Księżna ŁowickaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Gąsiorowski

Księżna łowicka

Powieść historyczna z XIX wieku

Warszawa 2017

Spis treści

Tom pierwszy

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Tom drugi

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Tom pierwszy

Rozdział I

Wiosna roku 1818 dla ziem polskich zdawała się być wierną strażniczką postanowień kongresu wiedeńskiego. Bo choć po staremu, po dawnemu miała jeden i ten sam płaszcz zieleni na pokrycie całego chrobrowego władania, choć tymi samymi warkoczami słonecznych promieni grzała wszystkie złomy Rzeczypospolitej, przecież dla każdej poszczególnej części nowego rozbioru inne hołubiła nadzieje, inne budziła tęsknice, inne zawołania, inne troski serdeczne.

Więc gdy Warszawa rozbrzmiewała ochotą wskrzeszonego, a ledwie co ukończonego sejmu, gdy jako stolica Królestwa Kongresowego bramy triumfalne stawiała swemu monarsze, a kwiatami słała każdą piędź ziemi, stary gród Zygmuntowy stroił się równocześnie w kiry, żałobne przywdziewał szaty, a w grobach królewskich gotował spocznienie zwłokom Kościuszki.

Więc gdy Wilno roiło jedynie, aby „król-odnowiciel” ziścił co prędzej swe miłościwe napomknienia i Litwę obdarował statutami Kongresówki – Lwów marzył już tylko o takiej wspaniałomyślności Wiednia, która by nareszcie pozwoliła Galicji zakosztować pełni austriackiego obywatelstwa.

Każda poszczególna połać dawnej Rzeczypospolitej w inną ciążyła stronę, każda zabiegała o wytrzeźwienie się, o pojednanie z losem, o wyzbycie niedogodnych wspomnień. Każda na swój sposób zamyślała bytować, każda swoją własną rozpoczynała politykę.

I może by wiosna roku 1818 przywiodła naród polski do uznania tego nowego rozbioru Rzeczypospolitej, może by raz na zawsze rozszczepiła dzieci jednej ziemi, gdyby nie poszmer idący sponad Warty, gdyby nie rozhowor lip osłaniających prastare siedziby rycerskich rodów wielkopolskich, gdyby nie zawziętość ludu poznańskiego, co nie tylko na świętym przymierzu nie umiał się poznać, ale nawet nie chciał się pokłonić takiemu „odnowicielowi” Polski, który dzieło odnowienia począł od przyznania królowi pruskiemu kolebki Piastów.

Boć tu jedynie na pograniczu Brandenburgii, tu jedynie na ziemi Mieczysława nie próbowano nowym życiem żyć, nie kwapiono się nowemu panu, hołdować, nie przyznawano do obłąkania napoleońskiego, nie wypierano wczorajszych haseł. A jeżeli i tu przyjmowano niby uroczyste nadania królewskiej mości, to przecież snadź mając własne sprzed roku 1806 racje o pruskich przyrzeczeniach, niewiele obiecywano sobie nawet z uroczystych zaręczeń wiedeńskich.

Ponoć i sam książę Radziwiłł, namiestnik poznański a królewski kuzyn, stracił po kongresie grunt dla swych rachub, a choć na czele nowego księstwa stał, ani wiedział, dokąd iść, kędy prowadzić. Bo nie tylko Radziwiłł, ale i nikt nie wiedział, dokąd sięga zagwarantowane przez króla pruskiego prawo rozwoju narodowego, bo nikt nie zdolen był pojąć onego swobodnego bytowania skrawka Rzeczypospolitej bez Rzeczypospolitej.

Stąd cisza i przygnębienie panowało na ziemi poznańskiej; stąd tyle bywało tu wesela, ile ochoty przedostało się spoza świeżo usypanych kopców granicznych, znaczących posiadłość Królestwa Kongresowego; stąd tyle bywało myśli jasnej, ile mocy w spojrzeniu marsem okrytych twarzy, i stąd tyle tu bywało wiary w przyszłość, ile tchnienia w piersi bohaterów spod Racławic, Dubienki, Novi, Możajska, Saragossy i Lipska.

Lecz była chwila w Poznańskiem, iż zdawało się, że chmurne oblicza napoleończyków rozpromieniały; była chwila, iż nie tylko spod Targowej Górki, siedziby imci pana Amilkara Kosińskiego, zwanego popularnie „Pierwszym Legionistą”, ale już z samej Winnogóry, kędy gospodarzył umiłowany wódz, Dąbrowski, cale poważne iść zaczęły słuchy o zamysłach ministra Knesebeka, o sympatiach ku Polakom Hardenberga a śmiałych planach Boyena.

