Trylogia napoleońska: Huragan - Rok 1809 - Szwoleżerowie gwardiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV

Florian był w rozpaczy. Wyrzucał sobie lekkomyślność, z jaką zwierzył dziewczynie tajemnicę swego posłannictwa. Cóż powie teraz generałowi? Czym usprawiedliwi tę nierozwagę? Miał dotąd opinię nieposzlakowaną, ufano mu bezgranicznie... Tymczasem tu, wobec tak ważnej ekspedycji, dał się podejść dzierlatce... I co jej w głowie? Zgubić może i siebie, i księcia, i jego razem!

Gdy porucznik powrócił do mieszkania pani Dziewanowskiej z wyrazem bezsilnego rozdrażnienia na twarzy - pani Dziewanowska, a za nią Jan, jęli pytać o przyczynę alteracji Florian, nie widząc powodu ukrywania przed nimi całej sprawy, którą uważał za straconą, opowiedział urywanym głosem wszystko, jak było.

Pani Dziewanowska łzami się zalała.

- Co jej w głowie! O ja nieszczęśliwa! Jedną na świecie miałam! Prawda, zawsze to było zawadiackie, dufające sobie! Czym się jednak mogła spodziewać? W nocy, z pacholikiem... i dokąd jeszcze? Skąd jej przyszło? Skąd jej się to wzięło?!

Dziewanowski chciał pocieszać strapioną matkę, lecz ta smutnie potrząsnęła głową i rzekła:

- Daj spokój, stało się nieszczęście!... Może Matka Przenajświętsza mnie poratuje, sierotę taką opuszczoną! Kto wie? Zośka przytomna dziewka. Zjeść się w kaszy nie da. A co na koniu, to sprawna niby stary dragon.

Porucznik podczas tego ręce łamał a pięści zaciskał, czując się bezwładnym.

- Panie Florianie - ozwał się poważnie Dziewanowski. - Sam żołnierzem jestem i rozumiem dobrze waściną desperację... chociaż nie wiem, czyja troska większa: czy matki, która życie swej córki widzi na szwank narażonym, czy oficera, co tak niesfornego znalazł ordynansa! Tym się, mości poruczniku, pocieszaj, żeś trafił na lepszego zastępcę, niż ci się zdawać może - bo jeżeli ona nie trafi do księcia - to byś tam także nie dotarł! Dzielna to dziewczyna i rezolut nie lada!

Pani Dziewanowska jęknęła całą piersią i wyszła do drugiej komnatki w łzach a modlitwie szukać pociechy. Mężczyźni zostali sami. Jan Dziewanowski, po długiej pauzie, pierwszy przerwał milczenie:

- Panie Florianie! Otrząśnij się waść. Stało się.

- Jadę do Jabłonnej! - wyrzekł z mocą porucznik, wstając z miej sca.

Dziewanowski pokręcił głową z nieukontentowaniem.

- Co z tego? Jej nie pomożesz. Sam wpadniesz w ręce Prusaków, a jeżeli i dostaniesz się szczęśliwie, co mu powiesz? Panie Florianie! Rozkazów tajnych jam nieciekaw, lecz mnie w ciemię nie bito. Cesarz z armią się zbliża... Nie wiem ja, co tam książę myśli, lecz to, co waść wiesz, winieneś natychmiast generałowi Wojczyńskiemu przedstawić... U niego zbiera się co dzień wszystko, co w naszej Warszawie godności narodowej nie utraciło. Nie nalegam, lecz pomnij waść, że pewno wiesz o tym; nie o co innego tu idzie, jak o przysposobienie narodu do wielkich wydarzeń... Idziesz waćpan ze mną?! Porucznik się zawahał.

- Żołnierzem jestem. Mam obowiązek wypełniać rozkazy naczelników, a nie działać na własną rękę.

- Zgoda. Niemniej powinieneś ratować zagrożoną sprawę. Pora właśnie! Otrząśnij się, mości poruczniku. Mężczyzną jesteś. Ot - dziewki szkoda - zginąć marnie może. Hm! Zadałeś jej czegoś chyba, że na krok taki się ważyła!... Rusz się, wasze. Ja tu nakażę służebnej, niech stryjenkę na oku ma. Powrócim niebawem. Zresztą, trzeba zawczasu pomyśleć o innym dla waści i stryjenki schronieniu... bo niechby ona wpadła im w ręce, trafiliby po nitce do kłębka!... Czasu nie trzeba marnować i co żywo łatać, jak można.

Opierającego się jeszcze Floriana ujął Dziewanowski pod ramię i wyprowadził na ulicę, w drodze mu zalecając, aby o całej owej niefortunnej ekspedycji nie wspominał przed zgromadzeniem.

