Pani Walewska

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pani Walewska
Pani Walewska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,85  39,88 
Pani Walewska
Pani Walewska
Audiobook
Czyta Michał Breitenwald
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tu szambelan urwał nagle, przypomniawszy sobie owe długie perswazje, którymi dręczyła go siostra przed ślubem z Łączyńską. Wszystkie obawy księżnej, będące w istocie odbiciem jego własnych myśli, stanęły mu przed oczyma.

Dotąd nie miał powodu narzekać na żonę: była uległa, cicha; jedyną winą jej były łzy, które coraz częściej przysłaniały jej wyraziste, jasne spojrzenie, jedyną pasją – książki i klawikord. Szambelan te zalety żony przypisywał własnemu taktowi i usuwaniu sprzed oczu jej wszystkiego, co by ją wysunąć mogło poza granice jej komnat, co by rwało ją poza mury walewickich ogrodów. Występ dzisiejszy był niemal pierwszym występem pani szambelanowej, pierwszym krokiem na śliskiej posadzce salonów.

Niepokój ogarnął pana Anastazego. Po raz pierwszy uląkł się tej samej atmosfery, bez której dawniej nie rozumiał życia. Chciał był już nawet zakrzyknąć na strzelca, by nawracał do domu, chciał skryć się przed światem i ze swoim skarbem, i ze swoją niemocą starości, lecz było już za późno. Landara stanęła przed rzęsiście oświetlonym podjazdem pałacu księżnej. Szambelan zakrztusił się silniej i jął powoli wysuwać się z karety.

Przy wejściu na salę powitała Walewskich księżna, gospodyni domu, niska, zasuszona, mocno wystrojona i uróżowana dama.

– Jak to dobrze! Mocno jestem zobligowana! Myślałam, że nie przyjedziecie! Chère Marie toujours belle! Bez was... byłabym niepocieszona! Proszę dalej. Xavier już był zaniepokojony.

Pan Anastazy wyjąkał kilka słów powitania, złożył na ręce siostry ceremonialny pocałunek, księżna zamieniła z szambelanową parę ukłonów i hałaśliwych cmoknięć, za czym państwo Walewscy weszli do sali.

Lekki szmer zaciekawienia powitał przybyłych. Pan Anastazy stanął dosyć śmiało, chwiejąc z lekka batystową chustką i rozsyłając na prawo i na lewo ukłony. Szambelanowa pod ogniem natrętnych spojrzeń, ścigających każdy jej ruch, każdy załam sukni, każde drgnięcie powiek, pobladła i szła obok męża, nie widząc nikogo ani słysząc pochlebnych szeptów. Salon księżnej wydał się jej jakąś rażąco jasną otchłanią, wypełnioną po same brzegi jaskrawymi, szeleszczącymi materiałami, zgiełkiem bezładnych rozmów, hałaśliwą pustką, obcą jej, środowiskiem, w którym czuła się wystawiona na pokaz, na złośliwe uwagi, na dwuznaczne docinki. Był to ten sam świat, przez który przejść musiała w dzień ślubu: świat zimny, wielki świat.

Szambelan usadowił żonę na kanapce w pobliżu księżnej Dominikowej i pani Aleksandrowej Potockiej, a sam, wsparłszy się o poręcz fotela, wodził po sali triumfującym wzrokiem. Żona jego była najpiękniejsza! A przecież w salonie nie lada urodziwych kobiet było co niemiara, a pośród nich takie, których wdzięki słynęły po całym kraju. Więc panie: Sobolewska, Konstancja z Ossolińskich Łubieńska, Wincentowa Krasińska i Józefowa z Ossolińskich Rautenstrauchowa, Łuszczewska, Michałowa i Stanisławowa Potockie, nie licząc dorastających panien ani takich, co nie mogąc zadowolić znawców, miały swoje partie wielbicieli.

Triumf szambelana był krótki, pan Ksawery stanął przed ojcem i po zamienieniu sztywnego powitania wszczął rozmowę, z trudem siląc się na nadanie swym słowom odcienia serdeczności. Tuż za panem Ksawerym stawił się wnuk, pan Kazimierz Walewski, za nim podążyła cała fala dawnych znajomych lub takich, którzy poczytywali sobie za „miły sercu obowiązek” być przedstawionymi panu szambelanowi. Pan Anastazy rozruszał się, a choć mu strzykanie za uchem dokuczać zaczynało, dał się powodować panu Ksaweremu i w końcu przy księżnej Dominikowej zasiadł, dając upust całej swej wytwornej sztuce salonowej.

