BemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszczął się tumult piekielny. Dwudziestu naraz; mówców wdarło się na stoły, dwadzieścia zbitych uformowało się gromad. Lecz że i dwadzieścia, mównic nie mogło wystarczyć dla racji, rozpierających piersi obywatelskie gości pani Honoraty, więc, w jednej chwili, wszystkie stoły zamieniły się w mównice ludowych trybunów.

Bem tymczasem, uwięziony przez ciżbę, zalegającą wyjście z kawiarni, przechodził męki istne. Gniew, oburzenie, smutek, zniechęcenie, politowanie, ból, żałość miotały nim naprzemian. Ledwie sobą władał ledwie ustać mógł, ledwie powstrzymać, drżącą na głowni szpady rękę... Boć ta szalejąca hałastra plwała na wszystko i na wszystkich, w błędach widziała rozmyślną zdradę, pozór brała za prawdę, bluzgała kalumniami, bezcześciła już nie tylko tych, przed którymi korzyła się wczoraj, których miała za bożyszcza, za zbawców za odkupicielów lecz i tych, którzy legli i tych, którzy pod gradem kul sprawiedliwości swej dowodzili!

I Bem parł do drzwi, do wyjścia, byle wydostać się, byle nie słyszeć, byle dobyć się z tego odmętu.

Lecz, krom pułkownika, był jeszcze inny człek, który również zdawał się po swojemu rozumieć przemówienia trybunów i okrzyki tłumu. Człekiem tym był wuj Olechowski. On to właśnie piskliwym głosem intonował coraz to inną zwrotkę i z coraz to innego kąta kawiarni. A choć go ofuknięto tu i ówdzie, wyśpiewywał swoje i krążył od stołu do stołu, od gromady do gromady i, w kunsztownie zachowywanych przestankach, sięgał po niedopite lampki, kubki, szklanice i wysączał jednym haustem, co było do wysączenia. Czynił zaś to tak sprawnie, że, zanim właściciel reszty piwa, miodu, ponczu lub wina, spostrzegł się, już wuj Olechowski piszczał zapamiętale: „Nasz Chłopicki wojak, dzielny, śmiały! Wykonywać rozkazy i szturmem, brać wały!”

Krążąc tak po kawiarnianych izbach, wuj Olechowski dosięgnął miejsca, kędy Bem przesuwał się z trudem ku wyjściu.

Pułkownik, dostrzegłszy obrzękłą, fioletową twarz Olechowskiego, cofnął się, aby ujść mu z drogi, lecz Olechowski już go dostrzegł i już doń przypadł.

– Pułkowniku-obywatelu! Co to? Paje, dokąd? Jakże to?... Opuszczasz, odchodzisz, w takim dniu, w takiej godzinie, paje...

– Pozwól waćpan...

– Obywatelu, pułkowniku, generale serdeczny! W takim dniu wszyscy ob... obywatele! Daj, niech cię uściskam! „Niechaj pozna, że nie żarty, a Chłopicki niech gra w karty!...”

– Zalałeś waćpan pałeczkę.

– Bohatyra muszę uściskać! – piszczał wuj Olechowski, cisnąc się z rozrzewnieniem w objęcia pułkownika. – „Wszak my z Bemem, w imię Boga!...”

Bem odtrącił ramiona Olechowskiego.

– Co wujo, co to wujo! – rozległ się tuż zaniepokojony głosik pani Honoraty.

Bem odwrócił się ku drzwiom, lecz w tejże chwili pulchne rączki właścicielki kawiarni dotknęły jego ramienia.

– Pan pułkownik odchodzi?

– Odchodzę!

– A ja od godziny szukam pana pułkownika.

– Bardzo żałuję, mam honor...

– Panie pułkowniku – szeptał z wymówką głosik – przecież, przecież miał pan pułkownik coś do powiedzenia.

– Miałem, lecz nie mam – odparł Bem, nie podnosząc oczu.

