Trylogia napoleońska: Huragan - Rok 1809 - Szwoleżerowie gwardiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Grenadier zmierzył wzrokiem tamę, a przekonawszy się, iż ta zbita masa ludzi, koni, drzewa i żelaza milczy obumarła, zwrócił się ku brzegowi, kędy porzucony wózek z prochami i kulami zarył się w błotnistym gruncie.

Grenadier podniósł wieko, sprawdził zawartość wózka i uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem. Za czym przykucnął między jego kołami, odpiął pałasz, zaparł o kolano, złamał go i odrzucił precz od siebie. Zdjął potem mundur i ze złością jakąś pozrywał zeń kolorowe naszycia, nie darował ani tróigraniastemu kapeluszowi z kokardą, ani harcapowi.

Gdy zniszczył w ten sposób wszystkie ozdoby a oznaki swego pruskiego uniformu, dobył noża i jął poły munduru ciąć na długie pasy, a potem pasy te skręcać i łączyć ze sobą. Kiedy ten zaimprowizowany sznur był gotów, grenadier podsunął się do kół wózka i z piast jego zaczął dobywać resztek smoły a sznur nią smarować. Po ukończeniu tej roboty skrzesał ognia.

Sznur zatlił się żywo. Grenadier zgasił go pośpiesznie.

Raz jeszcze sprawdził, czy wszędzie jest równomiernie smołą namaszczony, a potem podniósł wieko wózka, podparł je strzaskaną kolbą karabina i jeden koniec sznura zapuścił w głąb, w przegrody wypełnione kulami i wpół uchylone blachy z prochem, drugi zwiesił pionowo między kołami wózka.

Ukończywszy te przygotowania, usłał sobie pod wózkiem z odzienia miejsce na ziemi, ukląkł i jął się modlić.

Modlił się długo a żarliwie, w piersi bił się a kajał, jakby spowiedź z życia całego czynił. Szeroka, surowa, bruzdami zorana, koścista twarz grenadiera przybrała wyraz łagodności, zasłuchania się pobożnego. Chwilami wielkie, żylaste ręce zaciskały się kurczowo i wznosiły ku niebu... rozżarzonemu łunami pożarów.

Grenadier skończył modlitwę, przeżegnał się a westchnąwszy ciężko, sięgnął w zanadrze, wyjął zeń starannie omotane zawiniątko i klęcząc, przed sobą rozłożył. Z zawiniątka wydobył papier pożółkły, sczerniały, zdobny w orły jakieś a pieczęcie, dwa krzyże żołnierskie i szmat wstążki z kobiecego czepca i ze wzruszeniem jął wpatrywać się w te drogie dlań pamiątki a szczątki przeszłości. Ręce mu drżały, dotknął papieru, łzy w oczach błysły na widok krzyżów. Szmatkę do piersi przycisnął i tulił z głuchym bełkotem.

Upływały godziny. Grenadier mocował się z samym sobą, walkę toczył. Mrużył oczy i już zaczynał skarby swoje chować, gdy znów je rozwijał: pieścił się nimi, a myślą może lata minione sięgał. Ciężko mu było oczy oderwać i od tego zszarzanego papieru i od tych krzyżów, i od tej szmaty!...

Przemógł się w końcu. Omotał zawiniątko, skrzesał ognia... iskra padła na koniec zawieszonego sznura. Grenadier skrzyżował ręce na piersiach i zapatrzył się smutnie w budzący się poza Alą brzask.

Iskra zatliła sznur. Niebieskawy płomyczek wybuchnął nagle i zaczął piąć się ku górze... coraz wyżej... wyżej...

Naraz wśród wystającej ponad wodą masy ciał rozległ się cichy jęk.

Grenadier zwrócił oczy ku stronie, skąd jęk się dobywał, i dostrzegł rękę wyciągniętą błagalnie.

- Wo imia Chrysta... pomohitie!... - rozległ się przejmujący okrzyk.

Grenadier drgnął. Podniósł się powoli. Płomyk już pełzł po blaszanej puszce z prochem.

Stary żołnierz obojętnie sięgnął po palący się lont, zmiął go w ręku i, nie zważając na bolesne oparzenie dłoni, podszedł do brzegu Ali, skąd go dochodziło rozpaczliwe wołanie. Zmierzył wzrokiem odległość, dzielącą go od głowy wychylonej na powierzchni wody, i zatrzymał się.

Zadanie nie było łatwe. Wzywający ratunku znajdował się pośród wału ciał ludzkich i zwalonych furgonów. Grenadier widział go, jak chwytał się pływających kawałów drzewa, jak zapierał się i mocował, szukając ocalenia w przewróconym wozie ambulansowym. Na próżno. Snadź siły go odbiegały, a nadto ten spiętrzony wał malał, zanurzał się, zasuwał coraz głębiej w grząskie dno rzeki.

