Pani Walewska

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pani Walewska
Pani Walewska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,85  39,88 
Pani Walewska
Pani Walewska
Audiobook
Czyta Michał Breitenwald
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pani Walewska nic nie odrzekła na domysły męża. Szambelan trzasnął ze złością tabakierką.

– Ciebie to nic nie obchodzi!

– Owszem, lecz późno.

– Jeszcze muszę z Muratem.

– Chcesz widocznie, abyśmy ostatni wyszli. Patrz, księżna Dominikowa ma się ku wyjściu.

Pan Anastazy poruszył się niespokojnie.

– Masz słuszność. Wychodźmy. Nie ma cesarza, nie ma Walewskiego.

Bal miał się ku końcowi, sale pustoszały, już ledwie w bocznych komnatach widać było gromadki mężczyzn, bądź pochłoniętych gorącym sporem politycznym, bądź przy butelkach, niepomnych na wymogi etykiety.

Pan de Périgord, nie chcąc krępować swoją przytomnością zapóźnionych gości, usunął się dyskretnie do prywatnych pokoi, powierzając obowiązki gospodarza panu d’Hédouville, który, świadomy swej roli, dawał baczenie, aby ochota nie przybrała zbytnio.

Gorajski, po rozmowie z szambelanową, nawet nie doczekawszy się od niej skinienia na swój ukłon pożegnalny, przyłączył się chmurny i kwaśny do kółka młodzieży, której przewodził Paweł Jerzmanowski i starościc Jan Kozietulski.

Młodzież powitała Gorajskiego żartobliwymi okrzykami.

– Witaj, Płakso! – wołał raźno Kozietulski.

– Stachu! Gdzieś się podziewał? – badał, mrużąc filuternie oczy, Wincenty Krasiński.

– Możecie być przekonani, że czasu nie tracił – wmieszał się z boku Franciszek Łubieński.

– Panie szambelanie – zwrócił się do pana d’Hédouville Kozietulski. – Pozwól sobie zaprezentować: Stanisław Gorajski, inaczej Płaksa, młodzieniec mocno sentymentalny, gdyby nie poczciwe intencje zaciągnięcia się na służbę, może by naszego Hercau w kąt zapędził.

Krasiński chciał jeszcze żartować z Płaksy, lecz Kozietulski, spojrzawszy na ściągnięte brwi Jerzmanowskiego, przerwał mu żywo:

– Pozwól. Paweł mówi, Paweł ma głos. Panowie, silentium! Więc zatrzymałeś się na Marengo.

Między młodzieżą zaległa cisza. Jerzmanowski pociągnął z kielicha, targnął wąsa i zaczął mówić swym dźwięcznym, przejmującym głosem, a miał mówić o czym. Toć on jeden pośród tego grona miał słuszne prawo do tytułu starego żołnierza. Szesnastolatkiem uciekł był z domu rodzicielskiego do legionów, tam krwią własną dosłużył się oficerskich obszlegów, a teraz już od dwóch lat, jako adiutant marszałka Duroca, do nie lada łask u samego cesarza doszedł.

Jerzmanowski mówił zdaniami rwanymi, bezładnymi; niekiedy ruch ręki, spojrzenie przenikliwych, bystrych oczu starczyło za orzeczenie, niekiedy głos drżał mu dziwnie, łamał się, cichł, milkł, a młodzież, zasłuchana w opowieści wojskowe pana Pawła, i w milczeniu jego czytała, i piła zapał, każde drgnięcie sylaby rozumiała, każda zmarszczka na jasnym czole adiutanta-legionisty była dla niej otwartą księgą.

Szambelan z pobłażliwym uśmiechem przysłuchiwał się rozmowom młodzieży, na pozór równie przejęty i równie poruszony, co mu nie przeszkadzało zupełnie porozumiewać się co chwila z przechodzącymi oberfurierami.

Po małej chwili panu d’Hédouville nie dość było tych cichych zarządzeń, bo skorzystawszy z przerwy w opowiadaniu, podniósł się na palcach i wyszedł do sąsiedniego pokoju, a tam zastawszy niespodziewanie oficera służbowego Rousseau, zagadnął go żywo:

– Czy pan hrabia Hercau jest jeszcze?

– Właśnie, panie szambelanie, przychodzę po dalsze rozkazy, bez użycia siły zatrzymać go dłużej niepodobna.

Pan d’Hédouville skrzywił się.

– Ach! Co też pan mówi! Któż słyszał nawet wspominać o podobnym środku?

– Panie szambelanie – odrzekł pośpiesznie Rousseau – wszak raczył pan sam rozkazać...

Pan d’Hédouville skrzywił się jeszcze silniej.

– Ja rozkazywałem? Chyba się panu zdawało.

