Księżna ŁowickaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fala ludzi, która znów dobyła się z kościoła, popchnęła z lekka majora i przerwała mu zadumę.

Łukasiński cofnął, się, aby z drogi zejść następującym, lecz w tejże chwili spod czarnego kapelusika spojrzały ku niemu oczy Żanety. Major pobladł z lekka, lecz nie tracąc pewności siebie, skłonił się i chciał zręcznie wyminąć nadchodzące damy. Brońcowa wszakże przyłożyła szkła do podczernionych oczu i ozwała się:

– Tiens, je vous croyais partir!

– Uważałem sobie za obowiązek...

– Bardzo pięknie z pańskiej strony. No, powiedz pan, powiedz, kto by się mógł spodziewać, że ten poczciwy Dąbrowski tak prędko skończy! Ale wcale ładnie go pochowali. Bardzo, bardzo dobrze „aranżowane”. Szkoda tylko, że nie było Beauperka, on do takich rzeczy jedyny. Biedna Basia, no, cios, cios! Dostanie najmniej pięćdziesiąt tysięcy rocznie dożywocia.

– Tak, tak, pani marszałkowo – odparł Łukasiński, chcąc skrócić rozmowę, lecz Brońcowa nie dała mu dokończyć.

– Chociaż wiesz, majorze, pan Amilkar był niemożliwym. Na cóż te zwroty, po cóż to? Z tego tylko niepotrzebne „komeraże”! Kogóż bo on jeszcze chce bić? A, nie, nie, majorze, czas najwyższy skończyć z tym zawadiactwem. Rozumiem, jak to pana szczególniej musiało urazić.

Wierz mi, iż jak się mego Popowa zbędę, odetchnę! Na wyprowadzeniu rozmawiałyśmy z Tytusem Działyńskim: ani trafić do ładu – no, jakobin, jakobin zdeklarowany. Oni tu wszyscy tacy. Powiadam ci, że jak ta mowa pana Amilkara do cesarzewicza dojdzie, to się zgniewa.

– Nie sądzę, pani marszałkowo, aby kto z obecnych na pogrzebie...

– Cesarzewicz wie zawsze o wszystkim. Nieprawdaż, Żanetko?

– Usłużnych nie brak – zauważyła panna Grudzińska.

– Lecz zdaje mi się, że cesarzowicz nie ma nic do rządzenia tu, na ziemi poznańskiej.

– Tak się to mówi. A ileż było nas, osób z Królestwa? Gdybym przypuszczała, że pan Amilkar da się unieść takiej zapalczywości, wolałabym pomodlić się za duszę kochanego generała i odjechać przed pogrzebem.

– Co też mama mówi!

– Nie przecz, moje dziecko. I tobie to nie na zdrowie. Jesteś za tkliwą. Powiadam ci, majorze, spłakała się biedaczka.

– Tylko cenić mogę i wielbić w pannie Żanecie...

– A, nie, nie! Panience nic do takich wojackich sentymentów! Nie mówię, uszanować nieboszczyka, boć mąż, sławny żołnierz, dostojnik, ale zresztą ani krewny, ani powinowaty.

Łukasiński spojrzał smutnie a przyjaźnie na Żanetę i odrzekł z naciskiem:

– Pani marszałkowo, jeno chluba dla serca panny Żanety. Życzyłbym tylko, żeby wspomnienie tych łez najdłużej zachowała, bo z nich niejedna stać się może gwiazdą przewodnią.

Brońcowa zebrała pospiesznie falbany sukni i skrzywiła się niechętnie.

– Nie dolewaj, proszę, oliwy do ognia. Wszystkich was dzisiaj melancholia napadła, każdy kamedułę udaje, a ja wiem, co mówię.

Marszałkowa nie zdążyła dokończyć, gdy tuż rozległ się przeciągły dyszkant:

– Służby powolne pani marszałkowej dobrodziejce! – I tu ukazał się chudy mężczyzna w szarym, opiętym surducie i skłonił się z wyszukaną grzecznością.

Brońcowa odwróciła się, rzuciła wzrokiem na bezbarwną twarz przybyłego i wykrzyknęła z pełnym niepokoju zdumieniem:

– Kapitan Skrobecki!

– We własnej osobie, pani marszałkowo. Witam pannę hrabiankę. Cha, cha, kogóż to widzę!

Pan major Łukasiński! Już z Karlsbadu?

– Ale pan, skąd pan tutaj? – wmieszała się Brońcowa, z trudem kryjąc nieukontentowanie.

