siły i stanowczości chłopięcej, twarz opaliła się na bronz. Jedynie w wykroju ślicznych ust oraz w spojrzeniu wielkich, szafirowych, cudnie oprawnych oczu, oraz osadzie szyi kryły się jeszcze ślady jakiejś niepokojącej kobiecości.

 

Rany Władysława w czystem, łagodnem powietrzu goiły się szybko. Złamane żebro przestało dolegać i wyprostowało się trochę. Po całych dniach leżał teraz z nosem utkwionym w mapie i medytował nad dalszą drogą.

Zapasy żywności rosły z dnia na dzień, lecz w równie bystrem tempie topniały zapasy amunicji. Władek z rozpaczą liczył nieustannie naboje i z wyrzutem patrzał na siostrę, gdy ta na polowaniu wystrzeliła ich więcej, niż dwa.

Hanka sama była skąpa na strzały i wołała wrócić z próżnemi rękami, niż spudłować. Wkrótce doszła do niezmiernej celności w strzelaniu i doskonałości w podkradaniu się do zwierzyny.

– Cóż, kiedy zwierzyna strasznie się zrobiła ostrożna. Nie to, co w początkach! Kozule odeszły w góry, długo ich trzeba szukać. Przelotne ptactwo odleciało, a to co jest, siedzi na jajach... Zające gdzieś się podziały... Głuszców więcej nie widać.... Ryb coraz mniej... Braciszku, czy i nam nie należałoby przenieść się bliżej ku tym śniegom!... Tam napewno komarów i muszek nie będzie... Tam wiatr, tam chłodno... A tutaj... patrz, co one ze mną wyrabiają?...

Zdjęła chustkę, którą, idąc do tajgi, obwijała swoją twarz i głowę, i pokazała bratu policzki spuchnięte i pokryte bąblami.

– A ręce... Patrz, patrz... Palców zginać nie mogę... Rękawiczki nie pomagają... Gryzą bestje przez skórę, przez szwy zapuszczają żądła... Nieraz od tego swędzenia i bólu tak mię głowa boli, że usnąć w nocy nie mogę... Doprawdy, braciszku, pójdziemy w góry, na lodowce... Jak tam ślicznie!... Jakie tam wodospady... Ja tam niedaleko już bywałam... A polowanie?!... Skalnych baranów całe tabuny!...

Władysławowi oczy się skrzyły przy tych opowiadaniach, mimo to trząsł przecząco głową:

– Nie można, Hanuś, nie można! Te góry są na wschodzie! Zupełnie w przeciwnym kierunku, niż my iść mamy... To są pewnie odnogi Chin-ganu... Tam koczują Daurzy i Solona, którzy napewno nas wydadzą Chińczykom, a ci albo nas zabiją, albo wydadzą bolszewikom. Musimy uciekać stąd... Mongolja w tej stronie!...

Wskazał na doliny, gdzie na fałdach wyniosłości czerniały nieprzejrzane bory.

– Znów będziemy błądzić po „urmanach”.

– Dlaczego mamy błądzić?... Chara-gol powinien być niedaleko... Wody już wiem jak szukać, już przyjrzałem się tutejszym lasom...

– Tak się spieszysz do tej Mongolji... Ja bo sobie jej tak znów cudownie nie wyobrażam!

– A gdzie się podziejemy?... Mongołowie w wojnie i z Chińczykami, i z Moskalami... Napewno nas przyjmą życzliwie... Dosyć będzie pokazać im tybetański modlitewnik Bodmajewa i powiedzieć „Dordżij” – jak on kazał... Pamiętasz?!...

– Ach, braciszku, wołałabym zastać tutaj!... Wybudowalibyśmy sobie chatę...

– A zima?... Osiem miesięcy zimy... Nie wytrzymamy... Sama widzisz, jak ubyło zwierzyny... Musielibyśmy wciąż za nią koczować, jak tunguzi! Nie, kochana jedyny dla nas ratunek – dostać się teraz do ludzi i im wcześniej, tem lepiej!... U Dordżija przeczekamy rewolucję, musi się przecie skończyć...