Nic by to jeszcze, żeby jeno słuchy chodziły. Lud poznański niewiele by się po nich spodziewał, ale kiedy raptem w styczniu roku siedemnastego ogłoszono nominację generała Kosińskiego na generała porucznika pruskiej armii, nad Wartą aż zakipiało. Co złuda – to złuda, a co dokument – to dokument.

W tym zaś razie dokumentem było, iż pierwszy legionista nie Prusakom będzie komenderował, gdyż sam, Litwin szczery z drohickiej ziemi, po niemiecku nie umiał, a choćby nawet regimenty pruskie legiońskiej mowy się nauczyły, toć jeszcze pan Amilkar nie żadnym rzemieślnikiem żołnierskim był, aby się obcym na instruktora wynajął. Tedy nie bez racji spodziewano się, iż po tym pierwszym dokumencie nastąpi drugi, zgoła rzecz dokładnie wystawiający, bo powołujący pod sztandary narodowe wszystkich polskich oficerów i żołnierzy na ziemi poznańskiej osiadłych.

Dla wyjaśnienia tej wojskowej formacji powiadano, jako król pruski postanowił z cesarzem Aleksandrem pójść w zawody i takoż mieć swoje polskie wojsko, i to wojsko, które by mogło w potrzebie równie zagrozić Rosji, jako polskie wojsko cesarza Aleksandra groziło Prusom.

Ten wykład wiódł niby do tego, że w razie zawieruchy wojennej pułki polskie króla pruskiego pójdą na polskie pułki Kongresówki. Nikt atoli tak dalece w dociekaniach się nie zapędzał rozumiejąc, że już by tam generałowie polscy wiedzieli, jak sobie poczynać, aby ławą iść, a jednemu i własnemu znakowi służyć.

W ślad za nominacją imci pana Amilkara gruchnęło, że książę namiestnik poznański już listę układa na brygadę piechoty i brygadę jazdy, a co z przedniejszy mi oficerami deliberuje.

Młodzież hurmem sposobiła się do zaciągu; weterani butniej poglądali na „fałdy”; krew zagrała w Poznańskiem.

Aż nagle, pod koniec roku siedemnastego, spadła nowina, iż pułkownik Dezydery Chłapowski, na uczynioną sobie przez księcia Radziwiłła propozycję objęcia dowództwa pułku ułanów, odrzekł, iż na polskim mundurze nie ma miejsca dla pruskiej kokardy.

Dumna odpowiedź Chłapowskiego jednych ucieszyła, drugich rozgniewała. Jedni chwalili pułkownikowi odmowę, drudzy zarzucali niepolityczność i usuwanie się od powinności obywatelskiej.

Ci dla tęższego argumentu jęli wykładać, jako nieprzystojnym jest, aby żołnierz tak zasłużony, jako pan Amilkar Kosiński, pruski mundur wdziewał lub choćby tylko pruskiemu sztabowi się poddawał; tamci zaś, broniąc Kosińskiego, tym zawzięciej nastawali na Chłapowskiego, tym gwałtowniej potępiali tych, co wygórowaną skrupulatnością psuli poczciwe usiłowania.

Tymczasem ci, pod imieniem których się ścierano, milczeli. Pułkownik Chłapowski nawet był wyjechał do Anglii na nauk rolniczych badanie, generał Kosiński zaś, choć siedział w Targowej Górce, tyle przecież dawał znaku życia, ile że od czasu do czasu jaki artykulik literacki w „Mrówce Poznańskiej” ogłaszał. Zresztą najbliżsi sąsiedzi „Pierwszego Legionisty” wiedzieli zaledwie, iż generał od dnia swej pruskiej nominacji czegoś spochmurniał, iż prawie nie przyjmował, od ludzi stronił, a jeno coraz częściej do Winnogóry do Dąbrowskiego jeździł.

Jakoż istotnie, gwarny podotąd dom imci pana Amilkara ogłuchł, zawarł wrota swego dziedzińca, okiennicami połowę okien przysłonił i niechętnie ku gościńcowi poglądał.

Nie brakło z początku ciekawych i natrętów, którzy mimo te oznaki łomotali do bramy, a z odwiedzinami się zapowiadali. Lecz że pani generałowa czegoś słabowała, a generał zaś dnie całe spędzał w Winnogórze, więc gość nieproszony rad nierad zawracał sprzed dwora. A że ze swej strony ani generał, ani generałowa zaprosin nie przyjmowali, przeto po pewnym czasie dwór w Targowej Górce przybrał swój dawny, szczery wygląd, nie turbując się zbytnio o gości: nikt bowiem ani śmiał przedeń zajeżdżać.

