Dalaj-Lama

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Oa–haj!... Ja–haj!...

– Cicho!... Jeszcze nas kto usłyszy.... Ty dzikusie! – wołała Hania, nie mogąc wstrzymać śmiechu.

– Niema nikogo na milę wokoło... Chyba ten niedźwiedź, co tu był... Ale on jak usłyszy indyjskie wołanie, tylko szybciej pomknie!... Już widzę, jak galopuje, koziołkując na łeb na szyję... Tak, siostrzyczko!... Napijemy się gorącej herbaty, potem ugotujemy zupę z konserw, potem wyśpimy się, a potem – marsz, choćby do Pekinu!...

– Dobrze mówisz, lecz zobacz jaka ta woda brudna, ile tam pływa robaków i jakichś kosmatych potworków... Nie, ja jej w usta nie wezmę...

– Nie trzeba się uprzedzać, w najczystszej wodzie, jak spojrzeć przez mikroskop, jest to samo!... Ustoi się, odcedzi się, będzie dobra!...

– Ale zapach!...

– Zaparzymy więcej herbaty...

Rozmawiając, wyjmowali z worków rzeczy, suszyli je, przewijali, Władysław zzuł buty i namówił na to siostrę, aby choć cokolwiek odświeżyć i osuszyć przy cieple ogniska obolałe i pokrwawione nogi.

Posiliwszy się, usnęli na ściółce z mchów pod ochroną zwalonego pnia, roznieciwszy z dwóch stron ogniska dla ciepła i obrony przed napadem drapieżników.

Dwa długie dni włóczyli się jeszcze po ciemnym, mogilnym lesie. Nie zostało im ani kruszynny sucharów, a konserw mieli ogółem dwie puszki. Ogarnęła ich szczera rozpacz.

Hanka nastawała, żeby zmienić kierunek i pójść zupełnie na zachód, a nawet z powrotem na północny zachód, lecz Władek upierał się.

– Najgorsza rzecz zmieniać kierunek... Wszyscy podróżnicy to mówią!... Możemy w ten sposób krążyć na jednem miejscu Bóg wie jak długo... A tak, bądź co bądź, przecinamy miejscowość!... Musi się zmienić... Idziemy ku górom... Widzisz... – pokazywał siostrze na mapie.

– Nic nie widzę!... A raczej widzę wciąż te same pniska i pniska... Już lepiej było tam nad rzeką...

– Ach, Boże mój!... któż ci dogodzi!?

Odwrócił się od siostry i patrzał posępnie w mglistą dal, pełną szeregów czarnych, wciąż tych samych, bezlitośnie jednostajnych daurskich modrzewi oraz jodeł.

Pewną otuchę budziła w nim jedynie coraz częściej trafiająca się domieszka jakiejś nowej odmiany drzewnej, o pniach równie grubych, strzelistych jak jodłowe, lecz powleczonych korą gładką, srebrzystą, drobno prążkowaną. Nie mógł jednak odgadnąć, co to za drzewo, gdyż jego konary, pokryte świeżem wiosennem listowiem, szumiały tak wysoko ponad ich głowami, że nawet rysie oczy Hanki nie były w stanie rozpoznać kształtu liści. Teraz do tych nieznajomych srebrno-piennych drzew przybywały nowe niezmiernie smagłe i wytworne pnie szarofioletowe od dołu, złoto-łuskie ku górze.

Korczak przyglądał się im z niezmierną uwagą, pilnie badając każdy szczegół, jak kazały czytane niegdyś podróże i jak nauczyła kilkodniowa włóczęga, gdy wtem zerwał się i klasnął rękami.

– Wiewiórka!... Patrz, Hanko, wiewiórka...

Wskazał siostrze na wysokie rozcochy jednego ze złotych drzew.

– Gdzie? – spytała. – Nie widzę...

– Ten tam czarny sęczek w samem rozwidlęniu... To wcale nie sęczek, tylko wiewiórka tak zamarła bez ruchu... Patrz, patrz... biegnie!...

– Istotnie! Upuściła coś... Chodźmy zobaczyć.

Skoczyli pod drzewo i znaleźli wyłuskaną, pogryzioną szyszkę cedrową. Poznali ją odrazu, gdyż nieraz kupowali podobne na targu w miasteczku i piekli, aby dostać świeże orzechy.

– Cedry. A co!? Mówię ci, koniec naszym cierpieniom!... – powtarzał radośnie Władek.

Hanka, choć milczała, czuła się również poruszona i odświeżona tem odkryciem. Szli dalej już weselej i sporzej, ale knieja mimo to długo nie otwierała przed nimi swych słonecznych, pobrzeżnych krużganków.

