Pani WalewskaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pani Walewska
Pani Walewska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,85  39,88 
Pani Walewska
Pani Walewska
Audiobook
Czyta Michał Breitenwald
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szambelanowa stawiła się jeszcze w toalecie balowej.

Pan Anastazy zmierzył ją swoimi matowymi oczyma, zakrztusił się, wtulił się mocniej w poręcze fotela i rzekł z naciskiem:

– Muszę cię uprzedzić, że jutro rano wyjeżdżamy! Rozumiesz pani?! Ja tu nie przybyłem na żadne fety, szlichtady, festyny czy reuniony! Jedziemy! Słyszałaś! Zresztą tu nie ma z kim, nie dla mnie te... te zebrania, to... towarzystwo zbierane! Jedziemy, do Walewic!

– Wszak tak było postanowione? – odrzekła spokojnie pani Walewska.

– Co było postanowione? – oburknął się szambelan. – Teraz dopiero się stanowi! Pani zachciało się szlichtady, spaceru. Będzie go miała w Walewicach! Napiszesz do Radziwiłłówny, wysumitujesz się niedomaganiem i skończone.

– Napisałam już.

Szambelan targnął się na fotelu, przekora wzięła w nim górę.

– Napisałaś? Proszę! Należało chyba mnie najpierw zapytać?

– Widzisz sam, żem odgadła twoje życzenie. Żaneta uparła się wyciągnąć mnie na spacer. Nie miałam ochoty.

– Zapewne. Skądżebyś mieć mogła? Przecież tu idzie o pana Kazimierza, o moją rodzinę. Więc, oczywiście, nie zdobyłabyś się na poświęcenie takie. Toć wiem, nie wątpię! Masz okazję zbliżyć się do Żanety, pozyskać ją dla rodziny – ale ty, naturalnie, nie uczynisz tego. Widziałem przecież! Zamiast z Radziwiłłówną słuchałaś andronów tego... Gorajskiego! Wiadomo, co za jeden, dawny amant waćpani.

Szambelanowa pobladła.

– Czyś dlatego mnie wzywał, aby mnie niesprawiedliwymi...

– Niesprawiedliwymi! – przerwał Anastazy, trzęsąc się nerwowo. – Tak pani suponujesz... no, więc zostaniemy w Warszawie. Jutro pojedziesz z Żanetką! Słyszysz?!

– Jak ci się podoba.

– Nie w smak ci to idzie. Pojedziesz! Należy się to panu Ksaweremu i tak już nie bez kozery mówią, że dałem się opanować. Podaj mi sole! Nasuń derkę, bo tu zimno! Wyjedziemy pojutrze. Samaś powinna była pamiętać, że moje zdrowie nie pozwala mi na takie podróże, że należy mi się wypoczynek. Ciebie to nic a nic nie obchodzi! Wiem, wiem! Rada byś! A cóż, doczekasz się jeszcze mojej śmierci, doczekasz! Jeno sobie pamiętaj, że ja mam obowiązki, że wszystkiego nie zagarniesz, że panu Ksaweremu przede wszystkim zapis się należy! Waćpani na końcu! Matka waćpani zawiodła się w rachunku!

Szambelanowa pokraśniała, smutne jej oczy rozgorzały.

– Możesz waćpan swoje złoto dziadom rozdać. Niczego mi nie trzeba od waszmości, jeno byś mnie zaprzestał docinkami szarpać!

Pan Anastazy uląkł się tej energii czy może dał się wzruszyć, bo zmienił nagle taktykę i wyciągnąwszy ręce, szepnął z przejęciem:

– Marysieńko! Nie bocz się, czasem się wymówi... Ano cóż, do grobu tego nie zabiorę. A mam dawać tym, co mnie zaniedbują, wolę tobie. Ludzie nagadają i człowieka wzburzy. Do ciebie nie mam nic. Pani starościna pisała, że trzeba jej... imć pan Paweł ma się znów ekwipować na służbę cesarską. Licha warta taka służba! Ale dam, poślę pięćset dukatów, niech nie wyrzekają.

Nagła szczodrobliwość męża nie wypogodziła pięknej twarzyczki pani Walewskiej, lecz przeciwnie, jakby silniej jeszcze zaciskała ścięgnami, wyraźniejsze rysowała chmury.