Grenadier nie namyślał się długo. Przypadł do zastygłych w kulbakach koni, odciął im cugle, powiązał rzemienie i wszedł w wodę.

Ala w tym miejscu była płytka. Nogi starego żołnierza osuwały się w muł, lecz brnął bez wahania. Gdy już się zbliżył do zawały, rozpuścił rzemień i zarzucił go zręcznie. Rzemień owinął się dokoła wyciągniętej jeszcze ręki, palce tonącego z rozpaczą chwyciły się rzemienia.

Grenadier zaparł się i jął przyciągać rzemień ku sobie - opór był silny. Żołnierz natężył mięśnie. Masa jakaś zbliżała się ku brzegowi. Na powierzchni wody znów ukazała się twarz ociekająca krwią, sina, z zamglonymi oczyma, ze śmiertelnym kurczem około zaciśniętych ust. Nogi żołnierza zapadały się w bagniste dno, lecz grenadier targnął się ku brzegowi.

Już miał na brzegu stanąć, gdy naraz uczuł, jak go coś, niby kleszczami, uchwyciło pod kolana. Żołnierz zatrząsł się ze wstrętu i przerażenia i rzucił się naprzód. Kleszcze zaciskały się silniej. Ból drętwy go przejął. Ostatnim, nadludzkim wysiłkiem szarpnął się w topieli i stanął na brzegu. W tejże chwili kilkanaście wielkich, błękitnoczarnych raków odpadło z chrzęstem na ziemię, potoczyło się ku wodzie i znikło.

Żołnierz spojrzał po sobie. Wąskie pasma krwi spływały mu po nogach, znacząc miejsca zajadłych cięć. Grenadier, mimo piekącego bólu, znów zwrócił się do topielca. Rzemień około ręki opasał, przez ramię przerzucił i, zgiąwszy się, jął ciągnąć. Rzemień prężył się, trzeszczał, lecz nie zdołał wyrwać się z uchwytu rozpaczy. Masa zbliżyła się do brzegu i zaparła w mule.

Żołnierz porzucił rzemień i podsunął się do drżącego nad wodą korpusu.

Mrowie go przeszło. W ciało ratowanego wczepiło się sześć rąk pożółkłych, zzieleniałych, zastygłych i zdało się ciągnąć je na dno topieli.

Grenadier pruski pochwycił za porzucony pałasz dragoński, zamierzył się, ciął raz, drugi i trzeci po rękach. Woda zabełkotała ponuro, ręce rozwarły swe szpony i opadły. Grenadier przegiął się i wyciągnął na brzeg omdlałego żołnierza.

Słońce wychylać zaczęło już swój rąbek czerwony spoza lasu. Łuna znikła, dymy unosiły się jeszcze ponad Friedlandem.

Grenadier spojrzał na wyciągniętego z wody żołnierza i jął go opatrywać. Żołnierz mógł mieć lat około dwudziestu zaledwie.

Poszarpany na nim mundur nie pozwalał rozpoznać, do jakiej armii, do jakiego pułku należał. Lecz grenadiera nie zdawało się to zajmować. Ściągnął z żołnierza łachmany i badał. Uratowany miał na ramieniu ledwie ślad lekkiej kontuzji, lecz za to ciało jego przedstawiało jedną skorupę, pełną sączących się ranek, zadrapań, okaleczeń, sińców a śladów jakiejś strasznej walki.

Grenadier z wprawą starej niańki ułożył żołnierza na brzegu, obmył mu zamulone rany. Potem oddalił się na chwilę w stronę pola bitwy i, powróciwszy z pękiem białych szmat i manierkami, przyklęknął nad żołnierzem i kończył opatrunek.

Oliwą pozalewał okaleczenia, poprzewiązywał gałganami, a w końcu w usta omdlałego wlał potężny łyk wódki.

Żołnierz zakrztusił się, poczerwieniał i spojrzał z wdzięcznością na grenadiera.

- Kto ty? Prusak? - rzekł po rosyjsku. Grenadier potrząsnął przecząco głową.

- Chrancuz?

- Polak - odparł grenadier.

- Spasibo... braiec! Dzięki, bracie...

Żołnierz wsparł się na ręku i obejrzał dookoła.

- Nie ma bitwy! Ot, narodu leży!... Strach, strach!...Samemu śmierć zajrzała w oczy i zaciągnęła luta i maniła... Przeprawiałem się, a tu trupy chwyciły... Ooo!... W głowie szumi jeszcze... ooo...

Grenadier podał znów żołnierzowi manierkę z wódką. Żołnierz napił się chciwie.