– Z Kalisza, pani marszałkowo. Byłem przypadkowo na misji, w sprawie służbowej. Aż tu piorun z jasnego nieba. Raz, dwa, po urlop do Warszawy – i akurat na pogrzeb zdążyłem. Nie mogłem sobie odmówić, pani marszałkowo, nie mogłem. Miałem tyle estymy dla generała, tyle estymy! A panie tu od dziesięciu dni?

– Od wczoraj! – skłamała raptownie Brońcowa. – Przysłali nam zaproszenie do Popowa, nie mogłyśmy odmówić. Ale bądź łaskaw, kapitanie, odprowadzić mnie do kocza. Stać musi tu, na lewo. Marszałkowa uwiesiła się ramienia Skrobeckiego i dodała:

– A ty, Żanetko, opowiedz panu, majorowi, jak nas wczoraj nowina o śmierci generała zaskoczyła niespodziewanie.

Na ustach Łukasińskiego zaigrał ironiczny uśmiech.

– Pani daruje, że uczynię zadość obyczajowi.

Żaneta bez wahania przyjęła ramię majora. Skrobecki z Brońcową, a za nim Łukasiński z Żanetą zasunęli się w tłum, zmierzając ku cisnącym się pojazdom.

Major milczał, lecz gdy przed sobą zobaczył, że Brońcowa już się w koczu sadowi, nie mógł zapanować i ozwał się sarkastycznie:

– Więc to wczoraj dopiero dowiedziały się panie o śmierci generała.

– Dlatego, że tak trzeba – rzekła cicho Żaneta, za czym zarumieniła się lekko i szepnęła: – Panie majorze, strzeż się pan... Skrobeckiego.

– Skrobeckiego, tego dudka z kwatermistrzostwa?

– Daj słowo oficerskie, że nie uczynisz użytku z tego, co panu, powiem.

– Ależ, panno Żaneto, nie pojmuję...

– Daj słowo, majorze, zaklinam pana.

– Więc dobrze, daję.

– Skrobecki jest jego... szpiegiem.

Łukasiński stropił się, chciał pytać, lecz Żaneta dotknęła ręki jego na pożegnanie i wskoczyła do stojącego tuż kocza.

– Bywaj nam, mości Łukasiński! A proszę pamiętać o nas za powrotem. Do widzenia się, panie Skrobecki! – zatrzepotała się Brońcowa i skinęła na woźnicę. Kocz ruszył.

Skrobecki do majora się zwrócił:

– Niewypowiedzianie rad jestem ze spotkania. Więc pan major z Karlsbadu?

– Hm, trochę z Karlsbadu, trochę do Karlsbadu.

– Aha, uważam, juści chęć uhonorowania pana generała.

Major przymrużył drwiąco jedno oko.

– Trochę dla uhonorowania, a trochę dla zobaczenia, co tu się dzieje. Zawsze tu ciekawych rzeczy można się dowiedzieć, no i zobaczyć.

– A, a!

– Dla jednego droga do Winnogóry na Kalisz, a dla drugiego na Karlsbad.

Skrobecki próbował się uśmiechnąć.

– Ale nie dziw się, mości Skrobecki, że będę musiał złożyć raport.

– Jak to, raport, majorze? – wystraszył się Skrobecki.

– Bo podejrzewam cię, że jesteś bez urlopu.

– To jest, chyba, panie majora, nie posądzasz mnie, by mnie tu... by mnie tu jakaś myśl niewłaściwa...

– Ani mi w głowie; tylko jego cesarzewiczowska mość będzie wiedział. Nastręczasz się, wchodzisz w drogę innym.

– Przysięgam panu, majorowi...

– Pomówimy w Warszawie, a teraz radzę panu, stąd zmykać do Kalisza.

Skrobecki zgiął się potulnie.

– Gdybym przypuszczał, że pan major tutaj, ani bym się ważył.

– Żegnam waszmości i radzę pilnować tego, co ci każą.

Skrobecki pożegnał się uniżenie i odszedł.

Łukasiński zmierzył pogardliwym spojrzeniem oddalającego się, uśmiechnął się gorzko i mruknął do siebie półgłosem:

– I taki nawet zna respekt dla majora czwartego pułku.

Rozdział IV

Po czterech latach pracy nad zaprowadzeniem ładu i gospodarstwa politycznego na skrawku ziemi polskiej, która na kongresie wiedeńskim otrzymała imponujące miano Królestwa Polskiego, a wraz z nim „króla konstytucyjnego” w osobie samowładcy i autokraty wszechrosyjskiego – ten skrawek ziemi zdawał się serdecznie pragnąć jeno ciszy, jeno pożywania z tych hojności kongresowych, jeno wytchnienia po latach walk i zapasów.

