Rok 1809Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Gąsiorowski

Rok 1809

Powieść z epoki napoleońskiej

Warszawa 2017

Spis treści

[Motto]

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

[Motto]

Bardziej się temu potomne wieki dziwować, aniżeli wierzyć będą.

A. Chryz. Załuski, biskup

Rozdział I

Była zima roku 1809. Mróz po kilkodniowej odwilży wrócił silniejszy. Wpółroztopione śniegi, kałuże a sople zaskoczył znienacka, przejął wskroś, szklistymi powłokami okrył, każdą spływającą kroplę wody w drodze zatrzymał, w perłę lodową zmienił. Jakby był dlatego na dni kilka odszedł, aby powrócić zbrojny w mocniejsze północnych wiatrów podmuchy, cięższe do przełamania okowy.

Mróz lutowy, mróz brodacz, każdą chatę strojący w stalaktytowe sople, śniegowe kożuchy zlewający w tafle, bardziej zawzięty, dokuczliwy, bo zjawiający się niespodziewanie po łudzącej ciepłem odwilży.

Luty miesiąc – luty mróz.

Mroki wieczorne otulały dwory i dworki Ostrowa, rozpalały w oknach światełka, zapraszały do ognisk przy kominkach, niewymyślne miasteczko podlubelskie spowiły ciszą głęboką.

Dziewczęta ustawiały kołowrotki, chłopcy opatrywali koziki do drewien strugania, a starce już sunęli ku wygotowanym dla nich siedzeniom. Lada chwila miały się zerwać pieśni, wspominki lat dawnych, szeptem prawione dzieje przeszłości, lękliwe o ostatnich wydarzeniach uwagi. Ostrów bowiem na początku roku 1809 był po dawnemu, po rozbiorze Rzeczypospolitej, pod władaniem Austriaków. Księstwo Warszawskie, które cesarz Napoleon ustanowił, nie objęło ani ziemi lubelskiej, ani Sandomierza, ani Zamościa, bo w ogóle jeno składało się z tej cząstki dawnej Polski, którą rządzili Prusacy. Stąd Ostrów tęsknił do swobód Księstwa Warszawskiego a jęczał, bo podówczas Austriacy w srogości z Prusakami szli w zawody.

Kiedy tak Ostrów do owych gawęd się sposobił a ogniskami w okienkach kamieniczek i domków mrugać zaczął, jeden tylko dworek dostatni imć pana Tadeusza Zabielskiego tonął jeszcze w ciemności.

Tam snadź nie pożądano ani rozgwaru, ani opowieści. Oto trzy tygodnie upłynęło ledwie od chwili, gdy dworek ten był świadkiem przenosin młodego pana Tadeusza – trzy tygodnie, gdy dźwięczały tu wiwaty, a rynek ostrowiecki wypełniały bryki i kałamaszki przybyłych z okolicy gości weselnych. Przed kilku dniami zaledwie wyciągnął dopiero imć pan Bonawentura Głuski, rodzic pani Tadeuszowej, zabierając ze sobą do Jastkowa drugą córkę, pannę Marysię.

Długie było a serdeczne pożegnanie. Pan Bonawentura chrząkał, burczał a tabakierką trzaskał, pani Tadeuszowa łzami się zalewała ostatnie zamieniając uściski z siostrą. Ale kiedy już konie sprzed ganku ruszyły, a młodzi zostali sami, jakoś i smutek prysł, i tęsknoty zabrakło. Życie im było snem czarownym, chwila każda, spędzona przez imć pana Tadeusza w kancelarii nad papierami – niepowetowanym uszczerbkiem.

Niekiedy pan Zabielski wracał z magistrackiego domku zasępiony – ale jeden uśmiech Janki wypogadzał jasne jego czoło i wesele wracało. Niekiedy znów Janka wspominała na siostrę, na tęsknicę jej za zmówionym, a od lat dwóch blisko przepadłym na Staszkiem Gotartowskim łiżałość zdejmowała dobre serduszko pani Tadeuszowej, i płakać się chciało, że Marysia tyle smutku w tej samej chwili zaznaje. Gdy jednak pan Tadeusz rozterkę spostrzegał a przemówił – żałość rozpływała się, nikła.

