Księżna ŁowickaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Doskonale, dziś jeszcze na noc do przewertowania go zasiędę, żebym się przed generałem nie zbłaźnił. Ściągniemy Szczanieckiego, a bodaj i Mielżyńskiego. No, no, panie Walery, przekonasz się, że i tu ludzie nie śpią na laurach.

– Więc generał-wojewoda nie odmówi?

– Jak to? Co?

– Bo, generale, nie mam czego kryć, garstka nasza nie z potentatów się składa, sędzia, adwokat, szlachcic wołyński, a co Wierzbołowicz: jako podpułkownik, największym między nami personatem.

– Do czego waszmość zmierzasz?

– Do tego, generale, że Dąbrowskiego pragnęlibyśmy mieć za przewodnika, za wodza, a wobec naszej ubogiej w zasługi czeredy obawiamy się, aby nam nie odmówił.

Kosiński położył rękę na ramieniu Łukasińskiego.

– Dąbrowski nie odmawia nigdy dobrej sprawie!

Major nie zdążył odpowiedzieć generałowi, gdy na progu ukazała się wyprężona postać starego kamerdynera.

– Co tam? – zagadnął niecierpliwie generał.

– Jaśnie pani marszałkowa Brońcowa!

Kosiński otworzył szeroko oczy.

– Kto? Kto?

– Jaśnie pani marszałkowa Brońcowa z panną.

– Powiedzieliście?

– Kazała się zameldować do pani generałowej i do pana generała.

Pan Amilkar strzepnął z determinacją rękoma.

– Ano cóż, leć, proś do salonu, zaraz przybędę, jeno surdut wdzieję.

Kamerdyner wyszedł, generał odwrócił się do Łukasińskiego.

– Masz ci bal z Brońcową! Trzy dni będzie plotkowała, zanim się ruszy. A w dodatku żona mi słabuje! No i nie lubię tej baby! W porę się wybrała. Ale bo, panie Walery, wam coś jest?

– Mnie? Nic zupełnie.

– Darujesz waszmość, muszę się ogarnąć i gościowi się ucieszyć.

– Niech pan generał mną się nie kłopocze. O jedno bym prosił, aby mnie pan generał gdzie na ustroniu zasadził i o bytności mej Brońcowej nie mówił. Lepiej, żeby mnie nie widziała.

– Więc znasz ją, znasz?

– Dobrze.

– Masz słuszność, majorze, tak będzie lepiej. Baba się znudzi i prędzej wyjedzie. Chodź tędy do sionki, w gościnnym pokoju cię ulokuję, wybacz jeno z góry samotność chwilową. Po wieczerzy czmychnę Brońcowej.

Kosiński zaprowadził majora bocznymi schodami na pięterko, naniósł mu kopersztychów do oglądania i przeprosiwszy solennie, na powitanie marszałkowej podążył.

Łukasiński, zostawszy sam, pochylił się nad kopersztychami, lecz te zmęczyły go czegoś, więc przeszedł się po izdebce, otworzył okno i sięgnąwszy do mantelzaków podróżnych, które generał kazał z bryki przynieść, dobył zwój papierów i próbował raz jeszcze ułożony plan wolnomularstwa patriotycznego. Ale nawet ta ukochana, najdroższa mu sprawa nie zdołała rozpędzić natrętnych myśli, cisnących się do głowy majora.

Daremnie Łukasiński próbował rozbierać punkty organizacyjnego statutu, daremnie zastanawiać się chciał, który postulat może wydać się słabszym, a który generałowi zgoła dziwacznym może się przedstawić, jak ten, aby, dla upozorowania legalności, w każdej loży mieć biusty cesarskie na honorowym miejscu, z każdego wiersza czytanego skryptu wychylały się ku niemu wielkie, spłoszone, czarnogranatowe oczy, a w uszach brzmiały mu echa zgiełkliwego rozgwaru na ostatnim zebraniu u Brońców.

I Łukasiński odrzucił trzymany skrypt, głowę wsparł na framudze okiennej i poddał się natrętnym wspomnieniom.