U generała Wojczyńskiego zastano izby dworku na Lesznie, w głębi ogrodu położonego, natłoczone. Dziewanowski z Florianem podszedł wprost do staruszka, gospodarza domu, i przedstawił mu porucznika. Wojczyński uradował się wielce, ramiona mu otworzył i uściskał serdecznie.

- Niebo cię nam zsyła, poruczniku! - zawołał z ukontentowaniem. - Toć my tu siedzim jak tabaka w rogu, nie wiedząc, w którą stronę pójść. Mości panowie! Porucznik legii włoskiej przybył do nas z Berlina! Imć pan Florian Gotartowski!...

Ruch powstał w izbach. Kto żyw śpieszył do Floriana rękę mu ścisnąć lub przyjrzeć mu się przynajmniej. Starszyzna atoli wzięła go między siebie i do zacisznego wprowadziła alkierzyka. Tu posypały się pytania bez końca. Panowie: Michał Kochanowski, Sobolewski, Gutakowski, książę Jabłonowski, pułkownik Siemianowski, Aleksander Potocki - rej tu wodzili, nad relacjami Floriana czyniąc uwagi.

Porucznik był oszołomiony. Całą siłę woli skupiał, byle wyjść cało z krzyżowego ognia zapytań. Wojczyński dopiero ulitował się nad nim.

- Dosyć, panowie - rzekł. - Wiadomości posiedliśmy, a teraz nie pora szczegółowymi opowieściami się bawić, tym bardziej że imć panu Gotartowskiemu należy się wypoczynek!... Jutro zapowiadam walne zebranie komisji i do rady imć porucznika zapraszam.

Florian odetchnął swobodniej i podążył wnet z Dziewanowskim na Podwale. Był zbity, wyczerpany drogą, zgnębiony wypadkami ostatniego dnia. Pani Dziewanowska nie spała, czekając powrotu niefortunnego gościa. Nie czyniąc wyrzutów, wskazała mu posłanie w komorze, a sama pogrążyła się w swojej trosce.

Porucznik jak stał, tak legł na posłaniu. Ciężkie myśli trawiły go długo i sen z ociężałych powiek spędzały. Młodość atoli zwyciężyła w końcu i porucznik zapadł w sen głęboki, niespokojny.

Słońce było wysoko, gdy Florian otworzył powieki. Oczy przetarł, myśli zebrał, mary okropne wspominając. Niestety, rzeczywistość przedstawiała mu się niemniej ponuro i smutnie. Podniósł się zwolna z posłania, spojrzał w małe okienko, na jasnym tle którego rysowała się w oddali wysmukła wieżyca kościoła farnego, i zadumał się.

Nagle, spoza nie dość szczelnych drzwi sąsiedniej izby doszedł go gwar przytłumionych głosów, wśród których najwyraźniej rozlegał się srebrny śmiech pułkownikówny. Porucznik drgnął i zaczął nadsłuchiwać. Najwyraźniej ona. Czyżby to snem było! Nie zwlekając, rzucił się do porządkowania odzieży. Jeden i drugi dzbanek wody chlusnął na głowę i nadsłuchiwał, azali ten głos nie był złudzeniem. W końcu poprawił wąsa, pogładził czuprynę i otworzył drzwi.

Cichy śmiech pułkownikówny powitał go w progu. Spojrzał przed się Florian i oniemiał. Przy stole stał smukły mężczyzna w obcisłym, półwojskowym stroju, bawiąc się niedbale srebrną szpicrutą. Rzucił okiem porucznik na twarz nieznajomego, twarz jasną, okoloną czarnym, bujnym zarostem, o wysokim czole, równym, klasycznie zarysowanym nosie, i zdało mu się, że śni.

Nieznajomy podniósł swe głębokie, ciemnoniebieskie oczy na Floriana i ozwał się uprzejmie:

- Witam waćpana, mości poruczniku!

- Mości książę! - bąknął pomieszany porucznik.

- Takiegoś do mnie ordynansa wyprawił, że, jak widzisz, stawiłem się natychmiast! No, no! Winszuję waszmości, już to nie lada w pannie pułkownikównie masz rzecznika a obrońcę!...

Porucznik jął się sumitować. Książę przerwał mu dobrotliwie:

- Mości Gotartowski! Wiem o waści, a to, co mi generał wspomina o nim, sam bym dla siebie za chlubę uważał. Wieczorem proszę do mnie na pokoje! Pani pułkownikowej raz jeszcze gratuluję córki, a jeżeli okazja się zdarzy, w drużby się zapraszam.

To mówiąc, książę uścisnął rękę pani Dziewanowskiej i wyszedł.