Prawda, kongres wiedeński zawiódł nadzieje Polaków, boć w rezultacie poćwiartował ich, bo trzem różnym mocarstwom oddał ich w poddaństwo, a niepodległość największą ferował im zaledwie na kilkumilowym obszarze „Wolnego Miasta Krakowa”, lecz i tu niepodległość taką, że co Wiedeń chciał albo Petersburg żądał, to Kraków musiał.

Prawda, że i zasmucenia, i chmur, i gniewu między Polakami było zadość na wieść o takim załatwieniu „kwestii polskiej” i o takim oddaniu hołdu „bitnemu a dzielnemu narodowi”. Ale ponieważ kongres gwarantował Polakom swobodę narodowego rozwoju w Królestwie, obdarzał ich konstytucją i wojskiem, a władzę Aleksandra niby do unii osobistej z cesarstwem sprowadzał, przeto, choć i po odczarowaniu ze złud, choć i mając dość niedobitków napoleońskich, aby spróbować szczęścia wojennego, Polacy znieśli mężnie ten cios i już tylko w zakreślonych granicach pragnęli szczerze dalej bytować.

Rezygnacja ówczesnych Polaków była do pojęcia łatwą. Toć od połowy panowania króla Stanisława ziemie polskie stały się pastwą rosyjskich, pruskich a w ostatku i austriackich gwałtów, najazdów, rozbojów, łupieżstwa; a dalej – wojen i rabunku. Gdy zaś po równoczesnej z Francją rewolucji zabłysła gwiazda napoleońska, też same zrabowane, złupione, zdziesiątkowane ziemie jeszcze nie zawahały się krwi sobie utoczyć i za Bonapartem pójść. Lecz i ten śniony Napoleon nie uczynił tego dla Polaków, co mógł, czy też nie mógł uczynić tego, co chciał – dość że utworzył raptem Księstwo Warszawskie, a właściwiej utworzył sobie w środku Europy obóz wojskowy. Więc taż sama siła sprzymierzonych, która powaliła Napoleona, rzuciła się na obóz po łupy. Służba Polaków dla Francji, oswobodzicielki ludów, była wierną, bo do ostatka trwającą, była długą, bo sięgającą dyrektoriatu i czasów generała Bonapartego, i była ofiarną, bo samozaprzaństwa pełną. Stąd gdy po dwudziestu blisko latach wojowania Polacy znów ujrzeli przed sobą złowrogi mur tych samych trzech sprzymierzonych mocarstw, a gdy nadto widzieli ruinę ojcowizny, pola odłogiem leżące, a widmo nędzy ku najbogatszym skradające się obszarom – ulegli, ustąpili i już jeno spełnienia uchwał kongresu wiedeńskiego pragnęli. To poddanie się wyrokom losu przyszło tym łatwiej ówczesnym Polakom, że cesarz Aleksander, który krom Kongresówki posiadał już czterykroć razy większą połać ziemi polskiej, umiał napomknieniami obudzić nadzieje, że pod berłem króla polskiego zjednoczy i dawniej zabrane prowincje i tym samym płaszczem konstytucji i prawodawstwa je osłoni.

 

Nadto tenże cesarz Aleksander tak strzeliste do Polaków pisał manifesty, tyle okazywał im miłości, przyjaźni, szacunku dla „bohaterskiego ludu”, a tyle objawiał zapału dla parlamentaryzmu, wolności obywatelskiej i troski o jak najszczęśliwsze bytowanie i własnych poddanych, że nie zaufać wspaniałemu sercu równało się sprowadzić na się gromy oburzenia już nie samego kongresu wiedeńskiego, ale i całej Europy. Ba, a co smutniejsze, we własnym swym rdzeniu doprowadzić do rozłamu.

I do rozłamu wielkiego, bo Aleksander I, niemal od swego wstąpienia na tron, okazywał Polakom łaskawość, bo podczas wojen napoleońskich rad skupiał przy sobie polskich dygnitarzów i smucił się wraz z nimi hazardami polskimi, bo Aleksander miał przy sobie potężnego Czartoryskiego, bo setki panien i dam polskich w rodzaju Tyzenhauzówny do histerycznych doprowadzać potrafił sentymentów, bo nie tylko zapierał się o silną partię spadkobierców dawnej „familii”, ale przecież i Tadeusza Kościuszkę zdołał natchnąć do siebie zaufaniem.

Wielki generał, towarzysz Waszyngtona, głowa rewolucji, twórca kosynierów, Cyncynat, sromający się imienia swego wiązać z awanturnictwem Napoleona – uwierzył w Aleksandra.

Czego orzeł nie dokazał, zdziałał przemyślny kameleon.

