Trylogia napoleońska: Huragan - Rok 1809 - Szwoleżerowie gwardiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VI

Pułkownik Deschamps pędził jak wicher. Otulony rozłożystym płaszczem, w nasuniętym na oczy kapeluszu, parł konia ostrogami naprzód, spoglądając niekiedy groźnie poza siebie, gdy konie ciągnącego za nim szwadronu zwalniały biegu. Czasem znów, dojrzawszy na skraju drogi chatę wieśniaczą, dworek szlachecki, pałac magnacki lub krzyżyk kościółka, osadzał raptownie konia i cedził przez zęby do jadącego tu za nim Gotartowskiego:

- Eh, bien? No, co?

Wówczas Florian spinał konia i wraz z Wosińskim i kilku strzelcami wysuwał się naprzód. Rozpatrywał drogę, zaglądał do chat lub wieśniaka między opłotkami zdybawszy pytaniami zarzucał. Szwadron tymczasem wlókł się stępa, czekając rychło pułkownik raportu nie wysłucha i pałaszem nie skinie.

Na postojach a wypoczynkach pułkownik na wszystkie strony rozsyłał wywiady, w których Gotartowski z Wosińskim ciągle udział brali. Męczyło to młodych kapitanów: Floriana, bo od konia był odwykł, a Wosińskiego, bo takiej, jak mówił, piekielnej służby nigdy jeszcze nie odprawiał.

Już to Wosińskiemu w ogóle nie po myśli była ta droga, a może bardziej jeszcze pułkownik.

- Dziwna facjata! - mruczał do siebie kapitan. - Nasrożony ciągle, nadęty, ani doń przystąp. Prawda, że ze mną nie bardzo by się dogadał, lecz przecież do Gotartowskiego, do swoich Francuzów mógłby się ze słowem poczciwym odezwać!...

Zaraz w pierwszym dniu ekspedycji Wosiński, chcąc dłużący mu się marsz skrócić gawędą, targnął cuglami i podsunął się do jadącego przed nim Floriana.

- Mości Gotartowski - ozwał się półgłosem - dalipan, ledwie się trzymam. Dziewięć lat na koniu nie siedziałem, a tu o lada wywczasie mowy nie ma!... Zrywaj się co chwila i na wyskoki leć, niby na harce. Dobre to, ale nie wciąż!... Lędźwie mi stężało, chyba nie wytrzymam. A i szkapisko niby takie niepozorne, a rzuca mi się!... O!... Jak to piszczy cudacznie... Musi i konie u Francuzów po francusku rżą. Ale dokąd my tak pędzimy, do licha?

- Mamy dotrzeć do pikiet pruskich!...

- Ba, więc idziemy na Łęczycę?

- Gdzie tam!... Łęczycę zostawimy na boku, bo od Wrześni nie poszliśmy na Golin, lecz na Pyzdry! Pułkownik pytał się już kilka razy o Prosnę. Może zatrzymamy się gdzie pod Kaliszem, a może i dalej jeszcze!...

- Hm!... Bardzo dobrze. Tam czy owdzie, wszystko jedno. Ale przecież nie jednego dnia!... I co ten borsuk siwy sobie myśli? Nie wiem, o czym on tam z waszmością mówi przy raportach, lecz coś mi się widzi, że onej sławnej u Francuzów dworskości ani krzty w nim się nie dopatrzysz.

- Stary to podobno żołnierz.

- Niechże sobie ma z Bogiem dwie kopy lat! - zaperzył się Wosiński. - Mnie co do niego!... Niechaj jeno obyczaju nabierze, a polskich oficerów za hetki nie ma!... Najęliśmy się albo co?!...

Wosiński rzucał się podniecony na siodle. W tejże chwili adiutant Francuz, jadący za Florianem, szepnął półgłosem:

- Panowie! Radzę nie rozmawiać!... Bo nasz „Biały” ogromnie się o to gniewa!...

Wosiński chciał zapytać się Gotartowskiego, co był do niego mówił oficer francuski, gdy

nagle głowa sunącego przodem pułkownika odwróciła się, a z ust jego wyszedł krótki rozkaz:

- Silence!...

- Co on mówi? - szepnął Wosiński.

- Żeby milczeć!...

- A bodaj go pokurczyło!... Zatracony jakiś kolonel! - bąknął pod nosem kapitan i pogrążył się w zadumie.

Nieukontentowanie Wosińskiego wzrastało coraz bardziej, bo też Deschamps istotnie zatraconym był pułkownikiem. Zamknięty w sobie, chmurny wiecznie, nawet na postojach nie dopuszczał do siebie. Głuchym był na wszelkie objawy radości szczerej, jakiej Francuzom na każdym kroku nie szczędzono. Odmawiał opryskliwie najserdeczniejszym zaproszeniom szlachty, zdobywając się zaledwie na lakoniczne „kiedy indziej”.