- Grzeje! Dobrze grzeje!... Wiesz, Sidora rozerwało! Sławny był gefrajter... preobrażeniec zakamieniały! Prawda - tyś go nie widział... Wczoraj jeszcze mówił do mnie rano: „Waśka, dzierżyś'.”... Rozerwało... Z jednego sioła był ze mną, krewniak, niby wuj!... Matce mojej ciotecznym wypadał!... Ulżyło...

Aa... Pół dnia staliśmy w wąwozach. Chrancuzy sypali kulami... lecieli na nas jak ćmy... Potem runęli! Zatrąbiono odwrót - my jeszcze stali! Aż przyszło i na nas. Pułkownika zwaliło, kapitana aby trąciło... Gdzie nam sierotom... Prochu i kuli zabrakło, a karabin parzył, ani go utrzymać...

Grenadier słuchał i kiwał głową, jakby na znak, że rzeczy takie nowiną mu nie są.

Żołnierz zniecierpliwił się:

- Cóż ty, stary, nic nie mówisz?

- Jasia! - mruknął ponuro grenadier.

- Jasia, Jasia?!... Co za czort taki?...

- Poszła tam!... - rzucił stary żołnierz i wskazał na obłoki, rozsrebrzone światłem budzącego się dnia.

- Hm! Tam poszła?!... Niech jej będzie królestwo niebieskie!... Pomóż, stary!... Tyś dobry!... W języku jednak nieskory... Jakbym się narodził...

Młody żołnierz przysiadł i zapatrzył się smutnie w dal.

- Gdzie mnie teraz jednemu?! Słuchaj, ty musisz być z felczerów! Co? Nie? Patrzaj!... Byłeś w bitwie? No, no... A żyjesz! Prawda, i ja żyję!... Kto jego wie zresztą...

Grenadier wstał i wyprostował się. Młody żołnierz spojrzał nań niespokojnie.

- Gdzie ty?

- Pora.

- Dokąd?...

- At!... Pora i już! - uciął grenadier.

- Ha! Idź! Wola twoja... Daj, stary, rękę!... A jak ciebie... niech wiem, kogo dobrym słowem wspominać!

- Żubr!...

- Nu, Żubr!... Z Bogiem!... Mnie Waśka, a z ojca Iłariewicz! Grenadier uścisnął podaną rękę, zawrócił ku wozowi z prochami i tam znów zajął się przerwanymi przygotowaniami. Waśka z podziwem przyglądał się z dala staremu i czynił głośne uwagi:

- Patrzaj... stary się zatrzymał. Dobry stary, jemu, musi, ciężko coś!... Komu nie ciężko?,.. Sidorowi chyba! Królestwo mu niebieskie! Et, żeby ciotka Ewdokia wiedziała... westchnęłaby baba a zapłakała!... Ucieszny ten stary!... Polak, powiada. Co on tam robi przy jaszczyku?!... Juści nasz jaszczyk... z czwartej baterii. Ukląkł! Modli się!... Niech tam mu Bóg da zdrowie... Honorowy człowiek. Z wody wyciągnął, opatrzył, a i gorzałką wspomógł!... Ba! Toż jeszcze manierkę zostawił!... Dobra!... Jeść tylko się chce!... Kaszy hreczanej miskę, to choć znów na bitwę!... Hę, hę! Dziwak stary! Ogień krzesze! Co on tam?... Odwrócił się!... Ej! Podpatrzę a zobaczę!... Nogi stężały, osłabły!... A przecież dolizę.

 

Waśka podniósł się, zachwiał, lecz odzyskawszy równowagę iść zaczął ku wózkowi z prochem.

Świeżo założony lont palił się szybko, Żubr patrzył, jak płomyk piął się z sykiem ku górze, a potem zawisł na krawędzi wózka i znikł w jego wnętrzu.

Stary podoficer ukląkł, ręce skrzyżował i czekał.

Upłynęła długa, milcząca chwila... Żubr poruszył się niespokojnie. Może lont zgasł! Podniósł oczy...

Ujrzał tuż nad sobą pogodnie uśmiechniętą twarz Waśki, który trzymał w ręku okopcony kawałek sznura i mrugał znacząco lewym okiem.

Żubr zmarszczył się surowo. Waśka wykrzywił się jeszcze zabawniej i ozwał się tonem perswazji:

- Et, stary, stary! Ot się tobie zachciało... nieboszczyków straszyć!... Zmora cię napadła!... Tfy! Wypluń ją... przeżegnaj się! Wysadzić w powietrze? Cóżeś ty, most jaki?!... To byś huku narobił!...

- Odejdź stąd! - rzucił przez zęby podoficer.

- Odejdź? Nu, odejdę... ale z tobą! A sam taki nie pójdę! Pilno ci z tego świata? Nie bój się: Przyjdzie sama, nieproszona, i zęby do ciebie wyszczerzy... Licha nie kuś! Dalej, stary, chodź, pójdziemy.

- Dokąd?! Odczep się!...