– Boże-Boże i cóż się stało? Może pana pułkownika czem uraziłam! A tu właśnie jeden młody oficer z klubu patrjotycznego, u Lelewela podobno najpierwszy, do mnie w jakieś konkury i o co, o to, żebym go panu pułkownikowi sprezentowała.

– Więc chyba innym razem...

– Niech-że tak – lecz niech pan pułkownik nie odchodzi! – błagała pani Honorata tak smętnie, że Bemowi serce tajało. Lecz się zawziął wytrwać.

– Muszę, nie mogę...

– I cóżem ja winna, panie pułkowniku! A tak się cieszyłam, tak radowałam! Niech pan pułkownik dla mnie to uczyni – niech uczyni.

Bem bronił się, upierał, sumitował aż gdy wreszcie spostrzegł, że siedzi, pomimo zarzekania się, za stołem w alkierzyku i nie tylko w towarzystwie pani Honoraty, ale i Gurowskiego i Filialskiego i Małachowskego i Krępowickiego i czeredy rozmaitych młokosów, klubistów i kawiarnianych wycirusów – złość nim targnęła. Przerwał komplementy i pochwały, któremi Filialski na jego cześć sypał, i ozwał się bez ogródki.

– Piękne tu odbywa się dziś zgromadzenie! Zaiste warcholstwo polityczne przebrało miarę!

– Lud musi się bronić! – mruknął ponuro Krępowicki.

– Bronić! Więc niech staje w szeregu, niech gęba nie udaje zucha.

– I stanie, gdy wybije godzina – dorzucił ktoś z boku.

– Ale przede wszystkiem szanować musi władzę, mores znać dla dowódzców...

– Ale chyba nie dla tych, którzy go chcą zaprzedać! – odparł hardo Gurowski.

– Mości poruczniku – uniósł się Bem – gdybyś na polu bitwy zdobył szlufy, może byś inne miał zachowanie dla tych, których powinnością twoją jest poważać! Twym ośmnastu latom przypisuję lekkomyślne słowo!... Zresztą, w mojej przytomności, racz o zaprzedaniu dwa razy nie mówić!

Gurowski zaperzył się. Pani Honorata zaniepokoiła. Zebrani przycichli, Krępowicki uśmiechnął się łagodnie i wycedził:

– Jednakże obywatel Gurowski nie bez kozery, bo są racje do użycia nawet silnych bardzo wyrażeń...

– Ale nie takie, któreby upoważniały lada kogo do stawiania wodzów, naczelników rządu pod pręgierzem hańby! Błędy! Mogą być, są nawet błędy! Lecz daleko od błędów do podłości! Odkąd-że to na wojskowej sztuce znać się ma byle kancelista, byle kauzyperda, byle akademik! Błędy! A ten z nich największy, że niema ręki silnej, że niema pięści, że niema woli, któraby na cztery wiatry warchołów rozpędziła!

– Jakto! A wolność?! Każdy ma prawo! – odezwały się niechętne głosy.

Krępowicki zerknął z podełba na pułkownika i skinął na Gurowskiego. Ten wyciągnął zadrukowany papier z zanadrza i podsunął Bemowi.

– Proszę niech pan pułkownik czyta.

Bem rzucił okiem na druk i odsunął go ze złością.

– Kalumnie!

Odpis z protokółu posiedzenia Rządu narodowego... Ze Lwowa już sygnalizują o spisku generałów!

– Oszczerstwo! – Skąd je masz waćpan?

Gurowski musnął dumnie wąsika.

– Od Rządu narodowego!

– Panowie, ach dosyć, doprawdy – utyskiwała pani Honorata. – Róziu, każ ponczu.

Pułkownik zabębnił gniewnie palcami.

– To nie może być, nie może być! Truciznę siejecie, truciznę będziecie zbierali.

– Jako magister prawa i administracji muszę stwierdzić, że strona winna zbrodni musi być ten... – zawyrokował Filialski, tasując od niechcenia talję kart.