Jakoż pierwsze lata panowania nowego króla polskiego były dla tego ostatniego jednym wyrazem hołdu ze strony Polaków, jednym hymnem uwielbienia, wdzięczności i ukochania.

Najskrajniejsi sceptycy milczeli, ambitni a pominięci w odznaczeniach nie ważyli się otworzyć ust. I ci nawet, którzy na pokawałkowanie Polski skarżyli się, nie mieli prawa okazywać Aleksandrowi niechęci to że przecież on imię Polski wskrzesił, że on odrodzenia narodu bodaj na skrawku pragnął.

Gdzie tu kto śmiał okoniem stawać, krzywić się lub malkontenta symulować, gdy król przemawiał tak, że jeno zdumiewać się było szlachetności monarszej, gdy dla każdej zasługi żywił zachowanie, gdy nie baczył, iż krzyż legii zdobił piersi żołnierza za wyprawę na Moskwę, gdy każdej duszy patriotycznej się radował, a każdemu polskiemu wyrazowi sprzyjał.

Wszak ci najzagorzalsi napoleończycy, ci, co żyli wciąż pragnieniem wyzwolenia cesarza, i ci musieli uchylić głowy przed Aleksandrem, bo ileż ten szacunku dla wielkiego wygnańca okazywał, jakże bolał nad zmiennością losów, jakże zachwycał się prometeuszowym geniuszem Bonapartego i jakże często ze łzą w oku troszczył się o ulżenie doli znakomitego męża.

I kto wie, dokąd zawiódłby Polaków Aleksander I, gdyby wytrwał, gdyby umiał wytrwać, gdyby był wraz z konstytucją nie obdarzył Królestwa wodzem naczelnym wojsk polskich w osobie brata swego cesarzewicza, następcy tronu, wielkiego księcia Konstantego, gdyby uchronił Polaków od tego, co nazywało się urzędownie zaszczytem, dowodem niezmiernej dobroci i wysokiego uznania dla armii polskiej i dla całego narodu.

Stało się inaczej, lecz w pierwszych latach bytowania Kongresówki nikt z Polaków nie ważył się ani wątpić o intencjach Aleksandra, ani tracić przekonania do wartości martwych zaręczeń kongresu, a tym mniej zapominać o splendorze, płynącym na Polaków z tego, że brat cesarza i cesarzewicz w Brühlowskim pałacu zamieszkał i reformą napoleońskich niedobitków się zajął.

Prawda, że już pierwsze posiedzenie Komitetu Wojskowego, powołanego do zorganizowania wojska polskiego, i pierwsze zarządzenia nowego wodza wywołały niezadowolenie śród polskiej generalicji, a nawet usunięcie się tak zasłużonego żołnierza, jak Kniaziewicz, ale tym nikt się jeszcze nie zrażał. Gdy następnie wódz naczelny na swój ład zaczął zmiany zaprowadzać i usuwać starych oficerów, i to jeszcze nie zamknęło mu serca Polaków.

Kwasy i utyskiwania wojskowe przypisywano podrażnionej miłości własnej i nie myślano trapić się upodobaniem wielkiego księcia do parad, rewii, nieskazitelnie czystych mundurów, kapłonich pióropuszów na kapeluszach, zapamiętałości do rygoru i pedanterii.

Przeciwnie, Polacy Królestwa Kongresowego mrużyli oczy i starali się widzieć w Konstantym brata rodzonego Aleksandra. A przecież zadanie to było nie lada, bo trzeba było zaiste wielkiej woli, aby móc utożsamiać tych, którzy tak rażące, tak rzadkie stanowili kontrasty.

Aleksander i Konstanty, więc dwaj synowie Pawła i Marii Teodorówny, dwaj potomkowie Katarzyny II, dwaj bracia rodzeni, dwaj wychowańcy tego samego Laharpa, dwaj dziedzice tronu, zbryzganego krwią ojca.

Aleksander był smukłym, postawnym, urobionym na miarę Apollina. Konstanty był krępym, niekształtnym, pękatym, niby kulawy Wulkan.

Aleksander pociągał obliczem szlachetnym, uśmiechem podbijał, zadumanym czołem szacunek budził, spojrzeniem łagodnym rozbrajał, dźwięcznym, harmonijnym głosem całe poematy uczuć rozsnuwał.