- Odczepić ja się nie odczepię!... Wyciągnąłeś mnie, to teraz trzymaj!... Pójdziemy, gdzie oczy poniosą... do ludzi. At, chyba jeszcze wszystkich nie pozabijali?

Żubr potrząsnął głową.

- Nie. Jasia poszła... pani kapitanowa, kapitaniątka... To i ja muszę!... Gdzie mnie?! Odejdź!...

- Taki powiedziałem, że nie odejdę - i nie odejdę. Słuchaj, stary... Wiesz, co ci powiem? Hm!... Znasz nasze sioło Znamienskoje? Phi! Piękne sioło!... Czterdzieści chat pod zrąb,

czterdziestu gospodarzy osiedziałych, co chata, to gospodyni zamaszysta, co chata - dziewczyna krasna... Las - brodacz, step - dusza! Rzeka aż rybami łyska, a miodu! Choć od rana do nocy gębę smaruj - chwyci! Piękne sioło! Pójdziemy - co?! Dobrzy ludzie są!... Ciotka wspomoże. Piec, nie baba! Takiej baby drugiej za górami nie znajdzie... Jak stąpnie, aż ziemia dudni, a łapa u niej! Tęga baba! Ona stara, ty stary... Sidora rozerwało! Chcesz, pożenię was? Co?

Żubr poruszył się niecierpliwie.

- Nie po sercu? Jak chcesz, możesz i pojedynkiem zostać... Pójdziesz? Nie? Nu, to jak chcesz, ja idę z tobą.

Podoficer żachnął się groźnie i wyciągnął swą żylastą pięść.

- Odejdź, bo...

Waśka zajrzał w oczy Żubrowi i pokiwał smutnie głową.

- Co ty, stary, breszesz? Rezuna udajesz?... Chcesz zabić!... Uratowałeś - twoje prawo! Bij, choć na śmierć!... Bij, synku, nie żałuj sobie!...

Żubr pięść opuścił ciężko i westchnął.

- Rwie cię!... Boli? Co?

- Tu, tu! - rzucił głucho podoficer, chwytając się za piersi.

- Ta chodź! Nu, ja ci opowiem, jaka to jest baba ta moja ciotka!... Spluń a przeżegnaj... Nie zginiemy!

Waśka ujął Żubra pod ramię i pociągnął w stronę lasu.

XI

Imć pan Bonawentura Głuski odsapnął ciężko, poprawił pasa i stanął przed oknem, patrząc apatycznie, jak fale dżdżu smagały rozległe pola, zasłaniały horyzont, a mimo wczesnej pory mrokami spowijały ziemię.

- Ładny czerwiec! - mruczał do siebie pan Bonawentura.

- Niczym october, październik!... Siódmy krzyżyk na karku, a takiej aury o tej porze nie pamiętam! Rób, co chcesz, siedź z babami, niby jaki wojski, i słuchaj szlochów i lamentów! Veto, i koniec!

Naraz krzaczaste brwi imć pana Bonawentury podniosły się wysoko, małe, przenikliwe oczy wpatrzyły się żywiej w smugi deszczowe. Czy go wzrok mylił? Nie, bo oto tuż, przed żywopłotem, zachlupotała stara kałamaszka i zatoczyła się przed sień dworku.

Imć pan Bonawentura wyszedł do sieni a na pacholika zakrzyknął - na próżno się głowiąc, kto by to mógł być, bo choć drzwi stały otworem na ścieżaj, choć z kałamaszki gramolił się już ktoś z der, lecz tak szczelnie był okutany, że rozpoznać nie można go było. Dopiero gdy przed progiem z tajemniczej figurki pacholik opończę ściągnął - imć pan Bonawentura poznał przybyłego i zawołał z ukontentowaniem:

- Pana mecenasa... sługa!... Kopę lat!...

- Czołem, czołem!...

- Dajże waszmość gęby.

- Zaraz, zaraz! Niech ją z wilgoci otrzepię! Uf!... A to czas! Psa nie wypędzi! No - witam!... Jednym tchem z Pliszczyna!... Pod Snopkowem ugrzęźliśmy i ani rusz! Uf!...

- Dalej, dalej... do izby! Pietrek, powiedz Strzemrzalskiej, niech nam przekąskę przyśle.

- Jakże tam dzieweczki?

- A już mnie mecenas nie pytaj, bo, dalipan, urwanie głowy!... Chuchasz, dmuchasz, pilnujesz i doczekasz się potem kłopotu... Ale pozwólże waszmość.

Imć pan Bonawentura wprowadził gościa do alkierzyka przy sypialce, usadowił w wygodnie zasłanym krześle za stołem, a sam przysiadł się z drugiej strony na skrzyni i zagadnął żywo:

- No, mówże mecenas! Bo, dalipan, stęskniłem się do ludzkiej gawędy. Od świtu do nocy brzęczą mi w uszach tylko „achy” i „ochy”... aż desperacja ogarnia.