Toć ledwie rok minął, jak Łukasiński stałym bywał gościem u marszałka Królewskiego Zamku, jak żył jeno myślą oglądania panny Żanety, jak ścigał ją każdym pulsu uderzeniem, jak śnił cudny sen, jak roił! I nie tylko roił przecież. Boć i pan Broniec mile przyjmował zabiegi Łukasińskiego skierowane ku swej najstarszej pasierbicy, i pani Brońcowa nie szczędziła słów zachęty, ba, nawet hrabia Grudziński, ojciec, choć z dala, Wierzbołowiczowi się zwierzył, że rad by Łukasińskiego mieć za zięcia. Wszystko składało się ku dobremu, aż potem Gutakowski ministrowicz spadł jak kula, a nim jedną z trzech panien Grudzińskich sobie upodobał, dwom naraz się zalecał. Zjawienie się Gutakowskiego było pierwszą chmurą, i groźną. A potem dom Brońców zhardział, matka o większej karierze dla córek zaczęła myśleć, panna Żaneta posmutniała, ochłodła. Lecz to podobno były jeszcze dobre, jeszcze szczęśliwe chwile. Aż w saloniku Brońców ukazał się wielki książę Konstanty! Zanim ktokolwiek spostrzegł, zorientował się, odgadł intencje cesarzewicza, następcy tronu, Łukasiński już je w lot chwycił, już je zgłębił, już nie wątpił. Małe, świdrujące oczy księcia wpijały się w Żanetę, ruda głowa ku niej się chyliła, ku niej szeroka, ceglasta szczerzyła się twarz. I zaczęły się dla majora noce długie, dni męki, bezsilnego gniewu. Na nic się nie zdały napomknienia Łukasińskiego, na nic usiłowanie przekonania Brońców. Marszałkostwo ani myśleli zawiązywać losu Żanecie i zbywali majora półsłówkami. Łukasiński upatrzył sposobność i do Żanety wprost się odwołał, lecz cały jego impet osadziło jedno jej spojrzenie, cały żar wystudziło w nim jedno uprzejme słowo. Odtąd Łukasiński snuł się jak cień po komnatkach Brońców, już nie szukał oczu Żanety, już nie żądał uśmiechu, już nie napawał się czarem idącym z jej postaci, lecz trwał, aby do dna wychylić gorycz, aby nic z bólu nie uronić. Potem, potem, tuż przed księciem, wyrósł niby spod ziemi Rembieliński. I bez ubiegania się o względy, o rękę Żanety się deklarował, bo i ani myślał pannie się naprzykrzać lub mieszać się do jej rozmów z księciem. Łukasiński zrozumiał grę. Czemu opierała się dotąd Żaneta Grudzińska, do tego dałaby się skłonić cesarzewiczowi pani Rajmundowa Rembielińska. Majora na te sidła bezecne opanowała wściekłość. Do oczu Brońcowej prawdę wypowiedział, a gdy ta cale do serca rzeczy nie brała, wszczął sprzeczkę z Rembielińskim, wyzwał go i naznaczył. Od tej pory przestał bywać u Brońców. Od tej pory raz jeden podczas parady na Saskim placu widział Żanetę, jak z okna mieszkania generała Tolińskiego wraz z kilku damami wiała chustką na powitanie pędzącej czwórki książęcego kabrioletu.

Major odetchnął ciężko i mocniej ku ogrodowi się wychylił, jakby przestworu szukając dla tłoczących go wspomnień, gdy naraz, tuż za sobą, usłyszał zafrasowany głos generała:

– Rób, co chcesz, panie Walery, musisz zejść na dół. Nie udało się incognito.

– Ależ, generale...

– Nie moja wina, z Brońcową to tak: zanim karczmę minęła, już zdołała języka zasięgnąć, a wyrekonesansować, że major czwartego pułku bawi w Targowej Górce.

Major nie wiedział, co odpowiedzieć. Kosiński wziął to za konfuzję.

– Co tam, przecież cię baba nie zje! Ażebyś stąd gawęd niepotrzebnych nie miał, zełgałem, żeś po sumkę lokowaną u mnie wstąpił w drodze do „badów”. Dalej, dalej, panie Walery.

Wąsa nie każę ci podkręcać, bo go, biedaku, według arcystrategii cesarzewicza, jako piechur golić musisz, aleć chociaż faworyciny nastrosz, bo dalipan, córuś Brońcowej warta grzechu! I baba nie bez kozery naparła się ciebie, wodzi przecież ten swój towar macierzyński nie tylko na pokaz.

– Więc i panny Grudzińskie są z marszałkową?

– Tatarzynie, bisurmanie, zaraz mu się pluralisu zachciewa! Jedna jest, łania nie dziewczyna, starczy za mendel. Mnie samemu nie bardzo tacy goście, ale że mi z tobą tyle dziś ukontentowania spłynęło, to niech tam i Brońcową! Nie marudź, nie zmęczysz się dyskusją, Brońcowa za nas dwóch nagada.

Łukasiński chciał się wymawiać, lecz pan Amilkar pod ramię go ujął i pociągnął za sobą.

Major zmógł się. Opierać się było niepodobna. Spotkanie z Brońcową nie uśmiechało mu się, ale i nie miał racji kryć się, bo mógł jej nie tylko spojrzeć, ale i ostro spojrzeć w oczy. No, a z panną Grudzińską, jeżeli to była jedna z sióstr Żanety, łączyły go raczej miłe wspomnienia.