Konstanty odpychał twarzą kanciastą, obrzękłą, o wystającej naprzód dolnej szczęce, o nosie załamanym, zadartym i rozpłaszczonym w dwie małpie chrapy, o małych, świdrujących, niespokojnych oczach, zasuniętych głęboko pod zwałami szczecinowatych, gęstych brwi, o czole wypukłym, świecącym, a zlewającym się z czerwonymi plamami na łysiejącej czaszce i z przeraźliwie rudym a konopiastym jej uwłosieniem, wydłużonym około wielkich uszu w krótko strzyżone bokobrody. Każde drgnienie twarzy Konstantego, każdy jej skurcz jeno tej brzydoty był rozwinięciem. Stąd, gdy wielki książę chciał być ugrzecznionym, miłym a uśmiechniętym, to był jeno bardziej odrażającym, bo i głos ochrypły i zakrztuszony jeno przeraźliwsze, ostrzejsze mógł wydawać tony.

Aleksander władał zawsze sobą, Konstanty nigdy. Pierwszy bodaj płomień gniewu zdolen był przyoblec w pozory spokoju; drugi za najbłahszym niehumorem wpadał w szał wściekłości, tupał nogami, trząsł się, a zaciskał pięści. Pierwszy nawet w uniesieniu słów dobierał; drugi przy lada sposobności bluzgał potokami najordynarniejszych wyrażeń. Pierwszy był subtelnym i delikatnym; drugi był gruboskórnym impertynentem.

Pierwszy mówił pięknie i zawsze to, co chciał; drugi rzucał bezładnymi zdaniami i zawsze wygadał się z tym, z czym był nie powinien.

Aleksander lubił filozofować, odrywać się od korony, a w chwilach wolnych roić, egzaltować się; olśniewać dwór porywami swej duszy i przechodzić nawet w tym swoją babkę.

Konstanty na wytchnienie czy nudę miał ceratową kanapę do spania, dwie małpy i kilka buldogów do zabawy.

Aleksander, gdy karał, skazywał na pałki lub katorgę, to zawsze wzdychał, zawsze smucił się, co zresztą nie wpływało, aby sobie chciał tych westchnień i smutków odmawiać. Konstanty nie tylko, że rózgami kazał siec, ale i pilnował, żeby rózgi siekły bez litości. Widokiem skrwawionego przestępcy cieszył się, radował, ale i potem jakby ustawał, jakby łagodniał, jakby ciężał w pochopności do karania.

Aleksander był wrażliwym na wdzięki niewieście, niemniej wrażliwym bywał Konstanty.

Lecz pierwszy w motylich lubował się nastrojach, z kwiata na kwiat przefruwał. Gdy pił słodycz rezedy, tęsknił za różą; gdy ssał lewkonię, wypominał tymianki; gdy mu naprzykrzył się zapach narcyza, tedy spieszył ku bratkom; lecz na pożegnanie tyle narcyzowi naopowiadał o rozdartym sercu i cierniach korony, że poczciwy narcyz jeno zabiegał, aby... pożegnanie uczynić nie postrzeżonym dla Aleksandra. Motyl nad motyle, przemyślny czarownik kwiatów niewieścich, nawet dla pyzatych georginij miał zgrabny komplement, nawet dla podtatusiałych a przekwitłych astr musknięcia zalotne. I miłowały też kobiety Aleksandra, i nosiły na sercu jego miniatury, i strzegły niby świętości każdego śmiecia noszącego na sobie ślad dotknięcia ręki „anioła pokoju”, najszlachetniejszego z monarchów, najbardziej rycerskiego z rycerzów. Petersburg, Moskwa, Berlin, Paryż, Wilno, Warszawa, Kijów czy Wiedeń, Tylża czy Frankfurt – gdzie jeno cień Aleksandra zatrzymał się dłużej, tam motyl w gronostajach miał dziesięć schadzek, dwadzieścia duszyczek bratnich i trzydzieści serc, z których każde i wyłącznie tylko rozumiało ogrom zacności wypełniającej barczystą pierś cesarza, z których każde dostąpiło zaszczytu wysłuchania jakichś niezwykle doniosłych zwierzeń. Tu królowa, ówdzie mieszczka, tu szlachcianka, tam artystka, tu gąska, tam lwica, tu dewotka, tam poganka, dama i ćwierćdamula, wdowa i panna, rozwodnica i mężatka – a wszystkie ku motylowi zapatrzone, wszystkie olśnione i wtedy gdy oszukane i uwiedzione, a zawsze wierzące, że Aleksander „tylko ją kocha”.

Jedna może cesarzowa Elżbieta, żona Aleksandra, zdawała się czuć i widzieć inaczej, lecz była tak omotaną kunsztownymi wyjaśnieniami męża, usprawiedliwiającymi – każdy protest byłby raczej zaprzeczeniem tych wyjaśnień – stąd milczała.

