Dalaj-Lama

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A ty?

– Ja.. z samego znużenia nie usnę... Zresztą trochę zdrzemnęłam się na górze, kiedy ty chodziłeś na dół... A ty – nic a nic!

– Ach, Hanko, Hanko!... Zawsze ty taka!

– Jaka?

– Kochana!... – odszepnął sennie i usnął natychmiast.

Dziewczyna zamknęła oczy i próbowała również usnąć, lecz ciężki oddech rannego, przeplatany jękami, dziwacznem, chwilami żałosnem, chwilami okropnem rzężeniem, zmieszanem z mongolskiemi i rosyjskiemi wyrazami – brzmiał tak strasznie, tuż nad jej uchem, że o śnie marzyć nie było podobna.

Leżeli w ciasnej jamie blisko siebie, przylegając ciałami i gorący oddech umierającego, tchnący już rozkładem poszarpanych wnętrzności, bił wprost w twarz dziewczyny. Odwracała się od chorego, a jednocześnie łzy napełniały jej oczy i nieopisana litość ściskała serce. Wspominała skromność, czułość, delikatność tego brzydkiego, żółtego jak mosiądz, płaskolicego młodzieńca, zakochanego w niej beznadziejnie. Teraz umierał daleko od krewnych, od ojczystych koczowisk, zamieszany do krwawej, obcej mu burzy, tylko dlatego, że chciał jej bronić... Bo przecież rozumiała dobrze, że nie przyłączył się do uciekających z miasta przed paru już dniami rodaków, że pozostał tylko po to, żeby być blisko od niej w chwili niebezpieczeństwa i że po to tylko zapisał się do ochotniczego wojska obrońców miasta... Jeszcze w chwili ostatecznego pogromu, kiedy dzikie hordy zwycięskich zbrodniarzy opanowały miasto i rozbiegły się po niem, paląc, rabując, gwałcąc, – próbował skłonić ją do ucieczki wraz z matką... Wówczas można było jeszcze ujść, jeszcze brzeg rzeki nie był opanowany przez nieprzyjaciela i łodzie jeszcze nie były poniszczone... Ale one odmówiły: nie mogły przecież porzucić ojca i brata, walczących w szeregach...

– To darmo! Wszystko stracone, oni są dokoła... Nieprzeliczone ćmy ich ciągną zewsząd!... przekładał uporczywie.

– Bez męża i syna nie pójdę!... – powtarzała matka.

Wtedy mężny chłopak poszedł szukać sędzięgo Korczaka z synem w wirze bitwy. Tymczasem losy walki obróciły się tak, że nim zdążył wrócić, obaj poszukiwani wpadli do domu, a za nimi tłuszcza złoczyńców...

I rozegrały się sceny, na których wspomnienie dusza w dziewczynie mroczyła się i omdlewała...

Ból, rozpacz, odraza do całego świata, a przedewszystkiem do siebie za to, że mimo to... żyje, że żyć... pragnie, że lęka się jednak jeszcze cierpień i śmierci – przebiły jej serce niby zimne ostrze sztyletu i przygwoździły nieruchomo do ziemi. I myśl o samobójstwie przemknęła jej przez głowę, jak niedawno bratu... Ale co stałoby się z Władkiem, gdyby, obudziwszy się, znalazł ją niespodzianie obok siebie wyciągniętą, zimną, milczącą, obojętną dla wszystkich i na wszystko?... Wyobraźnia jej niepostrzeżenie przekroczyła granicę świadomości i pomknęła przez jakąś krainę, nieznaną, suchą, trupią, pełną czarnych szkieletów i zimnych lodowych szczytów... Oto, porwał ją i niesie jakiś wielki ptak, kraczący głosem grzmiącym jak ryk lwa, szumiący skrzydłami, jak wielkie chmury gradowe... Leci, omiatając szponami i piersią lawiny ze spotykanych lodowców... Światy walą się w przepaść poza nim z grzmotem... Szaleje legendarny Rok, bajeczny ptak wschodu, ptak – skała, o którym opowiadał jej Badmajew... Leżąc na jego grzbiecie, oplatała rękami jego potężną, wyciągniętą jak słup marmurowy szyję... Bała się potwora, lecz bardziej jeszcze bała się otchłani, nad którą on mknął... I dlatego coraz mocniej przyciskała się do jego chropawego ciała, drgającego od niezmożonego wysiłku...