Drugi dzień już wędrowali przez czarnoborze. Przyzwyczajeni do mchu, obeznani z lasami szli spokojniej niż za pierwszym razem, nie czyniąc zbytnich wysiłków. Czuliby się nawet dobrze, gdyby nie ciężar nabitych sproszkowanem mięsem i rybami worków podróżnych oraz gdyby nie spierający oddech upał, jaki lał się z rozpalonego słońcem nieba i sięgał nawet na dno wiekowych zacieni „urmanów”. Siwa śreżoga, niby dym niewidzialnego pożaru, wypełniała przebory między drzewami i mgliła kolumnady pni, niknące w burym zmierzchu boru.

– Duszno! będzie burza!... – mówił Władek, ocierając rękawem pot z czoła. Straszna pięciopromienna blizna na prawym jego policzku, ślad łapy tygrysa, nabrzmiała i zaogniła się, gotowa znowu krwią trysnąć.

– Tak, będzie burza!... – zgodziła się siostra. – Wartoby pomyśleć o schronieniu!... Wieczór niedaleko...

– O wa! Do wieczora sporo jeszcze ujdziemy! Nic nam się nie stanie, choćby nas i zmoczyło, nie z cukru jesteśmy! – roześmiał się chłopak.

– Zawsze będzie zdrowiej i dla nas, i dla naszych worków znaleźć się w ulewę pod jakim wykrotem... Ogień rozpalić będzie też trudno, jak wszystko zmoknie...

– Racja, Hanuś! Ty zawsze masz rację! Oglądaj się więc za przytuliskiem! Tyś przecie domownica, a ja cygan!... Wiadomo!

– W takim razie, może tu?!... – wskazała na wielką tarczę ziemi, wyrwaną i podtrzymywaną pochyło w powietrzu siecią splątanych korzeni upadłego drzewa.

– Doskonale! Zaraz zrobimy porządek! – krzyknął Władek.

Zrzucił worek, odwiązał łopatkę, wślizgnął się pod wykrot i zaczął pogłębiać, czyścić i równać dno dołu. Hanka uwijała się z siekierką koto powalonego parszaka, rąbiąc na ogień gałęzie i odłupując smolne trzaski, gdzie nie zdążyły jeszcze „struchlić” pod mchami i liszajami. Wkrótce wesoły ogieniek zabłysnął na brzegu schludnie wyłożonej paprociami jamy.

W samą porę, gdyż już chmary muszek i komarów ciągnęły ku nim.

– Już są, przeklęte!... – szepnęła Hanka.

– To znaczy, że niedaleko woda, a może... rzeczka... Rzeczka, rozumie się: Chara-gol?! Tam ogłaszam cię zaraz tybetańską księżniczką. Nawet dobrze wyjdzie po mongolsku: „Chanum-Chan-Ka”... Co, nieprawda, siostruniu! – śmiał się Władek.

– Nie pleć!... Zapominasz, że jestem chłopcem, jeszcze mię wydasz!...

– Wiecznie chłopcem nie będziesz!... Zbyt wielką robisz mi konkurencję... Niema zgody!... Cieszę się, że wyjdziesz za mąż i spokorniejesz! – przekomarzał się z nią, wylewając do kociołka zapas wody, przyniesiony w kozim pęcherzu. Był to jego pomysł, z którego był bardzo dumny, lecz z którego dotychczas nie korzystali, gdyż szczęśliwie wciąż jakoś trafiali na wodę. I teraz poszedł jej szukać w zagłębieniu lejowatego wądołu, pokrytego szmaragdową koronką paproci, który ciągnął się nieopodal.

– Wróć, wróć i weź karabin!... – wołała za nim siostra, śledząc z po za obłoków „boskiego”, jak mówili, dymu, chmary owadów, unoszących się nad barczystą figurą brata.