Zebranie u księżnej Jabłonowskiej było nader liczne: cały świat warszawski stawił się w przystojnym doborze, a raczej dwa jego światy. Księżna bowiem miała wysokie przymioty taktyczne, potrafiła i sama dostrajać się do towarzystwa, i towarzystwo samo łączyć. U niej na pokojach „Blacha” spotykała się stale z partią kasztelanowej Połanieckiej – ludzie tak wrogich sobie obozów, jak asysta księcia Józefa z „przyjaciółmi” Wincentego Krasińskiego, znosili się tutaj i ukrywali wzajemne niechęci. Byli tu tacy, którzy tylko pod dachem księżnej zamieniali ukłony i ściskali się za ręce. Oczywiście wpływało to wszystko bardzo na sztywność i wymuszoność zebrań, lecz za to zdawało się dogadzać upodobaniom księżnej. Ona jedna czuła się tutaj w swoim żywiole, bawiła się zakłopotaniem dwóch nieprzyjaciół, co spotkawszy się oko w oko, udawali grzeczną obojętność, godziła niekiedy zwaśnionych, kojarzyła pary, trzymała w ręku całą sieć intryg, a niekiedy sama lubiła ukuć jakąś złośliwą plotkę.

Na przyjęcia księżnej śpieszyli wszyscy, bądź dla ciekawości, bądź dla spotkania osobistości wpływowej, bądź dla przysłuchania się przeciwnym opiniom, bądź z obawy narażenia się potężnej księżnej. Nadto tu stałymi gośćmi bywali dawniej i Kohler, i de Tilly, i Meyer, których, dzięki zabiegom gospodyni domu, zluzowali już Francuzi z księciem Borghèse i panem Talleyrandem na czele.

Przeto i Sylwester nie zawiódł – od pana marszałka Małachowskiego aż do ledwie zrywających się do życia młodzieniaszków i paniczyków przybyli wszyscy, kupiąc się skwapliwie około bogatych, paradnych mundurów francuskich i zaprzestając zajmować się Poniatowskim i jego nieodstępną świtą. Gdy zaś około północy we drzwiach ukazał się książę Borghèse z księciem Bergu i Talleyrandem, otoczył ich zbity tłum dam i panów, starając się skarbić sobie ich względy, a czynić dalsze kroki do zjednania sobie protekcji.

Gdy się to działo, pani Walewska, dostawszy się w ręce pani Aleksandrowej Potockiej, poufale Anetką Tyszkiewiczówną zwanej, zniosła mężnie pierwsze jej potoki słów i odzyskiwała z wolna przytomność i pewność siebie, zwłaszcza kiedy Anetka ze swą dowcipnie naiwną minką jęła dopytywać szambelanową o przyczynę tego pustelniczego życia w Walewicach.

Pani Walewska trzymała się ostro. Potocka jednak nie zadowalała się ogólnikami, a w końcu, chcąc złamać szambelanową, zauważyła z przekonaniem:

– Bez wątpienia, pan Anastazy jest niezrównany. Co to za temperament, co za werwa, jaka lekkość ruchu, co za dworskość, nasza młodzież wzór by z niego brać powinna!

Pani Walewska zwróciła oczy w stronę, gdzie przy księżnej Radziwiłłowej siedział jej mąż, i zarumieniła się. Anetka zdawała się nie spostrzegać tego wrażenia.

– Osądź, proszę, sama, ten na lewo, około pani Wincentowej, to pan Kazimierz Walewski, wnuk. Nieprawdaż, znać w nim zmęczenie czasu; ale pozwól, że ci go przedstawię.

Szambelanowa chciała co odpowiedzieć, lecz pani Potocka już zdołała wdzięcznym ruchem wachlarza skinąć na młodego pana Walewskiego.

– Monsieur Casimir – przedstawiła uroczyście pani Potocka. – Proszę darować to obcesowe wezwanie, lecz miałam sobie za obowiązek przedstawić pana naszej drogiej szambelanowej.

– Niezmiernie obligowany – bąknął pan Kazimierz, strojąc swą zwiędłą twarz w głupkowaty uśmiech. – Chociaż właściwie miałem zaszczyt...

– Co za roztargnienie – wybuchnęła serdecznym śmiechem pani Potocka – c’est la votre grande mère! Wybacz kochana szambelanowo, przedstawiłam ci wnuka. Ma foi, nie przyszło mi na myśl...

Pani Walewskiej łzy w oczach stanęły, pan Kazimierz na domiar wprowadzony w ton wykrztusił ckliwy komplement, nazywając szambelanową „piękną babcią”.

Pani Potocka usiedzieć już nie mogła. Przeprosiła szambelanową i trzepocząc się, frunęła do pani Sobolewskiej, aby czym prędzej podzielić się z nią zabawnym figlem wypłatanym „damie z zaścianka”.