 

Stąd łatwo sobie wystawić zdumienie starego Macieja, który za ogrodowego w Targowej Górce służył, gdy pewnego popołudnia czerwcowego ujrzał pędzącą wprost ku dworowi brykę.

Stary Maciej oczy przetarł, jakby własnym nie wierząc źrenicom, za czym z groźnym pomrukiem powlókł się o kiju do bramy wjazdowej. Odsunął podpierające rozwarte wrota kamienie i bramę z zewnątrz zatrzasnął. Aż uporawszy się z wrotami, plecami się o nie zaparł i nastroszywszy siwe, krzaczaste brwi, odwrócił się ku nadjeżdżającej bryce, gotując się do solennej odprawy natręta. Ba, i do tym solidniejszej, iż Maciej żywił od dawna rankor do samego siebie za to, że na Trzy Króle landrata do dworu wpuścił mniemając, iż pan generał rozkazu do tak urzędowej osoby nie stosował, tym bardziej iż landrat wysumitował się uroczyście, jako panu, generałowi wiezie generalską pensję. Z tego Madejowego rezonowania wynikło, że pan generał landrata w antykamerze sfukał i razem z asygnatami kazał mu się precz wynosić, a Macieja zekpał tak okrutnie, jak bez mała onego Latoura, co Mantuę poddał, a niemal całą drugą legię do niewoli austriackiej zaprzedał.

Bryka tymczasem ani myślała zważać na groźną postawę starego sługi i parła wyciągniętym kłusem na bramę wjazdową. Dopiero gdy zawarta brama już wprost zagrodziła drogę bryce, stangret palnął raz i drugi z bata, a wreszcie konie zdarł i zakrzyknął raźno:

– Hej tam, brama!

Maciej na to wezwanie ani drgnął, zaparł się mocniej o wrota i kijem poszturgiwał kamuszczki, zda się ani postrzegając parskających tuż przed nim końskich łbów.

Stangret wyczekał chwilę i zakrzyknął ponownie:

– Niechże ta wasan otworzy!

Maciej śmignął kijem po kamuszczkach i bąknął opryskliwie:

– Czego? Ani dudu!

– Zejdź sam i otwórz! – rozległ się za plecami stangreta dźwięczny głos mężczyzny siedzącego w bryce.

Stangret zaczął gramolić się ze swego siedzenia. Maciej w oka mgnieniu przeszedł z obronnej pozycji do zaczepnej.

– Co to? Czego to?

– Do pana generała Kosińskiego! – odparł z lekkim zniecierpliwieniem mężczyzna.

– Nie ma rozkazu! Pani generałowa niezdrowa, a pan generał – nie ma rozkazu. Komu wola popasać, to na folwark do ekonoma. Tu ani dudu!

– Więc pana generała nie ma w domu?

– Jest, nie jest, nie ma rozkazu i kwita.

– Lecz przecież zamelduj, do licha!

– Nie ma rozkazu! – oburknął Maciej i śmignął kijem po kamuszczkach.

Mężczyzna w bryce żachnął się, odrzucił płaszcz z ramion i wyskoczywszy z bryki, szedł wprost na Macieja, zabierając się snadź do gorącej rozprawy. Lecz zanim stanął przed groźnie wyprostowaną postacią starego Macieja, wypogodził twarz ozwał się jowialnie:

– A, mości Jędrzejowski, takiego przywitania się nie spodziewałem!

Maciej łypnął szklistymi oczyma.

– Bo... a jakże, nie ma rozkazu!

– Tam do diaska, nie poznajeszże mnie, a kto ci przy szturmie Sandomierza sierżantował?

Stary drgnął, fyrknął nosem i chude, żylaste ręce ku gościowi wyciągnął.

– Chryste, a toż pan Łukasiński! Ani dudu, pan Łukasiński! Gdzieżbym nie pamiętał!

Maciej do ramienia Łukasińskiego się pochylił, lecz ten go szybkim ruchem powstrzymał i za rękę uścisnął.

– Nie, nie, mój Jędrzejowski, dziadem moim moglibyście być! Dawaj rękę, w jednym plutonie chodziliśmy. Raduję się, że was widzę zdrowym! No, a teraz mi przystępu nie brońcie, skoro przekonaliście się, żem nie Filistyn.

Jędrzejowski się zafrasował.

– Kiedy bo, panie poruczniku...

– Cóż tedy, pani generałowa cierpiąca? Pana generała nie ma w domu?