Nagle ptak opadł przed bramą wspaniałego, jarzącego się światłami pałacu... Wśród przeraźliwego dźwięku trąb, żółto i czerwono odziani kapłani, wyrzucając z srebrnych kadzielnic obłoki wonnych dymów, zbliżyli się ku niej, podjęli ją z dwóch stron pod ręce i powiedli po szerokich schodach ku górze, ku tajemniczo czerniejącym, olbrzymim bronzowym podwojom... Idąc, spostrzegła, że sama również odziana jest w żółtą suknię jedwabną, długą, powłóczystą, że na jej obnażonych ramionach ciążą złote bransolety, a na nogach złote brzęczą łańcuchy... Podniosła w górę oczy i spostrzegła, że w ciemnej ramie podwoi stoi i uśmiecha się do niej... przepiękny, z twarzą prześwietloną i cudną... Badmajew!

– Hanno, Hanno!... Idą!...

Obudził ją stłumiony szept brata i gwałtowne szepnięcie za ramię. Zerwała się i przysiadła; było ciemno i cicho, Badmajew już nie jęczał, na zewnątrz na górze słychać było miarowy tupot licznych nóg i szelest grudek ziemi, staczających się nadół po zboczu urwiska.

– Uciekajmy!... – szepnął Władysław. – Bierz swój worek i karabin!

– A Badmajew?...

– Czyż nie słyszysz, że nie dyszy?... Umarł.

Istotnie ranny nie oddychał. Aby się przekonać ostatecznie, dziewczyna, drżąc cała, wy; ciągnęła rękę w ciemnościach i musnęła nią ostrożnie z pewną czułością twarz umarłego przyjaciela... Zimnemi ustami dotknął jej dłoni i był to jedyny i ostatni jego pocałunek... Nigdy nie zapomniany dreszcz przejął ją nagle, zmartwiałą bez ruchu...

Władysław, który już był wypełzł nazewnątrz, rękę napowrót w jamę zagłębił, schwycił siostrę za połę ubrania i gwałtownie za sobą pociągnął.

Był najwyższy czas. Chińczycy długim sznurem czarnych cieni skradali się dołem z parowu wprost ku ich schronisku.

Na szczęście pień zwalonego drzewa zakrywał ich z tej strony, a załom ziemi rzucał daleko gruby cień. Pod jego ochroną udało się im wyślizgnąć niepostrzeżenie. Chyląc się nisko ku ziemi, pobiegli co tchu i ukryli się wśród wielkich głazów tuż u wody. Byli pewni, że Chińczycy tam za nimi nie podążą w obawie przed strzałami z przeciwnego brzegu. Zresztą napastnicy zbyt byli pochłonięci otaczaniem kryjówki, pełnej, jak zapewne myśleli, ludzi i skarbów przywiezionych z za rzeki...

Brat i siostra nie tracili czasu i, przebiegając od głazu do głazu, kryjąc się w cieniach wysokiego brzegu lub za pniskami zwalonych drzew, oddalali się coraz bardziej i bardziej od napastników.

Szli nocami, a we dnie spali ukryci w wykopanych naprędce jamach pod gliniastemi urwiskami górzystego brzegu, albo w leśnych parowach zaszyci w gęstwinę. Słusznie liczyli na zabobonność Chińczyków oraz plemion tubylczych, wstrzymującą ich od jakichkolwiek podroży po zachodzie słońca w obawie złych duchów – „dżelik’ów” albo leśnych bestyj.

Ale noce wiosenne były krótkie. Tymczasem do doliny rzeczki Chara-gol, właściwie do jej ujścia, wskazanego przez Badmajewa, mieli zgórą sto wiorst. Musieli pospieszać jeszcze z tego względu, że zapas konserw i sucharów, jaki pozostał im po zabitych towarzyszach, był bardzo nieznaczny. Wprawdzie często w srebrne od mgieł i rosy ranki na żółtych ławicach i odmiałach rzeki spotykali stada nocujących tam dzikich gęsi, trafiali na pary wypoczywających tam łabędzi, wprawdzie nieraz, gdy wieczorem sunęli ostrożnie wzdłuż wody, nasłuchując i oglądając się wokoło, przelatywały nad nimi z rześkim szelestem w opalowem powietrzu stada kaczek, lecz Władek spoglądał tylko na nie żałośnie, nie śmiejąc strzelać z obawy zwrócenia uwagi Chińczyków. Tych jedynie lękali się obecnie, gdyż od miasteczka zdobytego przez bolszewików oddalili się już na tyle, że stamtąd nie groził im pościg. Od brzegu ogarniętego powstaniem dzieliła ich prócz tego bystra, szeroka rzeka, no i... ochronne strzały chińskiej straży pogranicznej.

– Niema złego, coby na dobre nie wyszło!... – pocieszał siostrę Władysław. – Idziemy polem śmierci, bronionem przez obstrzał stron obu!... Co?... Wyższy dowcip!... Najgorzej, że nie wiem jak poznać tę rzeczkę Chara-gol?!... Bo tam pewnie niema... deseczki z napisem!...

