Księżna ŁowickaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ciekawość cesarzewicza stworzyła zausznictwo, szpiegostwo, donosicielstwo, a wreszcie i przekupstwo. Kongresówka przyglądała się z początku dość obojętnie rządom naczelnego wodza, łagodziła bodaj żywioł wojskowy i usiłowała sprowadzić każdy wybuch gniewu wielkiego księcia do czysto dyscyplinarnej kwestii, nie dotyczącej ogółu polskiego. Ten i ów zgadzał się, że Konstanty nie ma pomiarkowania, że jest maniakiem, dziwakiem.

Ale zgadzając się, pozostawał w duchu obojętnym na żale wojskowych i chętnie lubił wypominać, że jednakże pod rządami księcia wojsku polskiemu nie można się dość napatrzeć, dość go nachwalić za piękną postawę, sprawność ruchów, ład, czystość i karność.

Tymczasem najniespodziewaniej wódz naczelny zaczął mieszać się i do władzy cywilnej Królestwa. Namiestnik, Rada Stanu, ministrowie, spostrzegli tuż za plecami komisarza rosyjskiego, Nowosilcowa, mianowanego niby dla ułatwienia stosunków Kongresówki z Cesarstwem, rudą głowę cesarzewicza. Królestwo zaniepokoiło się. Wielki książę był wszak tylko wodzem naczelnym, niezależnym od rządu cywilnego, ale i oficjalnie stojący poza granicami wtrącania się do rządu. Prawda, że Konstanty, jako brat Aleksandra i następca tronu, miał prawo bodaj wicekrólować, lecz czemuż otwarcie namiestnictwa nie obejmował, a spoza pleców manekina działał. Czemuż prostą drogą nie szedł, a skradał się i wysuwał naprzód księcia Zajączka? Czemuż nadto wódz naczelny tak drwiąco odzywał się o konstytucji, o prawach obywatelskich i o tym wszystkim, o czym cesarz Aleksander lubił mówić tak szczytnie, tak wzniośle?

Na początku roku 1820 te znaki zapytania dopiero krystalizowały się, dopiero zwierały.

Królestwo Polskie bowiem nie podzielało jeszcze zniechęcenia nurtującego wojskowych i jeszcze żyło przeświadczeniem, że powoli stosunki się wygładzą, a i wielki książę utrze się i zwyknie.

A ku tym dobrym nadziejom było zadość i słusznych racyj. Więc najpierw po zapowiadanym na rok 1820 sejmie spodziewano się uregulowania wielu spraw, a co ważniejsze, obiecywano sobie nierównie więcej z przybycia cesarza Aleksandra ufając, że czego stany nie zdołają dość wyraźnie powiedzieć, to ojcowska dobroć „odnowiciela Polski” dostrzeże, ułagodzi, usunie, a swobody konstytucyjne na pełne wody pchnie.

Z tych dwóch spodziewań nawet drugie było silniejszym, bo większość obywateli Kongresówki niechętnie poglądała ku kaliskim krzykaczom, którzy sejmowi opozycją grozili i bardziej wierzyła wspaniałomyślności „anioła pokoju”.

Gdy tak na początku roku 1820 krzepiono się w Kongresówce dobrymi wróżbami, naraz gruchnęła nowina przechodząca najśmielsze zamysły, najodważniejsze plany, najprzebieglejsze intrygi.

Oto ten, którego podotąd nie można było w porywczości pohamować, w samowoli okiełznać, w dzikości powstrzymać, ten który od chwili wjazdu do Warszawy był postrachem Królestwa, widomym zaprzeczeniem każdej swobody, każdego przywileju – ten został ujarzmionym, ubezwładnionym czarem Polki, spojrzeniem czarnoniebieskich oczu Żanety Grudzińskiej.

Nowina ta była o tyle osobliwszą, że właściwie znaną, bo już od kilku lat wiadomym było, że wielki książę stałym bywa gościem w domu marszałka Zamku Królewskiego, pana Adama Brońca, i że pasierbicę tegoż, pannę Żanetę, szczególniejszymi darzy względami. Podotąd atoli atencje Konstantego dla Żanety poczytywano raczej za ujmę, za pociąg ku nawiązaniu przelotnej miłostki, niż za sentyment zdolny do poważnych doprowadzić rezultatów. Gdy raptem teraz o Żanecie Grudzińskiej zagadano w Królestwie głośniej, a imię jej coraz częściej łączono z imieniem cesarzewicza.

Wieści było co niemiara, wieści dziwacznych, sprzecznych, niejasnych jak wieści. Chodziły one i po salonach, i po dworkach, kordegardach i po pałacach. Chichotały i w złośliwościach pani Wąsowiczowej, mieniły się w niewyczerpanym dowcipie kapitana Mycielskiego, szeptały i na reunionach u pani namiestnikowej, a nawet ośmielały się wciskać do stylową powagą wiejących komnat pani kasztelanowej Połanieckiej.