Tego atoli wieczora imć pan Zabielski wrócił do gniazdka swego bardziej niż zwykle zadumany. Janka w lot pochwyciła zmarszczki na czole.

– Jesteś nareszcie!... Niedobry! Czekałam dziś tak długo!

– Januś moja, widzisz, pilne sprawy!

– Wiem, wiem!... Tylko mi waćpan o nich nie myśl... Siadaj tu przy mnie! Jeszcze chmurny?! Takie waćpan ma dla mnie zachowanie?! Proszę się wysumitować!

– Kochanie ty moje!... Ot, kłopot... czasem przychodzi samochcąc.

– Więc to tak jegomość sobie poczyna? Za nic respekt należny?

– Janusiu! Co ci przychodzi!

– Ja... ja muszę wiedzieć... wszystko muszę wiedzieć... bo jak ciebie ma frasować, to i mnie także...

– Januś moja! Co tobie po tym! No, ale chcesz... chociaż, czy ciebie to obejdzie?

– Musi! – ucięła z powagą pani Zabielska.

– Więc słuchaj! Przyszedł dziś papier z Sandomierza od generała Egermana o ułożenie rozpisu na pobór rekruta. Nakaz pilny, przebąkują coś jakby o nowej wojnie!... Ciężko!...

– Prawda! – westchnęła pani Zabielska wspomniawszy na Marynię.

– Nie po sercu mi taki rozpis! Roku nie ma, jak na tej burmistrzówce osiadłem, ledwie co mieszczan poznałem bliżej, a tu ciągaj ich, wódź się, a w duszy się nie dziw, że im do białych mundurów niepilno! Wybrali nam oni przecież nie tak dawno tysiące ludu! Teraz znów! A przy tym ta wojna nowa!... Już ci nie trzeba się długo namyślać z kim! Bez Napoleona się nie obejdzie... a bez naszych z Księstwa także! I co? Swój swego będzie mordował! Złe!...

– Złe, źle – przytwierdziła Janka.

– Ot i frasunek! Jest czego, tu obowiązek niewoli, a tu żal zdejmuje. Weź Piętków – poczciwi ludziska mają dwóch synów, podobno chcieli do Warszawy się przebierać. Rodzice uprosili, a teraz przyjdzie na nich!

– Niech się salwują!

– Ba! Właśnie, ale im niebezpieczeństwo ani w głowie! Kto ich uprzedzi?

– Ja! – zakonkludowała energicznie pani Zabielska.

– Januś! Zastanów się! Myśleć o tym niepodobna – gardłowa sprawa! Pieczęć tajemnicy!...

Prócz mnie, pułkownika i komisarza Mólskiego nikt o tym nie wie i wiedzieć nie może, dopóki werbunkowych oddziałów nie rozpuszczą! A wówczas będzie za późno!...

– Trzeba więc teraz koniecznie! – upierała się Janka. – Szkoda Piętków!

– Szkoda, lecz nie ma sposobu! Z pułkownikiem może by się udało, bo to dobry człek w gruncie rzeczy, lecz na Mólskiego nie ma sposobu. Człowiek mi nieszczery, czytam w jego każdym wejrzeniu! Podobno ja mu popsułem szyki. On o toż samo burmistrzostwo zabiegał w Rządzie Cyrkularnym Lubelskim i gdyby nie wstawiennictwo pana Józefa Podhorodeńskiego, to pan Domański nic by nie wskórał! Mólski żadnej mi krzywdy nie wyrządził, lecz nie ufam mu!... Niechby podejrzenie padło – wzięliby do fortecy i mnie, i na starych rodzicach Piętków by się mścili! Nie, nie!... Ot, nieszczęście naszło! Chociaż, kto wie, może się jeszcze co zmieni. A może lepiej, by wojna była.

Janka zadumała się smutnie.