Znaleźli w worku Badmajewa mapę i kompas, lecz nie na wiele to im się przydało. Znali rzeczółki, wpadające do głównej rzeki w pobliżu miasteczka, dalej jednak wszystko się plątało. Wiosenne roztopy potworzyły moc nowych strumieni, wypełniły bulgoczącemi kaskadami tyle suchych zwykle parowów, zwiększyły do tego stopnia zwykłe potoki, że mapa oraz określenie Badmajewa: „trzecia większa rzeczka z prawej strony” – na nic się nie przydały.

Hanka, obtłukując nogi po nocach na nagich żwirach i głazach nadbrzeżnych, marzyła głośno o chwili, kiedy nareszcie zawrócą w miękkie doliny, gdzie szumią lasy, gdzie kwitną kwiaty i ścielą się kobierce łąk, gdzie można będzie rozpalić ogień, którego widoku byli pozbawieni, ot, już dzień szósty...

Dla niej każdy spotkany strumień był „Chara-gol” i brat musiał używać całej swej wymowy popartej groźną stanowczością leśnego bywalca, aby przekonać ją, że tajemniczy „Chara-gol” jeszcze daleko.

– Przypuśćmy, że przechodzimy dziennie dwadzieścia wiorst, to nam jeszcze do ujścia Chara-golu pozostało dwa dni drogi... Badmajew powiedział zgórą sto wiorst, to znaczy wiorst sto pięćdziesiąt!... Ja wiem, jak oni liczą... Oni konno jeżdżą!... Zresztą wątpię, żebyśmy robili dziennie więcej niż wiorst piętnaście.

– Dlaczego?... Przecież idziemy całą noc bez wytchnienia?!

– Wciąż skręcamy, omijamy to skały, to rozlewy, to błotniska, to zwały pni drzewnych... W dodatku... w nocy chodzi się wolniej!...

– Ach, nie wiem doprawdy, co jeszcze wymyślisz?!... Nie mam już sił...

– Co wymyślę?... Hanko, Hanko! Czyż przypuszczasz, że nie chciałbym skrócić... choćby i dla siebie... tej mordęgi?... Przecież i mnie nogi bolą i krwawią się na tych kamieniach!... Przecież i ja chciałbym się ogrzać i wyspać!... Lecz co począć?!... Jeżeli zawrócimy w dolinę pierwszej lepszej rzeczki, to możemy tam wcale nie znaleźć ludzi, albo znaleźć takich, którzy stokroć gorsi będą od spotykanych tu głazów... Więc zdobądź się na jeszcze troszeczkę cierpliwości, siostrzyczko... Przemóż się, wstań i chodźmy, bo czas upływa... Niedługo rozednieje...

Takie sceny powtarzały się coraz częściej w czasie ich nocnych wędrówek, kiedy dziewczyna padała nagle na kamienie, jakby się ziemia obsuwała pod nią i, płacząc mówiła:

 

– Dalej nie pójdę, nie mogę!...

Chłopak siadał nieopodal i patrzał na siostrę żałośnie; jej woreczek podróżny, jej karabin dawno już niósł na swoich plecach, lecz dodać jej sił i wytrwałości nie był w mocy. Chciał jej zabrać pas z ładownicami, który spinał jej bluzę żołnierską, ale nie zgadzała się go oddać.

– Jak będę wyglądać bez pasa?... Zresztą to drobiazg... i nie o to chodzi... Chodzi o to, kiedy nareszcie opuścimy tę przeklętą rzekę... Czuję, że rozchoruję się, dłużej na nią patrząc!... Wciąż mi się zdaje, że nie woda w niej płynie, ale krew, mózg... Każdy głaz wystający z wody, to... może trup... Władziu, Władziu!... Braciszku kochany, ulituj się nademną!... Zupełnie co innego... iść na słońcu, przez lasy pachnące, gdzie latają i śpiewają ptaki, gdzie widać daleko... gdzie można siąść spokojnie, bez obawy, że w tej chwili buchnie ku tobie z ciemności nieoczekiwany strzał... jak tu... Czuję, że zarazbym tam ozdrowiała, że wróciłyby mi siły i ochota... A tak!... Nie mogę dłużej, nie mogę!... I po co?... Wiesz co, zostaw mię lepiej!... Ratuj się sam... W głowie mi się mąci...

– Co ty, co ty, siostrzyczko?!... Zresztą – zgoda!... Skręcimy w pierwszą większą dolinę, ale jeszcze pójdziemy trochę, tam za temi górami... Tam już nie będzie chińskich straży... Tam powinna już być... Mongolja...