Ten i ów, bliżej Brońców stojący, próbował docierać aż do marszałkostwa, lecz pan Broniec, zazwyczaj wylany i otwarty, unikał wyjaśnień i na pierwsze słowo o cesarzewiczu ku ulubionym kulinarnym tematom skręcał. Pani Brońcowa zaś jeno wzdychała, przewracała oczami na znak, ile walk toczy jej macierzyńskie serce i z niepojętą siłą woli milczała zawzięcie.

Łatwo sobie wyobrazić, że te wieści w najbliższym otoczeniu wielkiego księcia wywołały nierównie silniejsze wrażenie niż gdzie indziej i tym silniejsze, że tu, krom wieści, nie brakło i wielu znamiennych oznak.

Toć lada pachołek cesarzewicza wiedział, że generał Fanshawe kilka razy na dzień do Zamku, do państwa Brońców jeździ, a po każdej takiej wizycie długie raporty cesarzewiczowi zdaje. Toć cały dwór był świadkiem, jak wielki książę przy obiedzie uniósł się na panią Fryderychs i zakazał jej pokazywać się na pokojach, niewoląc do samotnego pokutowania w bocznym pawilonie. Co donioślejsze, że kilkunastu ludzi słyszało, jak generał Różniecki zagadał w tej mierze powiernika Konstantego, a nieodstępnego naczelnika sztabu, generała Kurutę, i jak Kuruta odparł uroczyście:

– Jeżeli się jego cesarzowiczowskiej wysokości raczy spodobać, to nie tylko panna Grudzińska, ale i podkoniuszy Gawryłło może zająć mieszkanie pani Fryderychs. Domysły i niepewność najbliższego otoczenia wielkiego księcia trwały krótko, ile że w pierwszych dniach stycznia mury pałacu Brühlowskiego zabrzmiały echami gwałtownej sceny między cesarzewiczem i panią Fryderychs. Co właściwie zaszło między Konstantym i jego przyjaciółką, o tym podobno wiedział jeden Pasternikow, strzelec przyboczny, bo gdy następnie książę wezwać kazał lejbmedyka Kalischa do pani Fryderychs, ten zastał ją zemdloną na łóżku, a Pasternikowa u wezgłowia. Ale z Pasternikowa nie próbowano nawet dobywać prawdy, bo strzelec książęcy, choć przed lada haftem na kołnierzu prężył się służbisto, lecz bodaj generała umiał zbyć oświadczeniem, że o niczym nie wie.

Zajściem tym szczególnie był zmartwionym generał świty, Gendre, ile że miał nieszczęście spotkać się oko w oko z wielkim księciem, gdy tenże wychodził z pokoju, w którym rozegrała się scena z panią Fryderychs. Cesarzewicz, na widok Gendra, posiniał ze złości i pomówił o szpiegostwo, i zawezwawszy, zagroził wypędzeniem.

Generała, na taką niesprawiedliwość, żałość zdjęła. Od lat służył cesarzewiczowi, szczerze służył, czym można tylko służyć. Rodzonego brata dla wielkiego księcia by się wyparł, a tu naraz ot, podziękowanie, ot, uznanie.

Alteracja Gendra była tak wielką, że choć nieskory był do wynurzeń, nie mógł zapanować nad sobą i do Kuruty poszedł na piętro, i jął przed nim gorycze swe rozpowiadać.

Kuruta wzruszył ramionami, założył ręce w tył i kołysząc swą pękatą figurę zakonkludował spokojnie:

– I podsłuchiwałeś.

– Nawet, choćby... toć jeszcze nie zasłużyłem sobie na podobne traktowanie! No, po prostu książę do mnie: „Milcz, szelmo”, „milcz, kanalio”!...

– Uu! Vous exagérez, mon ami! Zaczynasz pan w przesadzonej drażliwości iść o lepsze z Polakami. A panu, to najmniej przystoi.

– Jednakże być potraktowanym kanalią...

Kuruta uśmiechnął się jowialnie.

– Que voulez vous, il faut etre magnanime avec les princes! Moi, monseigneur m’a dit souvent: „Kuruta, vous etes une vache”. Eh bien, je n’en suis pas une vache pour cela, tylko jego ekscelencją, generałem i szefem sztabu jego cesarzewiczowskiej mości wielkiego księcia Konstantego!

Gendre na tę uwagę westchnął.

– Niezawodnie, lecz doprawdy jego cesarzewiczowska mość raczył...

– Zapewniam pana, że pamiętać tego nie będzie.

