Pani Walewska

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pani Walewska
Pani Walewska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,85  39,88 
Pani Walewska
Pani Walewska
Audiobook
Czyta Michał Breitenwald
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział III

Tego samego dnia pan Anastazy po bezsennej nocy zaspał był nad ranem i obudził się, kiedy już słońce iskrzyło się w mrozem porosłych szybach. Krótki, lecz mocny sen pokrzepiał szambelana. Wypił pan Anastazy ze smakiem filiżankę czekolady, przerzucił ostatnie wiadomości „Gazety Korespondenta”, wysłuchał nawet uroczystych życzeń noworocznych, z jakimi zjawiła się doń służba pałacowa z Baptystą na przedzie, i dopiero wspomniawszy na żonę, skrzywił się.

– Jaśnie oświecona pani wyjechała? – zagadnął pokojowca.

– Wyjechała.

– I nie powróciła jeszcze?

– Kolebka wróciła pusta, jaśnie oświecony panie.

– Domagalski?

– Został z jaśnie oświeconą panią.

Szambelan żachnął się na samego siebie. Niepotrzebnie uległ wczoraj tej dzierlatce.

Dzień piękny, pogodny, jednym tchem można by wrócić do Walewic. A tu, w dodatku, Nowy Rok: ani sposobu się pokazać nigdzie, bo być u jednych, trzeba objeżdżać wszystkich, a nie wiadomo nawet, jakby przyjęli.

Szambelan wspomniał dawne czasy i gorycz go zdjęła. Dawniej w Nowy Rok! Ledwie mógł zdążyć na wieczór do księżnej! Z zamku go prawie puścić od siebie nie chciano, a u pani Krakowskiej, u księcia podkomorzego, u krajczyny, u prymasa...! Dziś nawet nie wiadomo, kto tu przewodzi, kto tu przyjmuje honory. Poniatowski spotkał go wczoraj i ledwie głową kiwnął. Są jeszcze ci, napoleońscy ducowie, lecz od nich najpierw należałoby odebrać czołobitność. Zmarnowany dzień, stracony na kawęczenie w opuszczonym pałacu, w którym ani tego walewickiego fotela nie ma, ani tego rozległego pejzażu, ani faworyta legawca, ani tych przytulnych kątów.

Około południa szambelan zaczął się ubierać, wysłuchując cierpliwie anegdot, którymi kamerdyner uważał za właściwe bawić swego pana, a które Walewski umiał już na pamięć – gdy mu zameldowano przybycie pana Ksawerego.

Pan Anastazy, zaledwie fryzurę ukończywszy, wdział dostatni a ciepły rajtrok i wyszedł do syna.

Pan Ksawery powitał ojca dosyć szumnie brzmiącymi życzeniami, szambelan cmoknął kilkakrotnie w powietrzu nad głową syna i zagadnął sucho:

– Myślałem, żeś acan nie wiedział o tym, że zostałem? Skądże to u mnie?

– Księżna wspomniała mi wczoraj, poczytałem sobie za obowiązek nawiedzić.

– No, siadaj acan. Może będziesz śniadał?

– Dziękuję.

Ledwie nawiązana rozmowa urwała się nagle. Ksawery bawił się własnymi guzikami od fraka, szambelan trzaskał tabakierką i zezował nieznacznie na syna, dziwiąc się w duchu, skąd jego syn może już tak staro wyglądać. Myśl ta była tak silna, że szambelan nie potrafił jej ukryć.

– Acan mi coś nietęgo wyglądasz.

– Ja? – odparł zaskoczony tym zapytaniem pan Ksawery. – Wiek, wiek, proszę jegomości pana szambelana.

– Cóż to za wiek?

– Sześćdziesiąt za pasem bez wykrętów.

Szambelan sponsowiał.

– Właśnie acan na te lata wyglądasz mi niedobrze. Pan Kazimierz także, a cóż pan Józef?

– Myśli do wojska.

– Piękna kariera, nie ma co mówić.

– Powiadają, że dziś dla wojskowych wszystko stanie otworem, bo cesarz...

– Acan mi o nim nie mów, dla pana Józefa należałoby o stateczniejszej promocji pomyśleć, a jeżeli już tak koniecznie, wyróbże mu patent pułkownikowski! Chyba Pepi powinien ci w tym dopomóc.

– Zabiegałem już, ale nie wiadomo. Odesłał mnie do imć Dąbrowskiego generała. Nie próbowałem nawet.

– Ja myślę.

– Gdyby własnym sumptem ufundować im pułk, kto wie?

– Ha! Jeżeli starczy dochodów – funduj!

Pan Ksawery westchnął.

– Teraz, proszę jegomości pana szambelana, ciężko, bardzo ciężko...