– Nie, nie to, tylko że nie ma rozkazu, to jest na odwrót: jest rozkaz, nie przyjmujemy nikogo, chyba pan Szczaniecki albo pan Prądzyński, albo ten... i ani dudu. „Bramę zawieraj i żywego ducha nie wpuszczaj”.

Łukasiński się zasępił.

– Hm! Gdybym był wiedział, pismo bym przodem wyprawił.

– Bramę kazali zawrzeć. Mnie samemu, panie poruczniku, nijako...

Jędrzejowski skrzywił się w tym miejscu z tak komiczną żałością, że aż Łukasińskiego rozweselił.

– Bramę, bramę, powiadasz. No, a furtką można?

– Fu-furtką? – zdziwił się serdecznie Maciej. – O furtce dalipan nie było mowy, więc chyba że furtka, tylko meldować, ani dudu!

– Wybornie! Tedy, mój Jędrzejowski, stawcie czoło bryce, a ja tymczasem opłotkami samotrzeć.

W razie czego, nie widziałeś mnie.

Maciej chciał protestować, lecz spojrzawszy na Łukasińskiego, jakby mu serca zabrakło na dłuższe opieranie się.

– Zekpał mnie pan generał raz za landrata, a jak zekpie drugi raz za pana porucznika, to chociaż para, a będzie lżej. Niechże pan porucznik jeno zważa na psy. Pan generał musi w ogrodzie za pałacem.

Łukasiński skierował się ku furtce między opłotkami, a dostawszy się za kamionkę, skręcił w bok dziedzińca, wprost w głąb ogrodu za dwór, upatrując w krzyżujących się a wijących na wsze strony dróżkach i ścieżkach postaci pana generała. Aż dotarł tak do kamionki pod cieplarnią i nikogo nie napotkał. Zawrócił tedy w przeciwny kraniec, lecz i tym razem nie był szczęśliwym. Była to dlań okoliczność wielce niepomyślna, Łukasiński bowiem, już wybierając się z Warszawy, słyszał o nagłym i nieubłaganym odludztwie generała, a nadto miał nie lada wątpliwość, czyli samo nazwisko Łukasiński nie starczy generałowi, aby na tym mocniejsze wrzeciądze drzwi przed gościem zamknąć.

Ale nie pora było o odwrocie myśleć, Łukasiński bez wahania z krańca ogrodu jął iść wprost ku dworowi. Lecz gdy w perspektywie alei ukazał mu się spowity winem ganek, Łukasińskiemu raptem tchu zabrakło. Zastanowił się więc, a dostrzegłszy ławeczkę darniową, osunął się na nią ociężale i tak zastygł bez ruchu, bez drgnienia twarzy, bez mrugnięcia powiek, niby pochłonięty graniem słonecznych cieni, padających z przesyconego światłem grabu, niby zasłuchany w pogwar pszczół, rozhulanych nad krzakami jaśminów, bramujących rabaty alei, niby w zapatrzeniu szukający wytchnienia dla myśli.

Łukasiński tak bezwładnie poddał się osłupieniu, które go ogarnęło, że ani nie zwrócił uwagi na odgłos żwawych kroków w pobliżu, ani nie spostrzegł drobnej, ruchliwej postaci mężczyzny w białym kitlu, która zarysowała się poza klombem i nadchodziła wprost ku ławce.

Mężczyzna w białym kitlu snadź był baczniejszym, gdyż raptem przystanął, zmierzył bystrym spojrzeniem Łukasińskiego i z wyrazem niepewności ruszył znów, aż zbliżywszy się do siedzącego, zatrzymał się i zagadnął niechętnie:

– Co tu aspan?

Łukasiński na dźwięk głosu mężczyzny w białym kitlu porwał się z ławki, wyprostował całą śmigłością swej młodej a męskiej postaci i uchylając kaszkietu, rzucił gorączkowo:

– Wszak mam honor z panem generałem?

– No tak, lecz co aspan, co tu aspan?

– Jestem Walery Łukasiński, niegdyś porucznik szóstego pułku wojsk Księstwa Warszawskiego. Generał poczerwieniał z lekka.

– Łukasiński, tak, pamiętam. Więc dziś major czwartego pułku w wojsku kongresowym?

– Tak, panie generale.

Kosiński ściągnął brwi.

– Bardzo miło, ale daruj, że bez ogródki zapytam, co pana do mnie sprowadza?

– Pragnienie przypomnienia się jego łaskawości, chęć zasięgnięcia rady.

Generał żachnął się.