– Tak pan sądzisz? – rzekł raźniej Gendre, którego bolała najwięcej myśl, że książęce wymysły zapowiadają niełaskę.

– Przekonasz się.

Jakby na potwierdzenie słów Kuruty, do pokoju wpadł adiutant służbowy, wzywając generała Gendre do cesarzewicza. Gendre opatrzył szybko mundur i ruszył do Konstantego. Wielki książę zmierzył Gendra pogardliwym spojrzeniem i zagadnął ostro:

– Który z polskich generałów jest nieżonaty?

– Książę Adam Wirtemberski!

– Co? Co? Oszalałeś pan!

– Kurnatowski, dowódca strzelców konnych gwardii – poprawił się Gendre.

– Ano Kurnatowski – mruknął chropowato cesarzewicz – wezwij go pan do mnie natychmiast!

Gendre pochylił głowę i wybiegł do izby ordynansowej.

W pół godziny później generał Zygmunt Kurnatowski stanął przed wielkim księciem.

Konstanty obrzucił kształtną postać wyświeżonego zawsze Kurnatowskiego łaskawym okiem i zagaił bez wstępów po francusku:

– Jesteś nieżonatym, generale?

– Tak jest, Wasza Wysokość.

– Hem! Więc powinieneś się ożenić!

Kurnatowski skłonił się dworsko.

– Wasza Cesarzewiczowska Mość, rad będę zastosować się do tej słusznej uwagi...

Konstanty zakrztusił się z ukontentowania.

– A co! Cha, cha! Samemu ci starokawalerstwo dokuczyło. Eh bien, mon géneral, dépechez vous! Niechże mam młodego Kurnatowskiego za chrześniaka.

– Monseigneur, je ne manquerai pas...

– Tres bien, tres bien! – bąknął cesarzewicz, za czym przeszedł się po pokoju i ozwał raptownie:

– Co tu szukać. Mam dla pana żonę!

Kurnatowski wyprostował się mocniej.

– Wasza Cesarzewiczowska Mość.

– No, mam! Tęga baba, dobra baba. Tytuł ma i posag ma. A posag to dla ciebie, generale, ważna rzecz. Partyjkę lubisz, grać lubisz.

Kurnatowski zmieszał się. Konstanty skrył dobrotliwie świdrujące spojrzenie swych oczu między zwałami obrzękłych powiek.

– Nie tłumacz się, generale. Zgrałeś się znów do Mycielskiego i Chłopickiego. Chcę cię ożenić. Majątek weźmiesz i żonę, i ładną żonę. Krótko mówiąc, baronowa Fryderychs zakochała się w tobie na zabój.

 

Kurnatowski, na dźwięk nazwiska kochanki cesarzewicza, pobladł. Wielki książę rozwodził się dalej o korzyściach, które zapewniało Kurnatowskiemu małżeństwo z baronową.

– Pół miliona rubli srebrnych na rękę i dwa majątki ziemskie pod Kaługą. Tylko warunek: żebyś ani dnia nie zbałamucił, no, bo Fryderychsowej pilno. Rodzina dobra, kurlandzka. Kobieta nie podlotek, lecz stateczna i pełna wdzięków jeszcze; przy tym, moja rzecz, aby wam nie zbywało na niczym. Weźmiesz urlop na rok, a chcesz, dostaniesz dywizję w Petersburgu.

Kurnatowskiemu zimny pot wystąpił na czoło.

– Wasza Cesarzewiczowska Mość – wyjąkał z trudem Kurnatowski – nie wiem, jak mam dziękować, tylko że...

– Idzie ci o syna? – przerwał wielki książę. – No więc, to nie twój kłopot. Chłopak zostanie u mnie. Dla ciebie baronowa jest wdową. Zresztą, mój generale, bądź sprawiedliwym, przecież i ty masz niejeden grzeszek na sumieniu.

Konstanty zakrztusił się wybuchem śmiechu, lecz spojrzawszy na bladą, zmienioną twarz Kurnatowskiego, zachmurzył się.

– Co? Mało ci rubli? Dam siedemkroć!

– Wasza Cesarzewiczowska Mość, pomimo najszczerszej chęci, oświadczyłem się dziś... mam narzeczoną...

Wielkiemu księciu zjeżyła się ruda czupryna, oczy błysnęły groźnie, głos zaskrzeczał przeraźliwie.

– Oświadczyłeś się dzisiaj! Oświadczyłeś? Akurat się oświadczyłeś.

Kurnatowski wytrzymał przenikliwe, natrętne spojrzenie oczu cesarzewicza.

– Tak jest, stąd nie mogę skorzystać z zaszczytnej propozycji...