Jedynym przedmiotem, który ożywiał pergaminową twarz pułkownika, byli Prusacy. Każda najdrobniejsza o nich wiadomość wyprowadzała go z apatycznego odrętwienia, a w małych ciemnych oczach skry nieciła.

Żołnierzy swoich znał i przenikał na wskroś. Jeden rzut oka wystarczał mu do wykryeia najmniejszego uchybienia. Mundur nie oczyszczony, popręg nie dociągnięty, pas bez połysku, naderwany guzik nie uszedł nigdy jego uwagi.

Uśmiech nie istniał na twarzy Deschampsa. W chwilach dobrego humoru, a te rzadkim bywały zjawiskiem, krzaczaste, siwe brwi zsuwały się bliżej pod okrytym zmarszczkami czołem, powieki drgały mu z lekka, a z ust dobywało się krótkie, urywane parskanie.

Strzelcy każdy ruch, każde skinienie swego pułkownika rozumieli, a jego mała, skurczona twarz była dla nich wielką księgą, w której wypisane było usposobienie, zamiary, a niekiedy i rozkazy Deschampsa. A więc mówiono w szeregach między sobą:

- Jakże tam „Biały”?...

- Parska!...

- Patrzaj!... Kapral mówił, że mu szczęka lata!...

- Et! Chciał nastraszyć!

Albo znów strzelec, powróciwszy cały z ważną wiadomością od generała, chwalił się przed towarzyszem:

- Oddałem papiery i stoję wyciągnięty, czekając rozkazu. „Biały” rozerwał kopertę, rzucił okiem na pismo, spojrzał na mnie i parsknął, a potem rękę mi położył na ramieniu i psyknął.

- Psyknął, powiadasz!...

- Niech mnie pierwsza kula nie minie, jeżelim zełgał!...

- No, no!... Szewron pewny!...

Im dłużej Gotartowski przebywał z Deschampsem, tym on większy w nim podziw budził. Florian napatrzył się już rozmaitym oficerom legii, lecz takiego jeszcze nie oglądał. Na domiar adiutant Levitoux i porucznik Martin, wesoły a dowcipny Francuz, niestworzone rzeczy prawili Florianowi o „Białym”. Jako był zaczął od prostego żołnierza, a pierwszy stopień oficerski otrzymał wraz z pięciu ranami pod Arcole, jako ciało pułkownika jest tak gęsto podziurawione kulami, że kule przezeń niby przez rzeszoto przelatują, żadnej mu już krzywdy nie mogąc wyrządzić. Dalej, że tenże Deschamps był niegdyś znanym w całej armii włoskiej gadułą, ale od czasu powrotu z Egiptu zaniemówił prawie. Przezwisko „Biały” dostało mu się dlatego, iż jest on tylko białym, do starości bowiem jeszcze mu daleko.

Surowość i odwaga pułkownika były słynne w wojsku Napoleona, a zdolności wysoko cenione przez marszałków. Powierzano mu zazwyczaj najtrudniejsze do spełniania misje. Przednia straż była jego zwykłym udziałem. Deschamps potrafił dotrzeć bodaj do samego środka armii nieprzyjacielskiej, a co ważniejsza, wyjść z niego cało. Służba pod nim była niekiedy męczarnią, lecz dawała szerokie pole do odznaczeń, pułkownik bowiem dbał o swoich podwładnych i gdy szło o nagrody, gotów był zawsze wprost samego marszałka Davouta atakować. Marszałek zawsze czynił zadość przedstawieniom pułkownika, pokładając w nim ufność bezgraniczną. W korpusie Davouta, wyrażenie „pójść pod Deschampsa” - równoznaczyło bądź wyjątkowej odwadze szukającego kariery żołnierza, bądź karze dyscyplinarnej - o ile żołnierz szedł pod „Białego” z rozkazu.

Szwadron Deschampsa posuwał się szybko naprzód, śledził, badał, zaciągał języka, lecz do Prusaków dotrzeć nie mógł. Prusacy, o których mówili mieszkańcy wiosek, osad i miasteczek, jako o czymś, co było wczoraj jeszcze, przed godziną może, co jest tuż, zaraz, o staję drogi, rozpływali się przed podjazdem, niby sine mgły horyzontów. Niekiedy oddział napotykał w miasteczkach opustoszałe kordegardy pruskie, wyludnione koszary, opróżnione stajnie i nie uprzątnięte magazyny. Zdawało się, iż wojsko nieprzyjacielskie na chwilową ruszyło wycieczkę, bo i łóżka w izbach oficerskich znajdywano nie tknięte, i beczki z prochem, i ładunki, i siano w drabinach, i owies w żłobach.