– A mnie, myślisz, nie ciężko? Siedziałbyś, acan, na wsi jak ja, bo tu co dzisiaj? Maszże wpływy, znaczenie? Lada mości Wybicki dorwać się potrafi! Zobaczysz, sami pozabierają co najlepsze starostwa, a takim, jak acan, dobrze, jeżeli ochłap rzucą. No i pewnie, o kimże mają pamiętać, jeżeli nie o sobie?

– Mówią, że starostw nie będzie wcale.

Pan Anastazy szeroko oczy otworzył.

– Bajesz acan, jak to, nie będzie starostw?!

– Mają pruski porządek utrzymać, dochody i dobra wziąć na grosz publiczny.

– Śliczny ład, nie ma co mówić! Więc dobrze powiedziałem: na wieś wracać i zaszyć się w swoim kącie, niż tu się kręcić między tymi personatami, ale pewno pani Ksawerowa rada by się zabawić rada by...

– Wiadomo jegomości panu szambelanowi, trzyma nas małżeństwo pana Kazimierza. Księżna wojewodzina dosyć łaskawa, panna trzpiot jeszcze wielki, ale przy panu Kazimierzu nabierze statku, nawet niewątpliwie nie byłoby przeszkód, gdyby nie Ossolińscy. Pani oboźna z panią kasztelanową zabiegają około pani Dominikowej, ale, zdaje się, jesteśmy dobrze plasowani. Dużą nadzieję pokładamy w jejmość pani szambelanowej, która jest w zażyłości podobno wielkiej z panną, miały nawet dziś jakąś promenadę odbyć.

– Ano, pojechała, z umysłu zostaliśmy dzień dłużej.

– Bardzo obligowany. Tylko obecność Ossolińskiego może bruździć.

– Nie rozumiem.

– Właśnie wypadkowo nasz strzelec widział jejmość panią szambelanową, jak wyjeżdżała od Dominikowej z Żanetką i Ossolińskim. Zastanawia mnie, że księżna zezwoliła.

Szambelan wydął usta.

– A cóż tu było do zezwolenia? Jest z szambelanową, to dosyć.

Pan Ksawery zmieszał się surową odpowiedzią ojca i zwrócił rozmowę na ostatnie wypadki, lecz spotkał się znów z tak oschłymi odpowiedziami, że wstał i zaczął się żegnać, raz jeszcze uroczyste ponawiając życzenia i zawiadamiając, iż cała jego najbliższa rodzina nie omieszka stawić się przed obliczem jegomości.

Szambelan podziękował, życzenia odwrócił, zastrzegł się przed odwiedzinami wnuka, a na pożegnanie wspomniał coś o podniesieniu wydatków ślubnych, gdyby małżeństwo z Radziwiłłówną doszło do skutku.

Po oddaleniu się pana Ksawerego szambelan zadzwonił na pokojowca i zapytał, czy żona nie powróciła, a odebrawszy przeczącą odpowiedź, zapadł w nerwowy rozstrój. Nieomal ze złością wspomniał sobie rozmowę z synem. Chciał raz jeszcze przekonać się do pana Ksawerego, a tu odstrychnęło go silniej niż zwykle.

W przekonaniu szambelana pan Ksawery nie miał w sobie nic ani z jego ambicji, ani z upodobań, ani z manier, ani z temperamentu. Siedział w Warszawie, już nie wiadomo które rządy przeżywał, a przy żadnych nie umiał zawisnąć. Prawda, spodziewał się zawsze, starał się, kręcił po salonach i niczego nie dokazał. A przecież miał drogę utorowaną i urodzeniem, i pokaźną fortuną, i całym splendorem ojca, dziada i pradziada. Boć szambelan był jednym z najstarszych kawalerów Orła Białego, a szambelanię wziął nawet bez umizgów do kamerdynera królewskiego, Ryxa. Teraz to samo: lada Wybicki Francuzami dowodzi, a pan Ksawery narzeka i wzdycha, a co w odezwaniu się, we wzięciu – na szaraka kroi.

W tym miejscu przyszła mu na myśl uwaga syna o spacerze szambelanowej. Pan Anastazy odpalił ją, ale w głębi uczuł się zaniepokojony. W Nowy Rok promenada z młokosem bez asysty starszej i to jeszcze z Ossolińskim, który smali cholewki do Radziwiłłówny.

Szambelan mimo woli spojrzał na zegar, była godzina druga.

Baptysta już kilkakrotnie przypomniał panu Anastazemu o obiedzie, szambelan zwlekał, dopytywał się co chwila o „jaśnie oświeconą”, kazał sobie zegar postawić na stoliku, śledził leniwe posuwanie się wskazówki na tarczy i coraz zawzięciej kołatał pokrywką tabakierki.