Wskazywał jej na łańcuch ciemnych szczytów, odrzynających się ostro na gwiaździstem niebie. Wzdychała, podnosiła się niechętnie i szła krokiem chwiejnym i nieskończenie znużonym. Brat podtrzymywał ją, pomagał, ale rozumiał, iż długo już tak trwać nie może, że trzeba koniecznie zmienić warunki podróży, dać siostrze wypoczynek, oderwać ją od bolesnych wspomnień, natchnąć nadzieją, otuchą, gdyż inaczej nie wrócą jej siły, nie wytrzyma dłużej ciężaru okropności, jakie zwaliły się na nich w ostatnich czasach... szczęśliwie zapominał o nich, zajęty troską o siostrę i powodzenie wyprawy.

– Za temi górami, za temi górami... zaraz zakręcimy, siostrzyczko! – powtarzał Hance od czasu do czasu, gdy spostrzegał, że znowu dziewczyna słabnie.

Coraz wyżej wzdymał się urwisty brzeg, coraz węższy stawał się pasek pobrzeża, wijący się nad wodą u podnóża wyniosłości. Glinę i piasek zastąpiły skały i kamienne rumowiska. Nieraz musieli wchodzić w wodę i brodzić, żeby ominąć kąpiące się wprost w nurtach rzeki cyple wiszarów. Rzeka szumiała coraz groźniej i pieniła się cała. Wchodzili w wąwóz górski, którego strome boki wyrosły nagle pod niebo i cieniami swemi zgęściły mrok nocy. Nagle gzyms ziemi, po którym szli, urwał się: rzeka lała się przed nimi z groźnym warkotem wśród prostopadłych kamiennych ścian.

Zatrzymali się zmieszani.

– Trzeba wracać i drapać się na górę. Tędy nie przejdziemy!

– Ach, doskonale!... szepnęła Hanka.

– Nic doskonałego! Tam napewno jest posterunek chiński... Oni je w takich miejscach zawsze stawiają...

– Przekradniemy się jakoś mimo, ale już nie wrócimy tutaj... Dobrze, braciszku? Pójdziemy lasami.. – prosiła.

– Tam niebezpieczniej!... – mruknął chłopak.

– Niech będzie. Byle nie to, co tu...

– Ano dobrze!... Ostro trzymaj się w takim razie, Hanko! Idziemy...

– Oddaj mi mój karabin.

– Uradzisz?

– Uradzę. Teraz wszystko uradzę... Taka we mnie odrazu ochota wstąpiła... Ty nie wiesz, Władek, co ja tu cierpię... Nie mówiłam ci... Nie chciałam cię martwić!... Ja nic nie wypoczywałam, nic... Takie sny, takie straszne sny... co noc... Czuję, że tam nareszcie usnę... że opuszczą mię... widziadła... Oszaleć można!... Słońca, chcę słońca za wszelką cenę... Zieleni... ognia... ludzkiego wypoczynku...

Wzięła karabin, nawet worek swój chciała od brata zabrać, ale jej nie dał.

Wrócili z pół kilometra i ostrożnie zaczęli się wspinać po stromem zboczu, porosłem miejscami trawą i krzewami. W połowie wysokości trafili na ścieżynkę, jaką wydeptują dzikie kozule, schodząc do wodopoju.

Ogromnie ułatwiła im dalsze wspinanie się ku szumiącym w górze lasom. Blisko szczytu Władek wstrzymał ostrzegawczym ruchem ręki idącą za nim siostrę. Zamarli na miejscu, z trudem wstrzymując ciężki oddech. Z góry dobiegło ich wyraźnie zaciekłe ujadanie psów.

– A co?... Nie mówiłem... Idziemy wprost do strażnicy... Odrazu wydała mi się ta ścieżka... zdradziecką!... Trzeba wracać!... – szepnął cicho, jak tchnienie, Władysław.

– Za nic!... – sprzeciwiła się Hanka. – Nie pójdę z powrotem do tego grobu!... I co tam dalej?... Napowrót w ręce... zbrodniarzy?... Co?

Władysław spojrzał mimowoli w czarną czeluść wąwozu, rozwartego u ich nóg. Wrzenie rzeki, biała jej piana, posępny jej łoskot wypełniały całe dno przepaści, aż do dalekiego zakrętu, gdzie seledynowy poblask wysrebrzał przelewające się bałwany.

– Ha, pewnie!... Za rzekę się nie przeprawimy... a tu wszędzie to samo... W takim razie chodźmy! Niech się dzieje wola boża!... Jedno tylko trzeba zrobić: zejść ze ścieżki!

– Dokąd?... – spytała niecierpliwie Hanka. – Z obu stron głazy i ciernie. Narobimy tylko hałasu, będzie gorzej!... Już idźmy na los szczęścia!...