Porucznik nie posiadał się z ukontentowania. Na tę scenę wszedł Jan Dziewanowski. Radość była wielka. Zośka musiała opowiadać szczegóły nocnej wyprawy. Jak na rogatce na wieść, że do Jabłonnej jedzie, żegnano ją drwinami a uśmiechami, jak pod Żeraniem zdało się jej, że ktoś za krzakiem się czai, jak wreszcie po nocy dopadła pałacu, do którego jej wpuścić nie chcieli, i jak ją z należnymi względami przyjął książę...

- A o jakim to pokojowcu wspomniał książę? - wtrąciła pani Dziewanowska znienacka.

Pułkownikówna zawahała się, pobladła, w końcu odrzekła śmiało:

- Wytrzymać nie mogłam!... Wprowadzili mnie do przedsionka. Tłumaczę się, że przyjeżdżam z ważnym posłaniem z Warszawy... Pachołków było kilku. Ja mówię, oni trącają się i w śmiech!... Ręka mi zadrżała i, niewiele myśląc, bęc w papę najbliższego! Na to wybiegł książę...

- Palnęłaś go?

- Palnęłam, mateńko!

- To się mój nieboszczyk Michał aż chyba w grobie obrócił ze śmiechu!

- Krew, krew, pani dobrodziejko! - powtarzał porucznik z ukontentowaniem.

- A waści gniadosz tęgo niesie! - zauważyła Zośka.

- Zna służbę! Niechby skrewił, zatłukłbym go pewnie. Prusak jeno, szelma... huzarski! W drodze od Rawy dwóch takich mi omdlało i trzeci bułanek matczyny.

- Co tam konie! - przerwał raźno Dziewanowski. - Trzeba się stąd czym prędzej wynosić!... Całe miasto już mówi o waćpana przyjeździe! Ani chybi, będą myszkowali. Generał do mnie przysyłał, ofiarując mu u siebie gościnę. Pani stryjenka zaś może na moją kwaterę pozwoli... uboga, jak u kawalera samotnika takiego.

Zasmucił się porucznik, niesporo mu było się wynosić. Nadąsała się Zośka, zafrasowała pani Dziewanowska. Jan nalegał - trzeba było ustąpić.

Tegoż dnia wieczorem Florian udał się do księcia Józefa Poniatowskiego. Książę przyjął go w pięknym gabinecie, zdobnym w alegoryczne freski, a zastawionym mnóstwem kosztownych cacek. Był zamyślony i posępny. Skinął przyjaźnie porucznikowi i o szczegóły, odnoszące się do armii Napoleona, ostatnich wypadków z włoskiej kampanii, wypytywał... Od czasu do czasu przerywał Florianowi tok opowiadania i gorączkowo mierzył wielkimi krokami gabinet. Porucznik skończył mówić. Książę zamyślił się, a po długim milczeniu zaczął nerwowo:

 

- A nie myli się twój generał?... Wiem, Dąbrowski to wielki żołnierz i wódz, cenię go więcej, niż mu się zdaje... pomimo że mi był niechętnym!... Dobry patriota i obywatel kraju, lecz czy politycznych wybiegów nie za dobrą poczytuje monetę! Sława Napoleona go olśniła, ja się jej obawiam. Wahałbym się na niej przyszłość moją opierać, a cóż dopiero losy całego kraju składać!... Zapał go unosi!... Tyle krwi przelanej hen na polach Marengo... co, Marengo jedno? Cała Italia nasiąkła krwią legionów i Egipt, i San Domingo!... Nie! Nie ufam ja temu

nowemu słońcu... Napoleon jest wielkim politykiem, a myśmy nigdy politykami nie byli... Idzie tu do nas, bo go losy wojny do tego zmuszają... lecz przy zawarciu traktatu wymieni nas za uchwalenie jednego upokorzenia więcej dla nienawistnej mu Anglii! Czyż nie tak?

Florian, zachęcony rzuconym pytaniem, a poruszony tak ostrym sądem o ubóstwianym przez niego Napoleonie, wybuchnął nagle:

- Wasza książęca mość! Jam nie statysta, nie mąż, który od lat młodzieńczych przywykł losy narodów ważyć a rozpatrywać. Mówię, co na sercu, z czym lat tyle tułałem się po krajach...