– Mości majorze, o ile mi wiadomo, radzić sobie potrafisz znakomicie, a co do pamięci mej, to ta aż nadto zaprowidowaną została nowinami, na jakiego to personata u jego cesarzewiczowskiej mości wyszedłeś. Stąd wybacz, ale trudno mi zgodzić się na tak niespodziewany zaszczyt.

Łukasiński pobladł; drżenie przebiegło jego kształtnie wygięte wargi.

– Generale, mniemałem, że choć tu nie według mizernych obmów ludzi sądzą.

– Nie bierz mi za złe, mości majorze, żyję z dala od ludzi, nie przyjmuję nikogo. Gdybyś się był zapytał, uprzedzono by cię zawczasu. Wina służby mojej...

– Mego urojenia raczej – przerwał gorączkowo Łukasiński – Żegnam tymczasem.

– Bo dalipan pozwól, majorze – zaczął pojednawczo generał, którego wartka odpowiedź Łukasińskiego zakłopotała – nie rozumiesz mnie.

– Aż nadto, że generał raczył nabrać o mnie nowego wyobrażenia i to według potwarczych wieści, sam zaś ani dziwi się, iż stawiąc się tu, na wieści o nim chodzące nie zważałem!

– Jak to bo, jak to?!

– Ano, takim ci ja podobno jestem personatem u jego cesarzewiczowskiej mości, jakim pan generał u królewskiej.

Kosińskiemu krew uderzyła do głowy.

– Słuchaj, mości Łukasiński – odrzekł urywanym głosem – mam cię za człowieka honoru.

Tak rozstać się nie możemy. Tu, na tym miejscu, musimy rzecz rozstrzygnąć. Pozwól, w tej chwili przyniosę, co trzeba. Wracam natychmiast.

Generał, nie czekając na odpowiedź majora, rzucił się na przełaj ku dworowi. Zanim Łukasiński zdołał ochłonąć z pierwszego wzburzenia, Kosiński już stanął przed nim zadyszany, rozgorączkowany.

– A teraz wybieraj, panie majorze, tu masz pistolet, a tu moją nikczemną łapę: albo mi w łeb wypal, albo podaj rękę swemu dawnemu brygadierowi.

Łukasiński potrząsnął głową.

– Nie żywię urazy, mam honor pożegnać!

Kosiński chwycił majora w ramiona.

– Tak waszmości nie puszczę! Nie czyń mi tej krzywdy. Zawiniłem, lecz patrz, jakichże to sam doczekałem czasów, żółć mnie zalewa, sobie samemu obmierzłem. Panie Walery, no, już mi nie przymawiaj, korzę się przed waszecią, biję w piersi i całym sercem w dom proszę.

Major bronił się perswazjom generała i odjeżdżać chciał, lecz gdy mu Kosiński bitwę pod Żarnowcem wypomniał, a do czasów adiutanctwa Łukasińskiego sięgnął, major zmiękł i dał się powieść do dworu.

Tu ostatnie lody wnet prysły, bo generał tak zacnie do majora przemówił, że i ten roztajał i zrzucił z siebie przybraną skórę ugrzecznionej rezerwy. A dopieroż kiedy Kosiński, dając folgę poruszeniu, sfukał starego Jędrzejowskiego za to, że śmiał bryce Łukasińskiego wstręty czynić, to już taka zstąpiła pogoda a jasność, że cały dwór w Targowej Górce poweselał, a rozhowor poszedł aż ku pokojom pani generałowej.

Kosiński podczas gościa swego w kancelarii usadowił, do podwieczorku kazał nakryć, a ugaszczał.

Tu jeszcze półgębkiem odpowiadał Łukasiński, tu jeszcze generał rwanymi zdaniami ciskał, aż kiedy major, wspominając o swej podróży, bąknął coś o pruskiej granicy, Kosińskiemu potok słów zerwał się z ust:

– Patrzże, na co znów zeszliśmy! Patrzże na dobrodziejów z kongresu wiedeńskiego! Póty łzy nad nami ronili, aż nas po raz szósty pokawałkowali! No, boć szósty! Trzy były rozbiory stanisławowskie, czwarty Tylża, piąty po roku dziewiątym, szósty teraz, wiedeński! Wy tam, w tym świeżo upieczonym Królestwie, choć tyla macie, że was gromada ludu, a my tu ani jutra, ani spodziewania, ani złudy. Słyszałeś przecież, generałem porucznikiem pruskim mnie zrobili. Przyjąłem, bo mi się Radziwiłł zaklął, iż tu idzie o tworzenie polskiego wojska! I podobno Radziwiłł prawdę mówił, bo i minister Hardenberg toż samo w oczy mi powtórzył. Ale cóż, Peterburkowi się to nie spodobało i królewska mość zwinął chorągiewkę.