Pani Sobolewska nie zadała sobie trudu, aby zbyt długo trzymać swój ostry języczek na wodzy. W okamgnieniu salę przepełniły ciche szepty i złośliwe chichoty. Zręcznie powtarzana i barwiona opowieść rosła w szczegóły. Oczy wszystkich zwracały się znów na panią Walewską, na głowę szambelana sypały się szydercze apostrofy, a równocześnie prawie tłum mężczyzn wokół szambelanowej rósł, powiększał się.

Szambelanowa siedziała zarumieniona, zalękniona sypiącymi się ku niej frazesami, nieumiejąca wybrnąć z tego koła natrętnych spojrzeń i pewnych siebie min, bo każdy z tych, którzy się do niej zbliżali, w pobłażliwym uśmiechu, w dwuznacznym wyrażeniu, w natrętnym spojrzeniu miał wypisane zwycięstwo. Najbardziej jednak wytrwały i zapamiętały był mały, pękaty Francuz, hrabia Hercau. Ten, rozsiadłszy się przy szambelanowej i puszczając ulubionego młynka palcami, silił się na komplementy, wzdychał, prawił o kwiecie róży, który zakwitł wśród pomruku wojennego i grudniowego wichru, o tęsknocie, co po latach błąkania się pada u stóp ideału i rozpływa się w starości, o swym kawalerskim stanie, o pierwszej godzinie szczęścia zaznanego po latach tułaczki na obczyźnie.

Pani Walewska długo udawała, że nie rozumie słów hrabiego, gdy ten jednak coraz śmielej wynurzać się zaczął, biorąc odpowiedzi ucinkowe za zachętę do jaśniejszego tłumaczenia, szambelanowa przerwała spokojnie:

– Czy wolno mi być szczerą?

– Byłoby to łaską dla mnie!

– Pan zdaje się uważać miłość za jedyny przedmiot rozmowy.

– Dziś tak. Panią dziwi? Kwiat serca musi zwracać się ku słońcu, choćby przyszło mu zwiędnąć.

– Tej obawy chyba pan nie żywi?

– Bo i to byłoby rajem! Lepiej raj utracić, niż go nie oglądać wcale!

– Ja mam przeciwne wyobrażenie.

– Jesteś pani okrutna! Skuwasz i odpychasz!

Szambelanowa nie wiedziała, co odpowiedzieć, instynktownie obejrzała się, jakby szukając pomocy. Pomoc przyszła istotnie i to w osobie gospodyni domu, która podchwyciwszy już nić plotki, uznała za właściwe wystąpić z interwencją. Jakoż odciągnąwszy szambelanową na stronę, rzekła słodko:

– Chère Marie! Daruj siostrze, lecz nie należy ludziom dawać powodu. Biedny Anastazy by się zmartwił. Jesteś nieostrożna... zresztą, tu są złośliwi... księżnie Dominikowej aż musiałam perswadować.

 

– Nie rozumiem doprawdy – przerwała zdławionym głosem pani Walewska.

– Ach, nie chcę ci robić wymówek! Biedny Anastazy, sam deklarował się na pewne następstwa, lecz pozwól, trzeba, żebyś się przysunęła do Żanetki Radziłłówny. Staraj się ją pozyskać. Ossolińscy intrygują! Przeprowadzę cię do malinowego gabinetu. Tylko, wierz mi. Książę Borghèse cię lornetował, nawet Murat... Tego trzeba by jeszcze było, żeby jaki duc wczorajszy z sentymentem wystąpił. Biedny Anastazy, chybaby odchorował!

Księżna Jabłonowska, nie dając przyjść do słowa szambelanowej, powiodła ją do bocznego saloniku, gdzie grono panien, wyłamawszy się ze sztywności uroczystego salonu, ożywioną prowadziło rozmowę z asystującymi im kawalerami. Tu księżna wskazała pani Walewskiej młodą, drobną szatynkę w bladoniebieskiej sukni, droczącą się z ledwie dorastającym młodzieńcem, i szepnęła z przejęciem:

– Widzisz, nikt się nią nie zajmuje, a młody Ossoliński ciągle przy niej. Casimir jest niepoprawny. – Za czym, podszedłszy do szatynki, rzekła z serdeczną naturalnością:

– Kochana Żanetko! Szukam za tobą, prawdziwie brakło mi twej twarzyczki! Właśnie pani Anastazowa Walewska przyszła cię poznać.

Szambelanowa przegięła się już do oddania ukłonu prezentowanej, gdy naraz uczuła na swej szyi ręce Radziwiłłówny.

– Maryś! Więc to ty jesteś?! Także witasz swoją Żanetę?

Szambelanowa teraz dopiero poznała swą niedawną przyjaciółkę i powierniczkę z pensji.

– Więc tak dawno się znacie – wtrąciła z przekąsem księżna. – Nic mi o tym nie wspominałaś.