Tuż przed drzwiami do salonu, zdjęła Łukasińskiego wątpliwość: a gdyby Żaneta?

– Pozwól, panie generale – zapytał niepewnie Łukasiński – czy pani Brońcową jest z panną Józefiną?

– Nie umiem ci powiedzieć, ale masz, przekonaj się – odparł raźno Kosiński i drzwi przed majorem rozwarł.

Łukasiński przestąpił próg i zamarł w powitalnym ukłonie: o trzy kroki przed nim, wsparta na klawikordzie, stała Żaneta Grudzińska.

Rozdział II

Łukasiński sam nie zdawał sobie sprawy, jak przebrnął pierwsze ognie przywitania, jak zdołał wyjąkać kilka zdawkowych frazesów i jak nareszcie krzykliwy głos Brońcowej wpadł w znane majorowi tempo bezładnego paplania.

Niegdyś ta paplanina pani marszałkowej dokuczała Łukasińskiemu. Dziś była mu miłą, błogosławioną, bo dzięki niej mógł zasunąć się w róg fotelu i ochłonąć z wrażenia, a raczej oswoić się z myślą, że to, co mniemał być stygnącym, żarem wionęło, że to, co przypuszczał być obolałą jeszcze blizną, było raną piekącą, raną krwawą.

I major podniósł czoło, niedostrzegalny uśmiech przemknął mu się po ustach, bólem je naznaczył i sczezł w męskim załamie warg.

Ha, toż winszować sobie mógł śmiało, ha, toż jeżeli przeznaczeniem jego było spłonąć w ogniu beznadziejnej miłości, gdzieżby znalazł piękniejszą, gdzież wdzięczniejszą zwodnicę, gdzież taka druga korona lśniących, jedwabistych ciemnoblond splotów zdołałaby się zbratać z takimi ostrołukami brwi, z taką przedziwnie rytą twarzyczką, z tak mieniącymi się głębiami wielkich, podługowatych oczu!

Głos Brońcowej przeraźliwiej zaskrzeczał:

– Słów nie mam dla obojga najjaśniejszych państwa. Powiadam ci, generale, popłakaliśmy się ze wzruszenia. Wierz mi, miewaliśmy zacnych królów, ale takiego jeszcze nie było.

– Prawda, że nie było – zauważył oschle pan Amilkar.

– A cesarzowa matka – sama dobroć. Wystaw sobie, moje panienki były jej prezentowane, a jakże, ucałowała jedną po drugiej, a już Żanetkę... Przecież chyba Beauperek do łez nie jest skory, a łzy, łzy miał w oczach!

 

– Beauperek? Cóż to za Beauperek?

– Mój mąż. Żanetka bardzo się całej rodzinie cesarskiej podobała. Pozwól, Żanetko, ale co prawda, to prawda.

Twarzyczka panny Grudzińskiej zapłoniła się z lekka.

– Jesteście panie pod urokiem.

– Nie, nie, generale, zapytaj kogo chcesz; jeden głos uwielbienia, czci, zachwytu i radości.

Pod berłem króla Aleksandra tylko dobre nas czeka, a że jacyś krzykacze, jak ten Niemojowski i Ledóchowski, usiłowali zakłócić skupienie wiernych najjaśniejszemu panu, serc, nad tym jeno ubolewać, jeno się rumienić. Zresztą król jegomość bardzo godnie i pięknie im odpowiedział:

„Nie kwapcie się do korzystania ze swobód”, co znaczy po prostu: „Zostawcież mi przywilej czynienia wam dobrze, niechże i ja mam jakieś zadowolenie”.

– Przepraszam, nie próbuję oponować, mościa marszałkowo, bo widzę, że lepiej ode mnie znasz się na arkanach.

– I prawdę powiedziawszy, drogi generale, to tak, sto razy tak. Przecież wszystko działo się tuż obok nas. Beauperek od rana do nocy na pokojach królewskich bawił, no a sosem angielskim wprost furorę zrobił. Cesarzowa matka naparła się przepisu i do Peterburka go zabrała.

A nie mówiąc już, że hrabia Nesselrode ani jednej okazji nie opuści u nas. Któż może lepiej od nas znać intencje króla jegomości. Po prostu grzech, grzech śmiertelny upatrywać cienia w tym, co samo przez się jest słońcem!

– Szkoda jeno, że owo słońce na takim skrawku Rzeczypospolitej wzeszło.

– Idzie ci, generale, o Litwę, Wołyń?

– Nie, pani marszałkowo, idzie mi o to, co w Polsce było i jest najszczerzej polskim; idzie mi o to, że siedzę tu na ziemi Chrobrego i że mnie za granicę wyrzucono i kazano zostać gapiem bez mała.

