Trylogia napoleońska: Huragan - Rok 1809 - Szwoleżerowie gwardiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

- Może! Ale co waszeci tak pili do Warszawy jechać?... Pójdziemy tam wszyscy ledwie dniem jednym później. W kompanii między swoimi zawsze raźniej...

- Czasem... czasem i godzina znaczy. Dziewanowski spojrzał smutnie na Gotartowskiego i westchnął ciężko.

- Prawda, i godzina stanowi. At... niby wesele, niby radość powszechna, a gdzie się nie ruszysz, tam smutek i boleść... Siła krzywd narobili nam Prusacy!... Strach pomyśleć. Zawierucha taka wszędzie... Mówię waszmości, przez ten czas, co bawiłem w przejeździe przez Warszawę, czegom ja się nie nasłuchał. Bo to na złodzieju czapka gore. Jak tylko zaczęła się potrzeba z Francuzami, już wówczas Prusacy, czuj duch, czatowali na młodzież, co spod strzech się wyrywała na wojnę, a pono w ostatnich czasach dyrektor policji de Tilly dał się potężnie we znaki...

Florian niewiele zwracał uwagi na słowa Dziewanowskiego. Warszawę miał przed oczyma, o niej myślał i do niej się rwał.

Dzień dwudziesty szósty listopada był dla Warszawy dniem przełomu, dniem, o jakim jeszcze kilka tygodni temu marzyć się nie ważono. Na ulicach od wczesnego ranka zadudniły wozy, pojazdy i bryki... Gubernator Kohler, a za nim i de Tilly, i Bachman, i Bauman, i Mejek, i cały legion pruskich urzędników wyciągnął na Pragę. Za urzędnikami poszły sznury

całe ambulansów wiozących rannych żołnierzy pruskich i rosyjskich, a potem zaczął się kilkogodzinny marsz wojska.

Noc dawno zapadła, mroźna, księżycowa noc, a most łyżwowy uginał się, skrzeczał; w pustych ulicach rozlegał się ponuro szczęk broni i głuche stąpanie ciągnących pospiesznie oddziałów.

Miasto milczało - milczało także opuszczające je wojsko. W milczeniu tym było coś z zadumy i coś ze wstydu.

Po północy ucichło wszystko. Nastąpiła głusza grobowa, a za nią trzask palącego się mostu...

Prusaków już nie było.

Nazajutrz miasto zbudziło się wcześniej niż zwykle i wyległo powoli na ulicę, oglądając się trwożnie, azali zza węgła domu nie wysunie się oddział znienawidzonych harcapów, azali nie zaturkocze na skręcie kolaska pana de Tilly lub nie ukaże się hajdukami otoczona koroca Kohlera. Śmielsi szli na brzegi Wisły. Tam szczątki mostu dymiły, sycząc przeciągle w zetknięciu się z wartkim prądem rzeki i wystrzelając w górę kłębami pary. A dalej, za Wisłą, stały pasma wyciągniętych wojsk, mając przed sobą wymierzone ku Warszawie działa.

Około szóstej z wieczora, od strony Woli, usłyszano przeciągły, wzmagający się tętent koni. Szwadron kawalerii w pełnym galopie pędził przez Warszawę wprost ku brzegom Wisły, aż zatrzymał się u szczątków tlejącego mostu, po czym zawrócił.

Na ulicach rozległ się okrzyk: „Francuzi!” Okrzyk zerwał się i odtąd z ust do ust przechodził, wspinał się na piętra i pięterka domów Starego Miasta, uderzał o szyby dworów, dworków i pałaców, do każdego zakamarka zaglądał i wreszcie targnął murami Warszawy.

Tłumy ludu rzucały się witać wybawców. Ulice zamieniły się w sale biesiadne. Przed odwachem, około Bernardynów, kędy był się szwadron strzelców francuskich zatrzymał dla wypoczynku, istny bój zawrzał. Bój o jeden uścisk dłoni, bój o dotknięcie się bodaj munduru francuskiego, bój o każdy wyraz, każdy łyk wina, każdy kęs - zaofiarowany żołnierzowi Napoleona.

Na odwachu pod Bernardynami straż obywatelska pilnowała koni francuskich i nadciągających wózków z amunicją. Wola równocześnie drżała od tupotu a szczęku oręża. Generał Milhaud wkraczał już i zajmował przedmieście.