– Nie przypuszczałam, że to mowa o mojej Żanetce.

Radziwiłłówna roześmiała się serdecznie.

– Księżna wojewodzina tak cię zaprezentowała, że aż się bałam cię uściskać!

– Niezmiernie jestem rada. – Księżna uśmiechnęła się. – Nacieszcie się z sobą! Nie przeszkadzam.

Przyjaciółki, nie dając sobie powtórzyć wezwania, wysunęły się z kręgu młodzieży, przysiadłszy na zacisznej kanapce między oknami, i jęły gorączkowymi zasypywać się pytaniami, przeskakując z przedmiotu na przedmiot, wspominając chwile spędzone nad dykcjonarzem edukacyjnym Filassiera, „żurnalowymi” rozmówkami i efemerydami francuskimi.

Żanetka w kilka minut zdążyła zwierzyć się przyjaciółce ze wszystkich swoich kłopotów i trosk, a to począwszy od sukien, których dotąd nie wykończył nieznośny Joubert, a skończywszy na niezrozumiałym dla niej niehumorze Wiktora Ossolińskiego, który coś sobie upatrzył do jednego z Walewskich, zresztą najniesłuszniej w świecie. Na nazwisku Walewskich Żanetka utknęła i zapytała znienacka:

– Ale przecież i ty jesteś Walewska. Może to kuzyn?

– Zdaje się – odrzekła wymijająco szambelanowa.

– Musisz mi przedstawić męża. Czy jest z tobą?

– Jest.

– Ach, to doskonale! Nic się nie zmieniłaś. Myśmy dopiero dwa tygodnie temu przyjechały. Nie chcieli nam wydać paszportów, bo to czas wojenny. Ile to było strachu! Badania na rogatkach, zatrzymywania, stacje, wojska masy całe. Gdyby nie pismo generała Benigsena, nie wydostałybyśmy się do Warszawy. Nie uwierzysz, jak się cieszę, że cię widzę! Było mi tu bardzo obco! No, ucałuj mnie! Tylko cóż, ty mężatka... pani... jak?

– Anastazowa Walewska.

– Czekaj... czyś nie krewna tej Walewskiej, bo właśnie Wiktor opowiadał przed chwilą... Monsieur Victor!

Młodzieniec, kręcący się w pobliżu, podszedł z ukłonem.

– Raczyłaś mnie pani wołać.

– Raczyłam – potwierdziła z komiczną powagą Radziwiłłówna.

– Proszę o najpiękniejszy, na jaki pan zdobyć się może ukłon. Voilà chevalier Victor Ossoliński, nieznośny z nieznośnych. A to moja przyjaciółka, Marysia Łączyńska. Tak. Dla mnie zawsze droga, serdeczna, dobra Marysieńka!

– Jestem...

– Krnąbrny! – przerwała Żanetka, uderzając Ossolińskiego z lekka po ręku. – Przywołano pana kawalera, aby powtórzył tę historię o babci i wnuku.

– Było to w noc sylwestrową u księżnej wojewodziny. Chevalier Walewski, zoczywszy damę niepospolitego wdzięku, adresuje się z sentymentem, pada jej do nóg, całuje kraj szaty i... ofiaruje, prócz siebie, całą swą fortunę, a sumituje się czekającą go schedą. Dama słucha pobłażliwie i tłumaczy się, że jest w związku z innym. Chevalier Walewski obstaje za rozwodem. Dama daje się nakłonić, lecz zjawia się niespodzianie brat chevalier Walewskiego i wyzywa na pojedynek, gdyż dama jest także i jego babką – morał: wnuk nie powinien przychodzić na świat wcześniej od swojej babki.

Żanetka parsknęła śmiechem. Szambelanowa pobladła – chciała zapanować nad sobą, kurcz chwycił ją za gardło. Radziwiłłówna przestraszyła się.

– Maryś! Tobie coś jest?!

– Nic, przejdzie – wyjąkała z trudem. – Wody...

Ossoliński skoczył do pokoju kredensowego po wodę. Szambelanowa odzyskała panowanie nad sobą, wytłumaczywszy się zmęczeniem po forsownej podróży.

Radziwiłłówna, zamieniwszy znaczące spojrzenie z Ossolińskim, zadowoliła się tą odpowiedzią i skierowała rozmowę na Napoleona.

Ossolińskiemu oczy się zaiskrzyły.

– Widziałaś, Marysieńko, księcia Bergu? – ozwała się Radziwiłłówna, nie dając przyjść do słowa imć panu Wiktorowi.

– Pokazano mi go tutaj z daleka.

– A ja całą godzinę z nim rozmawiałam; trochę przesadzony, ale to podobno nic wobec cesarza! Cesarz ma wzrok tak bystry, tak przenikliwy, że najmowniejsi deputaci nasi stracili kontenans. Bardzo bym go chciała zobaczyć.