Rousseau chciał przerwać, lecz szambelan powtórzył surowo:

– Chyba się panu zdawało. Książę Benewentu miał zamiar, lecz nie mógł. Rozumiesz pan. Musisz więc pan przeprosić pana hrabiego. A na przyszłość radzę ci, poruczniku, nie objawiać takiej gorliwości. Hrabia powinien był czekać, lecz nie powinien był być zatrzymany siłą.

Rousseau ze zdumieniem wysłuchał perory, a nie mogąc w zimnej twarzy pana d’Hédouville żadnego znaleźć objaśnienia, skłonił się i poszedł do służbowej izdebki, gdzie pod pieczą pana de Rauchefoucauld siedział zdenerwowany długim oczekiwaniem, a dręczony niepewnością hrabia Hercau.

Rousseau spojrzał znacząco na Rauchefoucaulda i ozwał się do Hercau z wyszukaną grzecznością.

– Panie hrabio, jeżeli życzeniem pańskim jest oddalić się stąd, w takim razie gotów jestem służyć mu za przewodnika.

– Chcecie mnie uwięzić! – wybuchnął Hercau.

– Ależ, na honor, panie hrabio, skąd te przypuszczenia?

Hercau obrzucił niepewnym spojrzeniem poruczników.

– Nie znęcajcie się przynajmniej nad ofiarą przemocy.

Rousseau pociągnął nieznacznie za rękaw towarzysza i robiąc hrabiemu drogę ku drzwiom, odparł pośpiesznie:

– Słowem ręczę, że pan hrabia jest w niezrozumiałym dla nas błędzie. Życzy pan sobie wrócić do salonów, więc zechce pan hrabia przejść tędy i potem pierwsze drzwi na lewo.

– Więc jestem wolny?

– Panie hrabio, a któż by się odważył pozbawiać cię wolności?!

Hercau podniósł się nieśmiało z kanapki, zakołysał się na swych cienkich nóżkach i jął powoli zmierzać ku drzwiom, jeszcze nie ufając porucznikowi. Dopiero gdy stanął na progu, a usłyszał za sobą pełne szacunku pożegnania, a dzwonienie ostróg przy składanych mu ukłonach, wówczas w hrabiego nowa wstąpiła otucha.

Hercau jednym susem wpadł do korytarza i idąc machinalnie za wskazaniem Rousseau, który mówił za nim:

– Na lewo, panie hrabio, na lewo – nacisnął klamkę i jak kula wpadł do gościnnych komnat ministra. Hercau minął szybko pierwsze trzy salony, tonące już w mrokach, i dopiero w czwartym, oświetlonym, zatrzymał się, odsapnął, poprawił perłową kamizelkę na okrągłym brzuszku i spojrzawszy groźnie na kręcących się w głębi kamerdynerów, ruszył śmielej ku amfiladzie.

Hrabiemu wracała z wolna pewność siebie, a wraz z nią cała świadomość wyrządzonej mu krzywdy czy po prostu lekceważenia. Hercau już układał w myśli cały plan wystąpienia swego do Talleyranda ze skargą, gdy naraz tuż przed sobą zobaczył pana d’Hédouville.

Hrabia zatrzymał się. Szambelan zrobił ruch, aby minąć Hercau, lecz ten zastąpił mu drogę.

– Panie szambelanie...

– A... a... pan hrabia Hercau!

– Czy pan de Périgord jest na sali balowej?

– Książę Benewentu? – poprawił szambelan. – Ach, panie hrabio, cóż znowu? Jego książęca mość dawno udał się na spoczynek. Mało kto tak rzetelnie, jak pan, może jeszcze dotrzymać nam placu.

Hercau poczerwieniał.

– Co do mnie, jest pan w błędzie! Dotąd byłem uwięziony!

– Jak to, panie hrabio?

– Wszak pan sobie przypomina, wezwałeś mnie na rozmowę z księciem ministrem?

– Za pozwoleniem. Aha! Tak, istotnie. Prawda. Hrabia wybaczy, ale tyle osób...

– Otóż w poczekalni przesiedziałem do tej pory!

– Czy być może, jakżeż mi przykro! W imieniu jego książęcej mości dziękuję panu za uprzejmość.

– Pozwól mi skończyć, panie szambelanie – przerwał Hercau, którego spokój pana d’Hédouville o wzburzenie przyprawiał. – Nie czekałbym, ale panowie oficerowie zatrzymali mnie przemocą! Tłumaczyłem im, przekładałem, próbowałem się upierać – nic! Zagrozili mi siłą, panie szambelanie.

– Chyba... niepodobna – zdziwił się d’Hédouville.

– Parol szlachecki! Otóż, panie szambelanie, niech mi wolno będzie zapytać...

– Nieporozumienie, panie hrabio, pomyłka!

– Lecz jakim prawem mnie, gościa zaproszonego...