Burza przyszła dopiero w nocy i zbudziła ich w bardzo niemiły sposób. Ulewa zgasiła ogień i zalała im „sypialnię”. Musieli uciekać z zacisznego dołu, wlokąc za sobą przemoczone kołdry. Szczęściem mieli dość przezorności, żeby rzeczy, worki z żywnością i amunicją powiesić na osękach, pod tarczą wykrotu, gdzie deszcz nie sięgał. Za to sami dostali się pod gwałtowne wodospady dżdżu, pod grad szyszek, igieł i niebezpieczne pociski ułamanych gałęzi, lecących z wysoka z oszalałych w pijanym tańcu koron drzew.

Przemoczeni do nitki śledzili jednak z niemym zachwytem wspaniałe zjawisko. Uderzył ich przedewszystkiem niezmierny kontrast piwnicznego spokoju nizin puszczy i niezmiernego wzburzenia jej warstw wyższych. Nieruchome odziomki potężnych drzew stapiały się jak zwykle niepostrzeżenie z nieruchomą ciemnością powietrza, rozdzieraną jedynie zielonemi błyskawicami piorunów, ale smukłe ich trzony gięły się i kołysały jak byliny zbóż, a gałęzie i konary wiły się, prężyły, dygotały, syczały i wyły w ukropie igliwia, jak stada wężów zbudzonych przez nawałnicę na czołach leśnych gorgon.

Zbiegowie, jak gdyby z cichego, mrocznego dna oceanu, wtuleni pod kłodę parszaka, przypatrywali się rozruchowi i wsłuchiwali się w potężny, przejmujący huk przelatującej nad nimi burzy, radzi ze znalezionego schroniska, podnieceni impetem rozpętanych wokoło żywiołów. Sen ich odleciał, gotowi byli zaraz wstać i iść, aby wziąć udział w powszechnej walce, kogoś pokonywać lub się czemuś opierać...

– Cudnie!... – szepnęła Hania. – Cudnie!...

– Gdyby jednak było.... mniej mokro!... – roześmiał się Władek. – Przydałaby się ci tutaj twoja parasolka!... Co, może nie!?...

– Ach, Boże!... Dlaczego ty wciąż przypominasz?... – jęknęła dziewczyna.

Burza minęła równie szybko, jak przyszła, ale deszczyk nie przestawał padać. Czarny, zabłocony, wciąż jeszcze szumiący las, miał w szarym brzasku budzącego się dnia niegościnny, niemiły wygląd. Opadł zeń majestat nocnej walki. Wykroty, doły, wgłębienia korzeni zamieniły się w zbiorniki wody i łożyska błotnistych potoków, które łyskały i płynęły wszędzie, niosąc czarną próchnicę i bury listopad. O rozłożeniu ognia byle gdzie mowy być nie mogło, należałoby wyszukać jakiś głaz lub suchszy pagórek. Szli, oglądając się wokoło, lecz zamiast poszukiwanych rzeczy dostrzegli w dali na jednym z pni białą zacieś, dalej – drugą, trzecią, cały ich szereg.

– Droga! mruknął Władek – wskazując kolbą na czarne, rozmyte i pełne wody koleiny.

– Droga?... – powtórzyła Hanka, zatrzymując się i spoglądając ze strachem na brata. – Więc co?... Więc?... Przecie nie pójdziemy!?... – dodała, zawracając z powrotem.

– Poczekaj, poczekaj!... Dokąd?...

– Będziemy tu stać, aż nas złapią... Napewno prowadzi do Chińczyków...