– Ależ, generale, czemuż nie przeprowadzisz się do Warszawy?

– Prawda, o tym radykalnym sposobie nie pomyślałem. Ale pozwolisz, mościa marszałkowo, że pójdę na chwilę do żony; musiała się obudzić, a nie darowałaby mi, gdybym ją w czas o przyjeździe pani marszałkowej nie uprzedził.

– Byłeś jej nie trudził, generale.

– Cóż znowu, sprawi jej to prawdziwą dystrakcję.

Generał wysunął się z salonu. Brońcowa westchnęła i zauważyła z rezygnacją:

– Najlepszy w świecie człowiek, ale zawsze jakobin.

– Nie sądzę – bąknął Łukasiński.

– Wszyscy oni tacy; jak z legionów wyszedł, to aż parzy czerwonością. Zacne antyki, godne podziwu, ale gdzie do naszych czasów!

– Pewnie, myśmy już na przeciwległym brzegu przepaści.

– Mówisz tak, majorze, iż gdybym cię nie znała, gotowa bym cię także posądzić! Nawet bardzo łatwo, bo wiesz, jak cię nazywa Żaboklicki? No, powiedz, Żanetko, powiedz majorowi.

– Nie przypominam sobie.

– Katonem czwartego pułku! Cesarzewicz, jak usłyszał, śmiał się do rozpuku. Lecz nie dopuszczaj sobie niefortunnej myśli. Wielki książę wypomina cię z całym uznaniem, stawia zawsze za wzór oficera. Nieprawdaż, Żanetko?

Panna Grudzińska skłoniła głowę na znak potwierdzenia.

– Jego cesarzewiczowska mość bardzo łaskaw – ozwał się głucho major.

– Powiem ci więcej, majorze. Kilkakrotnie zapytywał Beauperka, dlaczego nie bywasz u nas. Spodziewam się, że za powrotem do Warszawy nie zapomnisz o nas. Zawsze mamy cię w miłym zachowaniu. Wszak ci to kuzynami prawie jesteśmy, rodzisz się z Łucji Grudzińskiej.

Mój dawny małżonek, pan Antoni, skoro od pruskiej mości hrabstwo otrzymał, do paranteli jest nieskory. Jam zawsze wierna szlacheckiemu obyczajowi, więc nie zapominaj, majorze.

Łukasiński wyprostował się na fotelu i odparł z ukłonem:

– Pani marszałkowo!

Wejście do salonu, generała i słaniającej się u jego ramienia pani generałowej uwolniło majora od dalszych wynurzeń Brońcowej.

Rozmowa potoczyła się teraz spokojniejszym torem, ile że pani Kosińska umiała zręcznie unikać aluzji do polityki i wymijać zachwyty Brońcowej nad parą cesarską i dworem petersburskim. A że nadto i generał nie zdradzał ochoty do prostowania światopoglądów marszałkowej, przeto ta ostatnia zawróciła na ulubiony temat warszawskich plotek.

Przejście do jadalni na wieczerzę było jedynie dalszym ciągiem popisu marszałkowej, przeplatanym ledwie monosylabami gospodarstwa.

Łukasiński nie brał udziału w sekundowaniu Brońcowej, bo i zresztą nie było miejsca po temu i poprzestawał na zwykłej uprzejmości współbiesiadnika, w czym harmonizował z Żanetą, która tak dalece nie zważała na opowiadania matki, że nie potrafiła ani razu w porę przyznać jej słuszności.

Lecz jeżeli milczenie Żanety i majora było zgoła usprawiedliwionym gadatliwością Brońcowej, to zachowanie się ich względem siebie – dziwnie nienaturalnym.

Siedzieli tuż obok siebie, służyli sobie wzajem, wymawiali towarzyskie komunały, pamiętali o sobie, a jednocześnie ani razu na się nie spojrzeli, ani razu nie zamienili najpospolitszego uśmiechu, najbanalniejszego grymasu porozumienia myślowego dwóch spotykających się przechodniów, dwojga ludzi dla się obojętnych, obcych.

Oczy Łukasińskiego i Grudzińskiej nawet w promieniu swym ku różnym padały punktom, nawet strzegły się zetknięcia na tym samym załamie adamaszkowego obrusa, na tym samym odblasku kryształowego pająka.

Po wieczerzy pani Kosińska wymówiła się strudzeniem i do komnat swoich odeszła. Generał zaś wysłuchał cierpliwie raz jeszcze powtórzonej historii amorów ministrowej Wielhorskiej do Witwickiego, oficera z kwatermistrzostwa, jej zazdrości o pannę Maisonville, guwernantkę córki, w której znów kochał się adiutant namiestnika, Miroszewski, no i wynikłej stąd gmatwaninie, połączonej z wykradzeniem guwernantki, szukaniem zaginionej przez generała Różnieckiego i powstałych stąd arcykomicznych komplikacjach. Aż jął wypominać późną godzinę i do pokojów gościnnych ofiarował się prowadzić Brońcową.