– Ach, prawem... Panie hrabio! Nie uwierzysz, ile nieraz kłopotu mamy ze służbowymi oficerami. Cóż chcesz, żołnierze. Ani czasem spostrzec się nie można, gdy oni już do pałacowych form domieszają swoich obozowych nałogów. Zawsze z nimi kłopot.

– Być może, ci panowie, atoli...

– Będą ukarani. Bezwarunkowo będą ukarani! Dziś już za późno na dochodzenie, zresztą, to rzecz służbowego generała-pułkownika. Pozwól pan, dziś był marszałek Davout. Więc jutro przyślij mi pan karteczkę z nazwiskami tych panów.

– Sam pan raczyłeś mnie z nimi poznać.

– Taak? Być może. Więc jutro karteczkę, panie szambelanie, a będą ukarani. Bez wątpienia. Księciu będzie niezmiernie przykro, gdy się dowie. Dobrej nocy panu.

Hrabia spojrzał ze złością za szambelanem, odgadując instynktownie, że przedłożona skarga niewielki osiągnęłaby skutek, i powlókł się, wprost zmierzając ku wyjściu.

Przechodząc komnatę, w której grono młodzieży, z Jerzmanowskim na czele, gwarzyło przy winie, żywo rozprawiając nad ostatnią opowieścią pana Pawła, Hercau przystanął. Krasiński pośpieszył zaprosić hrabiego do kompanii. Hercau ociągał się. Krasiński nie przestawał nalegać:

– Na jedną kolejkę!

– Nie, nie mogę. Dziękuję. Czczy jestem.

– Dobrze powiedziane – podchwycił Kozietulski. – Lecz pociesz się, że nam wszystkim czczość dokucza.

– No, panie hrabio, siadaj z nami – zachęcał znów Krasiński. Lecz Jerzmanowski wstał nagle z miejsca i ozwał się tonem łagodnej perswazji:

– Panowie, wszystkim nam pora. Szambelan łaskaw na nas, ale patrzcież, światła gaszą! Nie wypada nadużywać cierpliwości ani danej nam swobody.

– Jeszcze chwilę – ozwał się z żalem Krasiński.

– Niepodobna! Ostatni bodaj jesteśmy!

– Szkoda – zauważył Franciszek Łubieński. – Ledwie się gadać zaczęło...

– Mam myśl! – ozwał się raźno Kozietulski. – Jutro nie ma żadnej asysty. Idźmy do „Angielskiego”!

– Czwarta po północy – wtrącił Gorajski.

– Płaksa nie ma głosu! – podchwycił raźno Krasiński. – Idziemy do „Angielskiego”, deklaruję wyciągnięcie kucharza spod pierzyny i faskę bigosu. Ruszamy! Hrabia z nami!

 

Hercau wzdragał się i próbował opierać, lecz Kozietulski nie dał mu przyjść do słowa.

– Musisz, hrabio kochany! Krasiński, bierz go pod ramię! Ho, ho! Wszedłeś w kompanię, teraz się nam nie wywiniesz! Nie róbże takiej płaczliwej miny, boć na to jeden Gorajski ma przywilej.

– Czczy jestem – odrzekł płaczliwie Hercau.

– O to właśnie idzie! Takich nam trzeba! Ruszajmy! – ozwały się głosy młodzieży.

Hrabia uległ.

Na dole w szatni Jerzmanowski spotkał zapóźnionego oficera konnych grenadierów gwardii, pana de Rémusat, i za podszeptem Kozietulskiego zaprosił go do towarzystwa. Francuz przystał z ochotą, a spostrzegłszy między kompanią hrabiego Hercau, którego był już poprzednio poznał, przysunął się doń i wszczął z nim pogawędkę. Hercau dosyć obojętnie odpowiadał panu de Rémusat, ledwie że słuchając zwierzeń a uwag wzburzonego nieco oficera. Dopiero kiedy pan de Rémusat wymienił po kilkakroć nazwisko „Walewska”, hrabia ocknął się z zamyślenia i zagadnął:

– Pozwól, panie kapitanie, mówisz o pani Walewskiej? Cóż takiego?

– Daj ją katu! Na utrapienie moje zjawiła się na balu! Uważasz, szambelanie, umówiłem się z porucznikiem Bertrandem na jutro. I masz. Na Śląsk go wyprawili: za co, za Walewską!

Hercau pokręcił niedowierzająco głową. Rémusat się zapalił i jął ze wszelkimi szczegółami i możliwymi uzupełnieniami rozpowiadać kursujące już plotki o zazdrości cesarza, nagłym wyprawieniu z Warszawy Bertranda, Montbruna i Durosnela i podstępach pani Walewskiej, zmierzających oczywiście do usidlenia tyle potężnego hołdownika.

Hrabia niedowierzająco przyjmował te relacje. Rémusat zapalał się, wreszcie na potwierdzenie szczegółów dodał z przekonaniem:

– Wierz pan lub nie, lecz parol, że na własne uszy słyszałem, jak książę Bassano pomawiał o udział w tej intrydze ministra Talleyranda.