- Owóż mamy wiadomość, że Napolion...

- Veto! Dobrodzieju! - przerwał energiczne imć pan Bonawentura. - Daruj waszmość, lecz mam go już wyżej uszu!... Bodajby nigdy był do nas nie zaglądał. Dziwią acana takie herezje?... Ba! Obaczże moją Marysię - cień, nie dziewczyna! Bawi tu u mnie imć pani Gotartowska... drugie oczywiste documentum!... Nie, nie! Veto, i koniec!

- Ależ, panie Bonawenturo!

- Wiem, powiesz mi waść, że jestem złym obywatelem, że lekceważę sprawę publiczną. Niech i tak będzie! Klnę się waszmości, gdybym miał dwóch synów, sam bym się z nimi zaciągnął, lecz że mam dwie córki, to słyszeć nie chcę o Napolionie!... Jeszcze to waćpana dziwi?! Proszę! A to jasne! Pracowałem ciężko, strzegłem jak oka. I cóż z tego? Kwaśnieje to, warzy się, czas leci... I kto winien?...

- Właśnie ja do waszmości w sprawie pana Tadeusza Zabielskiego.

- Tadeusza! - skrzywił się niechętnie imć pan Bonawentura. - Wiem, wzdycha, deklaruje swoje służby pokorne!... Nie tak że? Ćwierka mi przecież na wszystkie strony! Janka mu nie ucieknie - nie zając!... Lecz przecież decorum, przyzwoitość zachować trzeba. Niesporo o weselisku myśleć, gdy oto smutek dom nawiedził.

- Zapewne! - bąknął skonfundowany nieco mecenas. - Lecz bo... imć Tadeusz dostał już instrument na burmistrza do Ostrowa za Wisłą... więc przenosiny chciałby...

- Veto, dobrodzieju mój, i koniec! Pacholik wniósł na tacy zastawę z poczęstunkiem. Imć pan Bonawentura zakrzątnął się raźno.

- Co tam! Odpowiedź moja mecenasowi nie po myśli! W ręce, starka przednia! Rad bym, lecz nie mogę... Człowiekowi i tak już głowa puchnie. Panu Tadeuszowi życzliw jestem, ale co!... Na zdrowie!...

- Ale Napoliona waszmość widział w Poznaniu.

- Phi! Nie osobliwość żadna! Kusy, do ramienia ledwie mi sięga. Irytacji aby siła zażyłem, i tyle... Jechałem sobie z Kruszwicy w dobrej myśli do Gotartowic, żeby Staszka Gotartowskiego za uszy wyciągnąć do Jastkowa i dwa weseliska ryczałtem wyprawić, a tu, panie, aż gadać się nie chce!...

- Słyszałem, słyszałem, powiadał mi Tadeusz!

- No właśnie... Starego dziada aby zastałem i namówiłem go, aby ze mną jechał... Cóż myślisz? W Rawie ci oddział wolontarzy znalazł i przystał do nich... W wasze ręce! Molestowałem, stawiałem veto... panie... gdzie, ani weź... Wracam, do domu skłopotany, co i jak tu dziewczynom przedłożyć... aż ci w domu zastaję panią Gotartowską z dwoma robakami... Płacze, rwetes, urwanie głowy... W wasze ręce, mecenasie! Uciszyło się to niby... ale gdzie?! Ani czasem słowem wspomnij o tym lub owym, bo ci łzy cebrami wylewają! A co tego, znieść nie mogę...

- Wiem, wiem! Ciężko to jest, ale na cóż smutek jeszcze powiększać, niechby choć jedna córuś odrobinę szczęścia znalazła.

- Nie odmawiam, lecz teraz veto, panie Józefie - i koniec. Nie ma zgody! Mores u mnie -basta! W wasze ręce! Przykro mi, że odmówić muszę waszmości, ile że cenię go bardzo, a co brata waćpana, nieboszczyka Augusta Podhorodeńskiego, sercem całym wspominam!... Nie mówmy lepiej o tym. Na obiedzie się zostaniesz - barszcz z rurą mamy dzisiaj - to na własne oczy zobaczysz... Takie psie czasy. Kto ma syna, to mu wyfrunie na koniec świata...

- W moim Pliszczynie nielepiej.

- Otóż tedy! I cóż robić?

- Co robić? - podchwycił żywo mecenas, podkręcając wąsa. - Na koń siadać i stare kości na wojaczce przewietrzyć.

- Co waćpan?

- Rzekłem i nie cofam! Dosyć mam Austriaków!... Skórę drą z człeka! Prusaków wytrzepali, teraz na nich kolej. Niech tylko zdarzy się okazja, chorągiewkę funduję i takie im sądy trybunalskie wyprawię, że Podhorodeńskiego nie zapomną!...