Jeszcze jedną noc musieli spędzić w udręczęniu i niepewności pod mogilnym stropem „śpiącego boru”. Dopiero nazajutrz koło południa, gdy w worku nieśli już tylko jedną puszkę konserw, w dali przed nimi błysnęło coś, jak promień słońca, zmrok lasu zaczął na widnokręgu blednąc, a grunt szybko ku dołowi pochylać. W zastałe, stęchłe powietrze „urmanu” uderzył świeży, rzeźwiący powiew.

– Rzeka. Już ją czuję... Słyszysz – nawet szum!... – zawołał Władek.

– Nic nie słyszę; to szumi las. A rzeka może ta sama... z Chińczykami!...

– Nieznośna jesteś!... Zawsze wszędzie złe tylko widzisz... Dawniej nie byłaś taka...

– Bo dawniej... wszystko było inne... – cicho odpowiedziała dziewczyna.

– Dawniej tyś mię pocieszała.

– Bo dawniej wiedziałam czego chcę...

– A co!... Mówiłem: rzeka!... Patrz, patrz, tam w dole błyska!... Hurra!...

– Cicho!... Może tam istotnie Chińczycy...

– O nie!... To inna rzeka... Ona płynie z południa na północ... Widzisz jej dolinę...

Wskazał na jasną smugę powietrza, tworzącą jakby wyręb w czarnej dotychczas ścianie boru. Spuszczali się lekko po pochyłości, która coraz stromiej zbiegała na dół. Za chwilę stanęli na krawędzi wklęślizny wysłanej malachitową powłoką wczesnej, wiosennej zieleni i porysowaną czarnemi żyłami gałęzi, przeświecających z po za delikatnego listowia.

Środkiem srebrzyła się wstęga rzeki, a tu i owdzie złociły w słońcu szmaragdowe łączki. Kosmate fałdy lasów spływały po wyniosłościach nadół, zbliska zielone, a sine w dali, jak wspaniały granatowy płaszcz.

Gdy tak stali zapatrzeni na brzegu urwiska, wielki ptak załopotał w zaroślach czarnemi skrzydłami, wzleciał i siadł nieopodal na gałęzi modrzewia.

– Głuszec!... – szepnął przez zęby Władek do siostry. – Nie ruszaj się!...

Zrzucił worek i ostrożnie, z karabinem gotowym do strzału, jął się skradać, kryjąc za pniami ku zwierzynie.

Ptak nie zdradzał zbytniej obawy, wyciągnął szyję i patrzał na dół na chłopca, jakby zaciekawiony mało znanem widowiskiem. Aż huknął strzał i głuszec, rozpostarłszy szeroko skrzydła, bokiem spadł na dół, obijając się o sterczące poniżej gałęzie.

– Hurra!... Jest kolacja!... – krzyczał Władek, pędząc w stronę zdobyczy. Hanka bez tchu prawie pospieszała za nim, dźwigając porzucony worek brata.

Po piwnicznych mrokach i martwocie wysokopiennego boru, ta rozległa słoneczna dolina, porosła mieszaniną liściastych i iglastych drzew, podszyta nieskończoną rozmaitością krzewów, wiklin, paproci, traw i ziół, wydała im się rajską krainą. Wszędzie szczebiotały i śpiewały ptaki, zające-bielaki i białe, górskie kuropatwy, już mocno porudziałe, zrywały się im co chwila z pod nóg. Władek, oszołomiony mnogością zwierzyny, chciał wciąż strzelać. Już dwa razy spudłował w gorączce, więc gdy po ostatnim strzale wzleciało z nad rzeczki z gęganiem wielkie stado szarych dzikich gęsi i chłopak znów się złożył, siostra schwyciła go za rękę.

– Za daleko!... Oszczędzaj ładunków!...

– To prawda!... Ale w głowie mi się mąci z radości!... Jak tu ślicznie!...

– Tak, tu ładnie... o ile niema nikogo!... Przedewszystkiem poszukamy dogodnego miejsca na obozowisko...

– Dobrze. Chodźmy nad potok!

Splątane jeżyny, dzikie wino, dziki chmiel, których gęste sieci spowijały krzewy, bardzo utrudniały im drogę. Musiał je idący przodem Władek co chwila przecinać swym dużym, podobnym do tasaka, myśliwskim nożem. Wreszcie wydostali się na brzeg rzeczki, wesoło szumiącej w kamienistem łożysku. Na drugim jej brzegu widniała jasna łączka, z której właśnie przed chwilą zerwały się gęsi. Chwilę wodzili zachwyconemi oczyma po delikatnym puchu wiosennej zieleni, pokrywającym drzewa i krzewy, po szmaragdzie murawy, tu i tam poplamionej ognistemi cętkami „żar-kwiatu”, ametystami pachnącego irysu, rubinami sybirskiego złotogłowiu, aż spojrzenia ich padły niespodzianie na niedużą drzewinę, całą śnieżnym obsypaną kwiatem, jak panna młoda w weselnym stroju. Wynurzała się z przejrzystego obłoku szmaragdowych listków i gałązek z tak niesłychanym wdziękiem, słońce oblewało ją tak cudnie łagodnym, złotym blaskiem, iż niepodobna było pomyśleć, aby sama tutaj wyrosła.