Noc z dwudziestego siódmego na dwudziesty ósmy listopada nie znalazła w Warszawie ani poszanowania dla swych mroków, ani spokoju dla swego majestatu. Bo nie noc to była, a raczej wielki, jasny, oczekiwany, wymarzony, wymodlony u Boga dzień! Słońcem jego był ten szwadron trzynastego pułku strzelców. Promienie padały, biły i od tych wytartych ciemnozielonych mundurów, i od tych twarzy sczerniałych, zszarzałych na wietrze. Biły i padały w serca warszawian! I łuny tryskały z rozchmurzonych twarzy, i iskry szły z oczu, a ogień płynął i z ust, i z dusz. Ludzie płakali na ulicach! Nikt nie pytał o przyczynę łez.

Miasto pulsowało. Pieśń i okrzyki zrywały się, milkły i z nową wybuchały siłą.

Nikt nie myślał o spoczynku. Ci, co do szwadronu Deschampsa docisnąć się nie mogli, biegli na Wolę. Szczytem szczęścia było mieć u siebie Francuza i gościć go.

Całowano ręce żołnierzy, tulono do twarzy poczciwie patrzące łby koni kawaleryjskich. Gromadki dzieci przebiegały ulice. Starzec siwowłosy, ledwie na nogach mogący ustać, zrywał się ze swego krzesła, mrugał na drepczącą jejmość i nucił pod nosem, przytupując ochoczo:

Słuchaj, Basiu, pono nasi biją w tarabany!

Florian nie ostał się fali, która porwała szwadron Deschampsa. Zagarnięty wraz z innymi pod gościnną strzechę szlacheckiego dworku na Nowym Świecie, mimo wymawiań się a tłumaczeń, musiał dotrzymać kompanii, ale kiedy pierwsze powitania a zapały rodaków minęły,

wysunął się cichaczem na ulicę i zawrócił pośpiesznie ku dawnym izdebkom pani Dziewanowskiej na Podwalu.

Droga nie była łatwa do przebycia - mundur oficera strzelców francuskich co chwila stawał się przedmiotem owacyj i wiwatów. Gotartowski jednakże wyśliznął się zręcznie jednej i drugiej gromadzie ludu i, sunąc w cieniu pod murami, szczęśliwie był do kamieniczki dopadł. Tu czekał go zawód. W izdebkach pani Dziewanowskiej mieszkał już ktoś inny. Sąsiedzi, a i sam domu właściciel zapewnili, że pułkownikowa jeszcze jak przed Wszystkimi Świętymi nocką się wyniosła, tak od tego czasu nikt jej ani córki nie widział. Florian wspominał na to, że pani Dziewanowska; zabrawszy się onego pamiętnego dnia na kwaterę do bratanka, u niego przebywać nie mogła i, nie tracąc nadziei, poszedł przez Kapitulną na Miodową, minął pałac Branickiego, skręcił w Senatorską, obok rezydencji prymasowskiej, i dostał się na Daniłłowiczowską, kędy był pan Jan Dziewanowski mieszkał. Lecz tu dawną kwaterę pana Jana zastał zamkniętą.

Gotartowski chciał u sąsiadów zasięgnąć wiadomości, lecz kamienica prawie była jakby opustoszała: kto żyw, wybiegł był na miasto wziąć udział w radości ogólnej a weselu.

Zawiedziony srodze Florian wyszedł był powoli na ulicę, postanawiając sobie powrócić tu za dnia. Gotartowski czuł się znużonym, pospieszny marsz dał mu się teraz dopiero we znaki. Do środka miasta wracać się ociągał, szukać chciał ciszy a wytchnienia. Sunął powoli Daniłłowiczowską, a zastanawiając się, gdzie by mógł wypocznienie znaleźć, dojrzał wpółuchylone drzwi winiarni. Nie namyślając się, wszedł.

Winiarnia była pusta. Stali nawet goście snadź przebywać musieli gdzieś podle Francuzów na Krakowskim. Gotartowski osunął się ciężko na ławę za stołem i zażądał piwa grzanego.

Młoda szynkareczka na widok osobliwego munduru oficerskiego żwawo się zakręciła, uśmiechnęła mile raz i drugi, duchem dzban żądanego napoju postawiła, a strzeliwszy ku szlifom Floriana, zagadnęła śmiało:

- Toż chyba waszmość pan nie z naszych stron pewnie? Musi z daleka?

- At! - mruknął niechętnie Florian i zadumał się nad swoją troską.

Szynkareczka nie dała się zbić z tropu. Figlarne oczka nastawiła, pokręciła noskiem i zapytała powtórnie, niby mówiąc wpół do siebie:

- Różne już mundury widziałam... i grenadierskie, i woltyżerskie, i pruskie, i rosyjskie, i nasze, a co... takiego sobie nie przypominam. Waszmość pan chyba z adiutantów gubernatorskich?

- Mylisz się waćpani! - odrzekł nareszcie Florian. - Mundur to strzelców francuskich.