I my też niczego innego nie pragniemy! – przyznał słodko Krępowicki. – Sądu się domagamy – niczego więcej, tylko sądu!

– Więc nie ferujcież przed czasem wyroków!

– Panowie, jest świeży ponczyk, prosto z lodu!

– Słusznie powiada pan pułkownik, lecz, aby na piec wskoczyć, lepiej na pułap mierzyć. Musimy zbroić społeczność, musimy...

– Judzić, burzyć, do krnąbrności nakłaniać! – uniósł się Bem.

– Bronić ojczyzny, bronić jej przed zdrajcami! – odparł zimno Krępowicki.

– Patrzcie, aby was samych o zdradę nie pomówiono!

Krępowicki pobladł. Gutowskiemu oczy się zalśniły, lecz, pod śmiałem, otwartem spojrzeniem Bema, skryły swe błyski pod powiekami.

Nastała chwila ciszy. Krępowickiemu zawisła już; na ustach odpowiedź, gdy, uprzedzając burzę, pani Honorata wionęła spódniczkami między Gurowskim i Bemem i ozwała się rezolutnie.

– Magister Filialski trzyma faraona!

Filialski trzasnął kartami.

– Wola wasza! Proszę, kto łaskaw! Tuz żołędny z niżnikiem!

Dokoła magistra zadzwoniły miedziaki.

Gra zaczęła się wlec ospale. Gurowski smoktał flegmatycznie poncz. Krępowicki uśmiechał się drwiąco, pykając z fajki. Bem upatrywał jeno sposobności, aby się wydostać z kompanji, która mu coraz nieznośniejszą się wydawała.

Ale zabiegliwa pani Honorata umiała kres położyć nudzie i przymusowi, zakradającemu się do alkierza.

– Odbieram bank – pan magister pozwoli! Cztery karty ciągnę na szampana! Róziu, każ dawać!

– Doskonale!

– Ale wszyscy, wszyscy!!

– Pan pułkownik?

Bem rzucił niedbale dwuzłotówkę. Gurowski poszedł za jego przykładem.

Wniesiono butelki i szklanice.

Gra żwawiej się potoczyła. Miedziaki zastąpiło srebro. Gurowski, po kilku stawkach, przestał grać. Bem dostawiał złotówki, nie troszcząc się wcale, iż zaczęło mu ich przybywać, a natomiast szukając daremnie przyczyny, dla której twarz pani Honoraty wydłużyła się melancholijnie.

Po czwartej karcie, główka pani Honoraty pochyliła się ku Gutowskiemu, a głosik jej zabrzmiał nieśmiałą wymówką:

– A pan, panie poruczniku?

Bema tknęło.

Gurowski roześmiał się pobłażliwie.

– Nie gram w pliszki!

– Nawet ze mną... – szepnęły sentymentalnie wydatne, czerwone usta właścicielki kawiarni.

– Z tobą pani nadewszystko. Po dukacie najmniej, służę...

Filialski zarechotał z ukontentowaniem.

– Che-che, a cóż radbym się akkomodować!

– Ano, ano, kusz to kusz! – wtrącił się Boski.

– Niech po dukacie! – Albo, albo! – Krótszy rachunek! – Dosyć złotówek! – ozwały się różne głosy.

– A jak wygram? – zagadnęła wdzięcznie pani Honorata, tonąc w spojrzeniu pięknego porucznika.

– Tembardziej przegranym nie będę...

Pani Honorata pokraśniała.

Bem zagarnął porywczo swe złotówki i podniósł się.

– Co to? – Jakto? – Pan pułkownik odchodzi?

– Muszę.

Pani Honorata milczała.

– Pułkownik po dukacie nie lubi – przyświadczył Boski.

– Słusznie – mruknął Krępowicki, bo jeden dukat gotów zgarnąć wygrane złotówki!...

 

Bem rzucił dukata na kartę.

– Zwracam je waćpanom.

Gurowski pociągnął i, wygrawszy, odłożył na bok dukata pułkownika.