W tym oczekiwaniu zastała go księżna Jabłonowska, a wprawnym okiem wykrywszy ślady niehumoru na twarzy brata, zaczęła ze współczuciem:

– Mon cher ami! Przejeżdżałam właśnie. Wracam od pani Stanisławowej Potockiej i myślę o tobie, cher ami, że tu sam siedzisz. A gdzież pani Maria?

– Nie ma jej, wyjechała przecież z Żanetą i nie powróciła.

– Ach! Prawda! Jestem taką ublierką, vraiment ciągle zapominam! Cette négligence! No, więc powrócić jeszcze nie mogła! Bez wątpienia nie mogła!

– Cóż znowu, z krótkiej promenady!

– Nie tak bardzo. Widziałam właśnie u pani Stanisławowej Thomas Łubieńskiego, należał do gwardii przybocznej, która spotykała cesarza, cesarz powrócił przed godziną. Otóż Thomas powiadał, mi, że widział sanki Ossolińskiego na moście. Jechały za Pragę...

– Sanki Ossolińskiego?

– No tak! Jechała pani Maria z Żanetką.

– To niepodobna!

– Ależ z pewnością, odprowadzał je konno chevalier de Gorajski.

– Chyba... chyba żartujesz?

– Mon cher! Thomas jest bardzo dobrze! Można go posądzać o sprzyjanie Ossolińskiemu dla swej Konstancji, ale nie pozwoliłby sobie na plotkę – no, zresztą nie ma w tym jeszcze nic strasznego, bo Gorajski wrócił już do Warszawy, widziałam go nawet u pani Stanisławowej.

– To jednakże przeszło nieco granice, ja na coś podobnego nie mogę pozwolić... ja muszę się oprzeć... jutro... dziś jeszcze wyjedziemy! W ogóle mój przyjazd był tu zbyteczny.

– Mon pauvre, nie rób sobie wyrzutów, bo to mnie boli! Fatalność, nic, tylko prosta fatalność. Marie nie ma doświadczenia, brak jej obycia, nie posądzam jej o nic zdrożnego, lecz tylko o nierozwagę. Nie umie się ruszyć, aby nie dać powodu do komentarzy, wczorajsza rozmowa babki z wnukiem...

– Jaka rozmowa?

– Nie przejmuj się! Drobiazgi! Między nami niech zostanie, zaścianek, tylko zaścianek. Nieboszczyk starosta cholewami i wylotami chciał już dowodzić na salonach u księcia generała swych ambicji szlacheckich a rankoru do najlepszego z królów... za to, że nie miał serca do juchtu. Przykład z rodzica odzywa się w dziecku. Trzeba czasu, wpływu, baczenia, aby dziczka uhodować. Ale i nie trzeba sprawy lekceważyć, wywieziesz ją, utemperujesz. No, to przejdzie!

 

Księżna urwała nagle, z przerażeniem spostrzegając, że szambelan dygoce jak w febrze:

– Boże! Ja ciebie zmartwiłam! Ależ nie bierz znów tego tak bardzo do serca! Czas, wpływ uleczy niejedno. Cóż ona winna? Wychowanie. Przypomnij sobie, już o starościnie rozmaicie mówiono, a gdyby nie protekcja księcia generała ziem podolskich, kto wie, czyby starostwo było. Mój Anastazy, uspokój się, irytacja może ci zaszkodzić! Z niejednym trzeba się w twoim położeniu pogodzić! Ma parole, widziałam Gorajskiego przed chwilą, więc musieli tylko widzieć się. Kto wie, może i nie rozmawiali ze sobą. Już ja wybadam Żanetkę, tylko, proszę cię...

– Nic, nic mi nie jest – wyjąkał urywanym głosem szambelan.

– Nie mów tak do mnie! Ciebie to musi boleć! Nie przecz tylko. Ja rozumiem. No, ale sam się deklarowałeś na następstwa. Zawsze byłam temu małżeństwu przeciwna. Marie nie budziła we mnie zaufania. Jej małomówność, skromność udana wszystkich raziły. Teraz trzeba ją wywieźć, bo wiesz, plotki wynikną, a wówczas księżna Dominikowa zerwie. Będzie zniewolona zerwać.

– Mnie to zostaw, ja potrafię sam...

– A! Mój Anastazy, przecież się nie mieszam! Nawet przed ludźmi udałam, że nie rozumiem. Kiedy mi Thomas mówił, o mało się ze wstydu nie spaliłam. Więc kiedy wracasz do Walewic?

– Dziś, jutro, zaraz! Niepotrzebnie przyjeżdżałem, ta cała Warszawa nie dla mnie. Nie chcę ani waszych dzisiejszych reunionów, ani tej socjety z końca świata! Nie dla mnie takie towarzystwo!

Księżna kiwnęła z przekonaniem głową.