Ale pani marszałkowa nie dała generałowi dokończyć.

– Musisz mi, drogi generale, co najmniej jeszcze godzinę poświęcić. Jutro trzeba nam ruszać dalej, mamy jeszcze być u Dąbrowskich, u podczaszego Chłapowskiego, u Działyńskich, no i w Popowie kilka dni zabawić. A mnie tu, krom przyjaźni, i sprawa ważna sprowadza.

Idzie mi o Popowo! No, nie mogę sobie dać z nim rady, gospodarstwo nic nie przynosi, opieka licha, więc zamierzam się starać, aby Popowo do amtowych dóbr odkupili: nikt przecież lepiej nie może zapłacić.

Generał westchnął nieznacznie.

– Miałem już honor przed rokiem...

– No tak, no tak, ale cóż, zeszło mi na niczym. Teraz chcę niebo i ziemię poruszyć.

– Wątpie, czy się to zda na co, amty ziemi mają zadość.

– Mój drogi generale, tylko mi nie odmawiaj. Poradź co, jak – a choćby reskrypt królewski z Berlina wydostanę i Popowa się zbędę.

– Zbyć łatwo.

– Otóż, otóż właśnie, tajemnicy nie ma, hipoteka zapisana, więc byle czego wziąć nie mogę.

Ale nie sądź, iż będę nadużywała twej uczynności. Chodźmy do ogrodu, przejdziemy się, a rozpowiem ci wszystko dokładnie.

Generał podał w milczeniu ramię Brońcowej. Żaneta podniosła się. Major wstał, nie wiedząc, co mu czynić wypada, lecz tu marszałkowa wybawiła go z kłopotu, bo odwróciwszy się ku Łukasińskiemu, zadecydowała z całą swobodą:

– Podaj, majorze, rękę Żanetce i ruszajcie przodem, was ta rozmowa nie zajmie.

Łukasiński zawahał się, ale tuż obok żwawiej zaszeleściały muśliny panny Grudzińskiej i ręka jej wsunęła się niepostrzeżenie pod nachylające się machinalnie ramię majora.

Szli długo w milczeniu śród mrokami spowitych alei, brnąc w falach jaśminowych tchnień, ani zważając na białe kiście akacjowych pąków, które zwieszały się co kroku nad ich głowami, a poić chciały swą słodyczą.

– Pan dawno w podróży?

– Czwarty dzień.

– W drodze do Karlsbadu?

– Tak, do Karlsbadu.

Równy, płynny chód panny Grudzińskiej splątał się raptownie.

– Może pani życzy sobie wracać?

– Dlaczego? Idźmy jeszcze, taki piękny wieczór, lecz może pana trudzę?

– Bynajmniej.

– Więc idźmy, tędy ku grabom.

Łukasiński odchrząknął z lekka i starając się nadać swemu głosowi ton wyszukanej galanterii, odezwał się:

– Nie miałem sposobności złożenia pani moich powinszowań.

– Powinszowań? Nie rozumiem.

– Względy okazywane pani przez cesarzową matkę upoważniają mnie do tego. Panna Grudzińska drgnęła.

– Bardzo dziękuję, istotnie, cesarzowa była łaskawą wyróżnić mnie cyfrą frejliny.

– I tak dalece, że wróżą pani przyszłość, wielką przyszłość, wspaniałą!

– Wróżby zawodzą.

– I często, lecz w tym razie nie ma mowy o przepowiadaniu królewicza z bajki, boć królewicz jest żywy i wcielony. Królewicz, więc szczęście, więc sen ziszczony, więc panowanie krociom, więc tron! Alboż to wszystko, a wdzięczne zadanie poskromienia rozhukańca, a duma ugłaskania tego, który dolą milionów igra?

– Czemu tak do mnie mówisz, panie majorze...? – szepnęła urywanie panna Grudzińska.

Łukasiński zaśmiał się spazmatycznie.

– Cha, cha, czemu? Mówię to, o czym mówią wszyscy i o czym mówić mi wolno.

– Jesteś niesprawiedliwym, majorze, nigdy nie starałam się budzić w panu, sentymentów.