– Będzie po temu okazja, jutro na wieczór wraca z Pułtuska. Za tydzień ma się odbyć przyjęcie w zamku.

– Czy tylko mama mnie zaprowadzi? Czy w ogóle dostaniemy zaproszenia? Cesarz podobno nie lubi socjet z damami. Lista osób dopuszczonych będzie bardzo szczupła. Ach! Darować bym sobie nie mogła!

– Ależ nie ma wątpliwości! – pocieszał Ossoliński. – Pani de Vauban, książę Józef wreszcie nie zapomną z pewnością o paniach.

– Kto wie, kto wie – chwiała wątpiąco główką Żanetka. – Mama nierada mnie jeszcze wprowadzać w świat, a ja taka jestem ciekawa, nie wiem, co bym za to dała! A gdyby tak mnie o co zapytał, od razu bym mu wypaliła.

– Mnie gorzej chyba, a nie skarżę się – zauważył Ossoliński, szarpiąc nielitościwie młodzieńczy puch pod nosem.

– Jak to? Dlaczego?

– Bo... bo... to wszystkiego pani oboźna narobiła i ten nieznośny Krasiński!

– Proszę tłumaczyć się jaśniej.

– Zbiera się gwardia honorowa, chciałem z nią i... nie dali! Wydałem im się za młody!

– A to także! – przyznała ze szczerym oburzeniem Żanetka.

– Więc ani myśli, żebym go gdzie zobaczył, bo nawet, jak ulicami przejeżdża, to się docisnąć nie można! Ha! Jak się ma taką panią stryjenkę dobrodziejkę...

– Kuzynku!

– Lecz ja właśnie na złość z pierwszej okazji skorzystam i zaciągnę się do wielkiej armii, i wywędruję na koniec świata!

Żanetka zarumieniła się i spuściwszy swe żywe, filuterne oczy, szepnęła:

– Także by to przyszło łatwo?

– No, nie wiem, chociaż doprawdy niesprawiedliwość!

– A ty, Marysieńko? – zagadnęła Radziwiłłówna szambelanową, która w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie młodej pary. – Ty, zapewne, z mężem będziesz na honorowym miejscu. Ach, jak ja chciałabym być już mężatką!

– Mylisz się – odrzekła spokojnie szambelanowa. – Jutro wracamy do Walewic.

– I nie zostaniesz nawet na przyjęciu u dworu?

– Nie, Żanetko, mąż jest niezdrów, a przy tym, jak wiesz, my bywamy mało.

– Ach, tak – przytwierdziła Radziwiłłówna, wspomniawszy na to, że przecież Marysieńka z niezamożnej, choć starej, wywodziła się szlachty. – Ale może warto by nawet było coś poświęcić, księżna wojewodzina sama powiada, że może nigdy nie zdarzy się zobaczyć tylu bohaterów naraz. Mówią, że król westfalski przyjedzie, że wielkie poselstwo tureckie lada godzina jest spodziewane.

– Co począć. Sama rada bym szczerze bodaj samego Napoleona widzieć. Wieki może zejdą, zanim się drugi taki narodzi. Przy tym przecież on dla nas tu przyszedł.

– Dla kogo właściwie to, mówią, że nie wiadomo. Księżna wojewodzina nawet po prostu nazywa go uzurpatorem i rewolucjonistą. A żebyś ty wiedziała, co o nim sam pan Talleyrand opowiada! Po prostu nie wiadomo, czy rodzina cesarza ma indygenat szlachecki.

– Nie umniejsza to jego sławy.

– Ani mojej ciekawości.

– Twoja będzie zaspokojona niezawodnie.

– Ja paniom coś poradzę!

– Prosimy, słuchamy!

– Jedźmy jutro na spotkanie cesarza!

– Ale dokąd? Czy podobna?

– Można by się dowiedzieć o godzinie przyjazdu. Sanna znakomita! Każę zaprząc do mojej kałamaszki i powiozę panie na spacer.

– Wybornie! Doskonale! Kuzynku, jesteś szarmancki! Słyszysz, Marysieńko? Umawiamy się i bez audiencji, bez ukłonów! Pani Sobolewska pokazywała te ukłony mamie: trzy naprzód i trzy w tył, bardzo trudne! Księżna wojewodzina o takich nie słyszała: „U nas na dworze były dwa”. Ukłonimy się pięknie cesarzowi z sanek i zajrzymy mu w oczy. Oczy musi mieć straszne. Więc jutro.

– Na mnie nie licz, Żanetko, rano wyjeżdżamy z mężem.