Hercau na wspomnienie Talleyranda uśmiechnął się ironicznie.

– Żartujesz, panie kawalerze! Talleyrand?

– Ależ panie hrabio! Toć jasne! Cały ten bal dlatego jedynie był wydany, żeby zbliżyć cesarza!

– No, może – rzekł cierpko Hercau. – Lecz co ja, to mam tego balu dość i pan Talleyrand więcej mnie u siebie nie zobaczy.

Rémusat spojrzał z kolei zdziwionym wzrokiem na Hercau.

– Hm. Nie wiem. Chociaż książę Benewentu jest u siebie zawsze bardzo uprzejmym, miłym gospodarzem. My to najłatwiej możemy ocenić. Żadnemu z oficerów na przyjęciu nie da uczuć zależności.

– Pewnie, pewnie – przytwierdził ze złością hrabia. – Nawet pozwala panom za wiele.

Rémusat zachmurzył się.

– Nie rozumiem pańskiej przymówki.

– Bo też to nie przymówka żadna. Niech się pan nie uraża, lecz między wami, moi panowie, jest wielu niemających wyobrażenia o pospolitej grzeczności. Cenię żołnierzy, schylam głowę przed waszymi akselbantami i szlifami, ale obóz nie daje wychowania.

– Za pozwoleniem, panie hrabio, w armii może, lecz co gwardia...

– Właśnie miałem sposobność zapoznania się dzisiaj z gwardią. Są może wyjątki, jak pan, panie kapitanie, lecz to wyjątki.

– Panie hrabio, nie dziw się, lecz nie wolno mi poprzestać na tym gołosłownym zarzucie. Proszę o dowody.

– No, więc znasz pan niejakiego Rauchefoucauld?

– Porucznika strzelców konnych? Doskonale!

– Masz zatem wzór! Alboż drugi – Rousseau. Dobrze mówię – Rousseau.

Rémusat przystanął na ulicy.

– Znam ich wybornie! Przed chwilą właśnie widziałem się z panem Rauchefoucauld. Pochodzi z bardzo pięknej rodziny.

– No i patrz pan, co z niego wojsko zrobiło? Pachołka. Obozowego gbura.

– Panie hrabio! Rauchefoucauld jest moim przyjacielem!

– Tym gorzej dla pana, będziesz tego jeszcze żałował.

Rémusat ledwie mógł ukryć zniecierpliwienie. Hrabia, któremu znów żywo stanęły przed oczyma wszystkie szczegóły przymusowego oczekiwania w służbowej izbie, coraz silniejszymi zarzutami obarczał Rauchefoucaulda.

Rémusata ironiczne uwagi Hercau dotknęły w końcu do żywego, tak że hrabia rad nierad, dla uniknięcia zatargu z kapitanem, musiał mu przedstawić całe zajście, którego padł ofiarą. Skutek wyznania był niespodziewany. Już po pierwszych słowach Hercau twarz pana de Rémusat rozpogodziła się, a gdy hrabia po wyrzuceniu z siebie całego nurtującego w nim gniewu umilkł, oczekując na przyznanie racji, kapitan parsknął serdecznym śmiechem.

Hercau pobladł.

– Jeżeli to dla pana jest tylko zabawne...

– Ależ bo! Panie hrabio! Daruj! Nie wiedziałem! Więc to pan... pan był w pokoju służbowym? Cha! cha! Wyborna farsa!

– W gatunku kordegardy.

– Lecz pozwól pan! Przed chwilą właśnie porucznik Rauchefoucauld...

– Pochwalił się ordynarnym konceptem.

– Panie, czego pan chcesz od tego poczciwca? Jemu samemu było bardzo żal pana. No, ale rozkaz!

– Jaki rozkaz? Szambelan d’Hédouville przyrzekł mi satysfakcję. A jeżeli...

– Jedno słowo! Umizgałeś się pan do pani Walewskiej?

– Cóż za pytanie! Pochlebiam sobie, że znam ją i że mam prawo suponować o względach przystojnych...

– To nie należy do rzeczy. Zawadzałeś. No i usunięto cię. Gdybyś był oficerem, spotkałby cię tylko ordynans dwutygodniowy. Jednemu księciu Ornano się upiekło, choć i to nie wiadomo, bo Duroc go przestrzegł delikatnie. Więc co tu winien Rauchefoucauld?

Hrabia nie wiedział, co odpowiedzieć. Świadomość przyczyny, dla której usunięto go z balu, ucieszyła go, bo rozproszyła obawy dokuczające cichemu sprzymierzeńcowi Burbonów, lecz równocześnie dotknęła głęboko miłość własną, bo dowodziła, jak potrafią lekceważyć sobie tytuł hrabiowski i ród Hercau i jak mało zależy im na pozyskaniu go dla cesarstwa.