Imć pan Bonawentura przeżegnał się z podziwu.

- Panie mecenasie! Wy, człek spokojny, na takie myślicie się puszczać przygody.

- Otóż dlatego, żem spokojny! - wybuchnął zapalczywie pan Podhorodeński. - Dlatego, żem lat tyle niby ruda mysz pod miotłą siedział, a do żywego pozwolił sobie dopiekać! I pójdę, jako mnie tu waszmość żywego widzisz! A co?... Żonisko da sobie radę, a dalipan, ja im pokażę, jako patron dawnego trybunału snadnie inkauścicę (kałamarz) na patrontasz, a pióro na szabelkę zamienić potrafi! Co waszmość suponujesz, że my tu w Galicji - pokutować będziemy!...

- Uu! Gorącości takiej u mecenasa się nie spodziewałem.

- Ani ja u waćpana takiej zimnej krwi! - odciął się podirytowany pan Podhorodeński. -Kraj cały się rusza. Napolion nawołuje, ze wszystkimi potencjami w rozprawy krwawe się wdaje, a waćpan...

- Ja? Veto! Nie pozwalam!... Dobrze ci mówić, kiedy nie masz dwóch córek.

Podhorodeński machnął ręką.

- Et, możemy ta jeszcze dwa dni racje wywodzić i znów osiądziemy na tej waścinej mieliźnie, na której utknąłeś waszmość.

- A cóżeś chciał, panie mecenasie, żebym Jankę i Marysię do ułanów wpisał?

- Hm! I nowiny by w tym nie było. Masz Kurdwanównę!

- Co? Jaką Kurdwanównę?

- Nie znasz jej waćpan?... Z tamtej strony Lublina... sierota, u krewnych się chowała... Panu Tadeuszowi powinowata.

- Ta dzierlatka, trznadel, wścibinos?!...

- Właśnie ta sama! Osiemnaście lat zaledwie!... I co waćpan powiesz? Zbiera czeladź i musztruje...

- Co? Komedie chyba?!

- Nie komedie, jeno szczera prawda. Dziewczyna aż się trzęsie do wojny i ani chybi pójdzie. Sam chciałem tłumaczyć a odwodzić, lecz taki ma w sobie ogień, takimi odpowiedziami sypie, że sprostać jej nie można! Jeszcze teraz jakąś sobie tam szlachcianeczkę przybrała do pomocy i pono jeszcze babę hic mulier znalazła z końca świata i tylko patrzeć, a czmychnie stąd... Rumor z tego na całą okolicę! Uważa waszmość, że już Austriacy kazali ją mieć na oku.

- No, no! Dziwy mecenas powiadasz! Kurczę takie! Co się to roi! Nieobyczajność zgoła.

- Wolnoć ganić! Cenić jednak musisz poczciwe zapały! Dobra to krew Kurdwanowie!... Ba! Gdybyś jej posłuchał! Toż obiecuje sobie szwadronik babski Napolionowi uformować...

- Tfy! Zepsuta koza, i koniec.

- Nawet objeżdża tędy i owędy za werbunkiem! Siła panien się deklaruje... Może i do waści zawita.

Imć pan Bonawentura żachnął się niecierpliwie:

- Do mnie?!... Co waszmości?!... Tego by mi trzeba było jeszcze! Toż bym ją tu przyjął pięknie!... Świat się do góry nogami przewraca.

- Et! Tak się mówi! Dziewczyna rezolut wielki... Zanim się na odpowiedź zdobędziesz, ona już trzy razy wykręci. No, a gdyby tak waszmości dziewczyny wybrały się na Mazury i do pułku gdzie przystały, hę?...

Pan Głuski otrząsnął się z przerażenia:

- Mecenasie, Sodoma! Veto, panie! Do samego Napoliona instancję bym wniósł! Toż kryminał!

Pacholik wszedł i zwiastował, że do obiadu zastawiono. - Ot! W porę się zjawił! Proszę waszmości na łyżkę strawy!

Chudo, ciężko, zwyczajnie u wdowca!...

Pan Podhorodeński się wymawiał, lecz imć pan Bonawentura słuchać nie chciał usprawiedliwień.

 

Mecenas uległ i dał się prowadzić panu Głuskiemu do jadalni, w której już domownicy byli zgromadzeni. Gospodarz przedstawił gościa pani Gotartowskiej, panny dygnęły panu Podhorodeńskiemu, skłonił się stary ekonom Lewandowski, który tu był ze swooą panią z Gotartowic przyciągnął, pani Gotartowska rzuciła jakieś krótkie powitanie.

Zasiedli do stołu. Środkiem pani Gotartowska, przy niej pan Bonawentura z mecenasem, dalej pomiędzy pannami Głuskimi Urszula Gotartowska z Fabiankiem, wreszcie Lewandowski, gospodyni Głuskich i starosta jastkowski, siwowłosy Marcin.