Posunęli się jeszcze kroków kilkanaście po ścieżce, która stawała się coraz szersza i dogodniejsza. Krawędź urwiska już widniała tuż, pod ręką, gdy Władysław zatrzymał się nagle i nawet cofnął w tył, że omal nie strącił siostry w przepaść.

– Co się stało?... – spytała ta cichutko.

– Ktoś stoi.

– Skoro nas zobaczył, już mu nie ujdziemy. Lepiej otwarcie podejść. Powiemy prawdę, że uciekliśmy z tamtego brzegu pod opiekę Bogdohana!...

Władysław nic nie odrzekł, lecz posunął się parę kroków naprzód. Szczekanie psów dolatywało zupełnie wyraźnie i nawet poprzez plecionkę czarnych gałęzi błyszczało w dali czerwone światełko. Olbrzymia figura tuż u ścieżki na krawędzi urwiska nie ruszała się.

– To bałwan... ich bóstwo! Tfu!... Chodź, chodź, Haniu!... Nikogo niema!... – szepnął radośnie Władysław, pomykając szybko naprzód.

Hania schwyciła go za pas, żeby nie zgubić w ciemnościach, jakie ich nagle ogarnęły w cieniu drzew. Skręcili niezwłocznie w bok, w gęste krzewy i spiesznie oddalali się od ogni migających w dalekiem domostwie. Szczekanie psów przeszło we wściekłe ujadanie i nagle posępnie w ciemnościach rozbrzmiał... gong, potem głosy ludzkie, znowu gong i jeszcze raz gong, wreszcie zagrzmiały dwa strzały karabinowe jeden za drugim... Kule świsnęły tuż nad ich głowami, więc się pochylili, nie przestając jednak biec dalej przed siebie.

Niezbyt daleko stamtąd wydostali się na dość szeroką, wyciętą wśród lasu, drogę. Poczuli pod nogami rozjeżdżone w błotnistym gruncie koleiny i zatrzymali się, nie wiedząc, co począć. Nikt ich nie ścigał, strzały i głosy ucichły, nawet szczekanie psów zamgliło się, osłabło, zmieniło w zwykłe ujadanie.

– Pójdziemy drogą. Nie mamy nic do stracenią. Jak spotkamy kogo, to skryjemy się w zarośla. Zawsze tu lepiej, tu czuć ludzi!... – radziła Hanka.

– Ludzie teraz gorsi od bestyj! – mruknął chłopak.

– Ale cóż robić: jak nie można, to nie można! Droga, zdaje się, prowadzi w odpowiednim dla nas kierunku... Sądząc po gwiazdach... Tam jest północ, gdzie Wielka Niedźwiedzica!... Idziemy na południe... Będziemy trzymali się drogi, ile się da!...

– A może ona właśnie doprowadzi nas do tego Dordżjewa... Czy ja wiem, jak on się tam nażywa?... Pamiętasz pewnie, co mówił Badmajew?...

– Pamiętam... On nie Dordżjew, a Dordżij... mój kolega... ten Mongoł, prawdziwy Mongoł, cośmy go przezywali Chał-cha... Był raz u nas...

– Nie pamiętam. Ale mniejsza o to... Dlaczego mówisz, że ta droga nie doprowadzi?...

– To jest chińska strażnicza droga i wiedzie pewnie do drugiej strażniczej budki...

– Ominiemy i tamtą... Zobaczysz – pocieszała brata Hanka.

– Ale sensu niema chodzić od budki do budki!...

– Jak rozednieje, skręcimy w las, a teraz chodźmy, byle dalej od tej przeklętej rzeki!...

Dziewczyna odzyskała dawną żywość i humor; szła raźno obok brata, dźwigając na ramieniu karabin i nawet podskakiwała, chwilami.

– Zupełnie inna muzyka!... Miękko, stąpa się jak po dywanie, równo, nie trzeba wciąż myśleć, że się poślizgniesz, upadniesz, potłuczesz kolana lub rozbijesz nos!... Byczo!... – śmiała się cichutko.

Dobry humor siostry udzielił się Władkowi.

– Może i lepiej, żeśmy nareszcie skręcili w lasy... Tu można będzie i coś do jedzenia znaleźć, korzonki „sarany” albo dzikiej marchwi... Baumajew uczył mię raz na polowaniu, jak ich szukać... Dalej w tajdze, gdy będzie można strzelać, upolujemy głuszca, cietrzewia, kuropatwę, albo zająca... co się da!...

– Albo kozulę... – wstawiła Haniai.

– Oho, zachciało ci się!... Kozule nie trzymają się tak blisko ludzi. Tu wciąż celnicy się włóczą. Dopiero jak dostaniemy się do Mongolji, zacznie się prawdziwe polowanie. Tam są i kozule, i dzikie osły-kułany, i ptactwa moc... Badmajew i Dordżij często mi o tem opowiadali, namawiali, żebym z nimi jechał... Tylko pamiętasz, ojciec nie puszczał. A szkoda!... Żałuję, że się nie udało, teraz wszystkobym wiedział... Ojciec bał się, że kraj dziki...