– Nie możesz! – powtórzył szyderczo wielki książę. – Ano zobaczymy, za miesiąc spodziewam się być na twoim ślubie, generale, bo skoro się dziś oświadczyłeś, tedy, bodaj dla przekonania mnie, nie będziesz zwlekał. Cha, cha, wybornie się złożyło. Tymczasem radzę ci, generale, pamiętać, że dowodzisz pułkiem strzelców jego cesarskiej mości, a nie batalionem ciurów obozowych! Oficerowie twoi nie pilnują służby!

Kurnatowski poruszył wargami.

– Nie pilnują, powiadam! – wybuchnął książę. – Wczoraj, na paradzie, w drugiej kompanii, trzeciego szwadronu, ani jeden popręg nie był dociągnięty!

– Konie przy kulbaczeniu nadymają się...

– Nadymają się! Cóż, zapatrzyły się pewnie na generalskich wierzchowców! Nieład, lekceważenie obowiązków! Nie tłumacz się pan, dosyć, żegnam!

Kurnatowski wyszedł od wielkiego księcia wzburzony, boć jeżeli uniknął szczęśliwie małżeństwa z baronową, toć równocześnie niezręcznym wykrętem wpakował się w małżeństwo piorunowe nie wiadomo z kim. Kurnatowski nie ślubował bynajmniej kawalerstwa, lecz choć dla ujmującej powierzchowności na prawo i lewo rozmarzone buziaki widział, nie spieszył się, upatrując co wyższej koligacji a świetniejszej partii. Teraz, rad nierad, musiał nie tylko natychmiast się oświadczyć, aby cesarzewicz za odmowę wprost urazy nie żywił, lecz i oświadczyć się takiej pannie, która zgodziłaby się wyjść za generała bezzwłocznie.

Gendre czatował na Kurnatowskiego przy wyjściu z audiencji. Kurnatowski chciał go zbyć, ale zorientowawszy się, że lepiej mieć generała świty za sobą, zwierzył się Gendrowi z fatalnego zbiegu okoliczności, który mu tak pięknej kazał się wyrzec kariery.

Gendre wysłuchał uważnie Kurnatowskiego, ale nim zdołał wyrazić mu swe współczucie, Gendra wezwano znów do cesarzewicza.

Wielki książę sapał, prychał gniewnie a mruczał:

– Ot, panicz! Ot, polski szlachcic! Ot, personat! Ambicja!

– Zawsze fałszywa – wtrącił cicho Gendre, wpadając umiejętnie w tok myśli wielkiego księcia.

– Hę? Pewnie, że fałszywa! Sam nie wie, czego się wyrzekł. Ale ja go przytrzymam, inaczej precz pójdzie, bo łgarstwa nie zniosę. Dziś się oświadczył! Hę? Ma naprawdę narzeczoną?

– Do dziś dnia ani mu się śniło.

– Taak, no, pan Kurnatowski mi zapłaci skórą!

Cesarzewicz założył ręce w tyle i w rękawy mundura je zasunął. Gendre stał wyprostowany pod drzwiami.

– Trzeba by kogoś... niech będzie pułkownik, choćby wdowiec.

– Polak?

– Nie chcę Polaka. Znów się taki szlachcic znajdzie!

– Oni wszyscy tacy.

Cesarzewicz brwi szczotkowane zwarł.

– Wiesz, o co idzie?

– Domyślam się.

– Aha. No więc masz kogo pod ręką? Tylko żeby nie hołysz i nie urwipołeć.

– Rozumiem, trzeba kogoś godnego zaszczytu.

Wielki książę odwrócił się plecami do Gendra.

– No, tak, godnego, godnego. Gendre milczał przez chwilę, aż naraz postąpił krok naprzód i odezwał się głosem stłumionym:

– Wasza Cesarzewiczowska Mość...

Konstanty odwrócił się ku Gendrowi i szczotkowate brwi ku sfałdowanemu czołu podniósł.

– Hę?

– Wasza Cesarzewiczowska Mość, za szczęście bym sobie poczytywał, gdyby Wasza Cesarzewiczowska Mość raczył pozwolić mi...

– Co ty?!

– Rad bym poślubić...

Wielki książę wybuchnął serdecznym śmiechem. Gendre poczerwieniał. Śmiech księcia zakotłował się w krtani i umilkł raptownie, przechodząc w syczący poszept.

– Rad byś poślubić. Rad byś nowe gałgaństwo popełnić. A przecież ci powiedziałem, że nie chcę wiązać jej z urwipołciem!

Gendrowi łzy w oczach zabłysnęły.

– Wasza Cesarzewiczowska Mość, dwadzieścia trzy lat służę.

– No więc służ, a nie nastawiaj kopytka, gdzie żab nie kują.