Pan Tadeusz ciągnął jakby do siebie:

– Podobno takich niepewnych czasów dawno nie bywało! Kto ich wie zresztą! Papier lakoniczny bardzo! Ale, ale... Januś moja! Przepomniałem! Toż pułkownik do nas się dzisiaj zaprosił na wieczerzę. Należy go przyjąć poczciwie. Niemiec nam życzliwy...

Janka porwała się jak łania spłoszona.

– Nic mi nie powiedziałeś.

– Daruj! Ot, masz, zagadaliśmy się. Lecz przecież czym chata bogata!

W tejże chwili wbiegł do alkierza pacholik z wieścią, że pułkownik von Wassenfeld już przyszedł. Janka wysunęła się do izby czeladnej, pan Tadeusz zaś wyszedł naprzeciw gościa i pomógł mu z płaszcza i pasów się uwolnić.

Mein Gott! Mein Gott! – mruczał pułkownik strzepując szronem zaszłe wąsiska. – Panie Zabielski, jaki mróz! Brr!... Jeszcze takiego nie pamiętam!...

Zabielski powiódł gościa do obszernej, widnej izby na prawo, usadowił na krześle i zawołał na pachołika. Ten zawczasu przygotowane drewna w kominku ułożył i skrzesał ognia. Jasny płomień buchnął wesołym trzaskiem, oświetlając izbę a miłym ciepłem przejmując.

– O! Oh! Panie Zabielski, panie burmistrzu!... – zaczął po chwili Wassenfeld. – Co to za rozkosz tak siedzieć w ciszy i spokoju!... Pan tego nawet ocenić nie potrafisz... ale ja! Ile razy brakło nam w polu takiego kącika! Ile razy dałoby się pół życia za takie schronisko!

– Służba wojskowa ciężka! – zauważył pan Tadeusz.

– Bardzo! Bardzo ciężka – wzdychał pułkownik. – Jeszcze póki człowiek młody, to się rwie do niej... ale potem... pusto!

Pułkownik zamyślił się.

– Prawda, prawda! – potwierdził młody gospodarz domu.

– Tyle lat ciągłych przemarszów.

– I... i... dodaj: ciągłego niepowodzenia! Przegrana bitwa demoralizuje nie tylko żołnierza, ale i oficerów... zniechęca, budzi brak zaufania. A myśmy mieli przegranych bitew aż za wiele! Myślisz, że nasze wojsko było kiedy gorsze, mniej sprawne, gorzej zaopatrzone?

 

Nigdy! Francuzi nie mieli ani takiej artylerii, ani takich grenadierów, ani takich strzelców jak nasi, tyrolscy... Ich przewaga – to jeden może Bonaparte...

– No i marszałkowie...

– Hm! Zapewne! Pod takim wodzem... Zresztą, powodzenie... daje pewność siebie! Krótko mówiąc, mieliśmy dawniej wszystko... prócz dowódców! Ale teraz... trudniej byłoby o Marengo, o Austerlitz, nawet o Hohenlinden!

Wassenfeld targnął z fantazją temblakiem, że aż pałasz zadzwonił, i dodał z przekonaniem:

– To jest, może się Marengo powtórzyć, ale nie dla nas! Nie dla nas!...

– Pułkowniku! – zagadnął żywo Zabielski. – Tak mówisz dziwnie! Przecież teraz, gdy o zerwaniu traktatu mowy nie ma...

– A któż o zerwaniu mówi! Traktat dotąd trwa, dopóki obie strony mają w tym korzyść.

Ale z chwilą gdy jedna ma tylko widoki... zbiera armię i nachodzi granice nieprzyjacielskie!

– Więc te słuchy o wojnie...

– Nigdy nie są bezpodstawne!

– Czasy pokoju...

– Nie dla nas! – rzucił przez zęby Wassenfeld. – Zważ tylko, panie burmistrzu, z tobą mogę wszak mówić zupełnie szczerze – czy jego cesarska mość może zezwolić na to panoszenie się francuskiego generała, czy może ścierpieć, aby on dyktował mu prawa handlowe, aby samowolnie wydzierał mocarzom korony i rozdawał je jak stopnie oficerskie swoim ulubieńcom czy krewniakom?! Czyż jego cesarska mość może znieść ten ucisk ludów?!