- Zgoda na to - podchwycił żywo książę. - Lecz miejmyż odeń zapewnienie, poręczenie!... Żąda od nas wojska, krwi naszej, niechże się dowiemy za co? Waszmości wyda się takie żądanie frymarkiem! Niestety, na frymarku takim cała mądrość polityczna polega. Dąbrowski ani Wybicki nie rozumieją, że nie my Napoleona, lecz on nas w tej chwili najmocniej potrzebuje... i miast stawiać żądania, proszą, miast dyktować punkty ugody, traktatu, kontentują się krzywdzącymi naszą godność frazesami dumnego zdobywcy!... Nie, poruczniku, ja do tej sprawy przyłożyć ręki nie mogę. Za złe ci nie biorę zapału, z jakim byś chciał Bonapartego bronić. Widzisz w nim wodza prowadzącego armię do zwycięstwa i sławy, a sam żołnierzem jesteś! I ja mam dlań wyrazy uwielbienia, jeno gdy o naszej doli myśleć przestaję... Zresztą - dodał ze smutkiem - bądź waszmość spokojny... książę Józef Poniatowski nie stanowi narodu. Daj mi pismo Napoleona, jasno wyrażające, czego żąda i co dla nas uczynić się zobowiązuje, a gotowym dziś na skraj świata iść za nim!... A choćby nie dopełnił przyrzeczeń, choćby bolesne z tego wynikły dla nas termina... nikt na nas kamieniem nie rzuci!... Ale... co wam po Poniatowskim?

- Krew nasza, królewska! Chluba rycerstwa! - odparł z zapałem Florian.

Poniatowski uśmiechnął się dobrotliwie i rękę położył na ramieniu porucznika.

- Dziękuję waszmości! Teraz sobie dopiero go przypominam! Byłeś pod Marymontem... Jeno nie wszyscy tak myślą! Znać, żeś prosto z legii przybył... Zapytaj się o mnie tu, na miejscu, w Warszawie. Za sługę pruskiego mnie mają, o konszachty z Austriakiem posądzają... stronią od tej mojej Blachy!

Książę uśmiechnął się gorzko.

- Wam, żołnierzom, pilno do rangi i zaszczytów... a przecież są inni, którym bezczyność... więcej zdrowia odejmuje niż wam niewywczasy wojenne a kule nieprzyjacielskie!... Długo by o tym można mówić. Wiesz teraz, słyszałeś, oto mój respons. Później... kto wie, jak się wypadki ułożą, teraz jednak ani myśli, niech generał czyni beze mnie. W końcu, mogę się mylić... Więc słuchaj, mości poruczniku, listy generała weź z powrotem, przedstaw je marszałkowi Małachowskiemu, nie tając mej odpowiedzi. Niech je i oni rozważą. Rada u pana Wojczyńskiego może co innego postanowi...

- Mam właśnie kwaterę u generała! - wtrącił porucznik.

- A... tak! Już cię znaleźli! Hm, zacne grono, mężowie zasłużeni. Spieszże, mości poruczniku, czasu nie trać. Miło mi było poznać waszmości! Racz generałowi Dąbrowskiemu pozdrowienie moje wyrazić.

Gdy porucznik zjawił się w kilka chwil później u generała Wojczyńskiego, zastał był już walne zebranie komisji rozpoczęte. Radzono właśnie nad wysłaniem imieniem Warszawy poselstwa do Napoleona, żeby swego zwycięskiego pochodu nie wstrzymywał, lecz szedł dalej podać rękę wiernemu a uciśnionemu narodowi, który na pierwszą wieść o jego zbliżaniu się wita go całym sercem, jako swego zbawcę i oswobodziciela.

Wejście porucznika wywołało małe zamieszanie - ten i ów spieszył uścisnąć rękę Gotartowskiego. Wszyscy nań spoglądali jako na żołnierza tej wielkiej a zwycięskiej armii. Gdy się uciszyło, Florian wręczył Stanisławowi Małachowskiemu oddane mu przez księcia listy generała Dąbrowskiego.

Marszałek zaczął je czytać na głos. Cisza zalegała izby dworku.

Dąbrowski przedstawiał księciu, jako cesarz, po długich z nim a posłem Józefem Wybickim debatach, raczył się nakłonić do wkroczenia w granice Polski w trzykroć sto tysięcy wojska. Że zamiarem niewątpliwym jest Napoleona, aby kraj ten wskrzesić i do dawnej świetności powołać, że urzeczywistnienie tego zamiaru spoczywa całkowicie w ręku Polaków, o których wierności a oddaniu chce się cesarz naocznie przekonać, że Wybickiemu oświadczył wręcz, że jeżeli zobaczy, iż Polacy godni są być narodem, będą nim. W końcu Dąbrowski zachęcał do jak najszybszej agitacji i rozpoczęcia przygotowań do zbrojnego powstania. „Niech zobaczy cesarz - pisał Dąbrowski - powstające pułki a dywizje, niechaj ofiarność obywateli w tej stanowczej chwili nie uchyla się przed niczym. Szlachta, mieszczaństwo, lud niechaj stają w szeregach lub niech się sposobią. Lada dzień ruszamy do Poznania. Każda zwłoka, każda minuta w kunktatorstwie strawiona może srogą krzywdę wyrządzić całej ojczyźnie”.