Deschamps niecierpliwił się, szczęka dolna latała mu coraz gwałtowniej. Strzelcy drżeli.

Pułkownik czuł, że przed nim majaczy się nieprzyjaciel, że depcze jego ślady, że wyrywa mu się spod nóg prawie - a mimo to dosięgnąć go nie może.

Czasami wysłane naprzód rekonesanse, myszkując polami, wyciągały ze stogów maruderów pruskich lub, idąc za wskazówką kmieci, w opustoszałych komorach lub zapadłych na wpół sklepach znajdywali wylękłych piechurów. Jeńców prowadzono Deschampsowi, ten brał ich na spytki, groził śmiercią, batogów nie szczędził; wybladli, jak ich pomalowane harcapy, Prusacy powtarzali uporczywie: „Wojska ciągną, muszą być... tuż prawie!”

Po każdej takiej odpowiedzi, Deschamps nakazywał trąbić wsiadanego i pędził dalej na nieprzyjaciół, aby na pierwszym popasie znów tę samą usłyszeć wiadomość: „muszą być... tuż prawie!”

Oddział Deschampsa sunął wciąż ku południowi, mając rozkaz wyraźny dotrzeć do straży pruskich. Ba - kiedy straży tej znaleźć nie można było. Pułkownik ciągle był niby na tropie i ciągle, mimo wysiłków, nie mógł dosięgnąć nieprzyjaciela. Na tej pogoni gwałtownej zeszła mu droga aż do Krzepie. Deschamps wpadł w wściekłość, wszystkie rachuby, wszystkie wiadomości najwidoczniej go zawiodły - zbliżał się już, stał prawie nad samą granicą austriacką, a Prusaków nie było. Niemniej od Deschampsa był zirytowany kapitan Wosiński. Odbiegł go humor i dawna swoboda. Klął z cicha, zęby zaciskał, a nawet rozmowy z Florianem unikał. Co prawda i ten ostatni dziwnie sposępniał. Czy to powietrze wilgotne; przejmujące, dżdżyste, czy ponure, zachmurzone niebo, czy noce długie a ciemne, czy w końcu ta pogoń bezowocna, gorączkowa sprawiły - dość że cały szwadron stracił na fantazji. Tak że gdy mieszkańcy Krzepie zaprzysięgli się, że piechota pruska stoi o szesnaście wiorst pod Kłobuckiem, nikt na to uwagi nie zwrócił. Ot, co dzień inne wskazywano im wsie i miasteczka, co dzień strzelcy mieli nadzieję trafienia choć na placówkę pruską i co dzień spotykał ich zawód. Konie mordowały się, chudły, mimo obfitych racyj obroku, a żołnierz, kiwając się na siodle, biegł myślą ku rodzinnym stronom i wyrzekał na rozpoczynający się ziąb, na psią służbę, na bezowocny pościg.

 

W Kłobucku znów zwiastowano Deschampsowi nowinę, że oddział Prusaków broni Częstochowy. Deschamps ręką machnął. Szczęka drgać mu zaczęła. Jeszcze jedna bajka, jeszcze jedna fatamorgana, która póty łudzić go będzie, póki w Częstochowie nie zaczną się zaprzysięgać, iż Prusaków widziano o dwie mile na wschód lub na zachód. Szwadron wypoczął w Kłobucku i o zmierzchu ruszył dalej lekkim truchtem ku Częstochowie, Florian z Wosińskim jęli pełnić swą zwykłą służbę rekonesansową, wyprzedzając co chwila oddział i badając kmiotków. Ujechano tak milę blisko i, o dziwo, wieść o Prusakach nie słabła, lecz rosła w szczegóły.

Częstochowy bronił generał Miller z pięciuset piechoty i dwudziestu armatami, mając nadto około tysiąca zbiegów pruskich, zdolnych do niesienia pomocy.

Deschamps zamyślił się i niespodziewanie złożył radę, do której wezwał porucznika Martina, kapitana Douharai, adiutanta Levitoux i Floriana. Rada zebrała się konno przed frontem szwadronu. W kilku słowach uchwalono rozdzielić się na kompanie i podsunąć się do samej Częstochowy.

Wosiński, dowiedziawszy się o tym postanowieniu a urażony już, iż go w naradzie pominięto, wpadł w pasję.

- Tchórze, niedołęgi! - krzyknął w uniesieniu. - Ot i ruszyli konceptem!... - Bodaj ich i tych Francuzów!... Wielkie głowy!

- Co waćpan?... Dlaczego?!...