– Ucisk? – powtórzył przeciągle pan Tadeusz i urwał nagle.

– Ucisk, ucisk, panie Zabielski! Tak być dłużej nie może! Patrz, Prusy obezwładnione, z odebranymi prowincjami.

– Lecz, zdaje mi się, odebrano im tylko to, co nie było ich własnością?!

– Żartujesz, burmistrzu – w tym razie nastąpiło porozumienie!... No – no!... Choćby nawet... to Napoleonowi nic do tego...

– Więc ten pobór nakazany?... – zagadnął cicho pan Tadeusz.

– Ma, ma doniosłe znaczenie! Bardzo doniosłe! Ja wiem... wy tego nie lubicie, panowie!

Obowiązek. Każda piędź ziemi musi złożyć podatek krwi. Prawo odwieczne!

– Nie przeczę! Ale przyznaj mi, pułkowniku, że przecież ta biedna ziemia nie miała jeszcze czasu, aby się zawziąć w miłości dla spraw wiedeńskich.

– Wiele, wiele by o tym można mówić! Mnie się nie pytaj! Jam nie polityk! Jakby mi sądzić przyszło, to... diabli wiedzą! Moja rzecz słuchać! Poboru i ja nie cierpię – zwłaszcza tu, u was! Rąk i tak mało do pracy! Ale kto temu winien? Masz, nikt inny, tylko Bonaparte!

On ludzi w pole wyprowadza, on durzy – za nim lecą ci emigranci! Szaleństwo!...

– Pułkowniku! Bierzesz im to za złe? Gorszy cię?!

– Mnie? – przerwał żywo Wassenfeld. – Tu o mnie mowy nie ma! Tylko ludzi szkoda!

Dokąd ich to zaprowadzi? Mało im jeszcze biedy! Niespełna rozumu...

Pan Tadeusz chciał ująć się za tak ostry sąd – lecz w izbie ukazała się Janka zakłopotana, zapłoniona i jęła prosić na wieczerzę.

Pułkownik porwał się z miejsca i z posuwistym ukłonem podał młodej gospodyni ramię, aby ją do stołu poprowadzić. Przy wieczerzy rozmowa potoczyła się gwarno a ochoczo. Wassenfeld ścigał gładkie liczko Janki, sadził się na komplimenty, roztaczał całą swą obozową dworność a w uprzejmościach się rozpływał. Gdy nadto, po sutym bigosie, na stole ukazała się dobrze omszała butelka, w starego pułkownika jak gdyby nowe wstąpiło życie.

Miotlaste wąsy szarpał z fantazją, ostrogami pobrząkiwał, dzwonił pałaszem, a ku panu Tadeuszowi się chylił i za ręce go ściskał.

– Dobrze mi tu u was! Jakbym odżył dzisiaj!... Opatrzność was tu sprowadziła! Jeden dom przynajmniej serdeczny! My z pani mężem przylgnęliśmy do siebie od razu! Ja wiem. Mólski, komisarz, wam niechętny, lecz do czarta, von Wassenfeld jeszcze coś tu znaczy, jeszcze on coś wskóra, jakby było potrzeba. Na zdrowie! Za pomyślność!

Pułkownik pociągnął raz i drugi z kielicha i dodał ciszej:

– Dobre lata! Eh! Może to na moje utrapienie... przywiązuje się człowiek do ludzi... a potem ciężko się rozstawać.

– Czyżby pan pułkownik myślał od nas rejterować? – zapytała ciekawie Janka.

– Ani mi to na myśli! Ale cóż, służba. Rozkaz przyjdzie i w jednej chwili... Bóg wie, gdzie może mnie zapędzić!

– W czasie wojennym – poprawił pan Tadeusz.

Wassenfeld nachmurzył się, a po długiej pauzie obejrzał się po izbie, jakby chcąc sprawdzić, czy nie ma kogo ze służby w pobliżu, i szepnął:

– Co tu ukrywać... wojna jest...

Pan Tadeusz pobladł z lekka. Janka nachyliła główkę ku pułkownikowi.