Rémusat, żartując wciąż z pomyłki hrabiego, chciał koniecznie dopytać się odwołania zarzutów uczynionych gwardii, lecz gdy Hercau milczał uporczywie, kapitan zatrzymał się ponownie, skinął lekceważąco ręką hrabiemu i ozwał się oschłe:

– Widzę, że moje wstawiennictwo nie na wiele się przyda. Porucznik Rauchefoucauld sam zapewne lepiej potrafi pana przekonać, jak dalece pomyliłeś się w sądzie o nim.

Hrabia nie zdążył zorientować się, co znaczyła ta pogróżka, gdy kapitan wykręcił się i znikł szybko w głębi ulicy. Hercau lekki mróz przeszedł, postąpił kilka kroków za Rémusatem, aby go dogonić i wytłumaczyć mu, że wobec wyjaśnienia nie ma urazy do Rauchefoucaulda, lecz niespodziewanie dopadł go z tyłu Kozietulski.

– Panie hrabio! Gdzie się pan podziewa? Wystajemy przed hotelem i doczekać się nie możemy!

– Owszem, tylko...

– Proszę za mną! Nie ma wykrętów! A gdzież ten gwardzista?

– Właśnie chciałem za nim. Poszedł ku Królewskiej.

– Bóg z nim, nie będziemy go szukali. Nosa drze, a z wysokości swoich adiutanckich bulionów na nas spogląda! Chodź, hrabio. Czekamy.

Hercau rad nierad powlókł się za Kozietulskim.

Młodzież niebawem znalazła się w jednej z izb gościnnych hotelu „Angielskiego” i wśród żartów i śmiechów jęła wydawać rozkazy zaspanej służbie. Bigos, zrazy i spora bateria butelek zjawiła się niebawem na stole. Do jadła zabrano się ochoczo, pierwsze kielichy spełniono z zapałem, lecz gdy zaspokojono głód i pragnienie, rozmowa rwać się zaczęła. Gorajski ledwie że czasem bąknął coś pod nosem, Hercau cmokał apatycznie wino i coraz zawilsze młynki palcowe kręcił na swym okrągłym brzuszku, Franciszkowi Łubieńskiemu oczy się kleiły, Jerzmanowski stracił nawet ochotę do gawędy, Kozietulskiego z Krasińskim rozgniewała w końcu ta zapadająca co chwila cisza.

– Do pioruna, mości panowie, co was obleciało? Kropli krwi w was nie ma.

– Zdrowie pana Pawła! – zawołał ogniście Krasiński.

– Wiwat Jerzmanowski!

– Niech żyje! – podtrzymały głosy.

– Na podziękowanie, zdrowie pułkownika gwardii przybocznej, imć pana Wincentego.

– Wiwat!

Łubieński zmarszczył się, Hercau kiwnął się melancholijnie.

– Zdrowie pułkownika – zauważył Franciszek Łubieński – i owszem, ale co do gwardii i Napoleona – to rzecz inna. Kto go tam rozumie?

– Ten, co go zna – odparł cicho Jerzmanowski.

– Mówią, że u nas zgoła francuskie mają się zaprowadzać porządki. Gubernator rządzi i bodaj jednemu Wybickiemu ustępuje.

– A waćpan byś jak chciał?

Franciszek spojrzał niepewnie na zaczerwienioną twarz Jerzmanowskiego i rzekł:

– Ani myślę przymawiać Wybickiemu, człek podobno zacny, lecz skądże on przychodzi do takiego znaczenia? Są przecież zasłużeńsi, którzy dali dowody...

– Niedołęstwa! – wybuchnął Jerzmanowski.

– To zależy od poglądu. Jeżeli się nawet mylili, to teraz takim tym łatwiej byłoby unikać dawnych błędów.

– Waćpanu idzie o urzędy?

– Nie, tylko to zaufanie cesarza do Wybickiego zastanawia.

Jerzmanowskiemu płomienie w oczach rozgorzały.

– Jużci, zastanawia, lecz takich, co za piecem siedzieli, co przychodzą dziś do gotowego, co nie pamiętają, że Wybicki wówczas już był w relacjach z cesarzem, gdy ten jeszcze z konwentem francuskim nie mógł sobie dać rady. Zaufanie, jakie ma Wybicki, boli was; nawet nie radziście widzieć, drogą ilu ofiar, ilu lat tułaczki na nie zarobił! Dziś macie przed sobą otwierające się stanowiska, wpływy, władzę i ją byście chcieli zagarnąć!

Łubieński zrozumiał aż nadto wyraźnie przymówkę do zamysłów ojca swego, imć pana Feliksa Łubieńskiego, starosty niekielskiego a szambelana.