- Pytasz jeszcze. A przecież to chyba jasne!... Gnaj, pędź sześć dni blisko, morduj się, męcz, ciało sobie obtłukuj, byleś się Prusaków dopytał... a gdyś nareszcie poczuł pod nosem zapach świeżyzny, a prochu powąchać ci wolno, to się dziel, podłaź na palcach i zmiataj!...

- Jakże chcecie? - tłumaczył Gotartowski. - Toć przecież podjazd, straż przednia, wywiadowcza służba, sto pięćdziesiąt koni... a tam warownia, mury, wały, które szwedzkim zastępom stawiały czoło...

- To i co?! - oburknął się Wosiński, nie zbity z pantałyku.

- Waszmość pytasz się jeszcze!... Cóż my począć możemy wobec takiej przewagi? Oni mogą nie tylko bronić się, ale i nas zgnieść. Jakiż stąd dla armii pożytek!...

- Więc opanowanie Częstochowy za nic macie?

- Człowieku!... Nie unoszę się... wszakci to mury, armaty, wspomnij, powtarzam, na Szwedów... Bacz, jaka garstka jakim oparła się zastępom!

- Taak!... Lecz rachuj no wasze, że to nie rycerstwo, nie męstwo, nie determinacja i nie dzielność oręża sprawiła, tylko owo wdanie się naszej Bożej Rodzicielki!... A chyba nie takim jesteś heretykiem, abyś suponował, że nasza Panienka z Prusakami wdawać się będzie i luterskie ochraniać bezeceństwa!...

- Zgoda!... Czegóż waść żądasz?

- Czego żądam?!... Mięsa pruskiego, bitwy, walki!... Żołnierzem jestem, a nie psem gończym!... Waszmości może po myśli są te przeszpiegi!... Tfy... Do diaska!... Dać mi tu tych Francuzów... a psianoga!... Bodaj was!...

Wosiński urwał nagle, gdyż tuż przed nim stanął pułkownik.

- O co idzie? - zagadnął Gotartowskiego. Florian się zawahał, lecz Wosiński, odgadując pytanie, ozwał się żywo:

- A powiedzże mu!... Właśnie niech wie!...

- Kapitan Wosiński - objaśnił Gotartowski - proponuje zdobycie Częstochowy.

- Zdobycie? Oszalał - mruknął przez zęby Deschamps mierząc Wosińskiego wzrokiem. -Powiedz mu pan, że bez jego rady się obejdziemy.

A po chwili dodał, niby mówiąc do siebie:

- W sto pięćdziesiąt koni... myśleć o fortecy! Ładny oficer!...

Gotartowski chciał coś odpowiedzieć na usprawiedliwienie Wosińskiego, lecz biały pułkownik wzruszył pogardliwie ramionami i zawrócił na czoło szwadronu.

Wosiński wymiarkował odezwanie się Deschampsa i naraz w dawnym żołnierzu gwardii narodowej krew zawrzała.

- Mości Gotartowski, cóż bo sobie taki myśli!... Za hetkę mnie uważa!... Grymasy pokazuje!... Najmitą jestem, czy żakiem?...

- Cóż znowu! Waszeć się unosi niepotrzebnie!... Ot, plan mu się nie wydał i wszystko. I dziwić mu się nie należy, bo, jak waćpanu wiadomo, rekonesansowi nie wolno wdawać się w zdobywania, jeno wywiadowczą służbę...

- Gadaj wasze zdrów! - przerwał ostro Wosiński. - Nowicjuszem jestem, do pioruna?... Nie wąchałem to prochu, pierwszy raz w rekonesansie chodzę?... Powiedz raczej, że pietra ten biały królik ma pod skórą, a duszę na ramieniu! Hycać po polach, po drogach, węszyć... to jego rzemiosło!... En avant i en avant! Na przód! - krzyczy po całych dniach, myślałbyś, że gdy nieprzyjaciela dopadnie, to go zniesie, rozbije, że siądzie mu na karku, że aż w stepy przepędzi... a tymczasem, gdy się nareszcie Prusaków dopyta, radę ci zwołuje... Tfy... Masz ci służbę u Francuza!... Już od tego ich charkotania aż w uszach kręci!... Nie na tom się do Napoliona iść deklarował, aby plecy Prusakom oglądać, takiego niepolitycznego widoku spragnionym nie był!...

- No, no... Mości Wosiński - upominał Florian - cierpliwości trochę, skończy się to wkrótce!...

- Tak, tak, skończy! - pochwycił przedrzeźniając Wosiński. - Waszmość to ani odrobiny krwi w sobie nie masz. Aż mi dziw, boś przecie z legionami nie po mrozie chodził, lecz po ciepłych krajach!... Wszystko waszmość połkniesz. Et, bodaj mnie, że jak mi jeszcze dokuczy, to jadę... jadę, panie, gromadę zbieram i wam dopiero pokażę...