Pan Anastazy pluł, krztusił się, rzeźwił solami i dalej prawił:

– Mało już wybrali ode mnie? Dwa tysiące wypłaciłem za samą hipotekę Kiernozi. Nie przymawiam twej matce, lecz pani starościna szeroką miała rękę.

– Już po śmierci rodzica niewiele się zostało.

– No, pewnie, pewnie, bo nieboszczyk pan Maciej lubił żyć, lubił wydawać. Nie przecz, na własne oczy patrzyłem. Z wichrzycielami rozmaitymi się zadawał. Mało to Pułaski od niego wyciągnął? Dwa takie starostwa by nie starczyły! Naszli Prusacy, amt założyli i jeszcze, jak porachunki swoje wyprowadzać zaczęli – musiało runąć. Pani starościna dokonała reszty. Nie nasza jedna fortuna! Przepadło ich niemało. Warcholstwo jadło, aż zjadło. Kto statku strzegł, nie zrywał się, ten ma.

Szambelan ziewnął przeciągle, rad zupełnie ze swej przezorności, co go uchroniła od niejednego kłopotu, a może i zatargu.

– Myślisz, mnie nie nachodzili? Dawno, jak mi się Madaliński zwalił? Parę lat! Nie lada miałem z nim przeprawę. Chciał mnie wciągnąć do swoich zamysłów. Ładnie bym wyszedł! Cóż, nie mówisz nic?

– Jestem zmęczona.

– Ha! Nie zatrzymuję. A jutro trzeba, żebyś do Żanetki pojechała. Weź ze sobą Domagalskiego. Zresztą zobaczymy!

Pani Walewska podniosła się, pochyliła głowę nad fotelem szambelana, odebrała od męża hałaśliwy pocałunek i wyszła do swojej gotowalni.

Rozdział II

Przed karczmą w Jabłonnej od wczesnego ranka kupiły się wasągi chłopskie, bryki szlacheckie, sanie i furgony wojskowe. Mimo dnia świątecznego ruch i zamęt panował niby w dzień polowania czy festynu w pałacu księcia Poniatowskiego. Lecz pałac stał cichy, milczący, spowity płachtami śniegu, karczma zaś buchała kłębami pary i aż trzęsła się od rejwachu i zamieszania.

Drogą od Serocka wlokły się całe sznury pociągów wojskowych, pędziły wózki węgierskie, kałamaszki, sunęły raźno poczwórne karety. Niezliczone te pojazdy zahaczały o karczmę i przystawały. Do izby gościnnej coraz to nowi przybywali goście, dzwonili pałaszami, hukali, klęli, wołali o zmianę koni, piorunowali na karczmarza, posilali się, z pełniącymi służbę komisarzami wojskowymi szerokie prowadzili rozprawy i znów wyciągali dalej, ku Warszawie, bądź koniom zarzucali dery, zawieszali torby z obrokami i mimo mrozu wylęgali przed karczmę.

Brzęk dzwonków u sani, nawoływania woźniców, skrzyp zamarzniętych piast, skrzeczenie stężałych osi i gwar prowadzonych rozmów składały się na wesoły zgiełk, pełen życia i gorączkowego krzątania. Sukmany chłopskie ocierały się o żołnierskie szynele. Kożuchy i szuby szlacheckie o oficerskie płaszcze.

Ci, co stali przed karczmą, zwracali się z zapytaniami do nadjeżdżających, a odebrawszy odpowiedź, dzielili się nią, czasem tłumaczyli sobie z francuskiego na polski. Odpowiedź taka obiegała pojazdy i pamiętała nawet o babach zakutanych w wełniaki, a na poły zasuniętych w wypchanych słomą wasągach.

Około południa droga od Serocka zaczęła się oczyszczać z furgonów, za to karoc przybywało. Karoc, eskortowanych przez plutony kawalerii, z oficerami na kozłach. Karoce takie czasem mijały karczmę, czasem zatrzymywały się i zmieniały konie. Czasem ciekawie przyglądającej się ciżbie w mrozem porosłym oknie ukazywały twarz wyrazistą, surową, czasem mignęły pióropuszem, czasem w tłumie budziły szept: „marszałek”. I prężyli się żołnierze i oficerowie, uchylali czap szlachcice, kłaniali się do ziemi kmiecie. Lecz i karoc powoli braknąć zaczęło.

Rojna niedawno droga świeciła pustką, skrzyła się w słońcu kryształami śniegu, ledwie dwiema wstęgami kolein znacząc swój kierunek.