– Ojciec!... szepnęła przejmującym głosem Hanka.

... Ojciec... bał się, że kraj dziki... – powtórzyła.

Umilkli i dłuższy czas szli obok siebie w cichości. Władek lękał się spojrzeć na siostrę, gdyż wydało mu się, że płacze, a sam był też bliski łez.

Świtało. Nefrytowy brzask łagodnie sączył się z wysokich szczytów lasu wraz z kroplami gęsto kapiącej rosy...

Brat i siostra szli bardzo wolno, znużeni nocnemi przygodami i bezsennością.

Droga nierówna – ledwie znacząca się czarnemi koleinami wozów na żółtej powłoce zeszłorocznego igliwia, podziurawiona błotnistemi wybojami, pofałdowana żyłami grubych korzeni – wiła się kapryśnie wśród nieprzejrzanej kolumnady potężnych modrzewi i jedlin. Olbrzymie, twarde, kanciaste, pokryte łuskami spękanej kory, osędziałe od siwych porostów, guzowate od blizn utraconych dawno gałęzi, mocarne odziomki wznosiły się prosto i wysoko jak złomy skał... Gdzieś tam w bladem świtaniu chwiały się zlekka ciemne ich korony, trącane pierwszym podmuchem rannego wietrzyka i głuchy poszum, jak przybór obudzonego morza toczył się w przestworzach. Ale w dole było cicho i ciemno, jak w zasklepiających się w nieskończoność arkadach labiryntu. Nigdzie trawki, krzaczka, źdźbła zieleni... Bure od listopada polesie było gładkie, jak klepisko. Tylko tu i tam leżały potworne kłody upadłych parszaków, pokryte całunami mchów niby wielkie ołtarze ofiarne oraz pochylone, wsparte na sąsiadach, kolumny już umarłych drzewisk, kłoniących się ku ziemi, naruszały kościelną regularność tych leśnych naw i korytarzy.

– Końca, kresu nie widać!... Bałabym się, gdyby ciebie nie było!... – szepnęła Hanka.

– Pewnie, że niewesoło!... – odrzekł Władek, poprawiając karabin. – Ale wszelkie strachy, to musimy odrzucić, bo zginiemy...

– Wiem. Lecz tutaj, to nawet schować się niema gdzie, jakbyśmy kogo spotkali!

– Więc co?

– Możeby lepiej... iść bezdrożem? Spójrz na swój kompas, jak on nam wskazuje?...

Władysław skorzystał ze sposobności, przysiadł na zwalonym pniu, wyjął kompas oraz mapę i długo je studjował.

– Nic nie rozumiem! Tu będzie południe... A tak płynie rzeka... z zachodu... Powinniśmy niby iść w tym kierunku, a tymczasem droga jakby zawraca nazad...

– Nazad?! Ja ci mówię, że my znowu wyjdziemy do tych Chińczyków... Po co nam droga?... Już dzień... Pójdziemy wprost według kompasu... Przecież nam chodzi o to, żeby jak najprędzej dostać się do Mongolji nie, prawda? A Mongolja na południu...

– Racja. Tylko jabym wołał znaleźć dolinę tego Chara-golu... Mongolja duża... Jak tam trafimy do ludzi, do Dordżija? A po tym „urmanie” błąkać się można do końca świata!

– Nawet ogień tu niełatwo rozpalić... Nigdzie nie widzę gałęzi... – westchnęła żałośnie Hanka.

– I wody też niema. Trzeba szukać rzeczki... – stanowczo zakończył chłopak. – Pójdziemy dalej, ale nie drogą, jeno opodal, bo może istotnie jaki djabeł nadjechać...

Porzucili więc drogę i poszli dalej jednostajnie ciemnym, wysokopiennym lasem, kierując się wyłącznie kompasem. I dobrze się stało, gdyż nie uszli dwóch stajań, jak usłyszeli w mogilnej ciszy nieruchomej puszczy głosy ludzkie i w dali, wśród brunatnych pni zamigotały barwy. Przypadli natychmiast za gnijący na ziemi pień drzewa i, wychyliwszy ostrożnie głowy, śledzili z karabinami gotowemi do strzału, co się na drodze dzieje. Dostrzegli Mandżura w błękitnym kaftanie na gniadym koniu, z łukiem i sajdakiem za plecami; z dwóch jego stron szli z karabinami na ramionach dwaj chińscy piechurzy i opowiadali coś jeźdźcowi wesoło.