- Dlaboga, co waszmość zamyślasz?!... Toć z tego kompromitacja dla naszego generała, dla nas wszystkich... Generał nam zawierzył, tyle ważną zaszczycił misją...

- Piękna misja! Mam dwóch gończych: Słowika i Ciawkę, akurat byłyby w sam raz dla „mosje kolonela!” Już muszę się waszmości przyznać, że inaczej zgoła wyobrażałem sobie tego Napoliona... Idzie taka armia, to łomocze z góry, prze nieprzyjaciela... zagarnia... ale...

Gotartowski się uśmiechnął.

- Doczekasz się wasze i tego może widoku.

- Nie wiem!...Bo zapowiadam waszmości raz jeszcze,że mam dosyć i tej jazdy po polach bez celu, i tego munduru francuskiego, i kaszkietu... Nie po tom się do Bonapartego przedzierał, aby w jakimś numerze chodzić... i w takiej jeszcze trzynastce! Wasze śmiejesz się ze mnie!...

- Ani mi w głowie!... Jeno dziwno, że waćpan poczytujesz to sobie za despekt... Toć trzynasty pułk strzelców, do którego my należymy, to chluba armii francuskiej!...

- Niech sobie będzie chluba, a co do piątku i trzynastki, nigdy przekonania nie miałem! Feralny pułk, i basta!...

Wosiński chciał jeszcze dłużej biadać nad swoim losem, lecz dano sygnał do wymarszu.

Deschamps podzielił swój szwadron na cztery kompanie, Dowództwo pierwszej sam objął, a trzy pozostałe miały iść pod przewodem Floriana, Douharai i Levitoux. Wosiński miał towarzyszyć pułkownikowi, dwóm francuskim oficerom przydano na przewodników dwóch wyrostków, wyciągniętych ze wsi i wsadzonych na konie. Manewr polegał na tym, że kompanie miały się zbliżyć aż pod Grabówkę, o cztery wiorsty od Częstochowy, i stąd rozejść się, obchodząc z daleka placówki pruskie, i stosownie do poszczególnych dyspozycyj, na Stradom, Błeszno, Wrzosowe lub Wyczerpy, Siedlec, Matusze Wielkie i Turów, połączyć się znów w Olsztynie, gdzie, po zebraniu wiadomości, oddział będzie mógł ruszyć dalej. Kapitan

Wosiński, dowiedziawszy się, iż ma polecone iść w kompanii Deschampsa, nie mógł się pohamować i ozwał się do Floriana:

- Co?!... Ja mam iść z tym borsukiem?... No, niech sobie tę pociechę wyperswaduje, ani mi się śni!... Jadę sobie i...

- Monsieur le capitaine Woszynsky! - rozległ się równocześnie głos pułkownika na przedzie szwadronu.

Wosiński drgnął, przeniknięty wskroś ostrym, nie znoszącym oporu rozkazem Deschampsa, zaciął zęby i, spiąwszy konia, w długich susach wysunął się na front oddziału.

Noc zapadła ponura a ciemna. Szwadron posuwał się powoli naprzód drogą ku Grabówce, zachowując głęboką ciszę - ledwie miarowy łopot kopyt końskich lub niekiedy nieuchwytny brzęk pałasza, zawadzonego ostrogą, znaczył pochód strzelców. Ludzie i konie nagle jakby oniemieli. Ani parsknięcia, ani szeptu, ani chrząknięcia, ani westchnienia. Z karabinkami, podsypanymi świeżym prochem w pogotowiu, z krótko ujętymi cuglami w ręku, z zapartym oddechem a wytężonym wzrokiem w ponurą dal, ciągnęli niby mary, duchy jakieś. Czarne ich sylwetki zlewały się z czarną wstęgą drogi, ginęły na tle zbałwanionych, skłębionych chmur, zasnuwających niebo.

Szwadron zbliżał się tymczasem do Grabówki. Na skraju horyzontu migotały już z dala czerwone światełka z chat wieśniaczych, rozrzucone, migotliwe, niepewne. Deschamps skinął na Levitoux i Wosińskiego i rozkazał im z plutonem strzelców wysunąć się naprzód. Wosiński ze strzelcami pomknął drogą ku Grabówce wyciągniętym kłusem, kierując się wprost na najbliżej drgające światełko. Zaledwie jednak zdołał ujechać z oddziałem - tuż przed nim na szosie zarysowały się jakieś niewyraźne cienie, a równocześnie rozległ się chrapliwy głos:

- Wer da?! Kto tam?!...