Przed karczmą zapanowało zniechęcenie. Ten i ów, nie mogąc dostać na szczypiącym mrozie, cisnął się do izby, drugi biegł do sani i otulał się derami, trzeci chuchał w garście, uderzał po sobie rękami lub przytupywał nogami, byle rozgrzać skostniałe członki.

Naraz na drodze zadzwoniły małe saneczki, powożone przez młodego mężczyznę w stroju na wpół wojskowym. Saneczki przesunęły się między pojazdami, zatoczyły półkole koło karczmy i zaryły się w śniegu. Mężczyzna zwrócił się do ciżby:

– Gdzie pocztowy? Hej, pocztowego, do kroćset!

Chudy człowiek w krótkim kożuchu podskoczył do sanek.

– Do usług miłościwego pana!

– Acan jesteś? Cesarz nadjeżdża! Konie wyprowadzić! Widzisz tę kolebkę pod lasem? Ruszaj!

Chudy człowiek rzucił się ku stajniom. Młody mężczyzna w stroju półwojskowym zaciął konie i pomknął ku Warszawie. W ciżbie rozległy się spłoszone głosy:

– Jedzie, jedzie! Cesarz! L’empereur arrive! Attention!

Kilkunastu żołnierzy z oficerami i komisarzami wybiegło z karczmy i jęło ciżbę prostować równolegle do drogi, usuwać na bok zbyt wysunięte pojazdy i ład czynić. Nie było to atoli rzeczą łatwą, gdyż za oficerami z izb karczemnych bocznych przybudówek, z bryk, sani, wozów i furgonów biegli ciekawi, cisnąc się na drogę i zwiększając zamieszanie.

– Jedzie! Jedzie! – huczały głosy coraz goręcej, coraz zapalczywiej.

Oczy tłumu zwróciły się ku pędzącej drogą od Serocka poszóstnej karecie, zlustrowały zaprzęg od forysiów aż do wąsatego woźnicy, zatrzymały się na jaskrawym stroju siedzącego na koźle służącego i wpiły się w ciemnozielone, pękate pudło karocy, jakby je wskroś przejrzeć chciały, przeniknąć.

Karoca pędziła jak wicher, tęgie źrebce, wyciągnąwszy szyje a rozwarłszy chrapy, ledwie ziemi dotykały kopytami.

Tłum falował, znosił bez szemrania szturchańce ład czyniących żołnierzy, nie uląkł się nawet klątw oficerów i nawoływań komisarzy i kołysał się zwarty, zbity w jedno potężne ciało, zlany w jednym przytłumionym oddechu, w jednym rozognionym spojrzeniu.

Karoca nadjeżdżała. Była już tak blisko, że czapy już spadać zaczęły z głów, gdy naraz od strony Warszawy zabrzęczały hałaśliwie janczary: para sani, oprzęgnięta czwórką siwojabłkowych koni, sunęła w tumanie śniegowego pyłu wprost przeciw karocy cesarskiej.

Oficerowie z komisarzami próbowali znakami powstrzymać rozpędzone sanie, lecz młody woźnica w pańskim futrze, siedzący obok sumiastego strzelca, pęknął z bata lekceważąco i jak burza sunął na karczmę. A gdy w końcu opamiętany wołaniem: „Niech żyje!”, które już dobywać się zaczęło wśród tłumu, chciał konie osadzić, było już za późno.

Kareta cesarska, prawie że otarłszy się o sanie, stanęła; sanie zaryły się płozami obok karety, odgradzając ją od tłumu.

– Niech żyje cesarz! – huczał tłum.

– Vive l’empereur! – wołali żołnierze.

 

I podczas gdy jedni rzucali się do koni u cesarskiej karocy i wyprzęgali je pośpiesznie, drudzy tarmosili niefortunnego woźnicę i sanie z drogi chcieli usunąć. Lecz siwojabłkowita czwórka, zestraszona okrzykami i powiewającymi czapkami, spinała się, wyrzucała łbami i nie dała się opanować.

Tymczasem drzwiczki karocy otworzyły się, z głębi jej wyskoczył dorodny mężczyzna w bogatym stroju wojskowym, jednym spojrzeniem dostrzegł uchybienie i ozwał się po francusku do wyciągniętego jak struna oficera:

– Pan tu trzymasz porządek?

– Ja, panie marszałku.