Hania chwyciła brata porywczo za rękę:

– Jabłonka!... Tu ktoś jest!... To ogród!...

– Ha!... Wtedy poprosimy o gościnność!... Ale to może być i dzika jabłoń... Przecież pamiętasz, że z tego brzegu przynoszono nieraz mamusi małe chińskie jabłuszka, o których ojciec mówił, że są podobne do polskich rajskich!...

– Chciałabym, żeby tak było!... Nie chcę ludzi... nie chcę ludzi!... – powtórzyła niechętnie.

– Zaraz się o tem przekonamy. Przejdziemy, na tamten brzeg! – odpowiedział, siadając i zzuwając obuwie.

Hanka poszła za jego przykładem.

Gdy brnęli przez wartką, kryształową wodę, dostrzegli chmary ciemnych ryb z koralowemi płetwami, nurkujących przeciw prądowi w głębokich, zielonawych „zatoniach”. Kilka większych wyrzuciło się wysoko w powietrze i padło na płytkie wodospady, wałem przelewające się przez progi z omszałych głazów. Władek chciał biec i chwytać je, lecz poślizgnął się, upadł i o mało go prąd nie porwał i nie potoczył w wiry.

Hanka ze śmiechem wyciągnęła go z wody za rękę.

– Za chciwy jesteś, Władku, za chciwy!... Albo nikogo tu niema i wtedy nie potrzebujemy się spieszyć, nałowimy i zwierza i ryb... Albo tu ktoś jest, a wtedy – po co nam to?... gadała, pomagając bratu odpinać zmoczony worek i wyżymać nasiąkniętą wodą odzież.

Jabłoń była dzika i w pobliżu nie znaleźli śladu człowieka.

– Tu wypoczniemy, wyśpimy się, najemy i zrobimy zapasy żywności na dalszą drogę!... – dowodził Władysław, rozpalając na łączce ognisko. – Zaraz zabieram się do budowy szałasu... na dwie strony, jak to robią kopacze złota... Wiem, opowiadali mi nieraz... Będziesz i ty miała swój pokój, i ja... Zobaczysz, cały pałac!...

Hanka skubała głuszca w milczeniiu, ale po raz pierwszy od wielu dni oczy jej również błyszczały i śmiały się wesoło.

 

Wbili w czterech rogach nakreślonego na ziemi prostokąta cztery kołki dwumetrowej wysokości, zakończone rosochami, na rosochach położyli dwa długie na trzy metry poprzeczne drągi; na przecznicach oparli pochyło szereg żerdzi; żerdzie przykryli kawałami grubej kory, świeżo zdartej z olbrzymich pobliskich modrzewi. W ten sposób utworzyły się dwie pochyłości dachu, z przedziałem pośrodku na półtora metra szerokości. W tym przedziale otwartym zupełnie w górze i z boków miał się palić według przykazań włóczęgów sybirskich „wieczny ogień” nie tylko dla ogrzewania i osuszania szałasu, lecz również dla obrony przed komarami oraz dokuczliwą leśną „muszką”, której pojawienia należało lada dzień oczekiwać.

Władek, kierując całą budowę według wskazówek zapamiętanych z opowiadań znajomych zabajkalskich kozaków, bardzo był z siebie zadowolony.

– A co, jaki pałac?... Jak przyjdzie do czego, to nawet drzwi będzie można z dwóch stron dorobić... I będziemy wtedy zamknięci, jak w prawdziwym domu...

– Ale dym!... Udusić się możemy!... – wstawiła Hania.

– To nic!... Przyzwyczaimy się; zresztą w lecie dużo palić nie trzeba będzie, byle się tliło!...

Na jednem „poddaszu” urządziła sobie z gałązek modrzewiowych i mchu posłanie dziewczyna, na drugiem brat. Hania prócz tego upiększyła „pałac” liśćmi pachnącego cedru, oraz kwiatami tarniny, pierwiosnków, irysów, złotogłowiu. „Żar-kwiat”, choć jej się bardzo podobał swą namiętną barwą, miał za krótką łodygę dla wtykania go za żerdzią, więc tylko codzień świeży przypinała na piersiach sobie i bratu.

Praca płynęła im wesoło wśród żartów i śmiechu, a nawet śpiewów, i zdawało się, że smok okropnych wspomnień zadrzemał nareszcie, a może usnął na zawsze w ich sercach.