– Mości Jerzmanowski, źle sobie tłumaczysz moje słowa, a jeżeli komu idzie o tę władzę, to jedynie dla powszechnego dobra. Wybicki posiada zaufanie, cieszyć się z tego trzeba, lecz obawiać zarazem, aby sam nie był nadto ufny. Polityka jest polityką, mów sobie, co chcesz, a co najprzedniejsi, najstarsi – boją się Napoleona.

Adiutant Duroca uśmiechnął się pogardliwie.

– Winszuję waćpanu w tak młodym wieku tak statecznej rozwagi.

– Do rzeczy! – przerwał niecierpliwie Łubieński.

Jerzmanowski uderzył pięścią w stół.

– Patrzcie na mnie! Dziewięć lat temu wybrałem się po kryjomu z domu rodzicielskiego, po dwakroć ledwie zdołałem ujść Prusakom, rodzica za mnie po amtach i kamerach ciągali. Zdawało mi się, że przepadła dla mnie na wieki strzecha rodzinna, że tułaczem zgoła zostać muszę. Szedłem za Napoleonem i widzisz, dokąd mnie przywiódł.

– Prawda, prawda, tylko nie wiadomo, czy dlatego tu się zjawił, aby waszmości przyprowadzić, czy dlatego waćpana wziął, aby mu łatwiej było drogę przebyć.

Jerzmanowski porwał się zza stołu.

– Sacrebleu, uszanowanie znaj! Jeszcześ acan nie urósł, aby o nim sądy wydawać!

Łubieński zbladł. Kozietulski z Krasińskim skoczyli godzić i mitygować zwaśnionych. Jerzmanowski prychał groźnie i trzaskał pałaszem. Łubieński chciał przyznania racji dla siebie szukać.

– Hrabia niech nas sądzi! On tu obojętny!

– Nie ma sądów, nie ma sporu! – bronił Krasiński, aby przerwać czym prędzej niemiły spór. – Niech żyje cesarz! Imć pan Paweł tu świadom rzeczy. Do dna! Łubieński, pij!

– Cóż, piję. Niech żyje!

– A teraz, mości panowie, dosyć polityki, Hercau ma głos.

– Na zgodę! – ozwał się hrabia, przepijając do Jerzmanowskiego.

Przeciwnicy podali sobie ręce.

Łubieński próbował głosem pojednawczym przekonać jeszcze kapitana, lecz Kozietulski nie dał mu więcej przyjść do słowa.

– Porzućcie te spory! Hrabio, opowiedz nam swoją przygodę z tą... tą, pamiętasz?

– Wybornie, Hercau niech mówi!

– Panowie, już to tak dawno, że nie pamiętam.

– Hrabio kochany! Spójrz na Gorajskiego, jaką ma kwaśną minę.

Hercau przymrużył filuternie lewe oko i spojrzał ku Jerzmanowskiemu.

– Ba, może i byłoby coś do powiedzenia na czasie, ale na parol, obawiam się kapitana.

– Et, cóż znowu, nie znasz pana Pawła, setny kompan! Byleś politykę omijał.

– Hm, zapewne – rzekł z komiczną powagą Hercau – ale... bo tu z cesarzem sprawa.

– Z cesarzem? – podchwycił Krasiński. – Mówże! Jerzmanowskiego biorę na siebie.

Kapitan uśmiechnął się pobłażliwie.

– Przecież nikogo z was nie myślę niewolić! Każdemu wolno własne mieć wyobrażenia!

– Tym bardziej, panie kapitanie, że miałem szczęście, a raczej nieszczęście, przekonać się, jak to Hektor umie postać Adonisa przybierać.

 

Młodzież skupiła się ciekawie około hrabiego, zachęcając go wesołymi okrzykami do mówienia. Hercau pociągnął wina z kielicha, przeczekał umiejętnie i potęgując tym samym zaciekawienie, rzekł zagadkowo:

– Ba, nawet nadużywać niezupełnie po rycersku swej przewagi! Chociaż miałem rozmaitych rywali, świętej pamięci nieboszczyk król...

– Mówże, hrabio, o cesarzu! – przerwał Krasiński.

Hercau spojrzał na Jerzmanowskiego, ten ostatni wzruszył dobrodusznie ramionami.

– Ależ, ja nie przeszkadzam. Słyszałem już o niejednej przygodzie cesarza. Możesz, panie hrabio, być pewny, że ci z placu ustąpi.

– Hm. Nie wiem, wątpię. Rad bym bardzo, bo inaczej sam nie wiem, co mi uczynić wypadnie.

– Nie wleczże tak, do pioruna – upomniał Krasiński.

Hercau westchnął.