– Zameldujesz się do mnie! Miesiąc aresztu! Uprzątnąć sanie!

Kapitan wpadł na woźnicę, lecz w tejże samej chwili z głębi sani dobył się dźwięczny głos kobiecy.

– Wybacz, ekscelencjo, jedynie gorąca chęć zobaczenia Najjaśniejszego Pana przywiodła nas tutaj.

Marszałek skłonił się uprzejmie mówiącej i odparł z łagodną stanowczością:

– Panie tu nie są winne. Nieroztropność służbowego kapitana mogła i was narazić na niebezpieczeństwo. Niech woźnica skręci na prawo.

– Natychmiast to uczyni, ekscelencjo, tylko pozwól nam na okamgnienie spojrzeć w oblicze cesarskie! – zawołał z przejęciem drugi głos kobiecy.

Marszałek uśmiechnął się, obrzucił ciekawym wzrokiem piękną twarzyczkę i podszedłszy do sań, wyciągnął rękę.

– Pozwól pani ze mną, proszę.

Młoda dama bez wahania wyskoczyła z sanek. Marszałek podał jej ramię, nie zwracając uwagi na młodszą, która śpieszyła za swoją towarzyszką.

– Pani nazwisko? – zagadnął pośpiesznie marszałek.

– Maria Walewska – odpowiedziała ze wzruszeniem zapytana, czując na sobie bystre, przenikliwe spojrzenie, idące ku niej z głębi karety.

– Sire! Ta dama ośmieliła się zajechać nam drogę, byle ciebie ujrzeć, Najjaśniejszy Panie!

Napoleon pochylił się ku przodowi.

– Jestem bardzo wdzięczny. Musisz być równie dobra, jak jesteś piękna. Sprawiłaś mi niekłamaną przyjemność, podwójną, bo na tym pustkowiu nie spodziewałem się zobaczyć tak miłego zjawiska.

Pani Walewska, drżąc ze wzruszenia, podniosła nieśmiało ciemnoszafirowe, łzawe oczy i osunąwszy się na stopień karety, przerwała cesarzowi z zapałem:

– Najjaśniejszy Panie, tyś wielki! Tyś nasz zbawca! Wiedź! Prowadź nas!

Napoleon tym niespodziewanym wybuchem zdawał się być wzruszony, a dostrzegłszy łzy w oczach pani Walewskiej, zapytał dobrotliwie:

– Pani płaczesz?

– Ze szczęścia, że ciebie widzę, cesarzu!

– Dziękuję. W słowach tych dźwięczy szczerość, którą zapamiętam. Mam nadzieję zobaczyć cię w Warszawie.

Marszałek odprowadził panią Walewską do sanek i raz jeszcze zapytawszy o nazwisko, powrócił do karety.

Tłum, nie rozumiejąc rozgrywającej się przed jego oczyma sceny, a widząc przed sobą karocę cesarską, chwiał czapkami i wznosił okrzyki.

Konie tymczasem przeprzągnięto, marszałek rzucił jakiś rozkaz służbowemu kapitanowi i wskoczył do pojazdu. W oknie karety ukazała się głowa Napoleona. Okrzyki wzmogły się. Karoca ruszyła ku Warszawie, a za nią szły długo jeszcze gromkie wołania.

W saniach, po chwilowym osłupieniu, zapanował wesoły rozgwar.

– Marysieńko! – nalegała żywo młodsza z dam. – Mówił do ciebie? Mówił! Słyszałam, a nie mogłam zrozumieć słów!

– Żanetko – broniła się pani Walewska – daj mi ochłonąć... Sama nie wiem... Boję się, czy nie powiedziałam czego niestosownego...

– Ależ skąd! Był wzruszony! A jak na ciebie patrzył...! Ale ten generał z nim to bardzo gładki! Kuzynku Wiktorze, nie wiesz, jak się nazywa ten generał?

– Zaraz, tylko wydostaniemy się. Z drogi! – wołał na koźle Ossoliński, nie mogąc uporać się z końmi.

– Niech Domagalski weźmie lejce!

– Byle prędzej stąd! – gorączkował się Ossoliński. – Gotowi tu do nas przystawać! Patrzcie, ten oficer biegnie ku nam!

– Domagalski, skręcaj! – wołała Żanetka, dostrzegłszy, że istotnie kapitan służbowy, którego spotkała bura od marszałka, przeciskał się między tłumem do sani.