– Prawda, wyznaję, święta prawda. Ja sam własny ból wykołysałem i do własnej poczuwam się winy! Lecz usunąłem się, odszedłem, ustąpiłem z drogi. Powiem więcej, gdy zaczął Gutakowski w domu państwa bywać, mniemałem, iż ku pani się deklaruje, widziałem me nadzieje pogrzebane, alem się opanował i dość siły znalazł, aby milczeć. Boć i jakże z Gutakowskim iść mogłem w zawody, ja żołnierz-pospolitak z paniczem wytwornym, bogaczem, ministrowiczem skoligaconym i przyznam, nie tylko dorodnym, ale i zalet charakteru pełnym.

Za Gutakowskim przemawiało wszystko. Żałość szarpała mnie, gdym widział was razem, obok siebie, zajętych rozmową, a tak zdawało mi się pogrążonych we wzajemnym zaciekawieniu, tak ku sobie się skłaniających...

Grudzińska nerwowym ruchem uwolniła rękę spod ramienia majora i osunęła się na stojącą w pobliżu ławkę.

– Tak, żałość wielka szarpała mną i nękała zawiść, żem nie tak, jak tamten jest możnym, dorodnym, że nie mogę krociami wynieść się nad tamtego, zgasić kawalerskość jego obejścia, zaćmić wysokością urodzenia, a zabłyszczeć świetniejszym mundurem, niźli uniform fligeladiutanta jego królewskiej mości i ciebie, Żaneto, nawrócić ku sobie i ciebie wywalczyć!

Łukasiński wpił palce w oparcie ławki i pochylił się ku Grudzińskiej, jakoby odpowiedzi czekał. Żaneta siedziała bez ruchu, wpół ku poręczy przytulona.

– Powiem więcej, na co kryć? Nikczemne skradały się ku mnie porywy, ssały ze mnie żołnierską uczciwość, padalczymi oplątywały kręgi. Nienawidziłem go, szukałem zwady, lecz Gutakowski umiał mnie z godnością przetrzymać, umiał broń wytrącić, a zastawionych nań sideł unikać. Lecz ta jego rozwaga, ta jego oficerska stateczność, miast ostudzić mnie, podnieciła, miast ukorzyć, gwałtowniejszym, niecniejszym zatruła jadem, postanowiłem go zabić.

Grudzińska skuliła się, niby pod ciosem, fale muślinu, szeleściały febrycznie pod dotknięciem jej drobnych, smukłych palców.

Major dyszał ciężko, zdawało się, że szukał dość potężnego tchnienia, aby z głębi piersi resztę ołowianych słów dobyć, aż wargi jego spłynęły cichym, smutnym poszmerem:

– Pewnego wieczora, gdym przyszedł, aby się napawać widokiem własnego bólu, aby zasunięty w kącie salonu, poić krwawe mary, ty z nim siedzieliście pochyleni ku sobie, zaprzątnięci rozplątywaniem kolorowych włóczek. Nie zauważyliście mego przybycia. Żgnęło mnie, chciałem iść między was, spłoszyć, goryczą bluznąć, lecz zawahałem się. Byłaś, Żaneto, tego wieczora tak piękna, tak bardzo piękna, po raz pierwszy tak piękną, jakby śnionych linij posąg marmurowy życiem zakołatał, kolorami zagrał! Oczy twe mieniły się, od fioletowych błysków ku chabrom szły, na przemian – to piły, to dawały pić, to skrami rzucały, to ku skrom spragnione rozszerzały źrenice. I czoło twe ku jego skłoniło się czołu i niesforne promienie włosów twych wiły się ku niemu i ręce twe biegły po zwojach włóczki śladami jego rąk. Wiedliście rozmowę urywaną, obojętną, pustą, lecz równocześnie wiedliście inną. Słyszałem obie. I łamałem się, i chciałem zmiażdżyć was, zadławić, lecz widok twego szczęścia mnie ubezwładniał, pętał, skuwał. Odszedłem nie postrzeżony, aby nie wrócić więcej. W miesiąc potem wpada do mnie na kwaterę Skrobecki, adiutant Haukego, plotki prawić i nowych szukać, i naraz zapowiada mi nowinę, że Gutakowski o hrabiankę Józefinę się oświadczył.

 

Myślałem, że imiona przekręcił. Dla pewności idę do Kubickiego, z którym pan marszałek w zażyłości, potwierdza wiadomość. Tego samego wieczora stawiłem się u państwa, jeszcze niepewny, jeszcze nie ważący się wierzyć szczęściu. Byłaś, Żaneto, wówczas chorą; gdym się przekonał, że to nic niebezpiecznego, byłem rad twej chorobie, bo sam potrzebowałem wytchnienia, uspokojenia. Ale nim się ocknąłem, nim ze wstydem moich niegodnych pokuszeń się rozprawiłem, zjawił się on! Książę cesarzewicz, Konstanty, satrapa, ciemiężca!