– Może i do Chińczyków, ale dlaczego mają nas zaraz złapać!?... Będziemy uszu nadstawiać, jak usłyszymy, to się schowamy... Chińczycy, jeżeli są, to w tamtej stronie!... – dodał, spoglądając na kompas. – Tam główna rzeka... A w tę stronę śmiało możemy pójść drogą... Ona wywiedzie nas albo do koczowisk mongolskich, albo do sadyb jakichś osadników, poszukiwaczy „żenszesnia”, myśliwców, czy coś takiego... Nawet rad jestem... Chodź, Hanko, nie bój się!... Przecież nie w takich już bywaliśmy tarapatach... Teraz my jesteśmy ludzie wolni, myśliwcy, poszukiwaoze złota, co chcesz!... Nikt nas podejrzewać nie śmie, a tembardziej zatrzymywać!... Chodźmy, kochana!... Nie damy się!...

Gadał wesoło i szedł drogą, pilnie bacząc na zaciesie. Niebo było zachmurzone, ale deszcz ustawał, ledwie siąpił. Bór oddychał pełną wonią skąpanych pni i obmytych liści. Aromatyczna wilgoć ożywczo łechtała płuca i nozdrza.

Postanowili nie zatrzymywać się, lecz iść, aż spotkają ludzką sadybę. Byli pewni, że jest niedaleko. Las rzednął i pochyłość gruntu spływała gwałtownie ku brzaskowi dalekiej światłości. Z doświadczenia wiedzieli, że tam w tym rozbrzasku musi być dolina, jezioro lub rzeczka. W takich uroczyskach gnieździli się zazwyczaj leśni ludzie.

Istotnie niedługo znaleźli się na skraju obszernej wpadliny, perlisto połyskującej w blasku słońca kroplami nocnej kąpieli.

Chmury, szaro-srebrne i skłębione, szybko mknęły nad nią ku południowi, a od wschodu z po za boru i mgieł, roztrącając obłoki, przedzierały się już żywe i złote promienie słońca.

Droga, coraz szersza i lepiej ujeżdżona, prowadziła na dolinę. Słychać było, że szumi tam przed nimi rzeka.

Już słońce z wysoka odbijało się mętnych nurtach potoku, gdy brat i siostra stanęli nad jego brzegiem. Droga ginęła pod wodą, ale wychodziła na tamtą stronę i zawracała wgórę rzeczułki tuż przy samem jej łożysku.

Zdjęli obuwie i przeszli wbród po kamieniach, jak gdyby umyślnie ułożonych w pewnym porządku. Ale po tamtej stronie Hanka uparła się, że nie pójdzie dalej, dopóki nie zje śniadania i nie osuszy się cokolwiek. Daremnie nastawał Władek, żeby iść dalej.

– Widzisz co tu na drodze końskiego pomiotu!... Napewno ludzie są bliziuchno!...

– Tembardziej należy się posilić i uporządkować ubranie i wszystko!... Niewiadomo co nas czeka!

Musiał się zgodzić. Skręcili w zarośla i zrzucili plecaki. Władek szybko odnalazł suchy sęczek, naskrobał zeń cieniuchnych wiórków, podłożył trochę żywicy, jaką zawsze ze sobą nosił i podpalił kupkę chróstu, już nałamanego i poszykowanego przez Hankę. Za chwilę iskrzył się wesoły ogień i słup sinego dymu popłynął wysoko w rozsłonecznione błękity.

Hanka zabrała się do rozwiązywania i przeglądania zawartości przemoczonych plecaków. Władek przyniósł wody i udał się do pobliskiego krzaku wikliny, aby wyciąć gładki drążek do zawieszenia kociołka nad ogniem. Już szedł z powrotem przez zarośla, lekkim jak zwykle krokiem, gdy usłyszał niespodzianie głosy:

– Ręqe do góry!... – mówił ktoś grubo i chrypło.

– Władek, Władek!... do mnie!... – wołała po polsku Hanka.

Władek wyszarpnął rewolwer z pochwy, rozgarnął gałęzie i, zobaczywszy jakiegoś obdartusa, celującego do siostry z karabinu, nie mierząc prawie, strzelił. Obdartus padł natychmiast na ziemię i, nie wypuszczając karabinu, próbował odpełznąć za gruby pień modrzewiowy.