 

Po tem spotkaniu zbiegowie jeszcze bardziej zagłębili się w las i marzyli już tylko, aby co rychlej znaleźć trochę wody, ugasić pragnienie, zjeść śniadanie i wypocząć. Ale choć wszędzie spotykali ślady bajorów, – zagłębienia pełne gęstego, napół zaschłego błota, – samej wody nie było nigdzie ani kropli: wszystko wypiły niebotyczne smoki drzewne.

Gdy więc powierzchnia ziemi zaczęła się cokolwiek wzdymać, tworząc garb, ucieszyli się bardzo, licząc, że u stóp wyniosłości może znajdą jaki ponik lub źródełko wśród paproci, których nieduże kolonje pojawiły się tu i tam.

Daremnie: i tam wody nigdzie nie znaleźli, a gdy weszli na grzbiet wyniosłości, dostrzegli znowu ten sam las pni brunatnych, olbrzymich, tonących we własnych mrocznych cieniach. A przecież przez strzechę splątanych wgórze koron widzieli, że dzień już na dobre rozgorzał, że śmieje się nad knieją nieba błękitem i złotem słońca.

Hanka usiadła zrozpaczona na ziemi.

– Umrzemy z głodu i pragnienia w tej piwnicy bez granic...

– No, jeszcze mamy konserwy. Otworzę puszkę, bo bardzo mi się jeść chce...

– Nie! Poszukamy przedtem wody – przerwała, zrywając się na nogi, dziewczyna. – Nie na długo już starczy tych konserw... A gdzież twoja zwierzyna, którąś obiecywał w lesie?...

– Prawda, nie spotkaliśmy nawet wiewiórki, ani dzięcioła... „Dremuczyj ljes”. Cóż robić?... – rzekł po rosyjsku.

Widząc, że siostra podpina napowrót rzemienie zdjętego na chwilę worka, wstał z westchnieniem i podążył za nią, spoglądając co chwila na kompas.

Znowu uszli szmat drogi, a nic nie zmieniło się wkoło. Zrobiło się tylko ciemniej i mgławiej, gdyż bezlistne o tej porze modrzewie znikły, zastąpione wyłącznie prawie przez ciemno?igłe jedle. Okrągłe ich pnie kolczaste od okruszonych sęków, zielone od glonów, podobne były do ogromnych zjedzonych przez śniedź słupów ze starego bronzu i miedzi. Niezdrowa wilgoć biła z pod ich korzeni.

– Będzie woda!... – mruknął Władek.

Mimo to wody nie znaleźli.

– Wiesz co, siostrzyczko!... Ty tu usiądź i poczekaj, a ja pochodzę wokoło i poszukam... – zwrócił się do siostry, widząc, że ta upada już ze znużenia.

– Dobrze, ale weź ze sobą karabin i nie odchodź daleko, bo ja się boję... Jeszcze mnie portem nie znajdziesz?...

– Będę hukał, a ty odpowiadaj!... jak u nas na grzybach: hop!... hop!...

– Ciszej!... szepnęła dziewczyna przerażona tym głosem, który rozbrzmiał szeroko, powtórzony przez wielokrotne echo.

Władek roześmiał się i, przeciągnąwszy oswobodzone z ciężaru ramiona, poszedł raźno w las, zataczając dokoła siostry szerokie kręgi. Przed odejściem kazał jej białą chustkę zaczepić na sęku drzewa, żeby mógł miejsce łatwiej odnaleźć. Dziewczyna rzuciła się zaraz na wznak na ziemię i, podłożywszy worek pod głowę, patrzała na okieneczka błękitu, widniejące tu i tam wśród łapczatych konarów jodłowych. Srebrne chmurki, wyzłocone słońcem, ukazywały się w tych otworach i nikły, płynąc spokojnie mimo w dal. Najmniejszy ruch, najmniejszy dźwięk nie zamącił ciszy. I znów przez chwilę zdawało się dziewczynie, jak już zdarzyło się to kilka razy w ciągu tych dni, że nic się w jej życiu nie zimieniło, że oto wyszła na zwykłą wycieczkę po grzyby, z której zmęczona i szczęśliwa wróci niezadługo do ciepłych, schludnych pokoi rodzinnego domu, z firankami w oknach i kwiatami w żardinierkach, gdzie czekają na nią ze słodką wymówką za spóźnienie ojciec i matka... Życie spokojne, zrównoważone, gdzie wszystko było zawczasu przewidziane, obliczone, gdzie dziś wiedziała, co będzie jutro, gdzie każdy postępek miał swój wiadomy skutek i koniec, gdzie radości, wzruszenia, zamiary, nawet straty i zawody w harmonijną splatały się girlandę... w łańcuch tak dobrze znanych wydarzeń...