– Drogi Anastazy! A cóż ja mam powiedzieć? Nudzę się w tej nowej atmosferze, a co to za ludzie! Po wyciągnięciu Prusaków powychodziło wszystko jak mrowie z kątów i już się do urzędów garnie. Ja zaraz po zapustach wracam do Wiednia. Książę do Ligny dwa razy do mnie pisał, rady sobie beze mnie dać nie mogą. Wyjechałabym wcześniej, lecz mnie żal Ksawerowej: mariage by się rozchwiał. Ja jestem z Dominikową bardzo dobrze.

Szambelan stukał w tabakierkę, nie odpowiadając na wynurzenia siostry. Księżnę milczenie brata uraziło.

– Ciebie to nie zajmuje – zakończyła z przekąsem.

Szambelan poruszył się na fotelu.

– Nic mnie nie zajmuje! – wybuchnął z jakimś dziecinnym rozkapryszeniem. – Niech Ksawery poczyna sobie, co chce! Mnie nic do tego! Zepchnęli go, odsunęli od wszystkiego, sam sobie winien! Dałem nazwisko, dałem koligacje, zachowanie u dworu, fortunę. Zaprzepaścił wszystko. Niech teraz cierpi, ja nie chcę o niczym słyszeć! Wracam natychmiast, dosyć mam kłopotów.

– Zapewne, ale trzeba pomyśleć o ekwipowaniu pana Kazimierza.

– Ma ojca, niech go ekwipuje.

– Mój Anastazy, przecież Ksawery i tak hipotekę musiał ustanawiać. Teraz dług nie ciąży, lecz jeżeli do regulacji u nowego rządu przyjdzie, to mu ruina grozi.

– U nowego rządu? Proszę! Niech się akomoduje tak, żeby mu darowali.

– Ależ gdzie? U kogo? Anastazy, nie imaginujesz sobie położenia. Znasz mnie, potrafiłam zawsze sobie radzić, umiałam poznawać arkana, lecz dziś ustaje wszystko. Kto rządzi, kto stanowi, nie wiadomo. Myślisz, że „Blacha” jest lepiej pozowana? Gdzie tam! Monsieur Talleyrand ze mną jest jak najlepiej. Wczoraj odżałować nie mógł, że nie miał sposobności poznać cię bliżej. Odjechałeś tak prędko. Mroki powiadają, że cesarz Muratowi obiecał koronę. U Napoleona nietrudno. Możemy mieć króla z gminu. „Blacha” po prostu traci balans. Książę Borghèse obiecał podobno pani de Vauban polecić cesarzowi pana Ksawerego, lecz sam nie bardzo jest z Napoleonem; tak przynajmniej twierdzi Constant, valet de chambre de l’empereur, coś w rodzaju naszego Ryxa. Słowem, błędne koło. Kto może, powinien się usunąć i czekać, dopóki się nie zacznie klarować. Drogi Anastazy, ufam, że będziesz miał w pamięci biednego Casimir; on jest bardzo dobrze. Cieszę się na ten związek. Daruj, żem cię tak utrudziła.

– Cóż znowu?

– Już ja wiem, że to ciebie męczy. A cóż dopiero, gdybyś był obligowany obracać się między tymi ludźmi. Jestem dobrej myśli, jeżeli co wypadnie, wyślę zaraz list do Walewic. Dominikowa jest tobą zachwycona, nazwała cię toujours le même! Wcale trafnie. Admiruje cię zawsze. Cóż by to było, gdybyś nie miał tych przykrości z Marie! Ucałuj ją ode mnie. Więc do widzenia się! Będę szczęśliwa, jeżeli zdołam wyprawić do Walewic młodą parę po błogosławieństwo. O tamtym... nie myśl, stało się, ludzie zapomną, byle nie dawać nowego powodu.

Kiedy po kilkakrotnych pożegnaniach z siostrą szambelan został nareszcie sam, odetchnął pełną piersią, otarł pot z czoła i zapytawszy się pokojowca, czy żona nie powróciła, kazał sobie podać obiad. Jadło nie smakowało panu Anastazemu, potrawy schodziły nie tknięte, mimo poufałego zachęcenia Baptysty. Szambelan ze wzburzenia przeszedł w odrętwienie. Odrętwienie to było tak silne, że kiedy kamerdyner doniósł o powrocie szambelanowej, pan Anastazy wzruszył ramionami i zapadł ponownie w poprzedni stan.

Baptysta, znający wskroś swojego pana, nie próbował go nawet poruszać z fotela. Tak upłynęło kilka godzin.

W pokoju mrok już zaczął słać swe szare cienie, ogień na kominku coraz silniejsze rzucał blaski, coraz śmielej odbierał odchodzącemu dniu berło światła, gdy szambelan ocknął się, przetarł zmęczone oczy i jął zastanawiać się, jak mu postąpić należy z lekkomyślnością żony, czy natychmiast zażądać najściślejszego tłumaczenia, czy też rozprawę odłożyć do powrotu do Walewic, a teraz przybrać jeno maskę pogardliwej oziębłości.