– Zostaw broń, bo poprawię!... – krzyknął Władysław.

Nieznajomy usłuchał, karabin zostawił, a sam się schował.

– Ktoś ty taki i czego od nas chcesz? – spytał Władysław, zbliżając się i następując nogą na karabin.

– Ja?... Ja tutejszy... ja gospodarz!... A wy kto tacy?... Pewnie „dezertiry”... Zaraz strzelać!... Czy ja do was strzelał?...

 

– A czegoś groził?...

– Groziłem, bo to nasze miejsce... nasza kopalnia... Tu nie każdemu wolno!...

– Trzeba było powiedzieć po ludzku... a nie zaraz „ręce do góry”!... My też to umiemy!...

– A no wadzę!... Tylko jabym wam nic nie zrobił... Nawet naboju nie mam!... Tak na śmiech spróbowałem... Widzę, siedzi młodziuśki, myślę, nastraszę go... a ty zaraz do mnie, z całą powagą!... bęc!... Po co? Jak to uważasz: po ludzku, czy nie po ludzku!?...

– My też żartowaliśmy... Tyś chciał nas nastraszyć, a my ciebie!... Każdy po swojemu!... – roześmiał się Władysław. – No, chodź, nie bój się już, napijemy się herbaty i poprowadzisz nas do tej twojej kopalni... Daleko ona stąd?...

– Niedaleko. Zgoda, poprowadzę... Po to chciałem was wziąć... Iwan Iwanycz będzie bardzo rad... Takich jak wy nam właśnie trzeba!... Wciąż ich wyglądamy!

Wyszedł z za pnia i zbliżył się ku nim. Władysław pozwolił podnieść mu karabin. Był to nieduży, chuderlawy człeczyna, z kozią bródką, bladą twarzą i zezowatemi szaremi oczyma, ukrytemi pod wyszarzaną baranią bermycą. Przysiadł na piętach po mongolsku przy ogniu, nie spuszczając oczów z tygrysiej blizny na twarzy Władka i silnych jego rąk, wbijających w ziemię drążek dla kociołka.

– Któż to jest ten Iwan Iwanycz? – pytał Władysław, już udobruchany.

– Biełkin, nasz starosta!... Ho, ho!... Dawniej nas było tu dużo, ale teraz wszystko poszło na „rozbój”... Zostali tylko ci, co nie mogą... Nawet „kytajów” mało teraz jest... Wszystko poszło za Dużą Rzekę... Zostały same „chworaki”... westchnął.

– Tytuń macie? – spytał po chwili.

– Nie, nie palimy.

– Szkoda. Zbogacilibyście się; tutaj teraz za jedną fajkę tytuniu dają „dolę” złota... Ale jakie wy „dezyrtiry”, jeżeli nie palicie?... I co macie w tych workach?

– Siadaj, siadaj!... Na, bierz herbatę, kubków mamy tylko dwa, gościem będziesz, więc pij pierwszy!... Jak was zwać?...

– Nikita Nikandrycz Polakow!...

– Więc Nikita Nikandrycz, rybę wolisz czy mięso suszone?... Co wam podać?...

– A no, dajcie i to, i to!... Starowni, widzę, jesteście ludzie... Zaprzyjaźnimy się... A co to u was na twarzy?... – spytał, wskazując na bliznę Władysława.

– Tygrys pocałował!... – roześmiał się ten.

– Taak!... – przeciągnął, poważniejąc Polakow. – Toście wy tacy?... To wy, widzę nie „dezyrtiry” a najprawdziwsze leśne włóczęgi... Cóż mówicie, że „dezyrtiry”... A może wy?... Z jakiej partji? Z dawnego, czy nowego rządu?... A może wy Siemionowcy?...

– Z żadnej my partji i z żadnego rządu. Poprostu nie chcemy się bić i dlatego uchodzimy od wojny.