I nagle wszystka zerwane, zniszczone, rzucone w jakąś krwawą, ognistą przepaść, gdzie wraz z ciałem rodziców spłonęła jej przeszłość!... Jest wolna, straszliwą bezwzględną wolnością zupełnej sieroty bez rodziny, ojczyzny, znajomych i przyjaciół...

Jacyś ludzie z okropnemi twarzami, okopceni dymem, umazani posoką, ludzie, którzy przedtem do niej zbliżyć się nie śmieli, porwali wiążące ją ze społeczeństwem więzy, szarpali ją, bili, usiłowali popełnić z nią rzeczy, których wspomnienie oblewało ją całą szkarłatem przejmującego wstydu... Matki, ojca, domu niema... Ona błąka się w jakichś ciemnościach bez kresu... niepewna nietylko dnia jutrzejszego, ale najbliższej godziny... Czy warto cierpieć?... Po co i na co?... dla kogo? – myślała, znowu z przejmującym bólem... Oto pod ręką karabin... krótkie cierpienie i... zniknie to wszystko tak strasznie męczące, jak znikł ojciec, matka i dom...

Otwarła zamknięte dotychczas oczy i spojrzała prawie z przerażeniem na kawałki lazuru śmiejące się do niej po przez korony wyniosłych drzew... Płynęły tam wciąż białe chmurki bardzo złote i bardzo puszyste, i wiatr zlekka szemrał w konarach... Dzień ciepły, słoneczny grał widocznie tam poza granicami posępnego boru wszystkiemi barwami wiosny... Wzdrygnęła się... Nie, za nic w świecie!... Chcę poznać ten świat rozległy i daleki, tak straszliwy, a tak ciekawy... chcę żyć, chcę jak inni kochać, nienawidzić, walczyć... Walczyć?... O co?...

Skurczyła się i znowu przymknęła oczy, uderzona prostotą i ciężarem tego pytania... Walczyć... o prawdę – z patetyczną naiwnością zabrzmiała odpowiedź jej dwudziestoletniej duszy. Komu prawda potrzebna?... Czy tym barbarzyńcom, co tylu ludzi osierocili i znieważyli?... Nie, teraz ona nie będzie się troszczyć o nikogo więcej... będzie walczyć tylko za siebie i za swój byt, za swoje życie, szczęście, powodzenie... i za... brata! – dodała w myślach z pensjonarską stanowczością, z uczuciem wstydliwego ciepła.

– Wstawaj, Hanka, jest woda!... Wspaniały będziemy mieli nocleg... – ocucił ją głos Władka.

– A ogień?... spytała, siadając.

Będzie i ogień... Znalazłem kałużę w dole od wykrotu... Wprawdzie niedźwiedź niedawno się w niej wykąpał, ale nic, woda się ustoi i będzie dobra!

Wkrótce siedzieli nad dołem od wykrotu, na którego dnie lśnił gęsty, czarny, do smoły podobny płyn.

– Skąd wiesz, że się tu niedźwiedź kąpał?...

– A bo ślady są.

– Gdzie?... Pokaż!... – pytała chciwie.

Wskazał jej na długie, równe, jakby gracą pociągnięte rysy pazurów, a dalej na parę wielkich odcisków, podobnych do gołej stopy ludzkiej.

– On tu wróci!... – rzekła z lekkiem drżeniem w głosie.

– Niech wróci – będziem mieli niedźwiedzie futro na pościel... – lekceważąco odpowiedział Władek.

Sprawdził jednak u siebie i siostry, czy karabin nabity i czy dobrze repetuje.

– Ty, siostrzyczko, strzelaj wtedy dopiero, kiedy mnie się nie powiedzie... I zupełnie już blisko, zupełnie... W oko, albo w ucho... Pamiętaj, żebyś nie chybiła... – pouczał ją, opierając karabiny o upadły pień modrzewia i rozkładając na pniu rzeczy; poczem małą siekierką, którą nosił za pasem, zaczął łupać korę z parszaka i kawały trzasek. Drzewo dobrze było spróchniałe i stoczone przez czerwie, mocno wilgotne i nie chciało się palić. Musiał Władysław poszukać na żywych drzewach na podpałkę żywicznych „obarów” i smolnych sęków. Hanka tymczasem kubkami zaczerpnęła błotnistego płynu postawiła na bok, żeby się ustał.

Niedługo wspólnemi siłami rozniecili ogień. Gdy boski żywioł czerwonym językiem zaczął lizać i topić bursztynowe krople żywicy, gdy płomień zaczął parskać i wyrzucać to strzeliste płomienie, to kłęby pachnącego dymu, Władek schwycił swoją siekierkę i wykonał z nią „jak z tomahawkiem” wojenny taniec dokoła ogniska z dzikiemi, zwycięskiemi okrzykami.