W godzinę po tej rozmowie do baronowej Fryderychs zameldował się Weiss, stary pułkownik lejbgwardii podolskich kirasjerów. A choć baronowa ledwie co do przytomności wrócona, wzbraniała się przyjąć gościa, Pasternikow wprowadził pułkownika do Fryderychsowej.

Weiss powitał głębokim ukłonem baronową, za czym postąpił ku zasuniętej w fotelu, po raz drugi się skłonił i rzekł uroczyście:

– Mam honor przedstawić się i prosić o rękę pani baronowej.

Rozdział V

Wiadomość o bliskim zamążpójściu baronowej Fryderychs już w kilka dni po oświadczynach pułkownika Weissa, obiegła całą Warszawę, nie żałując sobie ani dowcipnych napomknień, ani ubarwienia szczegółów. Jedni żartowali sobie ze skwapliwości starego kirasjera rosyjskiego, drudzy nie szczędzili przymówek baronowej, trzeci byli zadowoleni, że nareszcie skończyła się niemiła sytuacja spotykania w progach brata cesarskiego damy, której niepodobna było ani uszanować, ani przyjąć u siebie. Nikt jeno nie zajmował się dolą baronowej, nikt jej nie współczuł. Oczywiście, małżeństwo kochanki cesarzewicza wywołało i domysły, podnieciło wróżby, a lekkomyślnie wymieniało domniemaną następczynię baronowej.

Tymczasem, w chwili gdy wiadomość o odprawieniu pani Fryderychs zaledwie z pałacu Brühlowskiego się wydobyła, o skromne pokoiki państwa Brońców już uderzyła wiadomość inna, donioślejsza, potężniejsza; wiadomość, wobec której zerwanie z baronową było błahym, nic nie znaczącym wypadkiem.

Oto, pod noc prawie, gdy pan Broniec, po spożyciu kolacji, zabawiał się lulką, a układał w myśli jakiś bajecznie wspaniały obiad, zawiadomiono go o przybyciu generała Fanshawe.

Pan Broniec, choć nawykły do ciągłych wizyt ulubieńca cesarzewiczowskiego, stropił się tak spóźnionymi odwiedzinami. Ale że mowy być nie mogło o wymówieniu się, tedy westchnął jeno i na powitanie generała do salonu, pospieszył.

Fanshawe, wystrojony w wielki mundur generała świty, z wyszukaną grzecznością i uszanowaniem jął przepraszać za spóźnioną wizytę. Broniec uśmiechnął się prostodusznie i odrzekł z odcieniem smutku:

– Wysoce cenimy sobie, generale, te dowody pamięci. Żanetka bardzo mile przyjęła bukiet, który raczyłeś przesłać. Jest zdrowa. Ano, i że to plucha od rana, więc teatru zaniechała i siedzi w swej komnatce nad książką.

Fanshawe szurnął dworsko nogami.

– Niezmiernie obowiązany, panie marszałku. Każdy drobiazg, dotyczący panny marszałkówny, głęboko obchodzi jego wysokość. Lecz moje stawiennictwo u pana marszałka ma tym razem jeszcze inny cel.

– Proszę, siadaj, panie generale.

– Panie marszałku, pozwól, że spełnię najpierw zlecenie jego wysokości. Przed półgodziną feldjeger z Petersburga przybył z własnoręcznym pismem najjaśniejszego pana. Jego cesarska mość raczył przychylić się do życzenia jego cesarzewiczowskiej mości i zezwolił na rozwód z jej cesarską wysokością, księżną Anną Sasko-Koburską. Manifest cesarski ukaże się niebawem.

Jego cesarzewiczowska mość atoli uznał za właściwe podzielić się z tobą, panie marszałku, upragnioną przez się nowiną.

Broniec skłonił się Fanshawe’owi. Generał odpowiedział na ukłon.

– Panie marszałku, pozwól, że dokończę.

Broniec spojrzał niepewnie na generała. Fanshawe zadzwonił ostrogami, kapelusz stosowany wdział i salutując, rzekł donośnie:

– Naczelny wódz, jego cesarzewiczowska mość, wielki książę Konstanty życzy sobie pojąć za żonę pasierbicę pańską, hrabiankę Joannę Grudzińską!

Marszałek na to oświadczenie pochylił głowę ku ziemi.

– I zwraca się przez moje usta do pana, panie marszałku, jako do najbliższego opiekuna.

Broniec rozwarł ręce i jął kłaniać się niezdarnie, próbując na próżno zaparty oddech zmóc.

Fanshawe pospieszył marszałkowi z sukursem, bo zdjął kapelusz i wychodząc z roli cesarzewiczowskiego swata, ozwał się uprzejmie:

– Niech mi wolno będzie powinszować panu, marszałkowi.

– Dziękuję... bardzo dziękuję...