– Hm!... To niby, jak my wszyscy... Dawniej dużo nas tu było... wesoło było... Na odkrywkach mrowiło się od ludzi... Teraz pustki... Pięćdziesiąt wszystkiego „chinezów”... Pilnujemy ich, ale nie chcą, juchy, płacić!... A przecież kopalnia nasza, Szełgujewskiej arteli... Każdy musi swoją część wpłacać... Cóż, kiedy „chinezy” wiadomo, „bezduszne”... Mówisz mu, mówisz, a on nic!... Chrząka jak baran! Nijak nie wyrozumiesz, zgadza się, czy się nie zgadza? A potem zawsze się okazuje, że się nie zgadza!... Szczególniej teraz, kiedy wiedzą, że my z ładunkami... źle, nic nie słuchają... Dlatego my wyglądamy „dezyrtirów”, jak aniłów bożych... Jak przyniosą proch, zaraz „chinezów” do porządku przyprowadzimy... Pijcie już wy!...

Zwrócił kubek Władysławowi, otarł usta rękawem i przyciągnął do siebie karabin.

– Pójdę tymczasem naprzód, powiem naszym radosną nowinę, że idziecie!...

Chciał wstać, ale Władysław go powstrzymał.

– Nie, nie trzeba!... Pójdziemy razem!...

Mikita mignął niespokojnie kaprawemi ślepkami, lecz usiadł z powrotem.

– A jak się wasza kopalnia zwie?... – pytał Władysław.

– Jak się ma zwać?... Szełgujewska się zwie, bo rzeczka przecie Szełga...

– To dopiero Szełga?...

– Szełga. A bo co?...

– A do Chara-golu daleko?...

– Daleko. Z pięćdziesiąt jeszcze wiorst... Może więcej! A co wy tam chcecie robić z tymi „mungułami”?!...

– Stary włóczęga nam przed śmiercią wskazał tam miejsce, gdzie złoto zalega... Idziemy kopać!... – zmyślił naprędce Władek.

Hanka o mało nie parsknęła śmiechem, takie ta wiadomość zrobiła wrażenie na Mikicie. Papachę zsunął na czub, głowę przed siebie wysunął i takiego uciął zeza, jakby chciał zobaczyć swoje plecy.

– Złoto?... I co?... Sami będziecie kopać?...

– Sami. Może zresztą dobrych ludzi przyjmiemy do towarzystwa, ale mało!...

– To się wie, to się wie!... Miarkuję, że jesteście Polacy... Jeden z was po polsku krzyczał...

– Więc co, że jesteśmy Polacy?...

– Widzisz, ja też jestem trochę Polak... Moja babka była z tych Polaków, co są „starowiery”... Co to uciekli z „Rosiei” do Polski przed nową wiarą, a potem ich z Polski tu na Sybir zesłała psiamać, carowa Katarzyna... To może wy mnie też ze sobą weźmiecie, co?... Jeszczebym kogo namówił... Weselej byłoby w kupce...

– Zobaczymy, zobaczymy!... – odpowiedział Władysław, pomagając siostrze wiązać i zapinać worki.

Poszli drogą wzdłuż rzeczki, rozmawiając dalej przyjaźnie. Mikita zapalał się coraz bardziej do projektu wyprawy na Chara-gol.

– Tam byłoby dobrze, co taić! – gadał z ożywieniem. – Do „mungałów” blisko, pożywić się przy nich można w każdym czasie, no i... „nowina”!... Nie to co tu, gdzie wokoło wszystko skopane, jak kretowisko, co lepsze wybrane, tak, zostały same paprochy... Kopie, kopie człowiek dzień cały i nakopie na niuch tytuniu... Tylko „chinezy” mają jeszcze charakter tu kopać... No i z jedzeniem źle... Coraz mniej mąki na składzie... A skąd wziąć nową, niewiadomo!... Dawniej bieraliśmy z miasteczka, ale już go niema, a do gubernji, albo okręgu to przecie setki wiorst... I wszędzie „niepokoje”, sto razy zrabują, zanim dojedzie...