- Francuskich strzelców! - zawołała z odcieniem radosnego zdziwienia szynkareczka. - A toż dopiero!... Że ja tego nie spostrzegłam od razu! Ot, głowa!... Hej, pani Wojciechowa! Pani Wojciechowa!... Kumotrze!... Chodźcież, bo... gościa ci mamy nie lada... Pan oficer francuskich strzelców! Jezu! Ani mi to nie przyszło na myśl... Niechże bo waszmość pozwoli, że mu stół obrusem świeżym zaścielę... Tam, podle okna, niewygodnie... może tu, bliżej kominka! Piwo, juści piwo, lecz może by też wino z korzeniami! Dobre wino? Pan oficer nietutejszy, nie wie, a przecież u nas „Pod Kontuszem” co najprzedniejsi obywatele a szlachta pijają.

Szynkareczka uwijała się po winiarni; kręciła się żywo, a wołając niecierpliwie, zaglądała do izby za szynkwasem. Zanim Florian zdołał coś odpowiedzieć a podziękować, w izbie gościnnej ukazał się kusy, krępy mężczyzna w kubraku staroświeckim a jałowiczych butach i wysoka, cienka starucha, o twarzy pokurczonej, zmarszczonej i jak piąstka spod białego czepca wyglądającej.

- Czołem waszmość panu! - Maciej Kopytko, szewc, do usług... a obecnej tu wdowy a gospodyni kumoter! - zaprezentował się mężczyzna, a wskazując na staruchę, dodał: - A to... nasza Wojciechowa... trochę piastunka, a prawie familiantka.

Starucha dygnęła kapitanowi, Kopytko skłonił się i oboje pożerać zaczęli oczyma mundur, kaszkiet i obszlegi Floriana.

- Rad, rad jestem... poznać! - bąknął Gotartowski.

- Waszmość pan daruje śmiałości! - ozwał się Kopytko. - Ale bo wprost spod Bernardynów wróciłem i com się namordował, com natarmosił, żeby choć jednego dostać żołnierza, lecz gdzie tam! Wstyd się przyznać... ledwie kawałek sukna francuskiego został mi w garści, czego sobie darować nie mogę... bo on Francuz poczciwy brzydkie może powziąć o nas mniemanie, obaczywszy tak srogie okaleczenie szarawarów.. Łaska atoli Boska czuwała snadź, kiedy nam waszmość pana zesłała!... Wybaczaj waszmość, panie oficjerze, szewckie natręctwo... lecz hej... dzień ci taki dzisiaj nadszedł, że i jak to onego czasu, nawet w pocięglu serce się odzywa! Niechże bo kuma się zawinie a żwawo! Gość taki!... Toż chyba cała ulica posinieje z zazdrości jednej...

- Bóg zapłać! Bóg zapłać za dobre, poczciwe słowo.

 

- Et! Panie oficjerze! - pochwycił wesoło szewc. - Za cóż bo Bóg miałby nam jeszcze płacić?... To my raczej wszyscy w większej teraz niż kiedykolwiek jesteśmy względem niego zaległości... Jest wino! Darujcie... darujcie... szewckiemu natręctwu... W wasze ręce... za pomyślność... za... tego!... Tfy! Człowiek prosty zwyczajnie wygadać nie może... co ma na żołądku, a co na wątrobie!...

- Moja gosposiu! - odezwał się znienacka kapitan. - Znacież wy dobrze okoliczne kamienice?...

- Czy znam! Panie oficjerze, a toż tu się urodziłam, tu rodzice moi trzymali jeszcze tę samą winiarnię, tu przez dwa lata mieszkałam z moim nieboszczykiem, świeć, Panie, nad jego duszą tu mi zamarł na srogą gorączkę!... I tu od trzech lat żywot samotny wiodę z tą oto Wojciechową i z rodziną kumotra, co w tej samej kamieniczce kunszt prowadzi!... Ja bym kogo nie znała...

- A nie słyszeliście o panu... Janie Dziewanowskim?

- Czyśmy nie słyszeli?... - wmieszał się imć Kopytko. - Toć, panie oficjerze... jednej przyszczypki na bucie nie było, która by z mego nie wyszła warsztatu! Pan Dziewanowski toć mieszkał tu, niedaleczko, w dwóch izdebkach... Zacny szlachcic i podobno oficjer nie lada.

- U mnie to prawie codziennym bywał gościem!... Ledwie z rana okiennicę odemknąć zdołam, a już drzwi się z trzaskiem otwierają i słyszę głos pana Jana, Dzielny kawaler... -zakończyła z westchnieniem szynkarka.