Myśl pierwsza wzięła górę.

Pan Anastazy sięgnął do dzwonka, aby wezwać pokojowca i polecić mu przywołać szambelanową, gdy niespodziewanie wpadł do pokoju kamerdyner.

– Co tam? Czego?

– Jego ekscelencja pan de Talleyrand Périgord, książę Benewentu.

Pan Anastazy porwał się z fotela.

– Kto, kto?

– Książę Benewentu pragnie widzieć się z panem szambelanem.

Pan Anastazy wzruszony odwiedzinami wdział pośpiesznie perłowy frak, przepasał go w skos wstęgą orderową i wysunął się do błękitnego salonu, w którym oczekiwał nań Talleyrand.

Książę Benewentu uprzejmie przyjął ciężko wykrztuszone powitanie, mówiące wiele i o zaszczycie, który spotkał szambelana, i delikatnie podkreślające, że pan Anastazy nie wątpił o łaskawości pana Périgord, a kiedy Walewski nareszcie usadowił się naprzeciwko niego, ozwał się z wyszukanym ugrzecznieniem:

– Pan szambelan daruje spóźnioną wizytę, ale niech mnie tłumaczy tutaj wiadomość, że pan zamierza opuścić Warszawę.

– Tak, istotnie, sprawy niewolą.

– Ach! Co za szkoda! Przecież Warszawa teraz dopiero odetchnie pełną piersią, pobyt Najjaśniejszego Pana przedłuży się. Słońce wschodzi, gwiazdy nie powinny opuszczać swoich stanowisk.

Szambelan z godnością poprawił swą gwiazdę orderową i odrzekł melancholijnie:

– Bez wątpienia tak być powinno, lecz dziś są ludzie nowi, chciałem powiedzieć, młodzi. Tych i siły pewniejsze, i żal po stracie naszego najlepszego króla mniejszy. Nam, starym sługom stanisławowskim, może lepiej w zaciszu domowym.

– Pan szambelan pogardza naszym francuskim zawołaniem: „Umarł król, niech żyje król!”. Nowy władca, lecz temu bodaj droższymi jeszcze są ci, którzy nieśli za jego poprzednika ciężar tronu. Jakże mogą wrócić czasy dawne, gdy wy, panowie, dawni, raczej niedawni przodownicy, będziecie się usuwali?

– Pochlebne mniemanie księcia pana.

– Uchowaj, Boże! Panie szambelanie, odradzałbym mu najgoręcej wyjazd. Dla człowieka takich zasług otwiera się pole szerokie, bardzo szerokie. Któż by stanął na czele, u steru, jeżeli ludzie panu podobni odejdą?

Pan Anastazy rósł z zadowolenia, a coraz życzliwiej poglądał na księcia Benewentu. Ten zdawał się nie spostrzegać wrażenia, jakie jego słowa wywierały.

– Mogą przyjść chwile decydujące, w których zdanie światłe może zaważyć na szali. Nie, nie, panie szambelanie, trzeba zostać, pańskim obowiązkiem jest nie ustępować.

– Rozumiem pięknie wypowiedzianą myśl, jednakże będzie tu dosyć ochotnych...

– Myli się pan – przerwał Talleyrand. – Cesarz dziś zapytywał o pana.

Szambelana mrowie przeszło, wyprostował się na krześle i trwożliwie wyszeptał:

– Cesarz? Doprawdy, nie wiem, czym zasłużyłem sobie na tyle łaski.

– Ach! Panie szambelanie – odrzekł książę Benewentu. – To tylko znajomość ludzi, sztuka odgadywania ich, w czym najjaśniejszy pan zawsze celuje. Powiem panu więcej, cesarz raczył nie tylko pytać, lecz wyraził życzenie widzenia pana szambelana na przyjęciu w zamku.

– Życzenie jego cesarskiej mości jest dla mnie rozkazem.

– Bardzo szczęśliwy jestem, że będę mógł powtórzyć najjaśniejszemu panu to jego oświadczenie. Ale wszak i pani szambelanowa nie odmówi swego przybycia?

– Jeżeli tylko zdrowie jej posłuży.

– Więc jest cierpiąca?

– Właśnie tak, słabowita ogólnie.

– Przedniejsi tylko panowie dopuszczeni będą na przyjęcie z żonami, więc gdyby pani szambelanowa nie mogła...

– No, to chwilowe – wtrącił pośpiesznie szambelan.