Dolina ku radości Hanki okazała się zupełnie bezludną i, sądząc z niezmiernie ufnego zachowania się zwierzyny, nawet nie odwiedzaną. Ptactwa była moc na rzeczce oraz bajorach i jeziorkach, ukrytych tu i tam w nieprzebytych chaszczach.

Codzień Władek zabijał gęś, czaplę, głuszca, cietrzewia, albo parę kaczek. Hanka znalazła w trawach parę gniazd z ślicznemi zielono nakrapianemi jajami. Nie było obawy, żeby umarli z głodu.

Nauczona przez brata, Hanka zaczęła pilnie wyszukiwać bulwy złotogłowiu, dające wyborną mączystą przyprawę do zupy ugotowanej ze zwierzyny.

Władek, który wciąż włóczył się po okolicy, codzień nieledwie robił jakieś odkrycie. Raz przybiegł tak wzburzony, że nie na żarty przestraszył siostrę, odłożyła łataną przez siebie odzież i spytała przerażona:

– Co?... Przyszli Chińczycy?...

– Ależ nie, ryby!...

– Wiem. Widziałam. Nic nadzwyczajnego!... Woda zimna, złapać trudno!

– Moc, tłum, ławica cała... Można czerpać rękami... Choć zaraz... Narobimy zapasów na rok! – wołał Władek.

Podniosła się dość niechętnie, żeby pójść z nim razem, lecz brat surowo kazał jej zabrać karabin.

– Bez broni z szałasu na krok odchodzić się nie waż!... Widziałem niedźwiedzia!... Zabierz plecaki na ryby... Zaraz przyniesiemy.

Pobiegli podnieceni w stronę rzeczułki.

– Tutaj, tutaj!... – wskazywał Władek w stronę opienionych wirami podwodnych głazów, po których przebyli pierwszego dnia rzeczkę.

Z wirów wyrzucały się, jak wtedy, wielkie ryby, błyskając w słońcu i wpadłszy we wrzące powyżej prądy, nieraz do połowy ledwie pokryte wodą.

Pęd prądu i śliskość opoczystego dna jednak uniemożliwiały prawie pościg za niemi. Hanka nie weszła nawet do wody. Władek, uzbrojony w drążek, do którego przywiązał swój ostry nóż mongolski, umieścił się na wystającym z wody kamieniu i próbował chwytać ryby swoim harpunem. Niebardzo mu się to jednak udawało; ciemne, wrzecionowate, śliskie olbrzymy, nawet ranione, wyrywały się i uciekały. Schwytał zaledwie dwa, przyczem znowu wpadł w wodę i przemoczył się do nitki.

– To na nic!... – krzyczała z całych sił Hanka, aby zgłuszyć szum wody. – To na nic... Ale tutaj dużo innych, drobniejszych ryb!.

Wskazała na głębokie „zatonie”, wyżłobione w żwirze i kamieniach przez odbity od skał nurt, który tu zawracał i tworzył ciche, przejrzyste „odstoje”.

Istotnie, nisko u dna widać tam było całe chmary tulących się do siebie srebrnołuskich łososi. Czasami pojawiał się nad niemi, jak chmura, drapieżny „tajmeń” z rozwartą zębatą paszczą, z nastroszonemi krwawemi płetwami, lecz ryby, kołyszące się w kryształowej wodzie, jakby w jakiem upojeniu, zdawały się nie spostrzegać wroga, a i on też tym razem nie rzucał się na nie, nie szukał zdobyczy, jeno przejścia dla siebie dalej, dokąd pędziła go tęsknota. Ale i w tych odmętach połów ryb na większą skalę bez sieci i przyrządów był nie do pomyślenia.

Po długich próbach udało się Władkowi znowu schwytać zaledwie dwie sztuki.

– Mamy cztery!... Ale to mało, to nic! Musimy ich mieć setki, żeby nasuszyć i nawędzić na dalszą drogę... Rozumiesz!...

– Rozumiem. Więc już się stąd wybierasz?... – przerwała mu z niechęcią.

– Nie zaraz, ale kiedyś trzeba będzie pójść!... No i „chód” ryby, przelot ptactwa też się niedługo skończy... A wtedy co?...

– To prawda. Ale wiesz, Władek – nie chce mi się o tem myśleć...

– Za to ja muszę myśleć... Więc wiesz oo: zrobimy tu sybirską „zajezdkę”... To nietrudno... Tylko miejsce wybierzemy spokojniejsze, gdzie słabszy prąd.

Wzięli się zaraz ochoczo do roboty.

Sybirską „zajezdka” był to zwykły polski „jaz” z otworem do wstawiania buczy. Nie udało im się jednak całej rzeczułki przegrodzić, nie mogli wbić palików płotu dość głęboko w kamieniste dno, wartki prąd wciąż im je wyrywał. Po ciężkich trudach umocowali parę przęseł przyniesionemi z brzegu kamieniami, przetkali je chróstem i powiązali jako tako wikliną. Chuderlawy ploteczek drżał od uderzeń wody, jak w febrze, ale się trzymał.