Zbliżali się do zwężenia doliny, gdzie rzeczka gwałtownie zakręcała za cypel daleko wysuniętego leśnego urwiska.

Mikita stanął nagle i Władysława za rękę zatrzymał.

– Słuchajcie, co ja wam powiem... Podobaliście się mnie... Dobrzy wy ludzie, szczerze wam z oczów patrzy... Więc co ja wam poradzę... Poradzę wam, żeby wy wszystkich tych waszych worków i wszystkich nabojów do naszego starosty nie nosili... Odbiorą wam, zjedzą, rozpaskudzą, wystrzelają, tak niewiadomo po co... do wron!... A my na Chora-gol to z czem pójdziemy, a?... Nie mam racji?...

Władysław i Hanka słuchali go uważnie, trochę zaniepokojeni.

– W takim razie... my zupełnie do was nie pójdziemy... Co nam za niewola?!... – obruszył się Władysław.

– Iść to my musimy, bo kto na tę dolinę przyszedł, musi się w naszym kantorze opowiedzieć... Takie tutejsze prawo... Jak nie pójdziemy, to nas wszystko jedno znajdą, wytropią, zabiją... Więc pójść... ino rzeczów nie radzę nieść!...

Patrzał <na Korczaków, a widząc, że nie rozumieją, dodał:

– No, schować trzeba... mać jego!... A potem w nocy przyjść i zabrać!... A żeby wy nie myśleli, że ja dla siebie was tak cyganię, to jest, aby samemu ukraść, to ja tutaj na drodze z tym młodziakiem zostanę, a wy do lasu idźcie i schówkę sobie dobrą znajdźcie... A potem: sza!... Nikomu nic!... Pary z ust nie puścić, bo źle z nami postąpią... Ścierwy oni wszystkie są, niegodni, żadnej szlachetności!... Dobrze radzę!... Mówię wam!...

Władysław pomyślał, zamienił z siostrą porozumiewawcze spojrzenie i na projekt się zgodził. Hanka została z Mikitą, który usiadł opodal i zezował wciąż z pewnym niepokojem na trzymany w pogotowiu karabin dziewczyny; Władysław zabrał plecak Hani i znikł w zaroślach u podnóża urwiska.

Za zakrętem dolina rozszerzała się, tworząc rodzaj torfiastej łączki. Na skraju łączki w obrzedłym lasku modrzewiowym czerniało kilka płaskodachych „bałaganów”, zbudowanych z nieciosanych brewion, oraz widniał szereg luźno rozrzuconych szałasów z kory i chróstu. Ilasty w tem miejscu brzeg rzeczułki był na dużej przestrzeni skopany, pocięty rowami, pełen jam, nad któremi, jak wielkie kretowiska, wznosiły się kupy torfu i piachu. Górą ponad wszystkiem na cienkich żerdzianych kozłach ciągnęły się wzdłuż potoku zbite z desek koryta, któremi płynęła woda do wielkich skrzyń bardzo pierwotnej płóczkarki. Wszędzie tliły się niezliczone dymokury od owadów. Koło płóczkarki oraz w rowach i jamach uwijali się ludzie, przeważnie Chińczycy, półnadzy lub w niebieskich, podartych, brudnych koszulach. Niektórym tylko podgołone łby ze zwiniętemi na czubku warkoczami sterczały nad grudami ziemi, inni przemywali piasek w płaskich misach, stojąc po kolana w wodzie, wprost w strumieniu; byli i tacy, co siedzieli na krawędziach rowów i ssali pożądliwie krótkie, miedziane fajeczki. Ale tych było mało, większość pilnie pracowała, wyrzucając łopatami ziemię, płócząc ją, oczyszczając złoty proch za pomocą małego magnesu od pozostałego po przemyciu ciężkiego, żelazistego osadu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?