Grudzińska odrzuciła pochyloną głowę i rzekła bezbarwnym, przytłumionym głosem:

– Mości Łukasiński, już powiedziałam. Cenię wielce jego osobę i boleję, że stałam się mimowolną przyczyną... Drogi nasze są różne. Nie masz prawa tak do mnie przemawiać.

– Mylisz się, Żaneto, nie sądź, iż łudzę się jeszcze, iż marzę o przejednaniu cię, o zdobyciu twej wzajemności. Ale i nie dziw się, zapragnąłbym bodaj widokiem twego szczęścia się radować, że pragnąłbym cię oglądać daleką od małych rachub, nie skalaną żadnym posądzeniem.

– Do czego zmierzasz, majorze?

– Do tego, żebyś głosu serca własnego słuchała, za nim szła. Szukaj bodaj i znakomitego imienia, patrz na bogactwa, jeżeli tak uczy cię rozwaga, sięgaj na szczyty, jeżeli podpowiada ci ambicja, lecz odwróć się od tego, który jeno cię sponiewiera, jeno podepce, jeno splugawi w tobie godność Polki.

– Nie znasz go, mości Łukasiński.

– Znałaś żeś pani Wilczka?

– Zacny oficer, lecz nad wyraz egzaltowany w poczuciu honoru. Odebrał sobie życie w napadzie uniesienia. Książę bolał serdecznie. Wy, panowie wojskowi, służbowe swoje zatargi wystawiacie nade wszystko.

– Nie miałem ani razu zatargu służbowego z księciem.

– I stąd zdumiewam się, że za tyle zaznanych względów...

– Względów – podchwycił major – nazywasz to względami! Zdaje ci się, żem mu się zaprzedał, że już nie widzę, co się wokół mnie dzieje, że przymknę oczy i zatkam uszy, aby pańskie ochłapy pożywać w zaciszu, nie słyszeć jęków katowanych żołnierzy, poniewierki tych, co dziesiątki lat walczyli za wolność, dzikiej nienawiści do każdego wyzwolonego odzewu, do każdego szczerego drgnienia polskiego ducha?! Lecz tego nawet Konstanty nie ujmie w halsztuki, nie zdławi haftkami!

– I pomyśleć, że książę uważa waszmości za jednego z najbardziej oddanych!

– Więc go, mościa hrabianko, oświeć!

Grudzińska dźwignęła się gwałtownie z ławki.

– Pozwolisz, majorze, że odejdę.

– Jeszcze słowo, więc go pani kochasz?

– Najpierw, szanuję w nim to, czego tobie podobni nie są zdolni postrzec na mustrze; dalej, żywię dlań przyjaźń, a dalej... dalej, mości Łukasiński, wolę cię zostawić w mniemaniu, że jestem tylko pustą, tylko chciwą i tylko samolubną.

Grudzińska odwróciła się i szybkim krokiem podążyła ku dworowi.

Łukasiński patrzył za nią długo, patrzył, aż mu nie znikła biel muślinów, aż szelest za klombem nie umilkł, aż roztrącone krze nie stężały w bezruchu.

Noc zapadła. Księżyc parł ku mlecznej smudze podniebieskiej, coraz ostrzejszymi kontury cienie drzew rysował, coraz baczniej każdy zakamarek ogrodu przezierał, wreszcie zawisł pod stropem gwiaździstym i poglądał natrętnie ku ławce w grabowej alei, kędy siedział Łukasiński.

Major ani drgnął, ani postrzegł wysrebrzonej tarczy księżyca, ani twarzy ukrytej w dłoniach nie odchylił. I księżyc muskał go swym trupim światłem, niby życia szukał, niby przenikać chciał, lecz snadź daremnymi zabiegami się zraził, a może zamarłe złomy ruin wykrył, bo zsunął się po wierzchołkach grabów i skrył za gąszczem koron.

– Hej, hej! Mości Łukasiński! – rozległ się w pobliżu ławki dźwięczny głos generała. – Co waszmość? Ani cię znaleźć! Jesteś, jesteś! Chodźże, chodź! Przejdziemy się, pogadamy trochę.

Baba mi natarabaniła tak, że aż muszę wytchnąć.

Major wstał z ławki i ruszył z generałem.