Imć pan Bonawentura chciał rozruszać zebranych i o tym i o owym zagadnął mecenasa, lecz gdy ten nad rządami Austriaków w Lublinie rozwodzić się zaczął - pan Głuski spojrzał na pobladłe twarzyczki Marysi i Janki, na bólem napiętnowane lica pani Gotartowskiej a żałośnie zadumane oczy Urszuli i sam się zasępił, nie zważając na wywody pana Podhorodeńskiego.

Ten ostatni usiłował podtrzymywać rozmowę, lecz w końcu urwał nagle i pochylił się mocniej nad barszczem.

Cisza głęboka panowała przy stole, przerywana ledwie stukotem łyżek o naczynia, miarowym chrobotem wielkiego zegara w rogu izby i sapaniem gospodarza. Wreszcie pani Gotartowska, przemógłszy się, zagadnęła mecenasa:

- A jakież nowiny... z pola bitwy?

- Nowiny, pani dobrodziejko, prawie żadne!... Powiadają o srogiej rozprawie tu i tam, lecz najpewniejszych wiadomości brak. Jesteśmy granicą odcięci zupełnie. Austriacy pilnują i boją się tych nowin. Powiadają w Lublinie, że się na długą wojnę zanosi, bo niby to dwór wiedeński chce się ująć za Prusakiem... Ho - ho! Siła, siła jeszcze ludzi wyginie a krwi popłynie. Powiadają, że w ostatnich bitwach dużo naszych...

Imć pan Bonawentura trącił znacząco Podhorodeńskiego - ten stropił się myślą, że niepotrzebnie najboleśniejszej dotknął struny, i urwał nagle.

Pani Gotartowska poruszyła się niespokojnie.

- Wyginęło, mówisz waćpan, dużo... dużo wyginęło?

- Te, te, te! Tam... tego... mości panie! - wmieszał się imć pan Bonawentura. - Mówi się a niby się nie mówi... Czego już nie naopowiadano. A to bajdy... herezje! Krzty prawdy! Właśnie bo naszych wcale nie ma... bo tego... dopiero oddziały się formują a regimenty zbierają... Niby ruchawka jest, ale jeszcze... veto, i koniec!... Czy nie tak?...

- Istotnie, zapewne! - bąknął mecenas, chcąc zapomnienie się swoje naprawić.

Imć pan Głuski odsapnął ciężko i zafrasował się, czując, że mu wykręty gładko nie poszły.

Pani Gotartowska na domiar ozwała się cicho, ale stanowczo:

- Nie mogę słowom waszmości dać przystępu, bo takiej gnuśności po naszych oddziałach spodziewać się nie mam prawa. Toż Francuzy dla nas krew leją, a myż mielibyśmy bezczynnie się przypatrywać...

- Et! Pani dobrodziejko! Dla nas leją krew?... Myślę, Lucyferowi na uciechę prędzej! -mruknął imć pan Głuski.

- Właśnie też pan Bonawentura powiada - wtrącił zręcznie mecenas - że tymczasem wojska nasze udziału nie biorą... ale co potem naturalnie...

- Dziej się wola Boska! - rzekła smutnie pani Gotartowska. - Nic bez niej! Ciężko żyć w takich czasach... a matkom bodaj najciężej...

- Prawda, prawda, pani dobrodziejko! - przyznał mecenas. - Lada pisklę niewypierzone skrzydłami trzepocze... i z gniazda się zrywa! Ale co tam pisklę!... Bardziej chyba serce matki smucić by się powinno, gdyby widziała, jak syn jej w samolubstwie trwa, nieczuły na sprawy publiczne! Są ofiary, są smutki, są bóle serdeczne, lecz i ta w duszach słodka pociecha, że się z zacnych latorośli dzielnej doczekało młodzieży. Toć na tym świecie początek naszego żywota!... A którejż matce nie miło będzie zobaczyć syna, jak w królestwie niebieskim chodzić będzie legią ozdobiony, w wielkim mundurze bożego żołnierzyka, ostrogami brzękać, a przy majestacie służby odprawiać?... Hej! Co wobec tego małe smutki a tęsknoty?!...

Pani Gotartowskiej łzy w oczach stanęły.

- Sercem waszmość przemówił - niech ci Bóg nagrodzi!

- Pani dobrodziejko, moc Spartanek i hart niechaj cię nie opuszcza. Należy ufać.

- Veto! Nie ma zgody! - bąknął imć pan Głuski fyrkając nosem i wykręcając głowę ku oknu, aby nie zdradzić się z poruszeniem.

- Co tam! - rzekł po chwili weselej pan Podhorodeński. - Troska troską, a co i w tej ciężkiej okazji nie brak zgoła uciesznych nowin. Jejmościanki może nie wiedzą nawet, że tu i na nich czeka sroga pokusa... A tylko patrzeć, trąbka będzie wzywała do apelu.