- A czy nie wiecie nic o stryjence pana Dziewanowskiego? Szynkarka z kumotrem spojrzeli na siebie znacząco. Ostatni ozwał się smutnie:

- Niby o pani pułkownikowej Dziewanowskiej?...

- Tak, tak właśnie! - potwierdził gorąco kapitan.

- Przepadła, przepadła i ona, i jej córka! Florian zbladł.

- Co - jak to przepadła?!...

- Ach! Panie oficjerze... nie ona jedna, biedaczka! Więcej ich było ofiar takich.

- Na miły Bóg, mówcie mi całą prawdę! Kopytko głos zniżył:

- Pani pułkownikowa sprowadziła się na kwaterę bratanka, jakby zaraz po jego wyjeździe... Pomnę doskonale... akurat byłem był z butami poszedł, aż ci tu drzwi uchyla panna... i mówi - nie ma Jasia, pojechał, nie wiadomo kiedy powróci!... Od słowa do słowa, dowiedziałem się, jako niby imć pan Dziewanowski bratem stryjecznym jej wypadał... Owóż...

- Pozwólcie, kumotrze - przerwała szynkarka - ja to lepiej opowiem, bom patrzyła prawie. W tydzień może, jak pan Dziewanowski po raz ostatni był w winiarni, około południa patrzę... a tu walą ulicą Prusacy z milicjantami... Myślę, nie przypadek ich tu prowadzi w naszą zaciszną uliczkę. Wyjrzałam, zawołałam na Wojciechową, a sama chuścinę na głowę i lecę zobaczyć, co się dzieje!... Aż powiadają, że ci spisek jakiś odkryli i pana Dziewanowskiego przyszli szukać... Co się tam działo na górze, tego nie wiem, bo straż nikogo w korytarz nawet nie puszczała... Bobrowali może tam ze dwie godziny. Potem wóz sprowadzili. Na wozie

usadowili panią pułkownikową i jej córkę i wywieźli na odwach... stamtąd pono... dalej jeszcze wyprawili!... Lecz co to panu oficjerowi?!...

- Nic, mówcie dalej! - rzucił Florian zaciskając zęby i tłumiąc w sobie wybuch żalu.

- Niewiele już zostaje do mówienia. Wywieźli, i jak kamień w wodę. W jakiś czas potem patrzę, kto wchodzi, aż ci sam imć pan Jan. Aż się przelękłam... Akurat siedział tu za stołem, jak waszmość... Biadał, narzekał, kłopotał się... lecz cóż mógł poradzić, samemu pilno mu było gdzieś, a i Prusaków strzec się musiał, bo choć to plugastwo za Wisłę się już wybierało, lecz pewnie by mu nie darowali. Potem znów jakiś chłop z babą się zjawili. Chodzili od domu do domu a o panią Dziewanowską się przepytywali. Baba, jak sama powiadała, aż na policję chodziła się pytać, bo niby jej pani pułkownikowa winna była sporo grosza. Na policji powiedzieli, że pani Dziewanowską jest oskarżona o udział w spiskowaniach tych, co się do Francuzów wykradali... i że wysłano ją... gdzieści za karę!... Gdzie, nie pamiętam!... Baba z chłopem zakręcili się i przepadli. Oj, panie oficjerze... Nie jedne one!... De Tilly nikomu nie darował, choćby dziecko schwycił, to i to skatował... A ów Kohler, co niby poczciwego udawał i do polskich panów się mizdrzył... Prusak był, taki sam zapamiętały jak inni!!...

Florian milczał, ostatka sił dobywając, aby nie okazać słabości. Wielkie krople potu spływały mu po twarzy.

Teraz jasno mu się przedstawiało dziwne zachowanie Dziewanowskiego i one słowa, które był do niego wyrzekł przy pożegnaniu... Zośka przepadła... zginęła prawie... zmarnieje tam w tej niewoli!...

Gotartowski podniósł się ociężale z miejsca - duszno mu było w tej małej izdebce gościnnej.

- Pozwólcie, gosposiu! Pora na mnie.

- Już pan oficer odchodzi!... Niełaskaw! - zakrzyknęła ze szczerym żalem szynkareczka. -A przecież i kwatera by się znalazła!...

- Nie. Bóg zapłać! Ileż się należy ode mnie?...

- Panie oficjerze! Chyba tej nam krzywdy nie wyrządzisz, abyś w dniu tak radosnym niewolił nas do przyjęcia pieniędzy! - rzekła nieśmiało szynkarka.

- A jeżeli waszmość koniecznie chciałbyś na kwit pójść z nami - podtrzymał mistrz Kopytko - to już ostańcie tutaj! Noc późna. Nie sajety, nie salony, lecz wygoda wszelka się najdzie u mnie, a żonisko...