– Tego biorę sobie na inkluza!

– Pewnie, Adasiu – zarechotał Krępowicki – bo takiego drugiego się nie doczekasz!

– Owszem, jest drugi! – przerwał ostro Bem.

Gurowski znów wygrał.

Krępowicki parsknął śmiechem.

– Adasiu, nie zapominaj, że sam w artylerji sługujesz!

W pułkowniku krew zakipiała. Stawiał dalej, stawiał na oślep, pragnąc za wszelką cenę zgasić triumfującą minę porucznika. Szczęście atoli trwało przy Gurowskim.

Za siódmym razem, Bem znalazł już jednego tylko i okrutnego kulfona w sakiewce.

Gurowski dostrzegł pomieszanie swego przeciwnika.

– Pan pułkownik ma zadość!

– Nie – jeno nie spodziałem się takiej gry. Trzymam; na słowo do jutra pięć dukatów.

Gurowski potrząsnął obojętnie głową.

– Wybaczy pan pułkownik, gram o to, co leży na stole!

– Śmiesz mniemać...

– Broń Boże! Taką mam zasadę... Proszę! Dama czerwienna!

Bem spojrzał dokoła, jakby sukursu się spodziewał, nikt ku niemu nie odwrócił głowy. Pani Honorata, pochylona ku Gurowskiemu zabawiała się ustawianiem ruloników złota.

Pułkownik ku niej wzrok wytężył, od niej zdawał się jeszcze czekać słowa, znaku. Napróżno.

Twarz pani Honoraty mieniła się kolorami, oczy jej żarzyły się, pierś falowała, lecz ku junacko podkręconym wąsikom Gurowskiego, ku złotym krążkom, piętrzącym się pod jej pulchnymi paluszkami.

I Bem widział i rozumiał niepokój pani Honoraty, gdy który z partnerów, ratując przegraną, dwoił stawkę, widział, jak brewki właścicielki kawiarni ścigały gniewnie każdego, odebranego porucznikowi, dukata, a jak uśmiech witał wracające znów powodzenie.

Przy stole ustały raptem i wykrzykniki i rozmowy. Ten i ów, rzucając, pieniądz, stuknął energiczniej ręką, ten i ów odsapnął mocniej, cmoknął z hałasem wina ze szklanicy – lecz nikt ozwać się nie ważył.

Tymczasem gra, która faworyzowała Gurowskiego, jęła się chwiać ku Filialskiemu. Magister prawa i administracji już po czterykroć zagarnął podwojone stawki. Pani Honorata zmieszała się. Gurowski się nachmurzył.

Bema opanowało uczucie zadowolenia. Filialski nie dał szczęściu zasypiać. Dziesięć dukatów wysunął... i podwoił...

Pułkownik zmrużył oczy. Jeszcze jedna karta, jedna tylko i skończy się... weźmie nauczkę!...

Filialski stęknął.

Bem dźwignął powieki. Promieniejąca twarz pani Honoraty starczyła mu za odpowiedź.

– Kaduk obywatelowi sekunduje! – sapał Filialski.

Gurowski wzruszył ramionami. Pani Honorata zaparła rękę na oparciu krzesła porucznika, tak że jakby ramieniem go otoczyła.

Gra, po chwili konfuzji, spowodowanej porażką Filialskiego żwawiej szła. Tym razem nasadził się na bankiera major Boski z Kraińskim, kapitanem, który był między partnerów niepostrzeżenie się wsunął.

Zapasy były zawzięte. Major lewą stronę obstawiał, Kraiński prawą. Szala więc Gutowskiemu nic nie dawała. Ale, gdy sądzić można było, iż porucznik nie ujdzie cało – naraz dwa, idące po sobie, przyszły mu dublety. Major zaklął...

W tym momencie pułkownik z pasji raczej, niż kalkulacji, dobył nieśmiało swego ostatniego kulfona i, pod ramieniem pani Honoraty, pchnął ku leżącej ósemce dzwonkowej.