Wosiński bez wahania dobył pałasza i, nie zwracając uwagi na jadącego przy nim oficera francuskiego, zakomenderował - en avant!! Pluton gruchnął z impetem na placówkę pruską. W tejże chwili prawie padł strzał... i młody Levitoux zsunął się z siodła. Wosiński tymczasem rzucił się na nieprzyjaciela. Już był pałasz wzniósł do góry, już był zamierzył się z zaciekłością i... ciął... lecz ostrze rozpruło tylko z gwizdem a sykiem powietrze. Placówka ściągnęła konie i rzuciła się do ucieczki. Wosiński ryknął z pasji i, już nie oglądając się na strzelców, pomknął za uciekającymi. Rozpoczęła się gonitwa zajadła, szalona. Trzej Prusacy, którzy zajmowali placówkę pod Grabówką, uciekali ile sił. Wosiński napierał konia coraz gwałtowniej; jakoż po kilku wysiłkach zdołał zbliżyć się do Prusaków na odległość strzału. Wówczas chwycił za pistolet i wypalił, mierząc w najbliżej galopującego konia. Koń Prusaka spiął się i stanął dęba. Siedzący na nim Prusak zsunął się zręcznie z siodła i rzucił się na przełaj przez pole, pozostawiając wijącego się w śmiertelnych podrygach konia. Wosiński bez wahania zawrócił za uciekającym pieszo. Pogoń trwała krótko. Koń Wosińskiego sadził przez zagony i rowy jak szalony, idąc za cieniem Prusaka. Wreszcie Wosiński sięgnął do olster po drugi pistolet, wołając ostro:

- Stój! Bo w łeb strzelę!

Prusak zatrzymał się, a raczej padł nagle na ziemię, odrzucając pałasz i bełkocząc niezrozumiale - pardon! Pardon! Litości!

Wosiński z pistoletem w pogotowiu podjechał i wciągnął nie broniącego się żołdaka przed siebie na siodło. Kapitanowi w tej chwili wrócił dawny humor i pogoda. Pistolet nabity w zanadrze munduru wsadził na wszelki wypadek i ruszył zwolna ku oddziałowi, ostrzegając jeńca:

- Tylko mi się sprawuj dobrze, bo kulą w łeb!

- At, co mi tam! - odparł rezolutnie jeniec. - Nigdzie mi nie pilno!...

- Cóżeś ty?! - jął pytać ciekawie Wosiński. - Po polsku mówisz?!

- Zaś mówię!

- Polak jesteś?

- Kto tam wi! Niby w dragonach jestem Prusak, a mają mnie niektórzy za Polaka, a naprawdę ze Świdnicy na Śląsku jestem!... Ślązak, panie!

- Ślązak, więc Polak!

- Niech będzie! Wola pańska!

- Hm! Głupi cham! - mruknął Wosiński, a po chwili dodał:

- Jakże ci na imię?

- W szwadronie wołają na mnie Johann, a w domu to... Antoni!...

- Cha, cha! A czemużeś to, nicponiu, tak uciekał?

- Myślałem, że Francuzi idą!

- A to dopiero ciemięga! Nie wieszże to jeszcze, że to Francuzi właśnie na to idą, aby Prusacy was nie mordowali, aby kiep taki mógł spokojnie w chałupie siedzieć?...

- Skąd mam wiedzieć? Mówili: Francuz pobił Prusaka, tedy musi być gorszy od niego!... A... a... wielmożny pan Francuz?!...

Wosiński aż się zachwiał na siodle z oburzenia, a potem dając folgę gniewowi, chwycił za kark Ślązaka i potrząsnął nim niby gruszą.

- Słuchaj, chamie - wrzasnął - i to sobie zakonotuj, że jak mi będziesz farmazona udawał a nacje mieszał, to cię tak trzasnę w gębę, że jej z miesiąc nie otworzysz! A to ci psiadusza!

- Wielmożny panie! - błagał żałośnie Ślązak wijąc się w żelaznym uścisku ręki Wosińskiego. - Powiadali w regimencie: Francuzi idą, tak i człekowi na myśl nie przyszło, że wielmożny pan także nasz pruski...

- Bodaj cię choroba! - zaklął Wosiński i puścił kark jeńca rozumiejąc, iż się z nim nie dogada.

Kapitan dowlókł się powoli do szwadronu, gdzie go mieli już za przepadłego lub zagarnionego przez pruską placówkę. Deschamps mruknął coś pod nosem na przywitanie Wosińskiemu i rozkazał Florianowi wybadać Ślązaka. Ten, wystraszony groźną miną białego pułkownika i marsowymi twarzami strzelców, plącząc się a mieszając, wyznał całą prawdę o sile, stojącej załogą w Częstochowie, czym potwierdził całkowicie zebrane już szczegóły. Deschamps stropił się nieco. Wszelkie wątpliwości, że znajduje się wobec przemagającej siły nieprzyjacielskiej, ustały. Najmniejsza nieostrożność mogła sprowadzić na szwadron - Prusaków. Już teraz nawet obawiać się tego można było, spędzona bowiem placówka wnet ich zaalarmuje. Ba, lecz przecież Deschamps miał sobie polecone obserwować ruchy całej armii nieprzyjacielskiej. Pozostawał mu więc teraz jedyny środek: obejść Częstochowę i posunąć się dalej na zwiady.