Konstanty wrażliwość swą na wdzięki niewieście wyrażał inaczej, bo przez nieokiełznaną chęć posiadania, zdobycia i brutalnego nasycenia się. Dla kobiet w ogóle Konstanty bywał uprzejmym i grzecznym, w czym nie tyle było wpływu otoczenia i wychowania, ile samczej wyrozumiałości na przywileje odrębnej płci. No, i dalej, o tyle niegroźnym, iż nie wymagającym i najczęściej nie sięgającym wysoko. Wielki książę był żonatym, i to od dawna, z Anną, księżniczką sasko-koburską, ale z żoną nie żył, a raczej ona nie chciała żyć z Konstantym.

Małżeństwo faktyczne trwało cztery lata i to w warunkach, że księżna miesiącami przebywała pod dachem rodziców, aż w piątym roku, tuż po śmierci cesarza Pawła, wielka księżna wyjechała z Petersburga i ani myśleć chciała o powrocie. Powiadano, że mord cesarza do reszty zniechęcił księżną do dworu rosyjskiego, i powiadano, że książę znów skatował żonę. Ile w tym było prawdy, orzec niepodobna; dość że od lat dziewiętnastu Konstanty żył w pojedynkę i wcale się nie troszczył o usprawiedliwianie przed światem tego rozdziału z żoną. Konstanty bowiem nigdy nie myślał rachować się z ludzką opinią. Przybrał sobie za towarzyszkę panią Fryderychs, a poza tym tak niefortunnie się czasem galopował w zapałach, że pomawiano go nawet o zbrodnie.

Głębsze uczucie nie miało podotąd przystępu do wielkiego księcia. Raz jeden Konstanty żywiej i mniej zmysłowiej zajął się księżniczką Czetwertyńską i zamierzał rozwieść się i księżniczkę poślubić, lecz gdy Aleksander oparł się temu, boć księżniczka była rodzoną siostrą pani Naryszkin, jednej z cichych żon Aleksandra, i nadto sama przedmiotem adoracji ukrytego szwagra, Konstanty bez wahania ustąpił i wyrzekł się swych planów, kontentując się na co dzień towarzystwem pani Fryderychs. Aleksander strzegł pilnie pozorów, nie czynił nic, co by mogło obniżyć urok cesarskiego majestatu, przeciwnie, urok ten powiększał, potęgował. Konstanty nie zważał na żadne pozory, w najuroczystszej chwili zdolen był wybuchnąć gniewem, zdradzić każdą swą najmizerniejszą pobudkę, obrzucić kogoś najniestosowniejszymi wymówkami, co gorsze, najniewinniej potępić.

Aleksander nie mylił się nigdy, posiadał bowiem sztukę udawania nieomylności; Aleksander przebaczał, lecz nie przepraszał. Konstanty mylił się co dnia, nie darowywał nikomu błahego bodaj przewinienia, lecz gdy błąd swój postrzegł, szedł do ofiary i co mógł czynił, byle mu niesprawiedliwość wyrządzoną nagrodzić. Zdarzało się to rzadko, bo też w mózgu Konstantego promień światła rzadkim bywał zjawiskiem.

Aleksander i Konstanty wychowani w jednym i tym samym blasku dworu Katarzyny, kształceni przez tych samych profesorów, odepchnięci potem zarówno przez ojca-cesarza i dalej pojeni tym samym odgłosem Rewolucji Francuskiej, tym samym huraganem napoleońskim miotani – duchowo ku dwom przeciwnym stoczyli się krańcom. To, co Aleksandra truło zwątpieniem, to, co czyniło go lepszym, przezorniejszym, mniej despotycznym, toż samo w Konstantym wzmagało zaufanie do przemocy, wiarę w pięść i niechęć ku matactwu.

Aleksander dla wyrażenia ukontentowania miał skalę najmisterniejszych odcieni. Konstanty jeden i ten sam gburowaty wybuch śmiechu albo wprost żakowskie podskoki i klaskanie w ręce; a szczytem zadowolenia – wyszczypanie policzków ulubieńcowi i poczęstowanie go kułakiem w bok.

Aleksander na tle swego rodzeństwa był niezawodnie ozdobą, był tym, który z dzieci Pawła najwięcej miał zalet. Konstanty był tego rodzeństwa plamą, był tworem nie przypominającym żadnego z braci, żadnej z sióstr.

Polacy, mimo te wszystkie różnice między Aleksandrem i Konstantym, mimo złowróżbne wieści o charakterze cesarzewicza, powitali go z zapałem na stanowisku naczelnego wodza.

Lecz zaledwie wódz naczelny rozejrzał się w obcym mu środowisku, zaledwie Aleksander koronację na króla polskiego odprawił, Konstanty już grozą całe Królestwo Kongresowe przejął.

 

Zaczęło się od wojska.