– Byle prędzej, byle prędzej! – napominała szambelanowa.

Domagalski odebrał lejce Ossolińskiemu, smagnął batem po koniach i upatrzywszy pusty wylot, ku polu ruszył bez namysłu. Konie wyrwały sanie sprzed karczmy i poniosły polami, zataczając wielki łuk ku drodze do Warszawy. Szambelanowa odetchnęła.

– Ach, dzięki Bogu, żeśmy się wydostali!

– I cóż by nam uczynili? Rozmawiałaś z samym cesarzem!

– Nie śmieliby – przytwierdził Ossoliński.

– Więc opowiedz, jak było?! Moja droga! Słyszałam tylko, jak mówił: „Vous pleurez?”. Mnie samej czegoś płakać się chciało. No, powiedz!

Pani Walewska głosem wzruszonym po kilkakroć musiała powtarzać szczegóły rozmowy. Żanetka nie posiadała się z ukontentowania.

– Wiesz, Marysieńko! Takiego zakończenia się nie spodziewałam! A co?! To nam się wyprawa udała! Pani wojewodzina jest pewna, że my jesteśmy gdzie pod Ujazdowem. Otul się, bo zimno. A my rozmawiamy sobie z Napoleonem. Tylko jak się to stało? Ja pierwsza odezwałam się do tego marszałka! Bardzo grzeczny dał respons. Ale, imaginuj sobie, onieśmieliło mnie! No, a potem tobie podał rękę. Miałam ochotę, kiedyście tak konwersowali z cesarzem, wsunąć głowę i zawołać. „Najjaśniejszy Panie, mnie się także słówko należy!”. Ciekawa jestem, co by mi powiedział! Nie imaginujesz sobie, jak na mnie ten marszałek patrzył! Cha, cha! Co za przygoda!

– Marszałek wcale mi się nie wydał – zauważył kwaśno Ossoliński.

– Boś mu się waszmość nie przyjrzał! Ja wybornie widziałam obu. Powiadam ci, Marysieńko, cesarz miał taki czerwoniusieńki nos! Jejej. Prawie siny. Że to mróz waży się sięgać nosa cesarskiego! Cha, cha! Na surducie miał narzucone futro, a takie wielkie rękawice. Szkoda, że nie ma wąsów. Teraz wszyscy zaczynają nosić wąsy.

Ossoliński sięgnął z powagą do swego puszku młodzieńczego i jął go muskać.

Żanetka dalej żartowała i śmiała się serdecznie.

– Gdyby nas wtedy widziała pani wojewodzina albo moja madame Luiza! Proszę mi derkę naciągnąć. Dziękuję. Ten marszałek musi być wysoką figurą, jedzie razem z cesarzem!

– Nie sądzę, pytanie, czy jest marszałkiem.

– Proszę się nie sprzeciwiać, słyszałam, jak kapitan tytułował go wyraźnie.

– Lecz któż by to mógł być? Davouta widziałem, starszy o wiele, chyba Lannes... Ale skąd by Lannes?

– Dość że marszałek! Waćpan musisz słuchać i pamiętać, z kim masz do czynienia! Marysieńka rozmawiała z Napoleonem, ja z Lannesem, a waćpan tylko z kapitanem. Szarża waszmościna najmniejsza. Cesarzowa, marszałkowa i... kapitan! Cha! cha! cha! Uprzedziłyśmy wszystkie panie! Wczoraj sama słyszałam, jak pani Sobolewska zmawiała się z panią Wincentową, żeby jechać nad Wisłę, do mostu i tam czekać przejazdu. Jeszcze nie wiadomo, czy zdążą, czy docisną się. Gorajski powiadał, że dopiero o zmierzchu spodziewają się cesarza. Ale bura nas nie minie. Niech Domagalski pośpiesza! Co za spotkanie! Jakbyśmy się zmówili z cesarzem! A cóż ty, Marysieńko, nic nie mówisz?

Pani Walewska odchyliła wtuloną głowę w kołnierz szuby i odrzekła wymijająco:

– Mróz, zimno.

– Kuzynku! – napomniała Żanetka Ossolińskiego. – Nie masz zachowania dla dam! Nie widzisz, że kożuch osunął się pani szambelanowej?

Ossoliński odwrócił się z kozła i zaczął poprawiać opadłe niedźwiedzie, lecz nagle, rzuciwszy okiem poza sanie, zatrząsł się ze zgrozy, że o mało z sanek nie wypadł.