Pozostało spleść „buczę”. Władek udał się po koszykową wiklinę, której cały gaj rósł opodal na ilastej ławicy. Już naciął sporą naręcz żółtych, giętkich prąci, gdy posępnie zahuczały jeden za drugim dwa strzały w stronę szałasu, a potem rozległo się rozpaczliwe wołanie Hanki. Rzucił wszystko i pobiegł z sercem mocno bijącem, z karabinem gotowym do użycia. Hanka stała przed szałasem również z karabinem i machała ręką na niego:

– Chodź!... Chodź!... Prędzej!...

– Co się stało?...

– Dziki!... – mówiła wzburzona. – Dziki!... Zdaje się, że zabiłam.

– Bajki!... Skąd?... Gdzie... – zauważył z kruszyną zazdrości.

– Ale tak. Przeprawiały się przez rzeczkę i przeszły mimo, tu bliziutko... Całe stadko... Wtedy strzeliłam do ostatniej... I zdaje się, że upadła... Tu... tu... widzisz... leży... rusza się w gęstwinie!...

– Prawda, rusza się!... – zgodził się chłopak.

– Chodźmy zobaczyć!...

Zrobiła ruch, ale brat przytrzymał ją za rękę.

– Ostrożnie, jeżeli to doprawdy dziki, to ranne bywają niebezpieczne... A karabin zrepetowany?

Hanka z zawstydzeniem przekonała się, że zapomniała to uczynić.

– Ale prędzej, prędzej... bo „ona” ucieknie!...

– Kto „ona”?

– Ta świnia. Olbrzymia świnia...

– Tylko powoli. Nie Świnia przedewszystkiem! nie świnia, bo świnia, to domowa! Widzisz tamten pień zwalony. Wejdziesz na niego i przygotujesz karabin do strzału, a ja zajdę od tej strony... Ostrożnie jednak, żebyś mnie nie postrzeliła...

– Już dobrze, braciszku, będę uważać... Ale się spiesz, bo ucieknie... Widzisz, znowu się rusza...

Rozeszli się, lecz Hanka skoro tylko wdrapała się na kłodę, zaczęła natychmiast przywoływać rozkazującemi znakami brata. Ten jednak nie zważał i ostrożnie, rozgarniając lufą krzaki, zbliżał się do szamocącej się w gęstwinie ciemnej góry. Nagle stanął jak wryty: przez okienko w gałęziach dostrzegł o kilka kroków przed sobą wielki, czarny, szczeciniasty ryj, obluzgany krwią i pianą. Dzikie, czarne ślepia rzuciły mu wprost w oczy błyskawice wściekłości, usłyszał kłapanie kłów i gwałtowne uderzenia racic o ziemię... Serce w nim zamarło, miał ochotę uciec, ale się zawstydził; obejrzał się wokoło, czy niema gdzie pnia, albo głazu, na który możnaby się schronić, gdy dobiegło go ponowne wołanie Hanki:

– Chodź tu, chodź tu!... Stąd doskonale widać... Ranny. Nie ujdzie!... Ale... Prędzej, prędzej!...

Posłuchał siostry, ostrożnie wycofał się z zarośli i wkrótce stanął na pinu obok niej. Kilka kroków stąd, wśród przymiętych i połamanych krzaków wpół leżała, wpół siedziała na przetrąconych zadnich łapach, potężna maciora. Dojrzała ich, spróbowała się zerwać, lecz nie mogła, więc zwróciła ku nim okrwawiony ryj i zakląskała paszczęką.

– Stój spokojnie, Hanka!... – prosił Władek, opierając łożysko karabinu na ramieniu siostry. – Trzeba z tem skończyć.

Zahuczał strzał, dzik ryj ku ziemi opuścił, potem sam opadł i zamarł, przebierając nogami. Władek zaczekał czas jakiś, poczem ostrożnie zbliżył się do upolowanej zdobyczy. Był to ogromny okaz, rudy, szczeciniasty, oblepiony żywicą i leśnym śmieciem.

– Zuch, Hanka!... – pochwalił siostrę Władek.

– Ach, kochany, jak to dobrze!... Mamy zapas jedzenia co najmniej na miesiąc. Nie będziesz potrzebował chodzić na polowanie i zostawiać mię samą!...

– Co to, to nie!... Trzeba przecież gromadzić zapasy... Jedno tylko z tego wynika, że kiedy można za jednym strzałem zwalić taką... śpiżarnię, to niewarto strzelać do ptactwa – szkoda naboi!... Co, nie?