– I ja tak sądziłem – ozwał się ze złośliwym uśmiechem Talleyrand. – Wielki marszałek dworu nie omieszka przesłać państwu zaproszenia na wszystkie uroczystości, bo wszak, panie szambelanie bez wątpienia zezwolisz, aby twoja małżonka należała do tego nielicznego grona dam, które będą miały zaszczyt być prezentowane najjaśniejszemu panu?

– Nie śmiałbym się wymawiać, chociaż, prawdziwie, żona moja jest chwilowo cierpiąca.

– Ach, czy być może? Wczoraj, jeżeli się nie mylę, była u księżnej?

– W istocie, lecz właśnie niedyspozycja zniewoliła nas do wczesnego opuszczenia zebrania.

– Byłaby to nieodżałowana szkoda. Jeżeli państwo oboje nie wzięlibyście udziału, to doprawdy nie wiem, kto mógłby dać cesarzowi wyobrażenie o stolicy słynącej rycerskością i głębokim rozumem szlachty i pięknością kobiet. Nie, nie, szambelanie, nie wprowadzaj w kłopot Duroca.

Pan Anastazy aż się uniósł na fotelu z zadowolenia, lecz kryjąc je w uprzejmym uśmiechu, pośpieszył odpowiedzieć z wprawą wytrawnego dworaka:

– Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na względy księcia, to pewna, że niejednokrotnie słysząc o jego wielkich zasługach i talentach, najwyższy miałem szacunek, ile że ród Périgordów nauczyłem się z dawna uznawać za jeden z najstarszych wśród tych, którymi Francja poszczycić się może.

Talleyrand na ten zwrot niespodziewany aż pokraśniał. Pod świetnym mundurem napoleońskiego ministra zagrała krew książąt udzielnych. Książę Benewentu wyciągnął szczerozłotą tabakierkę do szambelana – pan Anastazy nawzajem podał mu swoją, równie bogatą kruszcem, równie filigranami zdobną.

– Piękna tabakierka – zauważył Talleyrand.

– Dar najlepszego z królów – odrzekł skromnie szambelan, a poglądając na tabakierkę, dodał grzecznie – lecz pańska, mości książę...

– Dar najnieszczęśliwszego z królów – odpowiedział sentencjonalnie pan de Périgord i westchnął.

Szambelan westchnieniem zawtórował.

Talleyrand zamyślił się i ozwał po pauzie, wracając do przerwanej rozmowy, lecz z innej strony.

– Czasy się zmieniają, panie szambelanie, a nawet panowania. Między wami, pośród naszego życia obozowego i ludzi chwili, znajduje się prawdziwą oazę, więc nie skąpże nam siebie! Tej miary męża niejedno pewnie razi, lecz bądź przekonany, że są tacy, co potrafią uszanować w tobie krew rzymskich patrycjuszów. Jesteśmy w konstelacji Marsa, więc lada karabin ma głos.

Pan Anastazy, olśniony do reszty okazywanym mu zachowaniem, pozwolił sobie na kilka sarkastycznych uwag wymierzonych do osób, które tu, w Warszawie, przybierają na się rolę przodowników, nie mając po temu praw ani z imienia, ani z zasług własnych, ani z talentów, co podporami byli tronu, a ciężary reprezentowania państwa przez całe pokolenia dźwigali.

Książę Benewentu odpowiedział w tym samym sposobie, jeno ze zwróceniem żądła znów ku tym, co nareszcie zaczynają rozumieć, że mianować można oficerów czy bodaj marszałków, ale nie książąt. Bo aby umieć nosić mitrę, trzeba się urodzić bodaj hrabią.

Po zamienieniu jeszcze kilku równie miłych obydwóm frazesów Talleyrand, przeprowadzony przez szambelana aż do antykamery, pożegnał pana Anastazego i odjechał.

Szambelan podążył do pokoju żony.

Pani Walewska, którą pokojowa uprzedziła o niespokojnym dopytywaniu się o nią męża, na widok szambelana pobladła z lekka, spodziewając się całego potoku wymówek. Lecz pan Anastazy tak był przejęty rozmową z księciem Benewentu, że wchodząc do pokoju żony, zapomniał był o reprymendzie, z jaką gotował się wystąpić.

 

Szambelana chłonęła teraz jedna myśl, a był nią cesarz – ten cesarz, co pamiętał o nim, co nie poważył się go pominąć, co bez wątpienia nakazał Talleyrandowi pierwszy krok zrobić, i to mimo niechybne intrygi całej „Blachy”. Szambelan atoli miał tak wysokie wyobrażenie o należnych mu względach, że radując się, silił równocześnie na obojętność. Powitał więc żonę lekkim skinieniem, spojrzał na jej rozczerwienioną jeszcze od mrozu twarzyczkę, zapytał, czy jadła obiad, a następnie, trzasnąwszy energicznie tabakierką, uniósł się na palcach i rzekł od niechcenia:

– Był właśnie pan Périgord.