– Było to dzisiaj na balu. Ona... Wszak wystarczy panom to określenie? Otóż ona po długiej walce wyznaczyła mi stanowczą rozmowę. Oczywiście – mąż. Zazdrosny, tyranizujący, pastwiący się nad swą piękną jak sen ofiarą potwór bezzębny. Rozumiecie, panowie, z jaką trwogą, z jakim rozkosznym niepokojem oczekiwałem dzisiejszego balu! Przeżywałem lata, wieki. Nareszcie przyszła upragniona chwila. Pośród rozgwaru salonowego daje mi umówiony znak chustką. Bez wahania odpowiadam. Używamy oboje całej przebiegłości, aby zniknąć, aby ujść oczom tłumu. Po kilkakroć jakiś natręt psuje nam szyki. Kadryl. Ona tańczy. Tańczy z jednym z zauszników cesarskich. Oczywiście nie przypisuję do tego wagi – co mi do niego, co mi do całego świata – kocham, sam jestem kochany, niebo!

Hercau pociągnął wina, oczy przymknął i rozkoszując się dźwiękami własnych słów, opowiadał z wzruszającym przejęciem:

– Kadryl się skończył. Ścigam jej postać gorączkowym spojrzeniem. Idzie w głąb apartamentów. Z zapartym oddechem rzucam się poprzez fale dam i panów, obrywam dwóm paniom koronki, potrącam któregoś z marszałków, ocieram się prawie o cesarza i dążę. Jedna komnata, druga, trzecia... i jest ona! Zapłoniony, drżący, onieśmielony chylę się do jej atłasowej rączki. Trwamy tak w milczeniu, zasłuchani w wartkie pulsa nasze, w tęsknotą rozbłyszczone oczy wpatrzeni, długim rąk uściskiem skuci.

– Znakomicie, wybornie! – przyświadczył z zapałem Kozietulski.

– I co dalej? Co dalej? – nalegał Łubieński.

– Dalej? – powtórzył melancholijnie Hercau. – Mamże powtarzać wam te szmery wezbranych uczuć, którymi spłynęły nasze usta, mamże was, natrętnych, wprowadzać do świątyni mego bóstwa? Nigdy! To nad moje siły!

– Ależ, hrabio, do rzeczy! Nikt nie żąda takiego poświęcenia.

– Bo to byłoby pewnie nudne.

Hercau potrząsnął pobłażliwie głową.

– Więc tym lepiej dla mnie. A zatem, wyznajemy sobie, zapominamy o wszystkim, co się dokoła nas dzieje. Już, już chylimy się, aby pocałunkiem stwierdzić słowa przysięgi, gdy naraz staje przed nami on! Brwi ściągnięte, ręce skrzyżowane, wzrok wyzywający.

– Mąż? – zagadnął z boku Jerzmanowski.

– Cesarz – objaśnił flegmatycznie hrabia.

– Czy podobna?! Hrabio, żartujesz chyba? – ozwały się głosy pojedyncze.

– Gdym go dostrzegł – ciągnął hrabia, nie odpowiadając na powątpiewania – krew we mnie zawrzała. „Jak pan śmiesz – ozwał się raptownie – dotykać jej ręki?”. Pobladłem i rzekłem zimno: „Z tego nikomu nie będę zdawał sprawy”. „Musisz! – zawołał z wściekłością. – Nakażę cię uwięzić, zakuć w żelaza!”. Ja mu wskazałem na serce. „Dosięgnij go, spróbuj”. Staliśmy tak naprzeciw siebie równie groźni, równie przygotowani na wszystko. A ona? Ona mdlała! Wreszcie ja, nie mogąc pohamować wzburzenia, wskazałem na nią. „Sire, ją przynajmniej oszczędzaj!”. Szarpnął się gwałtownie i schwycił mnie za rękę. „Kochasz ją?”. „Kocham!”. Rzucił się ku niej, ujął ją w ramiona i zawołał z rozpaczą: „A ty, ty...?”. Ona rozchyliła pobladłe ustka i szepnęła: „Tak, Najjaśniejszy Panie, kocham Hercau!”. Ryknął z gniewu i wyciągnął pięść.

– Bardzo to głupie – przerwał niespodziewanie Jerzmanowski.

– Myślałem, że to co dowcipnego – przytwierdził Gorajski, Hercau, nie zbity z tropu, roześmiał się drwiąco.

– Wiecie panowie, że prawda zawsze wygląda na kłamstwo.

– No, no! Hrabio! Spudłowałeś z tą opowieścią!

– Zupełnie niezręcznie.

– Na honor, że mimo rozmyślnych zmian cesarz jest moim rywalem!

– Lecz, hrabio, spójrz w zwierciadło, odrzuć wszelki urok majestatu, toć bodaj o dwadzieścia lat jesteś starszy od Napoleona!

– Miłość nie bawi się w arytmetykę.

– Chcesz powiedzieć, że jeszcze miewasz spóźnione zapały.

Hercau wino zaszumiało w głowie.