– Pewnie, że szkoda. Tylko, że podobne do tej okazje rzadko się zdarzają.

– Wcale nie. Są tu i kozule, i skalne barany, i jelenie – widziałem na skalach... Trudno je podejść, ale trzeba szukać!... Darmo nic!...

Hanka westchnęła. Zrozumiała, że brat jeszcze dalej będzie się od dziś zapuszczał w tajgę i na dłużej zostawiał ją samotną, a skoro tylko zostawała sama, znowu wracały okropne wspomnienia i piersi szarpał rozdzierający, nieutulony płacz... Kiedyż to się nareszcie skończy?...

Spojrzała na brata, który spokojnie ostrzył nóż, zabierając się do oprawiania upolowanego dzika.

– Oto pierwsza skóra na pościel, albo na obuwie, kiedy się nasze zedrze!... – gadał wesoło. – Mięso też będzie można wędzić i suszyć... Pokraję je na cieniutkie paseczki... Trzeba je jednak przedtem w słonym ukropie zanurzyć... Tak robią Kirgizi Czytałem, uczyłem się o tem w geografji...

– Nie mamy soli! – odrzekła cierpko Hanka. – Tak sobie dysponujesz, jakbyśmy tu za węgłem mieli sklepik!...

Władek zdziwiony spojrzał na siostrę.

– Boże, Boże!... Jaka ty się robisz dziwna!? Wciąż się gniewasz! Jak niema soli, to powiedz!... Pomyślimy o tem... Tu niedaleko jest gliniaste urwisko, na którem wykwita biały nalot. Burjaci nazywają to „gudżir”. Tam właśnie przychodzą kozice... Śladów taka moc, że ziemia udeptana jak klepisko... Pewnie to sól, którą przychodzą lizać!... Jutro zaraz zobaczę i powiem... Naradzimy się, jak ją zebrać... Potrzymaj, Hanko, brzeżek skóry, będzie mi łatwiej zdzierać!...

Hanka przysiadła obok brata na ziemi i pomagała mu oczyszczać i ćwiartować tłustą tuszę. Przejmował ją głęboki wstręt do tej krwawej roboty, bolesne obrazy znowu zawirowały przed nią, ale opanowała się siłą woli; pojmując doskonale konieczność tego, co czynili.

Wołała jednak mieć do czynienia z rybami. To też po oprawieniu dzika i zawieszeniu w dymie nad ogniskiem na poprzecznych żerdziach mięsa; pokrajanego w długie pasemka, przypomniała bratu, że trzeba przynieść wikliny na bucz i sama z nim po nią poszła.

Długo w nocy siedzieli przy ognisku, czekając na gotującą się w kociołku dziczyznę i pletli niezgrabnie duży kosz z ażurawemi ściankami.

– Ktoby, siostrzyczko, pomyślał przed miesiącem, że będziemy takie rzeczy robili, gdzieś na granicy Mongolji? – zauważył Władysław.

– Nie mów, bracie, nie mów!... – przerwała mu Hanka, rzucając przerażone spojrzenia na wylot wejścia.

Zdziwiony chłopak również tam zwrócił oczy, lecz dojrzał jedynie za kłębami snującego się z ogniska dymu szafirową dal ślicznej, przejrzystej nocy wiosennej, pełnej cichego szumu rzeki, zapachu lasów i kwiatów, migotania gwiazd, przyćmionych wilgotnym oddechem ziemi...

Wczesnym rankiem wyszedł Korczak na polowanie, wziąwszy z sobą parę podwędzonych ryb, i nie ukazał się dzień cały. Hanka z początku była bardzo zajęta. Obejrzała bucz i przyniosła stamtąd sporą ilość ryb, które trzeba było oprawić i opłukać. Następnie uprała swoją i brata bieliznę, poreparowała odzież...

 

Wszystkiego tego jednak było zbyt mało, aby zapełnić długi wiosenny dzień. Pod wieczór już nie miała czem zająć rąk i głowy, musiała siedzieć bezczynnie, wsłuchując się w milczenie okalającej ją zewsząd pustyni. Nie była to cisza, o nie!... Prócz monotonnego szumu rzeki i ćwierkania ptaków, dolatywały ją wciąż jakieś głosy nieoczekiwane, niezrozumiałe, jakieś krzyki dalekie, niesamowite trzaski, jakieś szelesty i głuche dudnienia. W miarę, jak zbliżał się wieczór, zdawało się jej, że te nieznane głosy mnożą się, wzrastają, gdy przeciwnie umilkły miłe jej śpiewy ptaków i nawet złagodniał szum potoku. Wychodziła co chwila na zewnątrz i patrzała długo w stronę lasu, gdzie rano zniknął Władek.