 

Pułkownik nie namyślał się długo. Wysłał natychmiast gońców z przewodnikami do generała Milhaud, rannego ciężko Levitoux pozostawił w chacie sołtysa w Grabówce, Wosińskiemu powierzając dowództwo plutonu i nakazując mu zająć obserwacyjne stanowisko w Grabówce. Zadaniem nadto Wosińskiego było odwrócić uwagę Prusaków i dopiero na drugi dzień podążyć przez Wrzosowe do Olsztyna. O ile by zaś tam Deschampsa nie znalazł, miał się cofać do korpusu Milhauda, który znajdować się będzie już w okolicach Krośniewic.

Wosiński z zadowoleniem przyjął dowództwo kompanii, chociaż go lęk zdjął równocześnie, w jaki sposób będzie mógł przewodniczyć oddziałowi Francuzów, nie znając ani komendy francuskiej, ani ich języka. Deschamps odgadł snadź skrupuły Wosińskiego, odezwał się do Floriana:

- Hm! Tylko on nie zna języka! Ciężka sprawa... Czy da sobie aby radę!...

Gotartowski przełożył Wosińskiemu słowa pułkownika. Wosińskiemu przyszło na myśl, iż

„Biały” gotów go jeszcze usunąć na plan drugi. Wyprężył się więc, a przyłożywszy rękę do

kaszkietu i skupiając całą swoją znajomość francuszczyzny, którą był w ciągu tej krótkiej ekspedycji zdobył - odparł zuchowato:

- Oui, oui! Monsieur colonel! Tak, tak! Panie pułkowniku! Wedle rozkazu... niech mnie diabli porwą, jeżeli sobie z tymi psiekrwiami szaserami rady nie dam!...

Deschamps parsknął z cicha i przywołał do siebie starego wachmistrza Flageoleta, polecając mu iść z Wosińskim i pilnie zważać na rozkazy kapitana... a w ostateczności samemu komendę prowadzić. Nadto miał dłuższą naradę z Florianem, po której ten ostatni odciągnął na stronę Wosińskiego i rzekł:

- Mości Wosiński! Otóż pułkownik kazał mi powiedzieć, iż ufa jego sprawności a doświadczeniu... Nadto w przypadku, gdyby przyjść mogło do potyczki, to zdaj się na wachmistrza!... On już przeprowadzi komendę. Pułkownik umyślnie przeznacza waćpana, ile że mogąc rozmówić się z chłopstwem a szlachtą, prędzej się zorientujesz w położeniu...

- No, no! Bądź wasze spokojny. W kaszy się zjeść nie dam! - odparł z przekonaniem Wosiński.

Rozległa się cicha komenda. Kompanie ustawiły się czwórkami i, idąc za przewodem Deschampsa, Douharai i Floriana, jęły odciągać w różne strony, znikając powoli w nocnej pomroce.

Wosiński sam został ze swoim plutonem na drodze, tuż pod Grabówką. Obejrzał się za siebie. Strzelcy stali w wyczekującej postawie. Kapitan stropił się w pierwszej chwili, lecz nie tracąc fantazji spiął konia, zatoczył szerokie koło dookoła oddziału, dobył pałasza i zakomenderował „naprzód”. Niby echo na prawej stronie pierwszej czwórki dobył się z ust starego wachmistrza niezrozumiały wyraz. I pluton ruszył drogą wprost do Grabówki.

Wosiński, mając rozkaz zajęcia stanowiska obserwacyjnego w Grabówce, przede wszystkim pomyślał o jakiejś uczciwej kwaterze. Dopadłszy więc pierwszej chaty, jął rozpytywać ludzi. Wskazano mu na skraju wsi, od strony Częstochowy, karczmę żydowską. Wosiński wprost do niej podążył. Nakazał na migi wachmistrzowi rozstawić widety, a sam buńczucznie, ze srogim animuszem wpadł do karczmy.