- Ani sobie kumoter do głowy nie dopuszczaj, bym mu pana oficjera pozwoliła... Ho, ho! Cóż to, niby mu krzywda się stanie? Nie mam tu gościnnego alkierzyka?...

Kum z kumą do nie lada się zbierali swarów, lecz Florian przypasał pałasz i rzekł wstając:

- Ani u was, ani u was ostać nie mogę... Darujcie... Po dniu, da Bóg, zajdę... nie teraz. Za serca zacne dziękuję. Patrzeć tylko, inni przyjdą, wiela ich przyjdzie może... gości nie zbraknie nikomu!... Bywajcie!...

Szynkarce oczy wilgocią rozbłyszczały. Zastąpiła Florianowi drogę.

- Panie oficjerze! - szepnęła cicho. - Wam czegoś markotno!... Miarkuję, możeście pani pułkownikowej bliscy! A może i imć panu Janowi!... Napraszać się nie śmiem!... Wola wasza! Skromne izdebki!...

Gotartowski spojrzał serdecznie w liczko szynkarki, rękę jej ścisnął i na ulicę wyszedł.

Tu dopiero uczuł niemoc a wyczerpanie. Pulsa wszystkie biły mu do głowy, krwawe plamy ukazały mu się przed oczyma, pierś rozpierał ból suchy, drętwy.

Szedł niby we śnie, przez mgłę ledwie widząc przed sobą w łunach światła spowite domy i ulice. Gwar a okrzyki, tu i ówdzie się rozlegające, drażniły go, napawały bólem, szarpały. I pytał samego siebie zdziwiony - czego ludzie ci tak się cieszą, czym tak się radują?!...

Florian biegł prawie, gorączką trawiony wewnętrzną, biegł prosto przed siebie, zakręcając ledwie wówczas, gdy ciągnąca się przed nim ulica załamywała się nagle lub kończyła w dwie różne strony idącym rozgałęzieniem.

Myśl o Zośce kołatała się w nim, snując mu obrazy pełne grozy. Wszystkiego od Prusaków mógł się spodziewać. W zapamiętaniu swym nie znali oni litości, w przemocy a gwałcie -pomiarkowania. Im pewniejsi byli bezkarności, tym zwierzęcość ich występowała silniej!... Wiedział o tym Florian nie od dziś.

„Przepadła, przepadła dla ciebie... na wieki!” - szeptał mu jakiś głos ponury, a równocześnie błąkające się na ulicach cienie układały się w szyderczo wykrzywioną twarz Schmidta.

I oto bunt zerwał się pod czaszką Floriana.

Za lat tyle walki, za oddanie się, za zaparcie, za głód, za rany, za tęsknotę... takaż go spotyka nagroda?...

Wzniósł oczy do góry. Niebo pogodne, szafirowe skrzyło się milionami gwiazd.

Florian chciał złorzeczyć, naraz uląkł się i zatrzymał. Wzrok spuścił ku ziemi i zadrżał... O krok przed nim z lekkim szmerem Wisła toczyła swe fale...

Kapitan przeżegnał się. Jeden ruch jeszcze, a stoczyłby się z urwistego brzegu na dno rzeki.

Gotartowski cofnął się od brzegu i, uszedłszy kilkadziesiąt kroków, osunął się ciężko na zwalony nad Wisłą budulec i tu zastygł prawie w szarpiącym go bólu.

Księżyc wysunął się spoza obłoków i oświetlił obydwa wybrzeża. Przeglądał się w błyszczących krzyżach na wieżycach kościołów i w wypolerowanym szpontonie pruskiej placówki, w jasnym nurcie Wisły i w lśniących kałużach Pragi, w mosiężnych kaskach dragoni francuskiej i w końcach pik widet kozackich armii Benigsena. Zamek królewski rysował się na jasnym tle nieba czarno, smutno, jakby w zadumie o świetnej przeszłości pogrążony, jakby rozpamiętywał minione czasy.

Naraz na skraju tarasów zamkowych ukazała się wysmukła postać mężczyzny, spowita burką szeroką. Postać mierzyła wzrokiem dalekie horyzonty, wodziła oczami po złomach spiętrzonych murów Warszawy i zawróciła krokiem powolnym ku Wiśle.

Mężczyzna zatrzymywał się często, niby ważył coś w umyśle i znów szedł, bez widocznego celu, kołując wśród wyboistych nasypów i porozrzucanych kłód drzewa, aż zbliżył się ku stronie, gdzie leżał Florian. Na widok bezwładnej sylwetki Gotartowskiego, jakby rozciągniętej w śmiertelnym skurczu na stosie bali, mężczyzna zatrzymał się. Zawahał się przez chwilkę, a potem śmiałym, elastycznym krokiem podszedł do Floriana i za ramię go ujął.