– Z kim?! – rzucił gorączkowo Zabielski.

– Z kim? Chyba nie mam potrzeby mówić! Przyszedł już rozkaz... Lada dzień wy maszerujemy, tylko pobór rekruta mamy skończyć! Nadejdzie tu po nas zbierająca się brygada generała Bikinga... pójdziemy pewnie prosto do Warszawy!...

– Do Warszawy! – zawołał ze wzruszeniem Zabielski.

Wassenfeld spojrzał niepewnie na młodego burmistrza i odrzekł obojętnie:

– Do Warszawy... tam, skąd by nam na tyłach armii grozić mogło niebezpieczeństwo.

– Ależ! – ozwał się gorąco pan Tadeusz. – Jeżeli wojna z Napoleonem... to... cóż zawiniło Księstwo Warszawskie?

– Zawiniło?! Wojna! Więc wojna ze wszystkimi, co powiadają się być stronnikami Bonapartego! My zresztą wkroczymy do Księstwa jako sprzymierzeńcy! Arcyksiążę Ferdynand d’Este jest bardzo ludzkim! Jeżeli ludność zachowa się spokojnie, może być pewną łaskawości jego. Janka milczała zadumana.

Pan Tadeusz gryzł wargi niecierpliwie.

– Więc wojna wypowiedziana? – zagadnął niepewnym głosem.

Pułkownik pociągnął potężny haust wina i rzekł ociągając się:

– Wypowiedziana! Jak będziemy w Warszawie... wówczas dowiedzą się o niej! Na to jest dosyć czasu! Z Bonapartem nie ma żartów! Tu nie idzie o groźby, lecz o wojnę! Im później o niej się dowiedzą, tym lepiej!

– To... podejście! – zauważył Zabielski.

– Zbawienne dla tego księstewka!... Tak, może myślałoby o oporze! Naraziłoby się na niepotrzebny rozlew krwi... a tak, złoży broń bez wystrzału. Bonaparte będzie pewno walczył... ale tym razem nie dotrzyma placu. Nasza armia...

Wassenfeld urwał nagle i powiódł wzrokiem po zadumanych twarzach Janki i Tadeusza.

– Was to nie cieszy?! – zapytał raptownie.

Zabielski uśmiechnął się kurczowo.

– Cieszyć? Pułkowniku, wojna, nawet zwycięska, zbyt wiele smutków sieje, aby radować się jej można...

– Masz, burmistrzu, rację! Chociaż, darujcie, gdybym was nie znał... gotów bym był podejrzewać o sprzyjanie Bonapartemu!

– Nie, pułkowniku, my sprzyjamy tylko sprawiedliwości!

– Wiem, wiem! I nie wątpię! Macie dowód, że wygadałem się przed wami z tajemnicą!...

Lecz jestem zupełnie spokojnym! Wam zawierzyłbym bodaj własną głowę. Mało w naszym Rządzie Cyrkularnym jest tak sumiennych urzędników!

Janka pokręciła noskiem – zdawało jej się, że może byłoby lepiej, gdyby pan Tadeusz był mniej skrupulatny.

– Tak, tak! – ciągnął dalej Wassenfeld. – Byle teraz z tym poborem skończyć, a potem, co Bóg da!...

– Zapewne! – przytwierdził oschle Zabielski. – Byle z poborem... Chociaż – dodał niepewnie – sam nie wiem, co począć; jeżeli mi pułkownik nie pomoże w tym razie... sam nie wiem!

– Cóż takiego? Do czarta, przecież możecie ze mną robić, co wam się podoba! Mówcie!

Zabielski spojrzał znacząco na Jankę i rzekł akcentując każdy wyraz:

– Mości pułkowniku! Nie dlatego, abym się uchylał... lecz wypadła mi ważna sprawa! Na tydzień może chciałbym wyjechać!...

– Gdzie? Dokąd?

– Niedaleko... Zawsze dzień drogi za Iłżę!... Właśnie, za Iłżę do... Krzyżanowic! Nie do samych Krzyżanowic... jeszcze w bok, kilka wiorst...