– Może się co z nim stało?... Może się z niedźwiedziem spotkał? Boże, mój Boże!... Czy nie wziąć karabinu i nie pójść go poszukać?... Jak go jednak znajdę w lesie?... Kompas zabrał... Zabłądzę... Wróci, zacznie mnie szukać... Ja jego, on mnie!... Nie, trzeba czekać... Boże, Boże!... Jakże znowu boli mię serce!...

Wróciła do szałasu i poprawiła tlejący się ogień, tak że jego czerwony blask rozproszył na chwilę cienie pochyłych poddaszy. Zwiesiła głowę i wpatrywała się w zarzewie, jarzące się w szczelinie między dwiema położonemi na sobie kłodami – „najdy” – niegasnącego żaru, jak to nazywają włóczędzy. Złote żmije ogni coraz wypełzały stamtąd z sykiem, wiły się po olbrzymich brewionach, liżąc łakomie żywicę i spękaną korę... Blady popiół obrzeżał rubinowy żar i obsypywał się rytmicznie na ziemię lub ulatał porywany przeciągiem.

Było coś okrutnego w tej żarłocznej, nienasyconej pracy żywiołu, obracającego niedawną życia potęgę stuletniego drzewa w pył i proch...

Hanka nie podnosiła powiek, żeby nic nie widzieć, gdyż po zamieraniu serca poznała, że budzi się znowu i ogarnia ją z niezwalczoną siłą to coś strasznego, co nieustannem zajęciem musiała wciąż odpychać na dno wyobraźni...

Nagle, o radości, coś trzasło nazewnątrz! Władek wraca!... Wyskoczyła i rozgorzałe oczy utkwiła w ścieżynie, ginącej w cieniach lasu... Już tylko wierzchołki drzew gorzały rubinowem światłem, a ponad niemi gwiazdy przebłyskiwały na płowiejących niebiosach. Nad rzeczką i szuwarami dymiły się mgły.

Wtem niezrozumiały łoskot i przejmujące krakanie uderzyły w jej ściśnione piersi, jak ostry dziryt.

Mimowoli poderwała do góry trzymany w ręce karabin i szybko zwróciła w tę stronę głowę. Roześmiała się na głos, nerwowo, z widoczną ulgą: dwie rudo-białe górskie kuropatwy poderwały się z chróstów i, siadłszy na wierzchołkach dwóch sąsiednich suszniaków, wabiły się chrapliwie... Chciała strzelić, lecz przypomniała sobie, jak mało mają ładunków i jak je trzeba oszczędzać. Ptaki tymczasem rozpostarły wraz skrzydła i łagodnym łukiem opadły, połączywszy się, w zarośla...

Dziewczyna stała dalej samotna wśród bystro ciemniejącej i cichnącej doliny, natężając boleśnie słuch. Nic, nic! Szum wody i szmer lasu!...

A co jeżeli nie wróci?... Jeżeli zginął w tych wertepach... I ani ona, ani nikt nie ujrzy go już więcej?

Nie, to niemożliwe!... To byłoby zbyt okropne! Zaraz wróci, jak wracał codzień, onegdaj i wczoraj!... Lecz dlaczego dziś tak długo, tak nielitościwie długo!... Pewnie szuka tej soli... tak daleko!... jaka szkoda, że mu powiedziała... Lepiej wyrzec się wszystkiego, niż znosić taki niepokój!... Trzeba jednak postawić kolację, wróci głodny...

Weszła napowrót do szałasu, włożyła do kociołka z wodą parę kawałków mięsa i roślinnych korzonków, poczem powiesiła naczynie na drewnianym haku nad ogniem.

– Jaki ten Władek jednak dowcipny!... – rozmyślała, patrząc na wystrugany przez brata z sęka wierzbowego haczyk. Co jabym w tym boru bez niego robiła?... Zginęłabym dawno i po wielokroć... A jednak... tak blisko byliśmy śmierci: ani rozum, ani inteligencja, ani energja... nic, nic nie może się ostać... wobec niszczącej siły brutalnego gwałtu!... Ach, Boże, Boże!...

Znowu zaczęły napływać wspomnienia, tym razem tak szybko, że nie mogła, nie próbowała nawet przed niemi się bronić... Szczęk żelaza... Głucha wrzawa napływającego, szamocącego się tłumu... strzały... uderzenia... wściekłe okrzyki... jęki rannych, charkot umierających... błagania zabijanych... Widzi bluzgającą krew, padające ciała, wykrzywione spienione usta, zachodzące bielmem oczy, skamieniałe twarze zabitych... Grudy, grudy trupów...

– Matko, matko!... Ojcze!... – szeptała zbielałemi ustami, pochylając w tył głowę i opierając ją o kruche poszycie dachu.