- Hej!... Przyjacielu! - zawołał. - Cóż to?!... Na ziąb taki przyszliście noclegu tutaj szukać...

Florian poruszył się jakby w gorączce. Nieznajomy, przyjrzawszy mu się bliżej, poznał mundur francuski.

- Hm! To go, widzę, uraczyli! Francuz jakiś pewnie! - mruknął do siebie i ozwał się ponownie czystą francuszczyzną:

- Dalej, wstawajcie! Noc zapada, gdzie wam się tu wycierać!

Gotartowski podniósł zwolna ociężałe powieki, głos nieznajomego wydał mu się nieobcym.

Ten ostatni nalegał żywiej:

- Nie ociągajcie się, bo wam ta gościnność dać się może we znaki!... Mróz, mróz idzie!... A w dodatku, nie bardzo tu może być bezpiecznie!

- Zostawcie mnie! - wyjąkał z wysiłkiem Florian, usuwając rękę mężczyzny. - Mnie tu dobrze!...

Światło księżyca padło wprost na Floriana i przejrzało się w jego złotych kordonach oficerskich, wyglądających spod płaszcza. Nieznajomy podsunął się żywiej.

- Co widzę?!... Oficer... tutaj?!... Polak? Wstańże waszmość!... Ani myśli, żebym cię tu zostawił! No, wesprzyj się na mnie. Tak! Na każdego przyjść może. Podejmowali was sercem! Bo aż wam w głowę a nogi weszło!... No... teraz!

Nieznajomy ujął silnie Floriana i postawił go na nogi.

- A teraz... poprowadzę was ku miastu!... Florian ustąpił na bok. Przytomność mu wróciła.

- Dziękuję, nie trzeba! - rzekł głucho. - Waszmość jesteś w błędzie... za podchmielonego mnie masz! Bywają chwile... że człowiekowi lepiej byłoby spić się...

Nieznajomy utkwił bystry wzrok we Florianie i ozwał się znienacka:

- Wszak to mości Gotartowski?!... Kapitan drgnął, spojrzał na nieznajomego i szepnął z pomieszaniem:

- Książę!...

- Toż dopiero spotkanie?! Jakimiż drogami chadzasz waszmość, że cię tu, aż na tym pustkowiu, zdybałem?... Bo ja... jak zwykle, przechadzkę moją odbywam... i błąkam się!... Lecz waszmość, waszmość... o tej porze?

- Tak przyszło na mnie... Wasza książęca mość... sam nie wiem.

- Zdaj esz się być czegoś strapionym!... No, chodź wasze ze mną! Chodźmy stąd!...

Florian szedł za Poniatowskim z głową zwieszoną. Wspomniał był właśnie, że niedawno

kroczył tą samą drogą z Zośką... i boleść znów targnęła nim silniej.

W głębi, pod Zamkiem, ukazały się oświetlone drzwi pałacu Pod Blachą. Poniatowski rzucił nagle:

- A gdzie, mości Gotartowski, kwaterujesz?...

- Gdzie kwateruję? - powtórzył Florian zbierając myśli. - Sam nie wiem jeszcze, mości książę!...

- To chodźże do mnie.

- Czyżbym śmiał?

- No... nie bój się... kąt się jaki taki znajdzie! - zakonkludował z uśmiechem Poniatowski. - Kłopotu mi nie przysporzysz, a rozgrzać się potrzebujesz.

Florian chciał się jeszcze wymawiać, lecz książę Józef rzekł urażony:

- Chyba że ci dach mój nie po sercu, w takim razie nalegać nie śmiem.

- Wasza książęca mość, to jeno przekonanie, że niegodnym się czuję zaszczytu...

- Bajesz waszmość! Żołnierz żołnierzowi równy - odparł Poniatowski i zawrócił w stronę pałacu.

Florian, idąc z księciem, minął szereg z wyszukanym przepychem urządzonych salonów, tonących w półmrokach przyćmionych świateł, i znalazł się znów w tym samym wymuskanym, cackami zastawionym gabinecie, w którym pamiętną z nim prowadził rozmowę. Poniatowski jednak zatrzymał się tu tyle tylko, aby zabrać ze sobą świecznik, i poprowadził Floriana przez długi, wąski korytarz do dwóch obszernych izb.

 

- No, jesteśmy u siebie! - zagaił wesoło książę, stawiając świecznik na stole.

Za czym zadzwonił na pokojowca i wydał mu jakieś rozkazy.

Gotartowski, mimo przygnębienia a wyczerpania, jął się z ciekawością po tych izbach rozglądać, nie mogąc się oprzeć pewnemu zdziwieniu.