Wassenfeld utkwił swój bystry wzrok w Tadeuszu. Janka pobladła z lekka.

– Do Krzyżanowic! Pilna sprawa?...

– Bardzo, bardzo pilna...

– No, no! Taki nagły wyjazd!... Przecież to werbunek! Nieobecność twoja może ci w dalszej karierze zaszkodzić!...

– Pułkowniku! Istotnie... Ale co robić!... Właśnie dawny komornik mego... teścia, dobrze mówię... teścia... ma pojutrze wypłacić sumkę na termin... kilka tysięcy dukatów.

Pan Tadeusz stropił się nagle i urwał. Wassenfeld gładził wypukłe czoło i wpatrywał się wciąż w Zabielskiego.

– Kilka tysięcy dukatów!... Piękny grosz!

– Tak, panie pułkowniku! – wmieszała się nagle Janka. – Musi, bo przepadnie... wszystko!

A jeszcze niech zawierucha nadejdzie...

– O nią mi idzie! – pochwycił raźniej Zabielski. – Jeżeli nie zdążę, potem ani myśli o odebraniu!

– Zapominasz, burmistrzu, że załogom nakazano zdwoić baczność.

– Mólski da sobie radę, nawet kontent będzie, do odznaczenia sposobność mu się nadarzy!...

– A co pan pułkownik... – odezwała się znów Janka – pewno dopomoże nam!... Musimy!

– Ha! Niechże i tak będzie! Tylko jeden warunek!

– Zgoda! Bodaj dwa nawet!

– Że pan pojedziesz sam, a żona zostanie tutaj... pod moją opieką!

Zabielski pobladł.

– Janka ma zostać? Ależ, pułkowniku!...

– Musi zostać! Nie bierz mi tego za złe! Zezwalając na twój wyjazd nagły czynię odstępstwo od instrukcji, niechże przynajmniej mam zakładnika...

Pan Tadeusz chciał oponować, lecz Wassenfeld rzekł z naciskiem:

– Inaczej nie mogę!

Pułkownik urwał nagle i próbował na inny przedmiot skierować rozmowę, lecz ta się nie kleiła, Zabielski częstował jeszcze winem. Wassenfeld pił, trącał się kielichem, przepijał do Janki, aż w końcu podniósł się ociężale i jął żegnać.

– Więc jutro, panie burmistrzu, ruszacie?...

– Ruszam! – powtórzył głucho Zabielski.

– Darujcie mi ten warunek... ale wam wyjdzie na pożytek, bo wrócicie teraz daleko prędzej... a gdybyście wyjechali z całym dworem, kto wie, czyby jaka denuncjacja nie zmusiła mnie do wysłania pogoni!

Wassenfeld uścisnął rękę Tadeusza, skłonił się zamaszyście Jance i wyszedł.

Gdy młodzi małżonkowie znów znaleźli się sami w alkierzu, Janka osunęła się bezwładnie na krzesło i ukryła twarzyczkę w dłoniach.

– Januś moja! Co tobie?!... Rozchmurz się.

– Jedziesz?! – szepnęła Janka drżącym głosem.

Zabielski porwał się nagle i jął wielkimi krokami mierzyć izbę.

– Czy jadę? Kochanie ty moje! Sam nie wiem!... Chciałem z tobą razem... Lecz bez ciebie!... Nie, niepodobna! Skąd mi taka myśl postała nagle w głowie! Nie, ja nic nie pomogę, nic nie zmienię... nieszczęścia nie odwrócę!... Trudno! Już zostanę tym austriackim burmistrzem!

– Więc przeczucie mnie nie omyliło? Myślałeś...

– Do Warszawy cichaczem umknąć... aby przede wszystkim uprzedzić o grożącym niebezpieczeństwie, a samemu wydostać się z tego piekła!... Januś, daruj mi! Przeznaczeniem moim było widocznie, abym był bezsilnym widzem nowego najazdu Austriaków! A przecież, gdyby tam wiedziano o zbierającej się burzy... kto wie?...

W oczach Janki zabłysły gorączkowe ognie.

– Więc pisanie wygotuj i wyślij kogo natychmiast!