Małachowski skończył czytać. Przez chwilę panowało uroczyste milczenie, aż naraz z piersi kilkudziesięciu zebranych dobył się jeden wielki okrzyk:

- Niech żyje cesarz! Wiwat konfederacja! Mości panowie, do broni!!!

Ściskano się za ręce. Padano sobie w objęcia. Florian był przedmiotem ogólnych owacyj. Starszyzna tymczasem podawała sobie listy generała Dąbrowskiego, zastanawiając się nad każdym słowem a rozbierając je. Zaczęto się skupiać w gromadki a perorować zapalczywie. Tumult się wzmagał coraz większy. Naraz Małachowski głos podniósł. Powaga starego marszałka sejmu wnet górę wzięła.

- Mości panowie! - rzekł. - Chwila urzeczywistnienia najdroższych nam nadziei a od dawna pieszczonych postanowień się zbliża. Pismo generała Dąbrowskiego jest może ziszczeniem tego, co wczoraj jeszcze snem nam się wydało. Nie pora na próżne rozprawy! Do dzieła, mości panowie! Niech on, wielki mocarz, zastanie nas przygotowanych... do pójścia za jego przewodem!... Baczność jeno zalecam. Nie zapominajmy o sługach króla Fryderyka... Ergo - zatem, mości panowie, poczynajmy sobie rozważnie, abyśmy zbytkiem zapału tak ważnej nie zepsowali sprawy! Proponuję upoważnić starszyznę do przedsięwzięcia rady nieustającej, przed uchwałami której uchylam głowę. Każdy z nas tutaj wielką ufność pokłada w osobie generała a gospodarza naszego, co dla dobra publicznego ważyć swej głowy i mienia całego się nie zawahał. Niechże on tedy do siebie przybierze tych, których obecność w radzie za potrzebną uważać będzie! Zgoda, mości panowie?!

- Zgoda! Zgoda! - wykrzyknięto dookoła.

Za czym generał Wojczyński wystąpił i, wodząc okiem po zebranych, nazwiska co przedniejszych wymieniał, do ubocznej zapraszając izby.

Kiedy starszyzna ustąpiła - gwar znów powstał w izbach a hałas. Brat generała, pan Ignacy, uwijał się jak mógł i spokojność zalecał; nie na wiele się to zdało. Młodzież szczególniej ochoty wstrzymać nie mogła, a Gotartowskiego zwartym osaczyła kołem, każde jego słowo chciwie chwytając. Nadto Florian spotkał tu był dwóch Jordanów, co mu dalekimi krewnymi byli, i braci Marskich, kolegów z konwiktu pijarów w Piotrkowie, z tego z dawna słynących, że bliźniętami będąc, tak nadzwyczajnie do siebie podobnymi byli, że rodzona matka rozróżnić ich nie mogła. Przy tym Jan Dziewanowski, który wśród młodzi rej wodził, zapoznał Gotartowskiego z kapitanem Wosińskim, Józefem Stadnickim, Sewerynem Fredrą, Wincentym Toedwenem, Jędrzejem Niegolewskim i Piotrem Wasilewskim.

Pan Ignacy Wojczyński tymczasem, widząc wzrastającą ochotę, cichaczem od strony Leszna rozstawił pachołków, aby dali baczenie na nieproszonych gości, a sam z pacholikiem do piwniczki zeszedł i baryłkę miodu wytoczył. A potem, cicho krążąc między zebranymi, miód w szklanice rozlewał, szepcząc co chwila:

- Już to mnie bura od pana brata nie minie, lecz przecież zdrowie wielkiego Napoliona wznieść się godzi!...

Słowa staruszka przyjęto z ukontentowaniem, przepijając po cichu, aby odbywającej się obok radzie dystrakcji nie czynić.

Między młodzieżą wszczął się był żwawy spór o Poniatowskiego. Opowieść Floriana o pochodzeniu listów generała Dąbrowskiego sprawiła silne wrażenie. Większość, przyjazna księciu Józefowi, objawiła wielkie zdziwienie, reszta dosyć ostro występowała przeciwko Poniatowskiemu. Zwłaszcza Hermelaus Jordan gromił zawzięcie księcia.

- Florek - mówił gromko, podnosząc wielkie swe pięści w górę. - I tyżeś to strzymał wszystko a wysłuchał? Paniątko takie, od morza do morza. Jemu Napoliona sądzić!...

- Daj pokój! - mitygował Dziewanowski. - Dla słabostki gotów jesteś odsądzić go od wszystkiego!...