Panny Głuskie podniosły ciekawie oczy i zwróciły swe zadarte noski ku mecenasowi. Pan Bonawentura trącił znów gadatliwego gościa, lecz ten nie zważał na dawane mu znaki napomnienia i ciągnął:

- Jako żywo!... Starożytne zgoła powracają czasy!... Tylko patrzeć, a chorągiewki niewieście staną a spódniczki na hajdawerki się zamienią...

Panny Głuskie spuściły oczy, Urszula Gotartowska zarumieniła się.

- Co... co... mecenas! - zagadywał pan Bonawentura. - Facecje, dykteryjki! Ooo! Gdzie?... Figlarz z mecenasa...

- A bodaj mnie... jeżelim zełgał. Sam może bym nie uwierzył... Młoda Kurdwanówna, osiemnastolatek, sierota!..

- Mecenasie... Veto, panie! Toć nie warto powtarzać. Pan Podhorodeński teraz dopiero spostrzegł i zrozumiał pana Głuskiego i zawrócił na miejscu.

- Tak, zapewne, słusznie. W opowiadaniach ludzkich jużci wiele przesady.

- Oczywiście, oczywiście... i bajek - sekundował pan Bonawentura.

- Ale to musi być bardzo ciekawe! - ozwała się cicho Urszula Gotartowska i mocniej się zarumieniła. Pan Głuski szarpnął się niecierpliwie.

- Ciekawe, ciekawe!... Owóż argumentum do słuchania lada czego!... Masz ci, mecenasie... Zabiłeś dziewczynom klina. Już ci się napraszają!... Phi! Czasy, panie, czasy... że... veto, do czarta, i... koniec!

Imć pan Głuski urwał nagle, bo oto drzwi od sieni z trzaskiem się otwarły i stanęła wyprostowana po wojskowemu stara, zamaszysta baba, ubrana cudacznie.

Obecni poruszyli się niespokojnie. Urszula wydała lekki okrzyk, pan Głuski oczy zdziwione wytrzeszczył i sunął od stołu, pytał niespokojnie:

- Co to, mospanie? Czego to?

Baba odchrząknęła groźnie, poprawiła sterczącą jej za pasem krócicę i huknęła basem:

- Rotmistrz wolontarskiego szwadronu województwa lubelskiego, imć panna Helena Kurdwanówna, i pani kapitanowa Gotartowska proszą o gościnę.

Gdyby piorun padł u stóp imć pana Bonawentury jeszcze by go tak nie mógł przerazić.

- Co?! Mospanie, veto!... Nie ma zgody! - bełkotał wystraszony gospodarz.

- Mateńko... Toć nasza Żubrowa! - zawołała rozradowana Urszula.

Pani Gotartowska, a za nią mecenas, panny, ekonom i Fabianek ruszyli ku babie.

- Żubrowa! Skąd wy? - pytała pani Gotartowska, a zwracając się do stojącego bezradnie pana Głuskiego, rzekła tonem perswazji: - Panie Bonawenturo, toć trzeba ich... przyjąć... tę niewiastę znam... w legionach była z synem moim!...

- Nie, mospanie, nie znam babskich legionów - słuchać o nich nie chcę... Veto... Tu, mospanie...

- Cóż to?! - ozwała się tymczasem surowo baba. - Może to nie dom imć pana Głuskiego... tylko jakiegoś austriackiego landrata?... To nam wszystko jedno. Obrok i kwaterę dać musicie... Jakem Muszyńska z domu, do stu piorunów!... Piśnie kto słowo, to mu kulę... albo sapristi, do licha, tego...

- Hola, mospanie, najazd! Gwałt! Nie ma zgody! - pienił się pan Głuski.

- Mości Bonawenturo?... - mitygował mecenas.

- Rozbój! Hola! Wojciech! Grzela! Puszczaj mnie, mecenasie! Szerpentyny chwycę a opłazuję...

- Panie Głuski! - wstawiła się Gotartowska.

- Ojcze dobrodzieju! - szepnęły nieśmiało panny Marysia i Janka.

Imć Bonawentura rzucił się jak ryś draśnięty.

- Dziewczyny, ani mrumru! Mores! Fora ze dwora! Nie masz gościny! Veto! Co to, panie! Nie znam wolontarzy...

Imć Głuski fukał jeszcze, lecz nagle urwał, bo oto przed nim stanęły dwie młode dziewczyny w krótkich, zgrabnie opiętych kurteczkach granatowych, w tegoż koloru krótkich spódnicach, w rogatywkach barankiem obszytych a białymi kitkami strojnych, z pałasikami na białych temblakach, z minkami chwacko a pogodnie patrzącymi.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?