– Jestem szczęśliwym, iż danym mi było tyle radości zwiastować rodzinie pana marszałka.

Broniec bąkał bez ładu i składu podziękowania. Fanshawe rozwodził się o splendorze, wypominał raz za razem swe ukontentowanie, służby swe polecał, aż do odejścia zabierać się zaczął.

– Jego cesarzewiczowska mość wyraził życzenie, aby deklaracja jego pozostała w tajemnicy najbliższej rodziny.

– Nie omieszkamy akomodować się.

– Przy tym jego cesarzewiczowska mość byłby szczególnie zadowolony, gdybym mógł mu zakomunikować, jak serdecznie hrabianka Żaneta przyjęła zapowiedź małżeństwa. Gdyby pan marszałek był łaskaw zawiadomić hrabiankę...

Broniec, który był odzyskał panowanie, zmieszał się.

– To jest... samo przez się... natychmiast Żanetkę, tylko, pojmuje generał, trzeba ją przygotować, a nie śmiałbym pana generała zatrzymywać. Zresztą nie ma wątpliwości... taka nowina!

– Będę umiał zadowolnić jego cesarzewiczowska mość – odparł uprzedzająco Fanshawe i pożegnał marszałka.

Broniec, po oddaleniu się generała, posmutniał i powlókł się ociężale do porzuconej lulki, snadź ani myśląc dzielić się z kim nowiną i raczej gotując się do jej rozważenia. Lecz wizyta Fanshawe’a nie uszła oka pani marszałkowej, bo ledwie Broniec lulkę rozżarzył, pokojowa wezwała go do żony. Marszałek z właściwą sobie potulnością odłożył lulkę i zawrócił do sypialni.

Pani Brońcowa kończyła skręcać papiloty.

– Wołałaś mnie, Maryniu?

– Był Fanshawe?

– No, był.

– I cóż, i cóż?

– Ano, wielki książę rozwodzi się.

– I wydaje ją za mąż – dokończyła marszałkowa.

– O tym nie słyszałem.

– Ależ tak, z pewnością za pół-Niemca i pół-Rosjanina, Weissa.

– Mówisz, duszko, o baronowej, a ja o wielkiej księżnie sasko-koburskiej.

Brońcowa rzuciła się tak gwałtownie na krześle, że to wraz z nią odsunęło się od gotowalni.

– Beauperku! Beauperku! Co ty mówisz? Więc rozwód, rozwód z wielką księżną?! Zdecydowany, podpisany?!

– Feldjeger przybył z pismem cesarza. Wielki książę polecił nas zawiadomić o tym.

– Po-le-cił! – zakrzyknęła z radosnym zdziwieniem marszałkowa. Broniec kiwnął potwierdzająco głową.

– Ależ to niesłychanie ważne! No masz, widzisz, przekonałeś się! Cesarzewicz ma najlepsze intencje! Fryderychsowa usunięta, rozwód, więc wyraźne burzenie przeszkód, torowanie drogi.

– Pewnie – bąknął cicho marszałek, na pięknej, męskiej twarzy którego wyraźniej zarysowało się przygnębienie.

– Ciebie to nie cieszy? Wątpliwości nie ma! Ależ tobie coś jest!

– Mnie, skądże, prócz kaszki na mleku, nic nie jadłem na kolację.

– Co więcej mówił Fanshawe?

– Co więcej? Ano zapowiedział, że cesarzewicz postanowił ożenić się z Żanetką.

Brońcowa porwała się z krzesła i chwyciła męża za ramiona.

– Żeni się?! Żeni! Na Boga, mów, mów! Niech słyszę! Wielki książę...

– Uspokój się, Maryniu, podam ci sole. Tak, tak, żeni się, Fanshawe z całą paradą mi to świadczył.

 

– Ooo! I ty nic mi nie mówisz!

– Mówię, kochanie.

– O, moje drogie dziecko! No, nareszcie, no, przecież! Złote sny moje! Na koniec dobędziemy się z tych nieznośnych turbacji! A to dopiero Gutakowska będzie miała nauczkę za to, że nosa zadzierała! My jej teraz pokażemy, kto mezalians zrobił: czy Wacław, żeniąc się z Józefiną i wchodząc w rodzinę żony jego cesarzewiczowskiej mości, czy Józefina, oddając rękę ledwie adiutantowi. Kasztelanowa Połaniecka też będzie miała za swoje żałosne przewracanie oczyma! A Wąsowiczowa pozielenieje! A księżna Zajączkowa! Wiesz, co mi powiedziała na ostatnim zebraniu? Że wielkiemu księciu wypadałoby z żoną się pogodzić i przerwać w ten sposób grasujące wieści! Żebyś ją widział przy tym, jaki sobie ton nadała! Zobaczymy, kto komu będzie się teraz kłaniał.