– Co waćpan czynisz?

– Gonią nas! – krzyknął z przerażeniem Ossoliński, odzyskując utraconą równowagę.

Żanetka i pani Walewska obejrzały się i dostrzegły o kilkaset kroków za saniami tego samego kapitana służbowego z Jabłonnej, pędzącego wyciągniętym galopem na czele plutonu dragonów.

– Domagalski, na Boga, wypuszczaj konie! – zawołała pani Walewska w największym przerażeniu.

– Byle dopaść Warszawy! – wtórowała Żanetka. Woźnica rozpuścił lejce i strzelił z bata. Siwojabłkowite rumaki rozwiały grzywy i zaczęły rwać z kopyta.

Kapitan z dragonami odstawał.

Pani Walewska odetchnęła. Ossoliński uśmiechnął się zuchowato.

– Nie dotrzymają nam! A choćby nawet, więc cóż by nam mogli zrobić?

– Sama nie wiem, lecz czegoś się ich boję...

– Marysieńko! Kuzynek ma słuszność! Zestraszył nas tylko, tylko że patrz... znów nas dopędzą! To dziwne. Nie popełniłyśmy nic takiego. Jeżeli kto, to chyba chevalier Ossoliński.

– Ja, ja? Skąd ja?!

– Proszę się nie wypierać, napraszałeś się powozić, wpadłeś z impetem pod samą kolebkę!

– Waćpanna sama kazałaś pośpieszać. Domagalski, nie żałujcie bata!

– Lecą jak zbiegane, jaśnie oświecony panie!

– Umkniemy?!

– Bogać tam! Dyszlowe ustają! Szmat drogi.

Woźnica miał słuszność. Konie, zmęczone drogą, coraz ciężej wyrzucały kopytami, coraz obojętniej przyjmowały poświsty bata. Szleje u orczyków traciły napięcie, spod derek, chomąt i janczarów dobywały się kłęby pary.

Równocześnie – ku wielkiemu przerażeniu jadących saniami – kapitan z dragonami nadjeżdżał.

Domagalski raz jeszcze smagnął batem, konie jeszcze zdobyły się na kilka staj wyciągniętego kłusa i w końcu ustały zupełnie, dyszeniem i parskaniem odpowiadając na nawoływania woźnicy.

Kapitan w okamgnieniu dogonił sanie, salutował jadących z wyszukaną galanterią i skinąwszy na towarzyszących mu dragonów, usunął się za sanie, miarkując chód konia swego do siwojabłkowitej czwórki.

Wobec tak pokojowych zamiarów kapitana Żanetka i pani Walewska nabrały odwagi.

– Widzisz, Marysieńko, wcale dworski kawaler. Ukłonił się nam. A nas taki strach zdjął!

– Moja droga, nie wspominaj mi nawet... Urojenie, lecz już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje...

– Hm. Jeszcze nie wiadomo – ozwał się chmurnie Ossoliński.

– Co? Jak to, nie wiadomo?

– Pani szambelanowa widzi, toć jedzie za nami!

– Cóż stąd? Droga dla każdego otworem.

– A mnie się zdaje, że on nas tylko eskortuje.

– Kuzynku! Co ty mówisz! Dokąd?!

– Wiadoma rzecz, nie gdzie indziej, tylko na odwach.

– Nie może być! Nie może być!

– Możemy się przekonać. Niech Domagalski wypuści kłusem, a potem znów zwolnić i znów kłus.

Woźnica wykonał rozkaz. Pani Walewska z Żanetką i Ossolińskim śledziła zachowanie się kapitana.

Zaledwie sanie mknąć szybciej zaczęły, kapitan z dragonami ruszył galopa, na krok nie odstępując. Sanie zwolniły, kapitan nie minął ich, lecz przeszedł w stępa.

Domagalski parę razy powtórzył ten manewr i za każdym razem kapitan ani nie dał się pozostawić w tyle, ani też sam sani nie wyprzedził. Szambelanowa i Żanetka były stropione tym odkryciem, Ossoliński nadrabiał miną.

Tymczasem w dali, ponad śniegiem zasłaną równiną rysować się zaczęły mury Warszawy. Jadącym wracać zaczęła otucha, tym bardziej że kapitan pozwolił się saniom oddalić i w większej teraz jechał odległości. Żanetka już śmiać się zaczęła ze swoich własnych obaw, lecz niespodziewanie przyszły inne; dał do nich hasło Ossoliński.