– Nie bądźże taka uparta, już ja tego okrutnego męża biorę na siebie. Tylko trzeba dokładnie ułożyć plan wyprawy. Kuzynek przyjedzie zaprosić na przejażdżkę, broń Boże, proszę nas nie zdradzić! Tylko dokąd pojedziemy?

– W tej chwili się dowiemy. Trzeba tylko wciągnąć jeszcze kogoś do spisku. Kogoś świadomego a dyskretnego. Mam! Chevalier Gorajski! Zaraz go tu przyprowadzę!

– Wiktor jest nieoceniony – zwierzyła się Żanetka szambelanowej po odejściu Ossolińskiego, nie zauważywszy, że ta ostatnia pobladła dziwnie. – Mam z niego prawdziwą wyrękę. Jedyny do sekretu. Już to sprawdziłam! Żal mi go, że jest uważany za młodzieniaszka. Ma całe siedemnaście lat skończonych, w równym wieku ze mną... a to wszystko pani oboźna. Sama córkę za mąż wydała, teraz nie ma na kogo, więc gdera na bratanka.

Pani Walewska nie zdążyła odpowiedzieć przyjaciółce, gdy Ossoliński – prowadząc pod rękę młodego mężczyznę o twarzy ściągłej, bladej, lekkim okolonej zarostem i smutnym, pociągłym spojrzeniu dużych, czarnych oczu – przedstawił uroczyście:

– Chevalier Gorajski.

– Bardzom rada – zakonkludowała rezolutnie Żanetka, a spostrzegłszy teraz pomieszanie szambelanowej, dodała: – Państwo, zdaje się, już się znają.

– Mam ten honor – odrzekł z ukłonem Gorajski.

– W takim razie tym pewniejszego będziemy miały sprzymierzeńca! Idzie o spisek na cesarza. Okrutny, tajemniczy spisek, przysięga obowiązuje do tajemnicy. Inaczej gromy księżnej wojewodziny, pioruny pani oboźnej, zemsta wybierającego się na wieś męża, klątwa całego starszego autoramentu.

– Raczą panie wskazać, deklaruję się, chociaż, jako należący do gwardii przybocznej, nie lada muszę pokonać trudności i zgłuszyć wyrzuty.

Żaneta wybuchem śmiechu i przyjąwszy odpowiedź Gorajskiego, jęła snuć plan wycieczki, prosząc o pomoc i wskazówki.

Gorajski wysłuchał cierpliwie, powiadomił, że gwardia przyboczna ma rozkaz zebrać się jutro na Pradze o drugiej godzinie po południu, że nawet ułatwić będzie mógł przedostanie się przez most – co jest rzeczą bardzo trudną, bo furgony wojskowe dzień i noc ciągną, a nadto zachodzi obawa, aby płynąca kra nie zniosła mostu – w końcu wycieczkę uznał za niezawodną, byle nie spóźnić jej, bo cesarz lubi uprzedzać godziny.

Radziwiłłówna do reszty przekonana do swego planu zwróciła się do Ossolińskiego, aby z nim ostatnie szczegóły omówić, Gorajski był zniewolony zwrócić się do pani Walewskiej. Szło mu to dosyć niesporo. Znać było po nim, że zgubił raptem wątek gładkich frazesów, którymi sypał przed chwilą, bo ozwał się z zająknieniem:

– Pani szambelanowa dawno w Warszawie?

– Przyjechaliśmy dzisiaj – odrzekła pani Walewska, nie podnosząc oczu. – A waszmość, panie Stanisławie?

– Dwa tygodnie temu, jak wybrałem się ze Strzegobożyc.

– Na dobry czas waszmość natrafiłeś.

– Jak to mam rozumieć?

– Cóż, dawniej niewiele tu było do widzenia, mniej jeszcze do czynienia, nie ciągnęło nic...

– Dawniej? A mnie zdaje się, że ciągnęło właśnie. Samolubem jestem, gdy tak mówię, lecz któż w moim położeniu by nim nie był?

Szambelanowa oblała się rumieńcem.

– Trzeba panować i odwracać oczy ku rzeczom wielkim, podniosłym.

– A pani... a ty, Mario, jesteś szczęśliwa?

Pani Walewska drgnęła.

– Żądasz, abym ci powiedziała?

 

– Tak, z twoich ust chciałbym usłyszeć.

Szambelanowa podniosła dumnie kształtną główkę i rzekła z mocą:

– Więc tak, jestem nią.

Gorajski głowę zwiesił i skubiąc nerwowo koronkowy mankiet fraka, zauważył z goryczą:

– Jeżeli tak jest, cieszę się niewymownie.

– Byłam pewna, że taka odpowiedź wystarczy.