– Tak – wtrącił ociężale marszałek – ale czy Żanetka będzie szczęśliwą?

– Adeczku, co też ty mówisz?! Przecież wielki książę, cesarzewicz, następca tronu, gdzież myśleć o świetniejszej partii? Czegóż jeszcze od losu żądać? Czegóż jeszcze?!

W tym miejscu marszałkowa urwała nagle i dodała po chwili wahania:

– Dwór da Żanetce wszystko. Cesarzewicz nie jest młodzieniaszkiem, lecz z tego dla Żanetki jeno pewność trwałego przywiązania.

– Ano tak.

To przyznanie racji nie wystarczyło marszałkowej, bo wpadła w ferwor i sama jęła zarzuty przeciwko związkowi z księciem gromadzić, a dalej zbijać je i unicestwiać.

Broniec słuchał potulnie wywodów żony, aż gdy ta umilkła, zauważył:

– Właściwie, moja duszko, choćbyśmy nie chcieli, nie może być inaczej. Idzie tylko o zgodę Żanetki.

– Jestem jej pewna, zawsze księciu okazuje żywe zajęcie. Poza nim nikomu nie objawiła podobnego. Dawniej sama mniemałam, że Łukasiński zrobił na niej wrażenie; byłam w błędzie.

Łaska boska nad nami, żeśmy Łukasińskiego nie dopuścili; kto wie, co by wynikło.

– Nic złego, człek zacny, oficer zdolny.

– Ależ, Adeczku, książę, cesarzewicz!

– Ano prawda.

– Korona może czeka na Żanetkę! Korona!

Wyraz „korona” olśnił marszałkową i zwrócił jej myśl ku najświetniejszym obrazom przepychu, hołdów i zbytku. Brońcowa tchem jednym zaczęła plany snuć, w dostatki opływać, dwór własny prowadzić, podróże odbywać, a przyjęcia wyprawiać.

Marszałek potakiwał żonie machinalnie, dopiero gdy Brońcowa na ucztę weselną wspomniała, ożywił się.

– Trzeba zawczasu przygotować, bo pamiętasz, jak to nam zawód zrobili z kasztanami i bażanty były bez kasztanów. Przy tym szampańskie musi się odstać. Łapu-capu od kupca, zbełtane, nie ma tego smaczku, co po dobrej piwniczce. Nasz burgund także bokami robi.

Trzeba o tym zawczasu, choć nie wiadomo jak, bo na razie, sama powiedziałaś, że musimy oszczędzać.

– Ale chyba nie teraz! A to sobie dobre, mielibyśmy żałować sobie, odmawiać?!

– Sądzisz, że pan Gutakowski pożyczy?

– Beauperku, chyba na jawie majaczysz! – zaśmiała się marszałkowa. – A niechże sobie Gutakowski z Bogiem siedzi na Grzybowie i pieniądzach! A nam co z jego pożyczania? Za nic bym do Gutakowskiego nie poszła! Matka żony cesarzewicza! Już się nie kłopocz.

– Bo uważasz, kochanie, i serwis nowy by się zdał. Można by królewskiego pożyczyć, lecz nie wypada. I sreberka nasze przetrzebione i węgierskie należy podreperować! Molski wczoraj szepnął mi do ucha, że cienkusza mamy. I wódki gdańskiej, nie wiem, czy na miesiąc starczy.

U Dobrycza wisimy na pięć tysięcy złotych.

– Ach, nie ma nawet o czym mówić. Kupi się, co trzeba. Mnie to zostaw.

– Chociaż z cesarzewiczem trudna sprawa.

– A za pozwoleniem, chyba jemu nade wszystko musi zależeć, aby rodzice żony nie cierpieli niedostatku. Na coś podobnego nie tylko cesarzewicz, lecz po prostu dwór nie pozwoli.

Ani myślę obwijać rzeczy w bawełnę. Przy pierwszej sposobności powiem.

– Bo to i pasztetów sztrasburskich wypadałoby sprowadzić – użalił się marszałek.

– Będą i pasztety.

– I francuskiej czekolady na kremy. Żanetka przepada za kremem czekoladowym.

– Co chcesz, będziesz miał, mój ty nudziarzu niepoprawny. Pójdę do Żanetki.

Broniec fryknął nosem i łzę otarł.

– Idź, kochanie, idź; a ja tymczasem przygotuję wypis, co najpilniejszy. Byle była szczęśliwą, byle była szczęśliwą.

– Mam dobre przeczucie.