Wojsko polskie, którego rdzeń stanowili napoleończycy, ludzie zahartowani w bojach, żołnierze doświadczeni a przejęci ideą służenia ojczyźnie, wojsko, które nawykło widzieć na swym czele niepożytej sławy wodzów, a które z ust Małego Kaprala tyle razy odbierało pochwały, zostało naraz wystawione na obelgi, na poniewierkę za lada uchybienie temu, co podotąd nawet na rewii napoleońskiej uchybieniem nie było. Nie dość mocne postawienie stopy w marszu generalnym, ujęcie karabinu, o cal niżej lub wyżej, mundur nie dopięty na spacerze, najniewinniejsze przekroczenie regulaminu, potknięcie, się nieumyślne w szeregu – sprowadzało gromy na całą dywizję, potokami wymówek obrzucało najprzedniejszych oficerów, karami biło w oddział, do którego bezpośrednio należał winowajca, a dla winowajcy nieszczęsnego zamieniało się już nie tylko w udręczającą pokutę, lecz i w rózgi, i w pałki, i w okaleczenia, i w kalectwo. W wojsko polskie, zaprawiane podotąd do chlubienia się mundurem, do szanowania zwierzchników, ale i do miłowania ich, do baczenia nie na tresurę bezmyślną, lecz na samodzielność, na bitewną sprawność – uderzyła małostkowa, płytka rutyna, drobiazgowość, nieubłaganie litery przepisu trzymający się rygor.

Wojsko polskie podotąd musztrowano, jak pięściami armaty zdobywać, jak jednym szwadronem kolumnę nieprzyjacielską łamać, jak w czworoboku do ostatniego tchnienia trwać, jak umierać – gdy naraz nowy wódz z tego samego wojska chciał mieć żołnierzy do parady, na pokaz, do sztuk i sztuczek produkowania, do zdobienia nim bram i wejść pałacowych, do służenia mu za ulubioną rozrywkę, za zabawę.

Podobno już od chłopięctwa najmilszym upodobaniem wielkiego księcia było jegrów cesarskich dopaść i musztrować ich bez ładu i składu. Z wiekiem to upodobanie, wspierane we wnuku przez babkę Katarzynę, jako wróżące wojskowe talenty – przeszło w pasję.

Konstanty po całych dniach przesiadywał w koszarach, po całych dniach dobierał żołnierzy, golił ich, strzygł, w warkocze stroił, przebierał. A wzorując się na tradycjach grenadierów Fryderyka Wielkiego, starał się ich doprowadzić do matematycznej równoczesności ruchów.

Ideałem Konstantego było, aby pułk zamienić w bezduszną machinę, aby żołnierz i oficer ani jednym mrugnięciem powiek, ani jednym rzutem oczu nie ważyli się zmylić komendy, aby i w koszarach, i na biwakach, i w marszu czynili wszystko na modłę artykułu instrukcji, aby instrukcją żyli, oddychali, czuli i myśleli.

Ideał pomieniony niełatwym przecież był do osiągnięcia, a dla Konstantego tym trudniejszy, że żołnierze rosyjscy rekrutowali się z niewolników, wyciągniętych przemocą z izb włościańskich, i niewolników zazwyczaj nieokrzesanych, ciemnych, więc do tresowania trudnych.

Konstanty wszakże „cudów” dokazywał i tak wielkich cudów, że już Paweł pierwszy, gdy chciał oficera lub żołnierza ukarać, słał go do jednego z pułków swego syna. Pułki Konstantego słynęły żelaznym rygorem, musztrą, porządkiem i okrucieństwem. Trzy pierwsze zalety jednały księciu krwi sławę, czwarta zaś, choć niekiedy przejmowała grozą, nie mogła przecież umniejszyć trzech pierwszych tam, gdzie życie i zdrowie poddanego ścierało się z upodobaniem wielkiego księcia.

Wprawdzie już w wyprawie Suworowa ku Alpom ani pułki Konstantego, ani on sam nie usprawiedliwiły pokładanych nadziei. Wprawdzie w dalszym ciągu cesarzewicz nie wykazał się ani jako generał, ani jako organizator wojskowy, ale juści i to nie zdołało odebrać mu miana znawcy i powagi militarnego, no i juści i to nie zgasiło w księciu pasji do musztrowania.

Epoka geniusza wojennego, epoka rozkwitu bitewnej sztuki, epoka, w której marszałek, naczelnik sztabu za jeden atak zwycięski, za jeden plan strategiczny zdobywał często koronę i berło, niczego nie nauczyła wielkiego księcia.