Mieszkańcy Grabówki tymczasem w niemym przerażeniu nadsłuchiwali w zapartych chatach a izbach, co się to we wsi ich dzieje. Już od tygodnia patrzyli osłupiali na przebiegające drogą w popłochu oddziały pruskie, na ciągnące sznury wozów i bryk. Płynąca fala żołdactwa co chwila zawadzała o ich chaty, wybierała im szkapiny, opróżniała spiżarnie, żądała postronków i uprzęży, spędzała ludzi do podnoszenia wywróconych wozów, a zawsze nagliła do pośpiechu. Nagle fala zaczęła rzednąć, już tylko niekiedy od Łebodna, Truskolasów czy Wilkowiecka szedł jak wicher oddział konnicy lub pędził wózek węgierski, mijał bez zatrzymania wieś i ginął na skręcie drogi, poza którą rysowała się we mgłach wysmukła wieżyca jasnogórskiego klasztoru. I potem ucichło wszystko na czas jakiś. Kmiotkowie głowili się, co by to wszystko znaczyć mogło. Szmul karczmarz zapewniał, że wojna znów się zaczyna, że Prusaków już pobili Francuzi i że do Grabówki idzie tu jeden wielki bardzo i straszny Napelion, ale temu mało kto dawał wiary. Zwłaszcza iż starzy gospodarze Grabówki, którzy jeszcze króla Sasa pamiętali, zapewniali gromadę, że Niemcy, jako rozmaite diabły luterskie na usługach mający, pobić by się nie dali. Jakby na potwierdzenie tych słów od Częstochowy nadciągnął pluton pruskiej kawalerii. Nadciągnął cicho, bez wrzawy a hałasu, i hen na szosie do Kłobucka się zatrzymał i jakby wrósł w ziemię. Zdziwiła się niepomału gromada tej nieruchliwości a milczeniu wrzaskliwych i hałasujących zwykle Prusaków, i jęli wypatrywać, co oni tam robią. Od świtu do późnej nocy kto śmielszy z wyrostków podkradał się do Prusaków, wlepiał w nich ciekawe oczy i wracał z nowiną do wsi.

- I cóż?! - rozlegały się pytania.

- Dyć stoją! - brzmiała odpowiedź.

Wszystko to razem nie zdawało się wróżyć nic dobrego. Więc ten i ów chudobę zbierał i krył, gdzie się dało, co jakąś mogło stanowić wartość dla żołnierza. Parobczaki jeno znaku czekali, aby umknąć w lasy przed zaciągami.

W chwili gdy Wosiński wpadł z wachmistrzem i kilku strzelcami do karczmy, świeciła ona pustkami. Za szynkwasem, w kącie, w oświetleniu zatkniętego w ścianie łuczywa siedziała stara Siapsiowa, skulona i drżąca.

Kapitan huknął ostro na Żydówkę, pytając o karczmarza. Siapsiowa skoczyła na równe nogi, lecz posłyszawszy dźwięk polskiej mowy, nabrała otuchy i, zniknąwszy w alkierzu na chwilę, powróciła popychając naprzód wpół zgiętego Szmula.

- Światła dać więcej!... Jadła naszykować... gorzałki... miodu!...

- Wielmożny panie... miodu?! - jęknął Żyd. - Gorzałki? Skąd wziąć? Biedny karczmarz jestem... co było, zabrali... zrabowali...

- Dosyć tego! - huknął Wosiński. - Ani mru... mru... Żartów nie ma!... Jak mi się w trzy pacierze nie uwiniesz, pójdziesz z dymem...

- Z dymem!,.. O wa! O wa! Wielmożny pan nie skrzywdzi biedne Żydki! - wmieszała się z krzykiem i płaczem Siapsiowa. - Wielmożny pan przebaczy! My sami może tydzień nie mamy co w gębę włożyć!... Każdy przyszedł, każdy zabrał!... Tylko te pięć dzieciów zostało i trochę chleba z cebulą!

Wosiński ręką machnął.

- Nie wyć mi! Słyszeliście? Drugi raz wam nie powtórzę! Jedno z dwojga, albo was każę upiec... albo - dodał łagodniej - zarobicie parę czerwonych złotych!... Patrzcie, tu jest złotko... a tu żagiew!...

Żydom na widok dukatów oczy się zaświeciły. Aż do kolan kapitanowi przypadli.

- Kikste! Popatrz! - wołała z uciechy Żydówka. - Widzisz! Ja od razu ci powiedziałam, jak tylko wielmożny pan wszedł, że wielmożny pan to jest taki wojewoda... taki...

- Dalej! Żywo! - fuknął Wosiński.

- Już wszystko będzie! Zaraz będzie! W tej chwili będzie!... Już jest!... Może wielmożna osoba rozkaże muszkatel zagotować? To je taki muszkatel, co w całej okolicy nie ma... Pan wojski z Klepaczka ile razy przyjedzie...

- Zamkniecie wy nareszcie gęby?...

- Już, już! Sza! Sza! Sza!...