– Więc istotnie formacja pogrzebaną została? A też uroczyste przyrzeczenia?!

– Pod ziemią już ich nie znajdziesz. Uważ tedy, co ze mną! Ani się do Prusaków napraszałem, ani myślałem komu innemu niż swoim służyć. A tu cóż? Kosiński się na pruskiego dygnitarza wypromował, a o polskich regimentach ani słychu. Z tego, po latach tułaczki, wojowania tylem się doczekał, że mnie lada chmyza szameruje, a prusackość zarzuca! Powiedz no, panie Walery, czyli możesz teraz dziwować się, iż na cudaka zeszedłem, iż mi wątroba do rozumu się dobiera, iż rad bym każdego żgał jęzorem a przymawiał? Do czarta, a tu na ostre nie ma z kim iść, bo za plecami gadają. A przecież nie wdziałem onego munduru, którym mnie obdarzono, a przecież landratowi, co mi żołd pruski przywiózł, drzwi pokazałem! Cóż więcej uczynić mogłem? Miałżem się sam zaprosić do lochu magdeburskiego na rehabilitację?

Tfy! Lepiej nie mówić, bo jak ruszysz, to byś trzy dni pomstował i jeszcze żółci nie ulał.

Rzecz w tym, iż u nas źle się dziać zaczyna. Książę Antoni niby wywodzi, kalkuluje, pomyślniejszego wiatru wyczekuje, aleć są to koszałki opałki. My tu z pruską mością nic nie mamy do zyskania, a wszystko do stracenia.

– I my nie w lepszym jesteśmy położeniu.

Generał spojrzał uważnie na Łukasińskiego i bąknął niepewnie:

 

– Hę? Bo jakże to? Wszak ci wy w Kongresówce?

– Mamy ten sam punkt wyjścia, a nim jest powstanie! – zakonkludował z mocą Łukasiński.

Generał odsapnął, sięgnął w milczeniu po lulkę, napchał ją tytuniem, skrzesał skier na hubkę, rozżarzył ją, przyłożył na tytuń i pyknął błękitnym dymem i niby zapomniawszy o definicji majora, zagadnął flegmatycznie:

– A teraz powiadaj mi, panie Walery, jakże ci na nowej służbie pod cesarzewiczem.

– Toć pewnie pan generał słyszał: „Łukasiński oczko w głowie, Łukasiński faworyt. Chluba dywizji, chwała brygady”.

– No, a naprawdę?

– Naprawdę: tyle racji, iż o żołnierza dbam, służby pilnuję, karności strzegę, unikam hałasów o lada sprzeczkę, no i zęby ściskam.

– Twój pułk jest pod Mycielskim, w brygadzie Grabowskiego?

– Był; w roku zeszłym mianowali nam Bogusławskiego na dowódcę, a na brygadiera awansował Blumer. Grabowski został trzecim dyrektorem generalnym w Komisji Wojny.

– A cóż myślisz o Konstantym?

Łukasiński zachmurzył się i odrzekł głucho:

– Panie generale, pozwól, że zamilczę. Nie chciałbym błahego słowa powiedzieć, a na sąd bezstronny o cesarzewiczu mnie nie stać.

– Pochwalam waszmościną powściągliwość, w twoim położeniu rzekomego ulubieńca jeno ci to zaszczyt przynosi.

Major oczy przysłonił powiekami, jakby dobywające się spod nich blaski chciał skryć.

Kancelarię chwilowa zaległa cisza, aż Kosiński ozwał się zmieniając przedmiot rozmowy.

– Bardzo się cieszę, że cię oglądam, majorze. Świat czasu nie widziałem waszmości.

Zmężniałeś, anibym cię poznał. Ale, ani zgadniesz, kto mnie niedawno wypytywał o ciebie, wojewoda-generał.

– Dąbrowski?!

– Tak, zmówiło się o tobie. Generał nie mógł się dość nachwalić postawy czwartego pułku na paradzie cesarskiej.

Łukasińskiemu pulsa na skroniach napęczniały, chciał coś rzec, lecz się zmógł. Kosiński, jakby myśli majora przenikając, dodał:

– A że słyszał, iż jesteś duszą pułku, tedy wypomniał waszmości. Nie prezentowałeśże się generałowi-wojewodzie?

– Nie miałem sposobności. Podczas sejmu dzień i noc trzymali nas w koszarach; a potem do generała-wojewody przystęp trudny, szpiegów jak nabił.

Kosiński pyknął z lulki, spojrzał spod oka na Łukasińskiego i nic nie odpowiedział.