Pani Walewska podniosła oczy i spojrzała ze zdziwieniem na męża.

– Talleyrand Périgord, książę Benewentu – poprawił szambelan.

– Był u nas?

– A cóż?! Proszę, zabiegają, hm. Nie wiem sam. Przekonali się, że trzeba im kogoś więcej niż imć pan Wybicki czy jakiś tam Dąbrowski. Talleyrand bardzo układny. Powiedziałem mu moje opinie: niech wiedzą, wojna wojną, lecz z rodzinami zadzierać nie można ani senatorskich krzeseł obsadzać gminem.

Pani Walewska patrzyła tak dziwnym wzrokiem na szambelana, że aż go to poruszyło.

– Cóż mi się tak przyglądasz?

– Nic, tylko nie wiem, o czym mówisz.

– Powiedziałem, był Talleyrand.

– Minister cesarza?

– Więc nie taki personat, aby mu progi Kolumny-Walewskiego były za niskie.

– Czegóż chciał?

– Dowiedział się, że jestem jeszcze w Warszawie i przyjechał z życzeniami noworocznymi. Jużci nie z własnego afektu, po prostu chciał się zapewnić, czy przyjmę inwitację na zamek. Właściwie trudno było odmówić. Uważasz, cesarz pragnie mieć przy sobie kogoś więcej nad pana Gutakowskiego czy Wojczyńskiego. Co robić – trzeba będzie ofiarę uczynić. Domagalski ruszy na noc do Walewic, wypadnie ściągnąć kilkoro ze służby, zwieźć nieco sprzętów, a i tu należy niejedno zmienić. Może wypadnie kogo przyjąć, niezawodnie trzeba będzie. Acani, musisz pomyśleć o stroju. Trudno, nie po sercu mi taka fatyga, lecz coś przecież dla ojczyzny należy poświęcić. Zachód nie lada, a wymówić się niepodobna, mieliby powiadać potem, że umyłem ręce, że się odstrychnąłem, że samolubem jestem.

Pani Walewska tym przemówieniem męża jeszcze bardziej była zdumiona niż w pierwszej chwili.

– Więc cóż zamyślasz czynić?

Szambelan zakrztusił się i szarpnął niecierpliwie swą gwiazdę orderową.

– Jakże sobie imaginujesz? Szabelkę przypaszę i na wolontarza do imć pana Dąbrowskiego się zadeklaruję? Co? Cesarz wzywa, tedy przy nim trzeba stanąć. Rozumiesz? Tobie wszystko dziesięć razy powtarzaj!

– Życie dworskie...

– Co mi acani wyprowadzać będziesz rzecz o dworskim życiu! Zamek wzdłuż i wszerz schodziłem, ścieżki nie znajdziesz w Łazienkach, której bym i ja nie wydeptał. Myślisz, taki Napoleon ma to za nic?! Walewski mu jest potrzebny i koniec. Walewski znów lada urzędem zbyć się nie da, bo nie na to siły swoje i doświadczenie poniesie, aby mu inni imponowali!

– Czy aby zdrowiu sobie nie zaszkodzisz?

– Proszę, jaka piecza! Zaszkodzić mi może jeno ten świat zamurowany, zagrodzony, to pustkowie, na którym ducha żywego znaleźć nie można. Zdaje ci się, że już nic, krom Walewic, nie widzę? Tu zostaniemy.

– Niczego innego nie pragnę.

– Aha? Uśmiecha ci się. Zdaje ci się, że co dzień na promenady będziesz wyjeżdżała? Gdzie byłaś dzisiaj? Może się wyprzesz?

Szambelanowa zmieszała się.

– Jeździłyśmy z Żanetką...

– Z Żanetką? Piękna i niewinna wymówka. Za mostem na Pradze? Z Ossolińskim?

– Przystał sam, pani oboźna...

– I z Gorajskim?

– Przeprowadził nas przez most, bo nie puszczali.

– Wam tego właśnie było trzeba!

– Chciałyśmy zobaczyć cesarza.

Pan Anastazy ochłonął nagłe.

– Hm. Wcale niepotrzebny pośpiech. No i cóż, widziałyście go?

– W przejeździe – rzekła wymijająco pani Walewska.

– Wydał ci się?

– Owszem.

– Ja myślę. Taki cesarz! Tylko na drugi raz miej zastanowienie i nie narażaj siebie i mnie na obmowy. Kto wie, co wypadnie, może trzeba będzie ważyć każdy wyraz, każdy krok. Nie chcę ci czynić wyrzutów, jeno zalecam baczenie. Ale, a skądże ten Ossoliński się wziął z wami?

– Krewniak Żanetki, przy tym jej adorator.

– Wcześnie trznadel zaczyna. A jakże, wypośrodkowałaś Żanetkę w skłonności do pana Kazimierza?