– Późno już – zauważył. – Pani oboźna i za miesiąc mi nie przebaczy, żem nie zdążył z noworocznymi życzeniami.

– Która może być? Która może być?

– Chyba trzecia.

– Ach, mój Boże, pani wojewodzina już tam pewno ze dwóch konnych za nami wysłała. Szukają nas po Ujazdowie, a my z audiencji cesarskiej.

– Żanetko, na miły Bóg, aby mnie nie zdradź!

– Ja ciebie zdradzać? Moja droga!

– Bo przecież mój mąż nie wie. Wziąłby mi za złe.

– Ja myślę, taki mąż! – wybuchnęła Żanetka, lecz spostrzegłszy pomieszanie szambelanowej, złagodziła pośpiesznie: – Żadnemu by się to nie podobało! Oho! Ja wiem. Prawda, kuzynku?

– Dlaczego? Z cesarzem rozmawiać! Phi! Czyż to komu ujmę przynosi?

– Prawda, prawda – przerwała żywo pani Walewska. – Tylko zawsze dałoby to powód do... Zróbcie to dla mnie. Ani słowa nikomu! Powiemy... powiemy...

– Że nam koło spadło! – pomogła Żanetka.

– Wybornie, że koło spadło – podchwycił Ossoliński – i musieliśmy szukać kuźni! Domagalski, słyszycie? Jakby się was pytano, powiecie, że koło nam spadło.

– Uważam, jaśnie oświecony panie, tylko że jedziemy saniami...

– Ach, prawda!

– Co robić?

– Więc popsuła nam się płoza, dość że nie mogliśmy jechać. Oj, żeby pani wojewodzina wiedziała... żeby wiedziała...!

– Tylko, moja Żanetko – upominała szambelanowa – pamiętaj, do nikogo ani o spotkaniu, ani o naszej wycieczce... pary z ust!

 

– Do nikogo?! – powtórzyła z żalem Radziwiłłówna.

– Bo pochwycą, bajka z tego uróść gotowa... a wiesz sama – nie dalej jak wczoraj... sama mi powiadałaś, a raczej waćpan, panie kawalerze...

– Nie chciałem urazić... Imć panna Żanetka...

– Marysieńko, zaklinam ci się, nam powiedziano, nawet mi przez myśl nie przyszło, że ta historia z Walewskim... No, daj, niech cię uściskam! Słóweczka nie pisnę do nikogosieńko, tylko madame Luizie... powiem może coś, ale tak, że się nie domyśli...

– Żanetko, jeżeli mi dobrze życzysz...

– Ale nie znasz madame Luizy, ona do sekretów jest bardzo! Pani kasztelanowa nie ma przed nią tajemnic! Madame tylko mnie jednej czasem coś powtórzy – zresztą, nikomu na świecie...

– Uczyń to dla mnie, Żanetko. Co by powiedzieli... Na mnie by spadła cała wina... Księżna Jabłonowska nigdy by mi nie darowała!

– No, przecież z cesarzem rozmawiałaś!

– Nic, to nic! Spaliłabym się ze wstydu, mogłoby to dojść wreszcie do zamku... Nie wiem sama... Przyrzeknij mi!

– Kiedy tego chcesz tak bardzo – odrzekła melancholijnie Żanetka.

– I pan, panie kawalerze – nalegała pani Walewska.

– Ja? Oczywiście! Parol na sekret.

– Do nikogo!

– Parol przecież – odrzekł dumnie Ossoliński, skubiąc z fantazją puszek pod nosem.

Sanie dotarły do mostu, okazały przepustkę i z trudem powlokły się, trąc nielitościwie bale i przeciskając się pomiędzy dwoma szeregami pontonierów, którzy straż trzymali dla obrąbywania obmarzających łyżew i rozrywania formujących się pod mostem zatorów.

Żanetka obejrzała się raz jeszcze dla upewnienia się, czy nie ma za saniami kapitana, lecz zobaczywszy, że ten z dragonami został daleko między furgonami wojskowymi – uspokoiła się zupełnie.

Przyjaciółki ostatnie zamieniły słowa.

Żanetka obiecywała do Walewic przyjechać, pani Walewska przyrzekła odwiedzić Radziwiłłównę za pierwszą bytnością w Warszawie.