- Tak, tak! Żołnierz to nie lada! - potwierdzili inni. Starszy Jordan, któremu szklanica miodu zaszumiała w głowie, upierał się przy swoim.

- Janie, od morza do morza! Więc on, luminarz taki, dzisiaj, kiedy armia idzie i od morza do morza!... Nie!... Sfrancuziały paniczyk, królewiątko rozkapryszone... jąć powiadam, od morza do morza, i koniec!...

- Nie tak gorąco! Nie tak gorąco! - ozwał się surowo Seweryn Fredr. - Czołem przed rzetelną zasługą! Gdyby kraj ten miał więcej takich oficerów, nie potrzebowalibyśmy oglądać waścinego animuszu!

- Ani luterskich wysłuchiwać kazań! - odciął się Jordan.

Fredro porwał się z miejsca.

Kapitan skoczył uspokoić zwaśnionych.

Fredro domagał się zadośćuczynienia. Dziewanowski przekładał zgodę. Pośród zgiełku a hałasu wskoczył na stół tymczasem jowialista wielki a oficer szanowany, imć pan Wosiński, i zakrzyknął znienacka:

- Głupstwo, panowie szlachta!

A gdy zebrani, zaskoczeni tym zawołaniem, uciszyli się nieco, zwłaszcza że od Wosińskiego zwykli byli się nie lada konceptu spodziewać, kapitan zaczął powoli:

- Horret animus, mości panowie, że kiedy jeszcze na odwachu Prusak sobie chodząc einzweidreiduje, a imć Kohler tabakę najspokojniej pociąga, kiedy armia francuska ledwie w berlinkach rozsmakowała, my tu poczynamy sobie de noviter czteroletnie obrady, huczno, buńczuczne, a jak z groźnie zmarszczonych brwi pana Seweryna imci wróżyć się ośmielę, z niemałą ku wszelakiej strzelaninie a okaleczeniu sympatią! Starszyzna radzi, a młodzi w zwadzie szukają dla swej ochoty dywersji. Pierwsze mi nie po myśli, drugie nie po sercu. Co panowie rada postanowią - ich rzecz. Mnie ostał stary obyczaj, że gdy gość w dom nadchodzi, ojcowie spotykają go na progu, a młódź to i przede opłotki naprzeciw wybieży. Tandem - moćpanowie... miast językami świat krajać, oblicza sobie wzajem szczerbić, a kto większy patriota, sobie przymawiać... ruszajmy w drogę! Bez zwłoki, natychmiast, dziś jeszcze do wielkiej armii! Do Francuzów!!...

- Wiwat Wosiński! Do wielkiej armii!!! Do Francuzów!... - odpowiedziano chórem.

Wosiński odsapnął nieco i tak rzecz swoją zakończył:

- Moćpanowie! Zbierać się, jak kto może! W pojedynkę, dwójkami, trójkami, już z pół tuzina unikać, aby z dala zminąć dwunastkę z Judaszem... Żadnych oficerów, żadnych naczelników, pieszo, konno, kołowo, z gwintówką czy szerpentyną, karabinkiem czy krócicą, aby naprzód, aby spotkać! Uchodzić nie hurmem, nie w jednej godzinie, bo snadnie mogliby nam Prusacy uroczyste pożegnanie wyprawić, który to objaw amicycji nie każdemu byłby na rękę... Ja dziś ruszam, a gdzie?... Pod Berlin!...

- I ja! I ja! - ozwały się zewsząd głosy.

Słowa kapitana Wosińskiego padły niby iskra na mocno nasiarkowane lonty. Głowy młodzieży rozgorzały, zapaliły się serca. Co chwila ochotnika przybywało. Pan Ignacy Wojczyński aż ręce łamał na widok, co się dzieje, chciał tłumaczyć, przekładać, aby bez starszyzny na nic się nie ważono. Nie słuchano go nawet.

Zdesperowany poszedł dać znać bratu, co się dzieje. Rada ruszyła do izb. Giełgud jął perswadować, że jeno w karności a jednolitości cała przyszłość, Gutakowski do zaufania w postanowienia starszych skłaniał. Aliści, w gronie samej rady powstało wnet rozdwojenie. Oto ksiądz Woronicz ujął się za młodzieżą.

- Niech idą! - mówił.

Próbowano radzić jeszcze, lecz gdy w końcu Małachowski życzliwym się okazał zamiarom Wosińskiego, nie odwodzono więcej, zalecając jeno ostrożność wielką a rozwagę w przedsięwzięciu.

 

Starszyzna znów ustąpiła do izby narad. Generał Wojczyński pogroził jeno bratu Ignacemu za... miód, a Floriana na bok odciągnął.

- A waszmość, poruczniku? - zagadnął żywo. - Zostaniesz z nami?!... Czy...