Konstanty brał udział w radach wojennych i w bitwach, patrzył własnymi oczyma na zapasy całych armii: i w rezultacie, gdy po raz setny przychodziło mu uchodzić z głównej kwatery przed naporem żołnierzy nieubłaganego Korsykanina, jeszcze starczyło mu czasu na czynienie uwag, że grenadierzy gwardii napoleońskiej nie potrafią iść dość równo, że szwadrony strzelców konnych łamią się przy ataku, że oficerowie francuscy nie mają wyobrażenia o mustrze, że generałowie dowodzą bez rękawiczek, że byle ciura obozowy wobec marszałka waży się i tabakę zażywać i siedząc przy ogniu, grzać skostniałe członki.

A jeżeli Konstanty zazdrościł czegoś Napoleonowi, to nie geniuszu, nie berła króla królów, nie orlego lotu, jeno tych kroci żołnierzów, tego mrowia mundurów, które dopiero zdumiałyby świat, dopieroż pokazałyby, czym wojsko być winno, gdyby on, Konstanty, mógł te krocie odziewać, przebierać, musztrować i tresować do nieskończoności.

Stąd łatwo sobie wyobrazić ukontentowanie wielkiego księcia, gdy po latach westchnień znalazł się na czele nie wojska napoleońskiego, lecz znacznego i przedniego odłamu tegoż wojska, gdy już nie ciemnych i niezdarnych jegrów miał pod komendą, lecz bitnego, sprawnego żołnierza i żołnierza umiejącego służyć nie z przymusu, nie dla wiszącej nad nim pięści, lecz z dobrej woli, z ochoty własnej, z poczucia obowiązku, z miłości ojczyzny. Te przymioty bowiem polskiego wojska snadź wpoiły w Konstantego przekonanie, że właśnie taki materiał nieskończenie lepiej da się urobić, nieskończenie łatwiej da się w machinę zakląć.

Jakoż wojsko polskie dla zadowolenia brata cesarskiego bez szemrania poddało się nowemu ładowi, a jeżeli zrazu spostrzegło płytkość i bezużyteczność rozkazów Konstantego, to jeszcze nie utyskiwało, jeszcze rade było zjednać sobie miłość wodza. Ba, zjednało sobie od razu upragnioną miłość ani przypuszczając, że w niej właśnie największe kryło się niebezpieczeństwo. Wielki książę pokochał wojsko polskie, pokochał całą dzikością swej natury, a pokochawszy tym żarliwiej pragnął dźwignąć je na szczyt pojmowanej przez się doskonałości.

Żołnierz polski czynił więcej, niż mógł, książę wymagał coraz więcej. Nic, że wymagał, lecz książę za lada sposobnością wpadał w furię, więził, katował szeregowców, oficerów degradował, dymisjonował, lecz co najcięższe, poniewierał, znieważał, hańbił.

Plac Saski, miejsce codziennych parad i przeglądów, zamienił się powoli dla wojska polskiego w plac kaźni i tortury.

Co dzielniejsi z oficerów, a majątkowo niezależni, jęli usuwać się z szeregów. Zostawali bądź ci, którzy musieli służyć dla chleba, bądź których cesarzewicz tak miłował, że puścić od siebie nie chciał, bądź tacy, którzy dla odznaczenia i łaski cesarskiej gotowi byli wyrzec się własnego sumienia.

Lecz jeżeli dla wyższych stopni oficerskich wódz naczelny umiał być nieznośnym, dokuczliwym, jątrzącym, to dla niższych rang bywał i tyranem, i katem.

Skutki takiego postępowania wielkiego księcia nie dały długo na siebie czekać. W ciągu trzech dni czterech oficerów odebrało sobie życie, nie mogąc przenieść wyrządzonych im przez Konstantego w obliczu pułku obelg.

Ale niezawodnie i te tragedie przebrzmiałyby bez echa, gdyby nie piąte samobójstwo kapitana Wilczka, który przed śmiercią nie tylko prawdę do oczu biernej starszyźnie wojskowej rzekł, lecz wielkiemu księciu nie wahał się pozostawić ostrzeżenia, aby nie igrał z rozpaczą, bo ta już nie do samobójstwa może doprowadzić, lecz i do mordu.

Śmierć Wilczka jakby umitygowała nieco księcia, nie na długo wszakże, a raczej do chwili nowego zajścia, nowej tragedii, po której znów do następnego wybuchu panowała względna cisza. Aż i te periody uciszenia się, złagodnienia cesarzewicza przestały być wytchnieniem dla wojska polskiego. Książę jął nadsłuchiwać, co wojsko mówi o danym zajściu, co myśli, iżali nie żywi złych intencji, iżali nie współczuje krnąbrnie winowajcy, a może śmie do konstytucji się odwoływać, a prawa szukać, a może wprost konspirować zaczyna?