Po chwili, Gurowski rzucił kulfonowi wygranego dukata, nie bacząc nawet do kogo należał. Bem nie sięgnął doń również.

Lecz podwojony kulfon zmógł „gółkę” „ryndzią”, a dalej „mogączkę” „kinalem” i wten sposób, w ośm dukatów się zamienił.

Gurowski poruszył się niepewnie.

– Czyja stawka?

– Niech leży – bąknął pułkownik.

Pani Honorata szarpnęła kątem ust. Gurowski skrzywił się pobłażliwie, pociągnął z talji i przegrał.

– Sługa pułkownika – wycedził przez zęby, odliczając mu szesnaście dukatów.

– Niech leżą!

Porucznik zaperzył się, odkrył pierwszą kartę – miał wyżnika żołędnego – i roześmiał się doń w głos.

– Panfil!

– Proszę o drugą.

Gurowski odsłonił następną i śmiech uwiązł mu w gardle. Bem pobił go tuzem czerwiennym.

Pułkownik sięgnął po wygraną. Pani Honoracie oczy zaiskrzyły się.

– Zabiera pan, lepiej rejterować zawczasu! – rzekła z przekąsem.

– Nie widzę na stole ekwiwalentu!

– Jakto, jakto?! – zachrypiał ze złością głos Gurowskiego, a ręce jego zaczęły przebierać gorączkowo, leżące przed nim pieniądze. Lecz z wielkiego rozdrażnienia możeby się nie doliczyły trzydziestu dwóch dukatów, gdyby nie zwinność pulchnych paluszków właścicielki kawiarni, które, zaszeleściwszy spódniczkami, pośpieszyły na odsiecz rękom porucznika.

– Proszę, proszę, jest pełny ekwiwalent! – wykrzyknęła hardo pani Honorata.

Przy stole cisza zaległa. Gracze skupili się i zaparli oddechy. Karta pierwsza poślizgnęła się niepewnie.

– Dama! – szepnął major.

– Zdradliwe stworzenie! – dodał Filialski.

– Mocne – zaświadczył Krępowicki – trza nań króla albo tuza!

– I jest tuz! – wybuchnął Filialski, który był za każdem drgnieniem ręki Gurowskiego szedł.

Rozruch wszczął się w alkierzyku.

– Dziw, dziw! – Toć dopiero! Sekwens cały! – Ani się kto spodział! – A świerzbiło mnie, żeby trzymać z pułkownikiem! – Trafiłeś, poruczniku, na adwersarza!!

Gurowski siedział bez ruchu, blady, osłupiały. Bem z zimną krwią zawijał rulon dukatów w skrawek gazety, czem tak był pochłonięty, iż nie widział nawet błyskawic, idących ku niemu z czarnych, podcienionych oczu pani Honoraty.

– Tak nie może być – ozwał się jowialnie magister – abyśmy, po tak srogiej balalji, mieli się na sucho rozstać! Pułkowniku, na wąpiu mi się zwija z czczości...

– Zarządź proszę!

– To rozumiem! Róziu! Węgrzyna!...

– Za pozwoleniem! – jeszcze nie koniec gry! – ozwała się niespodziewanie pani Honorata. – Trzymam na kwit!

Bem podniósł głowę. Oczy jego trafiły na wyzywające spojrzenie.

– Na kwit! Pieniądze?! Są!... Tu pięćdziesiąt, tu dwanaście! Magister Filialski niech ciągnie!

– Nie pani kwit się należy.

– Ja trzymam! – warknął Gurowski, przysuwając do się wysupłane z woreczka przez panią Honoratę, dukaty.

Filialski bęcnął kartami.

– Zbieraj, majoruniu!

Ledwie Boski swą szeroką łapą rozdzielił karty, Filialski już je pochwycił, już odsłonił dwie pierwsze i już zaskrzeczał.

– Złotko idzie sobie do złotka!...

Gurowskiego muskuły na szczękach zakołatały.