- Wracać muszę, generale, sprawę zdać...

- Spodziewałem się takiej odpowiedzi... Jedź! Pisma wnet ci wystosujem! Ostrowski stary niechętny wielce wszystkiemu, ale mniejsza. Wspominać nie ma co, sam zmieni zdanie. Resztę widziałeś...

Gotartowski zwierzył się Dziewanowskiemu z czekającej go podróży. Pan Jan, któremu także uśmiechała się wycieczka naprzeciw Francuzów, ofiarował się mu towarzyszyć. Florian ucieszył się serdecznie z niespodziewanego kompana. Na to zbliżyli się Jordanowie, a i kapitan Wosiński, którzy, dowiedziawszy się, że porucznik rusza zaraz w drogę, oświadczyli się iść z nim także.

Zaczęto wnet układać plan wyprawy. Ciekawi skupili się dokoła, ten i ów napraszał się iść razem, osobliwie młody a wątły Stanisław Gorajski spokoju im nie dawał. Wosiński atoli oparł się temu stanowczo.

- Czterech już nadto! Zastanówcie się! Chcecie, by was pierwszy lepszy patrol na bigos posiekał. Ruszajcie swoim dworem, a my swoim!

Za czym uradzono, że o północy stawią się wszyscy u generała i stąd ruszą bocznymi ulicami ku Raszynowi pieszo, a dalej przedzierać się będą, jak się uda... Każdy miał w broń się zaopatrzyć co poręczniejszą, bez karabinów i widoczniejszych mantelzaków, aby wyglądu zbrojnego nie przybierać. Teraz zaś każdy miał co duchu śpieszyć i do drogi się gotować.

Florian odciągał Dziewanowskiego na stronę. Projekt wyprawy pieszo nie wydawał mu się szczęśliwym. Czasu zmitręży wiele. A tu pacholik konie musiał już pewno z Jabłonnej przyprowadzić. Dziewanowski więc mógłby jechać z nim - stajenny zaś wróciłby do Gotartowic. Pan Jan jął odwodzić Floriana od tego zamiaru. Konno wyjeżdżać z Warszawy, to znaczyło prawie kłaść dobrowolnie głowę pod miecz. W rezultacie nie ma mowy, aby piechotą wędrować pod Berlin. W drodze sposób się znajdzie.

Gotartowski ustąpił i jeno z pożegnaniem do pani Dziewanowskiej iść się napierał. A ponieważ pan Jan i tak musiał do swoich izdebek wstąpić, przeto poszli razem.

Na pierwsze słowa Floriana o czekającej go znów podróży pani Dziewanowska aż ręce załamała.

- Co waszeci w głowie! Chyba licho cię jakieś napadło. Ledwie pół dnia minęło... znów w inną stronę świata! Et! Aż mnie złość ogarnia. Wczoraj spadł jak z nieba, narobił zamieszania, aż człek musiał z rupieciami wszystkimi się przenosić... i masz ci teraz nowinę!

- Pani pułkownikowo dobrodziejko - odrzekł smutnie porucznik. - Bogiem się świadczę, że z wami wolałbym zostać... a sercem pewnie że zostanę...

- Farmazońskie wykręty! Już to waćpan słowem zawrócić z miejsca potrafisz, nie darmoś pół świata schodził...

- Pani stryjenko - wmieszał się pan Jan - nie winujcie. Służba go do nas przyprowadziła, służba zabiera... Co więcej, i ja z imć panem Florianem muszę.

- Janek? Ty?! A ty gdzieżeś znów potrzebny?!...

- Do Francuzów, pani stryjenko.

Tu Dziewanowski jął tłumaczyć wszystko pułkownikowej, zapewniając uroczyście, że tylko patrzeć, jak z Napoleonem powróci.

Pani Dziewanowskiej łzy się zakręciły w oczach.

- Oj! Wrócisz ty, niebożę! Znam ja te wasze żołnierskie „wrócę”... Długo było cicho a spokojnie. Znów zawierucha... a bodaj ich tam i tego Napoliona!... Już nikogo teraz na świecie nie będziemy miały! Zośka?! Słyszysz? Nikogo!

Zośka nic nie odpowiedziała. Oczy spuściła, zęby zacisnęła kurczowo, a wargi jeno jej drżały. Dziewanowski zaczął uspokajać pułkownikową. Florian zbliżył się tymczasem do Zośki i zagadnął z cicha:

- I za co waćpanna gniewasz się a boczysz na mnie? Cóżem zawinił, że już i wejrzenia poczciwego zdajesz się mi skąpić? Z ócz pułkownikówny wytrysły ognie.

- A cóż waćpana to może obchodzić?... Przyjechałeś... odjeżdżasz!... I dobrze! Czy to waszeci kto tu... wiąże?!