Kancelarię po raz drugi cisza zaległa. Kosiński znów niby puścił mimo uszu uwagę Łukasińskiego, major zaś, nie doczekawszy się słowa, zasunął się znów w żółwią skorupę.

Milczenie obustronne ze zwykłego przestanku w rozmowie przeistoczyło się w nieznośnie niemiłą pauzę. Na chudej, pomarszczonej twarzy pana Amilkara zarysowała się wyczekująca, skupiona flegma. Wyniosłe czoło Łukasińskiego falowało bruzdami wewnętrznej walki.

Aż wreszcie major poruszył się i zapytał raptownie:

– Czy wojewoda-generał przebywa obecnie w Winnogórze?

– Powinien lada godzina wrócić, czekam nawet na wiadomość, wyjechał w Krakowskie.

– Myślałem, że zastanę. W Warszawie mówiono mi, że wojewoda-generał wprost z sejmu do Winnogóry powrócił.

– No tak, lecz wypadło mu w rodzinne strony.

– Wszak pan generał z wojewodą-generałem w bliskiej pozostaje zażyłości?

Kosiński zasunął szyją w wystające nad chustką patermordery.

– Pych... pan Dąbrowski rad dawnemu towarzyszowi broni a podkomendnemu. Juści człek garnie się do tego jedynego serca, które zawsze jednakowo grzeje; ale gdzie tu o zażyłości mówić!

– Powiadano mi.

– Bzdury ludziska prawią! – uniósł się raptem Kosiński. – Ja w zażyłości z panem Dąbrowskim!

A organista ze świętym Józefem! Nie, nie, mości Łukasiński, nie na to osiwiałem przy Dąbrowskim, abym za pan brat był z tym, nad którego nie było jeszcze! Tak, nie było i nie będzie, bo jak ziemia takiego jednego wyda, to już jej musi na całe bytowanie starczyć!

– Prawda, generale – przyznał cicho Łukasiński.

Lecz pana Amilkara to przyznanie racji nie uspokoiło, bo bęcnął lulką o stół i ciągnął tchem jednym:

– Dąbrowski! Nasze prawnuki zbutwieją, dwadzieścia pokoleń robactwo stoczy, a on jeden zostanie! Generał i generał! Generalskich bulionów narosło niby pleśni, a iluż generałów mamy?! On jeden był od Maciejowickiej bitewki i on jeden generałować będzie póty, póki ta rozerwana ziemia się nie zewrze, póki duch piastowy nie zmartwychwstanie. Wam kongresowiakom cesarskie przepychy zaćmiły bystrość, was oszołomiły wiedeńskie przysięgi a uroczyste deklamacje wilków, którzy rok cały wyli ze wspaniałomyślnej troski o dolę barana, aż ci go porwali na części! Widzisz waszmość tę pięść? To jest mój kongres!

– Złote słowa, panie generale!

Kosiński spojrzał na rozognioną twarz Łukasińskiego i ochłódł, lecz major nie zważał już na widoczną znów powściągliwość pana Amilkara, do kieszeni surduta sięgnął, dobył papier we czworo złożony i podał Pierwszemu Legioniście.

– Oto, z czym przybywam.

Generał z pewnym zdziwieniem wziął papier, rozłożył i do oczu podniósł. Ale zaledwie przebiegł kilka wierszy, drgnął, zaszeleściał nerwowo papierem i szepnął:

– Od Wierzbołowicza... więc waszmość... waszmość jesteś tym, na którego my tu czekamy od dwóch miesięcy?!

– Na rozkazy generała!

Kosiński raz i drugi papier do oczu podniósł, jakby jeszcze mu nie dowierzał, jeszcze sprawdzał.

– Więc Wierzbołowicz w imieniu waszmościnym?

– Nie tylko w moim, generale, boć gromada nas jest.

– Tak, tak, aleć duszą tej gromady waszmość jesteś... waszmość...

Kosińskiego kurcz chwycił za gardło, poruszył wargami, lecz nie mogąc głosu dobyć, porwał Łukasińskiego za ręce i ściskał je, a w dłoniach tulił.

– Generale, nie zasłużyłem sobie niczym.

– Stokroć, stokroć! Upatrywaliśmy w tajemniczym naczelniku wszystkich, krom ciebie!

Nie umiem politykować. Owóż myśleliśmy, żeś jest jednym z tych, którzy dorwawszy się do pańskich względów, o sobie jeno myślą. A bolało nas to, dokuczało nam, boć zdolnościami się wyróżniasz, boć, co nam nie obcym, całego pułku cieszysz się miłością. Stąd dwakroć większa radość. Panie Walery, a toż dopiero siurpryzę panu, Dąbrowskiemu zgotowałeś! A patrz oczajduszę Wierzbołowicza! Była o tobie mowa przy nim, słowa nie pisnął, nawet mrugnięciem się nie ujął. A przecież szwagrem ci jest.