Izby te bowiem w niczym reszty pałacu nie przypominały. Ściany proste, w poważne u sklepienia łuki ujęte, ledwie że bielone, przypominały owe staroświeckie komnaty, w których surowość obyczajów z rycerskimi przymiotami bratać się lubiła. Stoły, krzesła i ławy skromne, drewniane; w drugiej komnacie łoże wąskie, twarde, skórą jelenią okryte, na ścianach kilka miniatur, portret króla Stanisława, ciemnym zasłonięty welonem. Broń porozwieszana ponad kopersztychami - miedziorytamia, a zresztą ni cienia onej zniewieściałości, ni śladu wyszukanego zbytku, jakim się reszta pałacu Pod Blachą odznaczała. Tu, za tym kurytarzem, był jakby inny świat zgoła, mieszkał inny człowiek.

Pokojowiec ustawił tacę na stole z winami a posiłkiem. Książę zrzucił burkę, naciągnął kubrak wojskowy i przyzwał do stołu Floriana.

- Siadaj waszeć! Niech i mnie wolno będzie w dniu tym powitać w tobie zwycięską armię! Jedz, pij waszmość, nie trucizna.

- Wasza książęca mość, czymże sobie zasłużyłem...

- Wszyscy... wszyscy jesteście jednacy! - odrzekł porywczo Poniatowski, targając ręką pierścienie swych kruczych włosów. - Wy, obrońcy ojczyzny! Nie po myśli wam Poniatowski, bo patrzy głębiej! Naród powstaje... Może już powstał... Armię zbierzecie i co dalej?!...

- Armii tej potrzeba będzie wodza! - rzucił Florian pasując się z niemocą, która go znów chwytać zaczynała.

- Wodza - powtórzył w zamyśleniu książę Józef. - Ha! Przecież jest pan Dąbrowski, ba i pan Zajączek także kręci się pewnie. Owszem, tędzy żołnierze. Naczelnik bo odmówił...

- Prawda, wasza książęca mość! - ozwał się w uniesieniu Gotartowski, tracąc panowanie nad sobą. - Naczelnik nie przyjął cesarskich propozycji i... cóż w tym dobrego?!... Może prosta natura moja tej subtelności pojąć nie umie, lecz odmowa ta mi się nie widzi!...

- Bo nie rachujesz, jaką odpowiedzialność wziąłby na siebie. Wszak na jego głowę spaść by mogły złorzeczenia całego narodu!... Jemu nie wolno i nikomu nie wolno - przykładać ręki do dzieła tego bez gwarancyj należytych. Łatwo jest imienia sławnego nadużyć!... Czasem jedno nazwisko może szalę przeważyć!... Naczelnik spełnił swój obowiązek. Zbadał intencję i cofnął się.

- Daruje wasza książęca mość, lecz mnie to nie przekonywa - nie!...

Poniatowski zasępił się groźnie.

- Co wasze?!... Chcesz, aby na nową zgubę wyprowadzić tysiące?... Chcesz, aby znów legiony marły na podzwrotnikowych wyspach i pustyniach?! Z lekkim sercem skazałbyś naród na niedolę, na sieroctwo?!...

- Mości książę! Pomnę, gdy prostym będąc żołnierzem w brygadzie imć pana Dzierżka, stałem pod Markuszowem. Wówczas nadjechał do obozu wysłaniec królewski, pułkownik Kirkor. Treść przywiezionego pisma wkrótce była nam znaną. Było to zawiadomienie o przystąpieniu króla do konfederacji targowickiej. I do dziś dnia pomnę słowa odpowiedzi waszej książęcej mości: „Raczej należało obierać śmierć chwalebną”. I słowa te wryły mi się głęboko w duszę. Może te tysiące z ochotą zniosą dolę, jaką im przeznaczenie gotuje?

Poniatowski szarpał niecierpliwie fałdy żabotu. Gotartowski mówił dalej głosem cichym, słabnącym:

- Ja nie wiem, mości książę, przebaczenia proszę, lecz tam, na polach szerokich, na równinach wielkich, wśród huku dział, pobudek wojennych, lepiej, jaśniee niż tu! W legii ciężko było a ochoczo. Niewygód wiele, głód codziennym był gościem, żołdem była nam wiara w przyszłość. Może się mylę, może błądzę... lecz inna rzecz, gdy pojedynczy człek staje i mówi: „Pójdźcie ze mną, ja was poprowadzę” - a inna, gdy korna gromada zwraca swe błędne oczy i żebrze: „Idź z nami, za twoim iść chcemy przewodem!”...