Z pod przymkniętych powiek dostrzegała migające w dymie ogniska ukochane, zmienione bólem i śmiercią twarze... Nagle tuż obok nich po tamtej stronie ogniska zobaczyła twarz inną, której nigdy nie zapomni, twarz tego, który ją ciągnął i szarpał, zanim wyrwał ją z tych uścisków brat... Nie ruszała się, ale podniosła przerażone powieki... Istotnie w krwawym blasku ognia, po za dymem i buchającą z kociołka parą, czerniała wielka kudłata „papacha” z czerwoną gwiazdą pośrodku, a z pod niej patrzały na nią drapieżnie okrutne, szare, przekrwione oczy... Z pod drgających, rudawych wąsów błyskały białe zęby... Wyciągnął ku niej wolno bladą, widmową rękę...

Przejmujący krzyk wyrwał się ze ściśniętych ust Hanki i jednym skokiem znalazła się w wylocie szałasu.

– Władek!... Władek!... Bracie!... Ratuj!...

– Jestem, idę!... – ozwał się w ciemności drogi głos.

Pobiegła ku niemu.

– Nie chodź, nie chodź tam!... – mówiła do niego gorączkowo... – Tam jest...

– Kto jest?... – spytał, zatrzymując się i opuszczając karabin do nogi

– Ten... ten.. co mię... wtedy... porwał...

– Nie może być!... Przecież go... zabiłem!

– W takim razie... widmo... widmo!... Nie, braciszku, już nigdy, nigdy... nie zostanę sama!... Obiecaj!...

– To będzie trochę trudno!... – mówił już spokojniej, obejmując ją wpół i prowadząc z powrotem do szałasu...

– Ale zobaczymy... W każdym razie jutro pójdziesz ze mną... po tę sól!... Jakie tam polowanie!... Widzisz, zabiłem kozulę!... – dodał, zrzucając przewieszoną przez plecy zdobycz. – Ich tam chmary. Kiedy się trafi na stado, to skaczą jak pchły, niewiadomo, do której strzelać!...

Hanka, wciąż jeszcze przejęta widzeniem, oglądała z żałością śliczne stworzonko.

– Nie, nie!... Ja nie zostanę, nie zostanę... Ale jej nie będę obdzierała tym razem, nie będę...

– Ależ dobrze, siostrzyczko, uspokój się... Zrobię wszystko, tylko nakarmij mię przedtem, bo jestem strasznie głodny... Złaziłem się strasznie, zanim poznałem gdzie są ich żerowiska i tropy... Jutro pójdziemy już na ich żerowiska prosto, jak w dym... Oglądałaś buczę, co? Doskonale! Dużo ryb?... – pytał wesoło, wyciągając nogi przed ogniem.

Hanka już przyszła do siebie i opowiadała mu szczegółowo o pracach i wydarzeniach ubiegłego dnia. Władek tymczasem chciwie spożywał kolaoję i dowodził, że lepiej jeżeli on swoje opowiadanie odłoży do jutra, gdyż teraz zbyt jest śpiący... Nawet kozuli nie oprawiał i zawiesił ją na noc na przecznicy szałasu przy wejściu.

Nazajutrz Hanka na krok nie odstępowała brata, tak, że ten zrobił jej nareszcie uwagę:

– Jeżeli chcesz, żebyśmy poszli na to polowanie, to musisz sama obejrzeć buczę i przynieść ryby... Ja tymczasem oprawię kozulę i potnę mięso... Inaczej nie zdążymy do wieczora..

Hanka dość niechętnie zgodziła się na podział pracy. Wyszli na polowanie dopiero około południa.

Do wąwozu z „gudżirem” było dość daleko. Uciążliwa droga prowadziła wzdłuż rzeczki, po zwałach głazów i kamiennych ławicach, często przeciętych w miejscach urodzajniejszych gęstemi chaszczami cierniowca, malin, jeżyn, głogów, oplątanych dzikiem winem i chmielem. Wszystko jeszcze kwitło i podróż byłaby dość przyjemna, gdyby nie palące promienie słońca i zupełny brak ścieżynki.

Po parogodzinnym marszu wydostali się wreszcie na łączkę podobną do tej, na której stał ich szałas. W dali ponad czubami drzew wznosiły się jakieś odległe, śniegiem pokryte szczyty. Wiało stamtąd przyjemnym chłodem, a wiele kwiatów na dolinie stało jeszcze w pąkach. Zato drzewa wydawały się jeszcze roślejsze i potężniejsze. Szczególniej wpadało to w oczy, gdy z głównej doliny skręcili w boczny wąwóz, po którego dnie lał się z miłym szelestem nieduży ponik. Olbrzymie cedry, oplatając wężowiskami korzeni omszałe głazy, lub zapuszczając je głęboko w gliniastych upłazach, wznosiły się z obu stron zwartą ścianą. W cieniu ich było chłodno i aromatycznie.