– Obligowałem go. I trzeba, generale, żeby i dalej tak, a nie inaczej o mnie mówiono. To boli czasem, ale i to chroni, to rozwiązuje ręce.

– Masz słuszność, majorze. Za poczciwą ofiarę podwójna spotka cię nagroda! Czekajże, dziś na noc pachołka do Winnogóry pchnę dowiedzieć się, czy pan Dąbrowski wrócił; jeżeli tak, to jutro na południe dotrzemy do wojewody. I wiesz, dla większej siurpryzy, ani nie wspomnę o twej misji, jeno wprost zapowiem, że majora Łukasińskiego przywożę.

– Wolałbym generale, żeby to najciszej urządzić. Dostałem urlop do Karlsbadu. Nikt ani nie przypuszcza, że od Krakowa skręciłem na Poznań. Bytność moja w Winnogórze mogłaby obudzić czujność szpiegów warszawskich.

– Hm, widzisz, panie Walery, bąka bym strzelił! Oczywiście, że trzeba spotkanie z panem Dąbrowskim inaczej ułożyć. Lecz polegaj na mnie, Kossobudzkiego wyprawię, żołnierzysko z kamienia, włodarzuje u mnie.

Generał się zakrzątnął, na kredensowego zakrzyknął, po ekonoma posłał i naradziwszy się z nim, do kancelarii powrócił.

Teraz dopiero rozmowa z Łukasińskim potoczyła się raźno, aż stopniowo przeszła w poszmer bratni dwóch jednakowo czujących dusz, jednakowo pragnących serc.

Zarówno generał, jak i Łukasiński nie próbowali rozbierać słów Aleksandra I, wyrzeczonych na dopiero co odbytym sejmie warszawskim, ani wypominać ostatnich awantur cesarzewicza, ani zastanawiać się nad krętactwem Nowosilcowa czy też deliberować, ku czemu mość pruska zmierza. Starczyło im dwóch zdań, aby zaniechać kwestii jasnych, oczywistych i przesądzonych dla każdego, który nie swego, lecz ojczyzny dobra pragnął, który nie ochłapu z pańskiego stołu, ale przyszłości ludu polskiego szukał.

Jakoż generał bez wstępów jął napomykać o swoich i Szczanieckiego pułkownika planach ku skupieniu patriotów, utworzeniu gromady, która by nie dała zgnuśnieć ludowi, która by ducha w nim nieciła, a tężyzną zaprawiała, no i która podałaby ręce braciom z Galicji, Kongresówki, Litwy, Wołynia i Podola.

Łukasiński wysłuchał uważnie Kosińskiego, a gdy ten skończył, zwierzył się ze swoimi zamysłami.

– Jest nas kilkunastu do dzisiaj, przy najsilniejszych zabiegach, za lat kilka może być nas kilkuset – to za mało na Polskę, a za wiele na dochowanie tajemnicy, na ustrzeżenie się wykrycia.

Werbunek jest niebezpiecznym i trudnym. Dlatego też inną drogę rad bym obrać.

Królestwo i Litwa aż się roi od wolnomularstwa, wolnomularstwo jest dozwolonym, toć nawet cesarzewicz w loży zasiada. Owóż zdało mi się, iż można by własne otworzyć loże, zmienić statuty i nie ku odbudowaniu świątyni Salomona dążyć, lecz ku odbudowaniu Rzeczypospolitej zmierzać. Do lóż takich można zgoła otwarcie namawiać upatrzonych i tam ich z wolna zaprawiać i wypróbowanych dźwigać do lóż drugiego stopnia i jeszcze trzeciego, a dopiero w stopniu czwartym pracować otwarcie.

Kosiński na ten wywód potarł zmarszczone czoło.

– Śmiały rzut, ale diablo trudny. Próbowałem tego chleba, ciężki do przełknięcia. Tłumowi nie wierzę nigdy, gromadce dzielnych zaufam zawsze.

– Niezawodnie, gromadka dzielnych znaczy więcej, ale wówczas gdy tłum jest urobionym, choć ociosanym z grubego. Zresztą, generale, nie upieram się przy moim układzie, a raczej przy układzie naszej garstki. Przeciwnie, rad będę najsurowszemu poddać go sądowi, w tym celu przybyłem. Przywiozłem szczegółowy opis.