- Człowieku, zastanówże się nad tym, co mówisz! - krzyknął Poniatowski. - Toć w mgle więcej treści niż w twoich supozycjach. Kto najdotkliwiej dał się nam dotąd we znaki? Kto najgwałtowniej chce zetrzeć z nas piastowe znamię, kto siły swej użył na bezprawie, przemoce najcięższe?! Austria! Z kimże teraz wasz odnowiciel w przyjaźni, kto mu zaręczył neutralny spokój, z kim jest w przyjacielstwie? Z Austrią! Czy trzeba mówić dalej? Zdaje ci się, że dla miłości naszej Bonaparte zerwie przymierze i trzecią potęgę na głowę swej armii zwali?! Mrzonki! Powołujecie ludzi pod broń, formujecie oddziały, a wiecież, dokąd one iść mają? Odpowiedz!...

- Ja - szepnął w gorączce Florian - ja chcę umrzeć!... Poniatowski spojrzał niespokojnie na bladą, zmienioną twarz Gotartowskiego i zapytał pośpiesznie:

- Co waszeci?

- Nic! - jęknął kapitan, na próżno broniąc się raptownemu osłabieniu. - Tyle dni... nocy tyle... daremnie!... Dziewanowski coś wiedzieć musi!... Zabrali ją... wywieźli... Dom pusty... nikogo... i znów sam.

- Waszmość chory jesteś?! Napij się wina... to cię orzeźwi... i na spoczynek. Jam tu waszeci niepotrzebnie rozmową tą trudził, nie pomyślawszy o twoim niewywczasie.

Florian nie odpowiadał. Książę zatrwożył się niepomału nagłą chorobą Gotartowskiego. Zadzwonił na służbę i kazał przywołać natychmiast medyka. Tymczasem wpółomdlałego Floriana ułożono na naprędce przygotowanym posłaniu w alkierzyku, za komnatą sypialną księcia.

Medyk opatrzył Floriana i leki pośpiesznie zaaplikował. Choroba, według jego zdania, była ciężka, bo silnie gorączkowa, tak że bez krwi puszczenia się nie obeszło i na lada driakwi poprzestać nie można było.

Poniatowski zafrasował się szczerze chorobą Gotartowskiego i nakazał medykowi mieć o nim pilne staranie.

Medyk, zmiarkowawszy z relacji służby, że chory nieznanym zgoła jest tylko oficerem, doradzał księciu, aby go gdzie w oficynach ulokował, chory bowiem, będąc w gorączce, snadnie mógł wpaść w malignę, a tym samym spokój księciu zakłócać. Poniatowski mimo uszu puścił rady medyka, Floriana kazał w alkierzu pozostawić i wszelką opieką otoczyć.

Pusto było na drodze od Błonia ku Warszawie idącej. Ta część kraju po dniach gorączki, po nocach, pełnych szczęku oręża i alarmujących wystrzałów, spoczywała we śnie miarowym, spokojnym. Armia francuska szeroko rozrzuciła swe pułki i widety. W środku niej można było nie troszczyć się już ani o spóźnione gromadki jeźdźców, ukazujących się na drogach, ani o całe bodaj oddziały. Przestano się niepokoić i oddalonym tętentem, i dźwiękiem sygnałów. Ten, co jechał drogą, swoim być musiał, bo któż by się ważył między rozstawione kolumny francuskie wkraczać?

Spało Błonie. Spała snem twardym Warszawa. A tymczasem drogą, przez Błonie idącą, pędziło dwóch jeźdźców. Jeźdźców dziwnych i ze stroju, i z zachowania się, i z zamienianych niekiedy, urywanych wyrazów.

Pierwszy, otulony krótkim, zielonym surdutem, podbitym futrem, w łosiowych spodniach, w nasuniętym mocno na czoło stosowanym kapeluszu, przekręconym według mody rewolucji i Dyrektoriatu, parł naprzód białego jak mleko araba.

Drugi, w wielkim zawoju wschodnim, w białym burnusie, zarzuconym na jaskrawą odzież, z wielkim kindżałem i krócicami za pasem, jechał o dwa kroki za pierwszym jeźdźcem na koniu jak kruk czarnym.

Arab pruł powietrze i sunął naprzód sam, bez ostróg, bez targnięcia cugli. Cwałował a płynął, zda się. Suchy, kształtnie wygięty kark ani drgnął prawie, chody prężyły się i zginały z siłą niepomierną a giętkością i wdziękiem. Krew w arabie grała, każda żyłka delikatnych a stalowych pęcin drgała, błyszczące oczy rumaka toczyły ognie. Niekiedy arab szarpał niecierpliwie munsztukiem, zgrzytnął cisnącym mu pysk żelazem lub zarżał przeciągle, dźwięcznie, hardo.