– Bo musi! Mario, ty drżysz? Powiedz, czemu chcesz zadać kłam własnemu sercu? Zdało ci się, że blask zbytku zagłuszy w tobie odzew danej przysięgi? Podeptałaś lekkomyślnie moje szczęście, czyż ocaliłaś bodaj własne? Przebacz, mnie nie wolno takimi słowy przemawiać, lecz niechaj mam bodaj tę jedyną pociechę, że wówczas byłaś szczera, że wówczas żywiłaś ku mnie...

– Przestań! – przerwała z wysiłkiem szambelanowa.

– Obawiasz się wyrzutów?

– Nie, wspomnień.

– Ja nimi tylko żyję.

– I źle waćpan czynisz. Przed tobą droga otworem stoi, masz dziesiątki środków, aby się oderwać, aby w innych zamysłach znaleźć i zapomnienie, i spokój.

– Nie wiem, jak dziękować waszmość pani za te rady stateczne – odparł ironicznie Gorajski.

– Wolno waćpanu sobie dworować. Ale gdybym na waszmościnym była miejscu, chwili bym się nie wahała...

– Zaciągnęłabym się do wojska – dokończył Gorajski.

– Zgadłeś, panie kawalerze. Bo nigdy może służba wojskowa nie była szlachetniejsza, piękniejsza! Patrz, oto cała ziemia nasza była w letargu, zdało się, że zamarło w niej tchnienie, że już nie zbudzi się nigdy do wielkich chwil, że na wieki berlińskich słuchać musi nakazów, że rozproszy się w toni małych spraw, małych zabiegów, małych uciech, aż oto przyszedł zdobywca, bohater, skruszył pętające ją pruskie łańcuchy i powołał do nowego życia. Czyż znajdą się tacy, którzy milczeniem odpowiedzą na ten odzew wspaniałomyślny? Czyż orły cesarskie odejdą stąd, jak przyszły? Nie, za cesarzem, za Napoleonem pójdą wszyscy...

– Ach! Chère Marie! Nie lada sprzymierzeńca ma w tobie cesarz! – rozległ się nagle głos księżnej Jabłonowskiej, która w towarzystwie szambelana zbliżyła się do rozmawiających.

Pani Walewska drgnęła, a spostrzegłszy przed sobą pochylonego a trzęsącego się ze zmęczenia męża, zmieszała się.

Radziwiłłówna i Ossoliński również zdawali się być zakłopotani, jeden Gorajski nie stracił przytomności i odpowiedział za panią Walewską:

– Pani szambelanowa ma słuszność, za cesarzem iść musimy.

Księżna przyłożyła szkła do oczu i spojrzawszy na obrońcę, rzekła z odcieniem rozmyślnego zdziwienia:

– Ach! Wszak chevalier de Gorajski! Bardzo mi miło! Cóż za polityczna konwersacja. Anastazy, pozwól, że ci przedstawię: chevalier de Gorajski.

Gorajski skłonił się nisko Walewskiemu.

Księżna przedstawiła z kolei szambelana Radziwiłłównie, a potem znów Ossolińskiego szambelanowi.

Pan Anastazy wykrztusił z trudem jakiś komplement, a następnie, nie mogąc zawładnąć opanowującym go znużeniem, ozwał się do żony:

– Musimy już, czas wielki.

Żanetka ledwie zdołała ukryć zdziwienie, teraz dopiero dorozumiawszy się, że ma przed sobą męża swej przyjaciółki.

Szambelanowa podniosła się w milczeniu z miejsca. Księżna usprawiedliwiała brata:

– Ma chère Marie! Rozumiesz, jak bardzo chciałabym mieć was u siebie, ale nie śmiem zatrzymywać... po podróży. Jutro znów... Ach! Żeby to odłożyć...

– Niepodobna! Nie można! – bronił się szambelan, krztusząc się, drepcząc.

– Tak pragnęłam was mieć u siebie na dłużej! Koniecznie na dłużej!

– Więc nieodwołalnie jutro wyjeżdżasz, Marysieńko? – wmieszała się Żanetka.

– Musimy.

– A cóż będzie z naszym spacerem? Jeden dzień! Tylko jeden dzień! Umówiłyśmy się na jutro na przejażdżkę! Księżna pani raczy się wstawić do szambelana!

– Ależ czy tu potrzeba aż instancję wnosić? Taka penitentka sama najcięższe skrupuły przemaga, ale doprawdy...

Żanetka nie dała się zbić z tropu wymuszoną grzecznością szambelana i z dziecinnym uporem żywiej natarła. Księżna dla dogodzenia Radziwiłłównie przechyliła się na jej stronę, a nawet, widząc w tym poważny atut dla doprowadzenia do skutku ułożonego małżeństwa, szepnęła szambelanowi kilka słów.