– Nie bierz za złe, żem cię tak długo zostawił, ale z Brońcową ani weź krócej. Mało mnie nie ususzyła z tym swoim Popowem! Radź i radź! Kiedy tu nie ma nad czym radzić, bo jej tylko w głowie, jak by ziemi się wyzbyć i za to, co warte dukata, wziąć dwadzieścia. Skąd, jak? Ano, bo majątek zrujnowała, bo o gospodarstwo nie dba, bo niech sobie kongres drugi zwołają, a niech ją za obdłużone Popowo ozłocą. Racja fizyka, pan Broniec sosy królowi przyprawia, cesarzewicz łaskaw, Nowosilcow podwieczorku nie opuści, więc amt musi Popowo przepłacić! A już ten pobyt cesarza Aleksandra w Warszawie i uprzejmości cesarskie do reszty ją zbełtały. Miał rozum Grudziński, że się z nią rozwiódł. Owego Brońca nie znam, a żal mi go. No, młyn, wiatrak, pytel, nie kobieta. A zawsze wyczupurzona, napsztęczona, wyciuciana, niby podskok małolatek. Do pani Dąbrowskiej chce, żeby przez Radziwiłła do Berlina kołatać. Pan Dąbrowski musi, Radziwiłł musi, pruska mość musi, bo murgrabinie Zamku Warszawskiego nie dość, że ją przez grzeczność marszałkową tytułują, wszyscy jako równej muszą służyć. A juści! Co zasługa, to zasługa. Pan Broniec przecież już w szóstym roku sosy Napoleonowi smaczył, a potem smaczył księciu warszawskiemu, teraz smaczy Aleksandrowi, a jak jutro Napoleon z wyspy się urwie i do Warszawy zawróci, to pan Broniec znów smaczyć mu będzie. Pan Dąbrowski z Napoleonem szedł, pan Broniec także.

Generał szurgnął nogą po żwirze.

– A gdzież ci się panna zapodziała?

– Wróciła do dworu, była zmęczona drogą.

– Niebo do ziemi z matką. Grudziński zadłużył się na córki, na pensjonacie u pani Vauché je chował, a potem aż je do guwernantki do Paryża wyprawił. Edukacji nabrały wielkiej, ale jak tam z sercem, nie wiadomo. Jedna, słyszę, za Wacława Gutakowskiego wychodzi, niechby się wszystkim równie poszczęściło. Dzieciakami je znam. Grudziński nie wymyślnego lotu człek, ale ot, człek dobry. Jest tu u nas komisarzem granicznym, żeni się drugi raz z sędzianką Białobłocką i bieduje. Obszaru ziemi dużo, ładu i składu licho. Ale Brońcowa mi nowinę powiedziała! Zajączek księciem od razu został! Panu, Dąbrowskiemu też chcieli tytuł księcia dać, ale odmówił: juści jemu nic po tym.

– Przed moim wyjazdem z Warszawy ogłosili właśnie dekret.

– Hm, hm, sam się nie spodziewał pewno, że mitra na głowę mu spadnie. I wart jej, dalipan wart, od dziewięćdziesiątego drugiego roku generali. Pomyśl, majorze! Grunt w nim zawsze poczciwy był, jeno charakter do namiestnikowania u was za słaby. Widzisz, poczuli to w nim i naprzód wysunęli.

– Namiestnik pilnie na każde skinienie Konstantego zważa.

– Wiem, wiem. Zajączek sam zgaduje swoją chwiejność, do pana Dąbrowskiego rad się zwraca cichaczem, ale rzadko w porę. Alboż dawno, jak mi pan Dąbrowski powiadał: „Zobaczysz, że Józef wszystkie swoje zasługi za życia pogrzebie. Bóg go strzeż. A Hauke? Gdybyś go był znał jak ja! A Blumer? Nie miałeś bodaj odważniejszego a zajadlejszego w legionach. Dziś to podobno nie ci sami ludzie, nie ci sami”.

– Jeden Chłopicki umiał cesarzewiczowi okoniem stanąć i do dymisji się podał.

– Nie ujmuję. Żebym wszakże był wodzem i gdybym jednym batalionem chciał dywizję nieprzyjacielską na bagnety wziąć, tobym Chłopickiego posłał; ten bo, alboby dał się w pień wyciąć, albo nieprzyjaciela by wykłuł co do nogi. I prędzej by wykłuł, niż legł, bo w hardości bitewnej nikt mu nie sprosta. Lecz gdybym z Chłopickiego miał mieć naczelnika sztabów, generała dywizji, tobym wolał się bez niego obejść. A wiesz, majorze, dlaczego? Bo on nie tylko na mnie o byle co by się uraził, lecz przedtem wszystkich swoich podkomendnych od ostatnich za lada sposobnością by zekpał. Zresztą mogę się mylić, powiadam, bo Chłopicki, gorączka, żołnierza w pasji umie pięścią zdzielić, a u nas, chwała Bogu, nie było pruskiej mody.

Toć oni do dziś oficerom trzciny do okładania żołnierzy każą nosić. A Chłopicki na starość zsierdział. Sam jestem za karnością, ale i za uszanowaniem w żołnierzu brata i obywatela.

– Niezawodnie – mruknął Łukasiński.

Generał zadumał się. Szli wolnym, ociężałym krokiem.