– Niepodobna! Tyle zaufanego nie mam, a gdyby przejęli list, snadnie dojść by mogli autora! Wówczas zgubiłbym i ciebie, i siebie!... Ha, cóż! Nie mówmy o tym więcej!...

– Więc jedź beze mnie! – odezwała się z mocą Janka.

Pan Tadeusz spojrzał na szkarłatami okrytą twarz żony, na energicznie zsunięte brewki, na zacięte jej usteczka i zdumiał się.

– Jak to, Januś... bez ciebie?...

– Ja zostanę, poczekam, wrócisz...

– Wrócę... zapewne!

– Jedź, jedź, nie zwlekaj! – zachęcała drżącym głosem Janka. – Jeżeli ta wiadomość może tak zaważyć, nie wolno się ociągać! Byleś prędko powrócił!

– Zdradzę zaufanie pułkownika!...

– Albo ziemię, która nas wydała!...

– Prawda! A jeżeli?!... Nie! Wrócę z pewnością! Bóg cię natchnął myślą poczciwą!

– Czasu... wiele nie potrzebujesz; byleś dotarł do Warszawy... może do granicy wystarczy?! A potem wracaj!...

– A gdyby tu zaszło coś?...

– Bądź spokojnym!... Ja sobie poradzę. Jest stary Łukasz! Zresztą, nie lękam się o siebie!

Pan Tadeusz spoglądał z uwielbieniem na Jankę. Miał ją za taką słabą, tak płochliwą, aż oto znachodził w niej tyle hartu, tyle odwagi...

Zabielski chciał coś jeszcze mówić, lecz Janka nie dała mu przyjść do słowa i natychmiast jęła przygotowywać dla męża zawiniątko, troszcząc się o każdy drobiazg i układając plan całej drogi. Uradzono, że pan Tadeusz własnym wózkiem dojedzie do Iłży, a tam dopiero wynajmie konie do Radomia, a z Radomia do Warszawy.

 

Janka pobiegła sama wydać rozkazy parobkowi, pan Tadeusz zaś wysunął się do kancelarii magistrackiej, w rynku położonej, i tam jął samemu sobie koncypować glejt na przejazd granicy, mianując siebie samego Wojciechem Starczyńskim, obywatelem obwodu ostrowieckiego. Kiedy glejt był już upstrzony pieczęciami, pan Tadeusz nakreślił jeszcze kilka słów do Mólskiego o tym, że sprawy familijne niewolą go do wyjazdu na dni kilka pod Iłżę i że obowiązki swoje powierza jego – Mólskiego – pieczy, i powrócił do domu, Pan Tadeusz wahał się jeszcze, ociągał z wyjazdem. Bał się następstw swego kroku, bał się o Jankę, bał o przyszłość. Tłumaczył żonie obowiązki, prawił niby o intencjach, które go do kroku tego skłaniają – a w głębi może był przygotowanym, aby silniejszemu argumentowi Janki ustąpić i wyjazdu zaniechać. Lecz, o dziwo, Janka nie wymówiła słowa jednego, mogącego zachwiać postanowieniem. Przytwierdzała nawet prognostykom o szczęśliwym, niechybnym powrocie...

Aż panu Tadeuszowi zrobiło się przykro. Po tej tkliwej, przywiązanej Jance nie spodziewał się był takiej oziębłości. Jeszcze był pewien, że może przy pożegnaniu dostrzeże silniejsze wrażenie, może usłyszy słowo „zostań”. Ale w Jance snadź zaszła nagła a nieoczekiwana przemiana.

Gdy Tadeusz ostatni pocałunek składał na jej czole, zmrużyła powieki i szepnęła:

– Jedź!... Dotrzyj!... Powinieneś!... Niech cię Bóg prowadzi!

Pan Tadeusz wzruszony, a bardziej może podrażniony – wskoczył prędko do wózka. Konie pomknęły z kopyta i znikły w mgłach szarzejącego poranku.

Janka przez czas jakiś ścigała rozpalonym wzrokiem oddalający się wózek, a potem wróciła ociężale do alkierzyka i tam padła zemdlona.