– Spóźnione? Bardzo proszę! Jestem kochany. Jestem kochany przez damę, którą cesarz uwielbia! Mnie, naturalnie, nic do tego. Jestem gotów do walki. Tu nie armaty, nie gwardia, lecz jedno jej słowo rozstrzygnie! Tak, panowie, a ona mnie kocha, ona dla mnie chce opuścić dom, męża, wyrzec się ludzi, świata – byle ze mną... byle ze mną...

– Panowie! Zapowiadam wam, że hrabia lada chwila z nadmiaru czułości stoczy się pod stół!

– Niech się stoczy, byle nie plótł bredni!

– Za pozwoleniem, parol, panowie – bełkotał Hercau. – Ona ku mnie pała.

– Spiłeś się, kochany hrabio, i niezręcznie koloryzujesz!

– Ja się spiłem! Na honor, panowie! Jesteście za cesarzem, nie odwodzę was, tylko powiedzcie mu, niech z Hercau nie zaczyna, bo mu rogi wyrosną. Drugie rogi: jedne ma od Józefiny, drugie przyprawi mu pani Walewska.

Młodzież homerycznym śmiechem przyjęła tę pogróżkę, jeden Gorajski nie podzielił wesołości, usta zacisnął i ze zwykłą sobie flegmatyczną ociężałością zbliżył się do Hercau.

– Panie hrabio, więc to z panią Walewską miałeś tę przygodę?

Hercau obrzucił Gorajskiego pogardliwym spojrzeniem i mruknął z uporem pijanego:

– A cóż, nie podoba ci się, panie kawalerze, to ustępuj, bo i ciebie rogi nie miną!

– Nie w tym rzecz – odrzekł cicho Gorajski – tylko czy nie raczyłbyś, panie hrabio, zaniechać kalania kobiety uczciwej!

Hercau uśmiechnął się szyderczo.

– Nie panu o tym sądzić ani ujmować się za cudzymi kochankami.

Gorajski wymierzył hrabiemu policzek.

Hercau oprzytomniał, porwał za stojącą przed nim butelkę i chciał rzucić nią w Gorajskiego, lecz Jerzmanowski zdążył pochwycić go za rękę.

– Bijatyką, panie hrabio, obelgi nie zmyjesz!

– Na plac go prowadźcie! Niech staje!

– Jestem gotów!

– Pistolety! Natychmiast! Puszczajcie mnie! Chce zemknąć!

Kozietulski uspokajał Hercau.

– Pohamuj się, hrabio. Ja ci odpowiadam za Gorajskiego!

– Nie chcę niczyjej odpowiedzialności! Zmówiliście się, żeby mnie napaść, żeby bezbronnego spotwarzyć! Wy... wy najmici napoleońscy, pachołcy! Strzelać się musi! Słyszysz, tchórzu!

– Milcz pan – zagroził Kozietulski – bo nie z jednym tylko będziesz miał do czynienia!

– Ha! Byłem tego pewny! Zbóje, opryszki!

Jerzmanowski z Krasińskim skoczyli do Hercau, zasłaniając go z kolei przed Kozietulskim, który trząsł był już za ramiona hrabiego.

– Panie Janie, na miły Bóg! – wołał Jerzmanowski.

– Toć pijany jak bela!

– Puszczajcie mnie! Zasię mu do nas!

Jerzmanowski z Karasińskim jęli siłą odciągać Kozietulskiego od Hercau.

Powstał zamęt i szamotanie, z którego oprzytomniały hrabia zdołał skorzystać, bo uwolniony z rąk Kozietulskiego podsunął się do szamocących i jednym zręcznym szarpnięciem wyciągnął szpadę spod boku Jerzmanowskiego. Zanim młodzież zdołała opamiętać się, Hercau wpadł na Gorajskiego, stojącego w kącie izby razem z Łubieńskim. Łubieński porwał za stołek, aby nim odparować wymierzone pchnięcie, lecz Hercau uchylił się, skupił się w sobie i napierając całym ciężarem swoim na rękojeść, wpadł na Gorajskiego. Gorajski zachwiał się i runął na ziemię.

Hercau wyrwał szpadę z piersi przeciwnika i zmieniwszy front, wyciągnął ostrze ku biegnącemu na pomoc Jerzmanowskiemu.

– Ani kroku dalej! – zagroził hrabia.

Lecz Jerzmanowski bez wahania lewą ręką chwycił za ostrze szpady i nie zważając na bolesne okrwawienie ręki, udaremnił pchnięcie i wpadł na Hercau.

– Morderco! Opoju! Dawaj szpadę!

– Ha, psy napoleońskie! – wykrzyknął Hercau i do ponownego gotował się pchnięcia, gdy Jerzmanowski prawą ręką porwał go za ramię, powalił, a potem, mimo zajadłej obrony, ujął za kark i rzucił Hercau w okno. Hercau własnym ciężarem wybił szyby, wyrwał ramę okienną i, krwią zalany a omdlały, padł na ulicę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?