Sanie z Bednarskiej zawróciły ku Królewskiej i dalej, bocznymi uliczkami, wjechały na „marszałkowskie” i stanęły przed dworem zajmowanym przez księżnę wojewodzinę.

Żanetka raz jeszcze ucałowała panią Walewską, zaklęła się dotrzymać tajemnicę i znikła razem z Ossolińskim we drzwiach pod podjazdem.

Domagalski zawrócił na Długą.

Szambelanowa z ciężkim sercem wracała do domu. Znikł z jej oczu już i obraz spotkania z cesarzem, przebrzmiały w uszach miłościwe słowa, a pozostało jedynie uczucie, że znów musi wracać do pustki domowej, że chwila zaznanej swobody już minęła może bezpowrotnie, że musi zdławić w sobie żywość i dostrajać się do nużącej powagi pani domu, do zmiennych humorów szambelana.

Coś jakby żal ukryty przejął panią Walewską, żal do ludzi, iż nie dali jej odetchnąć pełnią młodości, że odarli ją tak wcześnie z marzeń, że zniewolili do zawarcia małżeństwa z człowiekiem tak dalekim, tak obcym jej, nie tylko wiekiem, lecz i upodobaniami, i ideałami, i wyobrażeniami.

Pani Walewska ze zgrozą wspomniała przeżyte chwile.

Gdy szambelan zaczął konkurować a obsypywać ją wspaniałymi prezentami, sama nie zdawała sobie sprawy z tego, co ją czeka. Dopiero w dzień ślubu obudziła się do ponurej rzeczywistości. Nie chciała iść do ołtarza, padła do nóg matce – było za późno. Mimo łez i próśb zawleczono ją, wyrwano z ust słowa przysięgi. A potem nastały dni smutne, przerażająco jednostajne, pełne wyrzekań szambelana, krzywdzących niekiedy podejrzeń i posądzeń. Czy dała do nich powód? Jeden Gorajski okazywał jej afekt, on jeden, lecz skoro dowiedział się o zamierzonym małżeństwie, obrzucił gorzkimi wyrazami i odszedł. A wczoraj zdawał się jeszcze pamiętać, może żywić urazę... Za co? Lubiła go bardzo, był towarzyszem lat dziecinnych jej brata, jedynego a kochanego Pawła! Dlaczego odszedł?! Gdyby wówczas Paweł był przy niej, gdyby go nie pociągnęło do legionów – on by nie zezwolił, stanąłby po jej stronie. A teraz... jeszcze i przed nim kłamać, i udawać musi, bo i na cóż miałaby go zasmucać. Wrócił ledwie przed miesiącem z Italii. Stało się i nie odstanie.

Pani Walewska z żalem wodziła wzrokiem po tętniących życiem ulicach, nie zwróciła nawet uwagi na to, że kilkakroć z mijających ją sani i kolebek słano jej ukłony, doznawała jedynie wrażenia więźnia, który wyłamawszy kraty i zakosztowawszy swobody, znów jest pochwycony i prowadzony do celi. Więźnia, którego wiodą przez miasto, który nie poznaje ludzi, nie postrzega pojazdów, nie rozumie okrzyków, lecz widzi tylko szeroką falę życia, toczącą się z wesołym szmerem, falę usuwającą się od niego.

Sanie stanęły przed pałacem. Czatujący u podjazdu pachołek wybiegł ku saniom.

Szambelanowa otrząsnęła się z zadumy, odgarnęła promień włosów, który wydostawszy się spod futrzanego kołpaka, muskał jej zaróżowioną od mrozu twarzyczkę, i ozwała się do woźnicy:

– Niech Domagalski odprowadzi sanie do księcia Ossolińskiego, a jakby co – to słyszeliście. A wracajcie zaraz!

– Uważam.

Pani Walewska zawróciła do podjazdu. Już miała ująć za klamkę, gdy wtem tuż przed sobą spostrzegła salutującego z galanterią kapitana służbowego, a o kilka kroków za nim dragonów rozmawiających z kamerdynerem Baptystą. Szambelanowej w oczach pociemniało, chciała coś rzec do kapitana, o coś go prosić, lecz ten, dostrzegłszy wrażenie, jakie wywarł, cofnął się pośpiesznie. Pani Walewska przystanęła, zaczerpnęła pełną piersią powietrza i weszła do pałacu.