– Nie było sposobności, przy Ossolińskim trudno.

– Hm. Nic nie szkodzi. Pani Dominikowa jeszcze się napraszać będzie sama z ręką córki. Jutro rano pojedziemy do księżnej. Trzeba, żebyś się z nią naradziła, gdzie najlepiej zamówić suknie i jakie. Ona najlepiej ułoży wszystko. Ile trzeba, dostaniesz. Do Walewic dziś poślę. Jeszcze ze dwie pary koni muszę sprowadzić, koczyk lżejszy, sanie, może i starego Śmigowskiego. Gdyby przyszło ugościć, kredensu może zabraknąć. Zróbże wypis, które sepeciki najpilniejsze, a nie zapomnij o piwnicy, choć Śmigowski będzie wiedział.

Szambelan dreptał po pokoju, przysiadał, trzaskał tabakierką i coraz szersze plany kreślił, tak że gdy go senność zaczęła morzyć, stanęło na tym, aby bez mała cały dwór walewicki do Warszawy sprowadzić.

Szambelanowa próbowała odwieść męża od takiego postanowienia, lecz jeno tym większy w nim wywołała opór i przyśpieszyła wydanie rozkazów, a nadto rozdrażniła pana Anastazego uwagą, że ani bywanie na wielkim świecie, ani nawiązywanie stosunków wcale jej się nie uśmiecha.

Szambelan wybuchnął:

– Acani się zdaje, że dla jej fochów zaniedbam sprawy publiczne, że zaszyję się w kącie, że panu de Périgord afront wyrządzę?! Ja, Kolumna-Walewski, mam hreczkosieja udawać, w drążkowego szaraka się zabawiać?!

Pani Walewska nie dała się zbić z tropu.

– Sam do tego życia mnie wdrożyłeś. Zakazałeś widywania ludzi – nie opierałam się, mnie i tak żadne reuniony nie nęciły. Nie dozwalałeś nawet przyjmować najbliższych.

– Tego... tego Gorajskiego? Co?! I takich szałaputów, jak kasztelanie Kozietulski, Jerzmanowski i cała kompania imć pana Pawła, co i tak o mały włos do zatargu z amtem łęczyckim mnie nie przywiodła? Byle na przekór iść, byle w niczym nie ustąpić! Owóż na moim się stanie! Za mężem pójdziesz i do niego się akomodować będziesz! Dla acaninych grymasów nie zaprę się imienia! No, chcesz wiedzieć, cesarz pytał o mnie.

– Cesarz – powtórzyła machinalnie pani Walewska.

– Cóż osobliwego! Był król, a teraz jest cesarz.

Szambelanowa poczytała odezwanie się męża za przechwałkę i postanowiła sobie już milczeć i czekać cierpliwie, póki przeciwnego nie usłyszy postanowienia, gdy we drzwiach stanął pokojowiec z listem i wielkim bukietem na srebrnej tacy. Pan Anastazy zmarszczył się.

– Co to za kwiaty? Od kogo?

– Nie wiem, jaśnie oświecony panie, strzelec przyniósł.

– Dawaj list! Leć po okulary! Żywo!

Pokojowiec postawił tacę z kwiatami na stoliku około drzwi.

Szambelan ważył w ręku list zapieczętowany niewyraźnie odbitym na wosku herbem i z gniewem poglądał to na bukiet, to na zarumienioną z lekka żonę.

– Tego mi jeszcze trzeba było! Bukiety! Zaraz dojdziemy prawdy. Piękne acani święcisz sukcesy, jak na jeden dzień pobytu. Będzie komu naznaczyć gorącego Adonisa, parol na to!

Pokojowiec wszedł z okularami.

– Dawaj! Świecznik bliżej!

Pan Anastazy obejrzał francuski napis. List był przysłany do niego.

Szambelan odchrząknął, złamał pieczęć, przebiegł szybko oczyma treść listu, odchrząknął po raz drugi, znów przysunął pisanie do świecznika i skinął na pokojowca, aby się oddalił. Za czym jeszcze podjął list do oczu i znów go odczytał, i zwrócił się do bukietu. Wziął go ostrożnie ze stolika i z jakimś uroczystym rozradowaniem podszedł posuwistym krokiem do żony, złożył hałaśliwy pocałunek na jej drobnej rączce i podając bukiet szambelanowej, ozwał się pieszczotliwie:

– Przyjmij go z najwyższym z mojej strony komplementem.

– Lecz skądże?

– Wielki marszałek dworu, Duroc, przysyła – objaśnił pan Anastazy, siląc się na spokój.

– Chyba dworujesz sobie.

– Masz list, czytaj! Grzeczny kawaler, wie, do kogo trafić, komu się tu należy zachowanie i nic ponadto.