Marszałek westchnął, ucałował rękę żony i poszedł do swej kancelarii. Tu zadzwonił na pokojową, kazał wody wrzącej przynieść, naparzył sobie rumianku, odcedził go, łyknął raz i drugi, za czym wykaligrafowawszy na arkuszu papieru „Żanetka”, zabrał się do układania długiej a zawiłej listy napoi, przysmaków, specjałów i osobliwości kulinarnych.

Brońcowa równocześnie wsunęła się cicho do komnatki Żanetki.

Panna Grudzińska na widok matki odłożyła trzymaną książkę.

– Nie przeszkadzam ci, drogie dziecko?

– Bynajmniej.

Brońcowa usiadła tuż naprzeciw córki, wpatrzyła się w nią: z rozradowaniem i przyciągnęła ją ku sobie.

– Daj, niechże cię ucałuję! Ślicznie ci w tym szlafroczku. Był Fanshawe?

– A był.

– Był, droga Żanetko, z wielką nowiną! Z nowiną, która ziszcza najdroższe me nadzieje, która zwiastuje ci los świetny, przyszłość, szczęście!

Twarzyczkę Żanety płomienie przeszły.

– Mnie? Mnie? – zagadnęła niepewnym głosem.

– Tak, kochane dziecko, tobie, tobie, a przez ciebie i mnie, całej naszej rodzinie. Tak, tak i zasłużyłaś na taki los!

– Ja?

– Cesarzewicz oświadczył się o ciebie.

Żanetka pobladła. Brońcowa ujęła ją za rękę.

– Oświadczył się urzędownie!

– Książę bardzo łaskaw, ale...

– Jak to „ale” – zawołała z przerażeniem Brońcowa – więc jeszcze nie postrzegasz dowodu oczywistego przywiązania?

– Jestem zań szczerze wdzięczna cesarzewiczowi – szepnęła cicho Żaneta.

– I słusznie, droga moja, bo ze strony księcia krwi, może przyszłego cesarza, to wiele, bardzo wiele.

– Stąd nie wolno mi złem za dobre płacić: nie kocham go.

– Nie kochasz. Ale któż tu mówi o jakiejś romansowej miłości? Przecież to książę, wielki książę, cesarzewicz, a nie żaden poruczniczyna liniowy, któremu się śnią heroiny. Szanujesz go, poważasz, masz dlań przyjaźń, a reszta, drogie dziecko, przyjdzie, samo przyjdzie. Ufaj doświadczeniu matki.

Brońcowa zachłysnęła się własnymi słowami, lecz nie tracąc pewności siebie, po nowe sięgnęła argumenty.

– Moja Żanetko, wszak nie zaprzeczysz, że sprzyjałaś cesarzewiczowi, że okazywałaś i okazujesz mu sympatię.

– Sama nie wiem. Mama życzyła sobie, wielki książę jest zawsze uprzedzający, nie kryję, iż mnie zjednał, iż mam go za lepszego, niż niejednemu się wydaje.

– No widzisz, widzisz. Nie mówię jeszcze, żebyś pałała dla kogo innego sentymentem, żebym ci wybierać kazała, lecz co tu ukrywać. Latka idą, dwudziesty piąty rok zaczęłaś, jesteś niezawodnie książęcej mitry warta, ale i dlatego właśnie wyboru nie masz, boć książąt mało.

– Nie myślę o zamążpójściu.

Marszałkowa załamała ręce.

– Żanetko, zastanów się, skąd ci takie myśli? Świat cały przed tobą, szczęście samo się naprasza, a ty melancholii się poddajesz, urojonych skrupułów szukasz!

Żaneta ukryła twarz w dłoniach.

Brońcowa ulękła się niespodziewanej alteracji córki i tym żarliwiej jęła ją przekonywać.

Marszałkowa mówiła długo i nie tylko o szczęściu, ale i o posłuszeństwie dla rodziców, i o poświęceniu dla najbliższych i o ciężkim położeniu majątkowym, i o świetności życia dworskiego, i o zaszczytach, które staną się udziałem żony cesarzewicza, i o bezdzietności cesarza Aleksandra, i o szlachetności Konstantego, który tak uczciwą drogę obrał ku poddance, i o Popowie, które nic nie przynosi, o tym, że Józefina, choć za Gutakowskiego wyszła, a liczyć się musi z groszem, i o Antuanetce, która pisała z Poznania bardzo obszernie o spotkaniu pułkownika Dezyderego Chłapowskiego, z czego oby tylko mariaż dla Antuanetki się ułożył.

Żaneta ani słowem nie przerwała matce. Ta ostatnia, snadź za dobry znak to poczytała, bo gdy na koniec wyczerpała wywody, ucałowała czule córkę i zakonkludowała pojednawczo:

– Nie żądam responsu, ufam twemu rozsądkowi. Zastanowisz się, namyślisz, nie chcę ci się ani sprzeciwiać, ani cię niewolić.