Walewski jeszcze się upierał, lecz już tylko dla myśli, że będzie musiał kilka godzin przebyć w otwartych saniach na mrozie, ale gdy Żanetka zapewniła go, że matka jej ofiaruje się towarzyszyć – szambelan nader szumnie wspomniał, jako obowiązek nakazuje mu spełnić każde życzenie Żanetki i przyrzekł wyjazd z Warszawy opóźnić.

Żanetka podziękowała.

Pan Anastazy zapewnił, iż byłby szczęśliwy, gdyby częściej mógł zadość czynić życzeniom Radziwiłłówny.

Księżna wtrąciła zręcznie, że „kto wie, czy do tego nie przyjdzie”.

Słowem, wszyscy czuli się zadowoleni, nie wyłączając Gorajskiego i Ossolińskiego.

Jedna szambelanowa spoglądała niepewnie na pergaminowożółte plamy na twarzy męża, które coraz śmielej dobywać się zaczęły spod powłoki różu i bielidła.

Przeczucie nie zawiodło pani Walewskiej.

Pan Anastazy dopiero odetchnął w kolebce, kiedy mógł zrzucić z siebie maskę przymusu i dać upust swojemu niehumorowi. Skarżył się na bóle w nodze, pomstował na księżnę wojewodzinę, która w niego wmusiła szklankę ponczu, co go o ból głowy przyprawiło, wyrzucał żonie, że na zebraniu go opuściła, że nie pamiętała o nim, że przez nią nie mógł dotrzymać aż do chwili witania Nowego Roku.

Lecz nie tu był koniec kwasów szambelana, z wieczoru księżnej wywoził on jeszcze inne, dokuczliwsze, idące głębiej. Oto po raz pierwszy pan Anastazy uczuł, że na tym wielkim świecie zeszedł na bezużyteczny, przestarzały sprzęt, na który nikt uwagi nie zwracał, a którego rad każdy unikał.

Ambicja szambelana pozwalała mu się spodziewać, że dość mu będzie ukazać się, aby być wciągniętym do poufnych narad, aby starano się zdania jego zasięgnąć – tymczasem stało się inaczej.

Kilka starszych dam, pomnych na przeszłość, dosyć uprzejmie wysłuchało myszką tracących frazesów pana Anastazego, lecz w kole mężczyzn przyjęto go zimno, obojętnie. Daremnie szambelan przysuwał się do marszałka Małachowskiego i wspominał mu razem spędzone chwile, marszałek ledwie mu odpowiedział. Nie lepiej potraktowali go panowie Sobolewscy, Wojczyńscy, Gutakowski, Kochanowski i Ostrowski. Książę Józef lekkim skinieniem głowy powitał uniżony ukłon szambelana, a książę Borghèse, do którego pan Anastazy docisnął się gwałtem, uśmiechnął się drwiąco i zamieniwszy kilka słów ze swoim adiutantem, odezwał się głośno:

– A... to pan, panie szambelanie, masz taką piękną i młodą żonę!

Walewski zmieszał się. Książę Borghèse roześmiał się na widok zakłopotania pana Anastazego i dodał pospiesznie:

– Szczerze winszuję, rad bym ją poznać.

Szambelan wykrztusił kilka słów podziękowania i wtedy to, odszukawszy księżnę, zaczął się żegnać, nie ukrywając swego niezadowolenia.

Księżna odgadła brata i starała się go pocieszyć wiadomością, że jest tu więcej takich, którzy pracują nad rozbiciem kliki usiłującej zagarnąć w swe ręce wpływy u dworu francuskiego i opanować cesarza.

Wiadomość ta pocieszyła pana Anastazego, lecz nie na długo – dość mu było w swej kolebce się znaleźć, aby wraz z przejmującym go ziąbem i zmęczeniem zrozumieć całą swoją starczą bezsilność. Zakorzenione dworackie wyobrażenia poniosły bolesną porażkę, ambicji zadraśniętej nie uspokoiły ani pomyślnie nawiązujące się układy o małżeństwo wnuka z Radziwiłłówną, ani zapewnienia księżnej, że pan Ksawery ma widoki wejścia do przyszłego rządu.

Szambelan chciał żyć, chciał błyszczeć sam – nie przez syna, nie przez wnuka. Gniew pana Anastazego, nie znalazłszy ujścia w złośliwych uwagach o nowych figurach, o rewolucyjnych książętach i panach, cuchnących kordegardą, zwrócił się przeciwko żonie.

Szambelanowa w głębokim milczeniu słuchała wymówek męża, nawet nie próbując się bronić.

Pana Anastazego to poddanie się do reszty zniecierpliwiło, gdy więc, powróciwszy do swego pałacyku, zrzucił z siebie krępujący go strój i owinął puszystym a wygodnym pudermantlem – postanowił energiczniej rozmówić się z żoną i kazał pokojowcowi poprosić do siebie „jaśnie oświeconą”.