- Prawda! - odrzekł drżącym głosem porucznik. - Ową podróż waćpanny do Jabłonnej nie samej tylko fantazji śmiałem przypisywać... A na ciężką drogę choć dobre słowo... spodziewałem się otrzymać...

- Dobre słowo! Dobre słowo! - odparła z przekąsem Zośka targając rąbek fartuszka. -Pewnie że to waszmości wystarczy!...

Florian pokraśniał i do ręki pani Dziewanowskiej przypadł.

- Pani pułkownikowo dobrodziejko! Córki mi waszej nie odmawiajcie!... Wieki bym się stąd nie ruszył... obowiązek niewoli. Da Bóg, powrócę wkrótce, a już was nie opuszczę. Synem waszym pragnę...

Pani Dziewanowska potrząsnęła smutnie głową.

- Mój chłopcze! Dobrze ci z oczu patrzy, ale w taki czas niespokojny, kto wie, co się stać może!

- Skądże bo panią stryjenkę ogarniają takie smutne medytacje! - wtrącił pan Jan. - Toż nie rok i nie dwa!... Miesiąc nie minie, a porucznik stawi się, jako należy, w pełnym mundurze.

- Nie! Nie! - upierała się pułkownikowa. - Żadnych przyrzeczeń, żadnych przysiąg! Zośka, słyszysz! Ani jam waćpanu krzywa, ani zamysłów żadnych nie mam. Kto wie, co się stać może? Tak, tak! Od tego już nie odstąpię ani kroku. Jedź waćpan z Bogiem... wracaj rychło... a jak wrócisz, to i rzecz się ułoży.

Porucznik chciał dziękować. Pani Dziewanowska nie dała mu przyjść do słowa.

- Nie ma czego ani za co! Żadnych obietnic! A teraz proszę waszmości, byś wolę krewnej szanował. Dosyć tego! Macie jechać, niechże wam posiłek zgotuję jaki. Trudno to będzie, bo w tym kramie i nieładzie nie wiadomo, gdzie czego szukać. Ale na głodnego puścić was nie mogę.

Pułkownikowa zakrzątnęła się żywo. Dziewanowski opatrywał broń a sposobił sobie zawiniątko. Florian, ścigany co chwila bacznym okiem pani Dziewanowskiej, bał się słowa przemówić do Zośki, która siedziała chmurna i nadąsana.

Przy kolacji rozmowa się nie wiązała. Pan Jan był czegoś zamyślony, pułkownikowa jakby łzy połykała. Florian siedział zapatrzony w postać Zośki. Ta ostatnia milczała zawzięcie.

Pan Jan pierwszy ruszył z miejsca i do odejścia się zbierał. Pułkownikowa żegnała się z nim po kilkakroć a serdecznie. Zośka rzuciła mu się na szyję i szeptała coś długo do ucha. Florian pamięci pani Dziewanowskiej polecił swego pacholika, ucałował jej ręce, chciał następnie schylić się do ręki Zośki, lecz ta w tył odskoczyła i pożegnała go ledwie spojrzeniem.

Porucznikowi ścisnęło się serce: nie takiego się spodziewał rozstania. Chciał coś rzec jeszcze, lecz pan Jan pociągnął go za sobą... i wyszli, przeprowadzeni do sieni przez pułkownikową.

U generała Wojczyńskiego w izbach zastano tylko dwóch Jordanów i pana Ignacego Wojczyńskiego. Zebranie już się było rozeszło. Rada tylko nieustająca pracowała jeszcze. Wkrótce wyszedł generał i ucieszył się wielce z wiadomości, że Florian znalazł towarzyszów.

- Teraz - mówił - pewny jestem, że mi nie przepadniesz, bo jeżeli Dziewanowski cię nie wesprze, to Wosiński sianem wykręci. Masz tu, poruczniku, listy dla generała... a tu weź zasiłek, który w drodze przydać ci się może.

Florian wymawiał się od przyjęcia, tłumacząc się, że od matki dostał fundusik. Pan Wojczyński zgromił go:

- Ot mi racja dopiero! Małoś się to, poruczniku, nadreptał po Włoszech bez butów? Ani to żadna darowizna, ani ofiara. Pięćdziesiąt czerwonych złotych wydzieliła ci rada na ekspensa - wydatki. Bierz, nic nie pytaj, bo każdy grosz ci się przyda, znam ja to wasze oficerstwo włoskie! Blizn na ciele jak dziur w rzeszocie, ordery, krzyże, sława, rozkazy dzienne; a w kieszeni tynf złamany tygodniami nie postoi. Ale i na was czas przyjdzie, że nagrodę należną odbierzecie!