– Trzymam dwieście dukatów na parol do jutra rana!!

– Mówiłeś waćpan przed momentem...

– Tak, ale nie w tem zdarzeniu! Rewanż mi się należy!...

– Należy się porucznikowi! – ujęła się ze wzburzeniem pani Honorata.

– Prawda – prawda! – przytwierdzili Kraiński z Krępowickim.

– Obywatele, jeno warunek! – rechotał Filialski – zwycięzca płaci po butelce na głowę!!...

– Śpiewajmy jeszcze mazurka, dopóki nam służy „Dziurka”, póki trąbka”... – zapiszczał głos z boku.

Pani Honorata porwała się, jakby ją żmija ukąsiła.

– Co wujo mi tu wyprawia!

– „Bez kawiarni Honoratki nie masz”... – intonował Olechowski.

– Więc trzymam dwieście na parol! Do jutra! Przy świadkach.

Bem zmarszczył się.

– Ja pierwsza! – wmieszała się pani Honorata, zdążywszy już rozprawić się z wujem Olechowskim.

– Mówiłem, że dama zdradliwa, ale mocna.

– Przyjmuję, bo licho mi po dukatach – lecz warunek. Najpierw gram o tyle ile tu leży przedemną, o sto dwadzieścia ośm dukatów, – a powtóre, po jednej nie gram więcej i więcej na kwit nie idę.

– Ani ja!

Karty w rękach porucznika trzasnęły i jęły mijać się dziwnie.

– Jeszcze słowo. Major Boski zechce ciągnąć.

Gurowski zaczerwienił się po same białka i rzucił karty majorowi.

Boski zaczął je tasować niezgrabnie. Pułkownik kończył zawijać nowy rulonik dukatów. Pani Honorata darła rąbek szalika. Magister Filialski pomagał Rózi nalewać wino a dogadywał jowialnie.

– Cóż, akuratny faraonik, nie ma co. Kurtę nam skroił pułkownik rzetelną! Takiej procesyjki dubletów, od czasów szambelana Friebesa, nie oglądałem, dalipan! – Na kuraż, obywatelu poruczniku, do dna! Friebes tak właśnie szedł, w piekło po swoje! – A lampka – Małachowski takoż czka i chłepce, jako niegdy kawaler de Bolesza! Ciągnij fortunę za ogon, majoruniu...

– Zaniechaj pan!

– Silentium!

Boski uporał się nareszcie z kartami.

– Zaczynam.

– Pancerola! – zaskrzeczał Filialski, na widok szóstki winnej.

– I niżnik dzwonkowy! – dokończył Kraiński.

– Wisisz, Adasiu!

Gurowskiemu oczy zmętniały.

– Zdrowie pułkownika!

Bem podniósł się z ławy.

– Jakto, obywatelu – zaprotestował Filialski – odchodzisz?

– A wino, wino, obywatelu!

– Jakby w „chapankę” grał! – syknęła przez zęby pani Honorata. – Róziu, ile za butelki?

Bem spojrzał prosto w złe, błyszczące pasją oczy właścicielki kawiarni i rzucił pogardliwie rulonami złota.

– Masz tu pani za wino i za swe trudy!

– Skądże – jakże!? – wykrzyknął ze zdumieniem Filialski. – Więc w takim razie kolejka dla wszystkich?!

Lecz Bem, nie zważając na magistra ani na poruszenie kompanów – odwrócił się i wyszedł z alkierza.

VII.

Profos Dziurbacki ledwie około północy dowlókł się na Zapiecek, do kamieniczki i na poddasze, kędy, u kumy Olesiowej, stancyjkę, a raczej norę pod dymnikiem trzymał.

Paralityczka, na widok swego komornika, a jedynego opiekuna, aż zadygotała na barłogu. Ale profos ledwie że ją pozdrowił a wybełkotał słów kilka w odpowiedzi na żale Olesiowej, jako szewczanki dowołać się nie może, jako ochędóstwa żadnego jej nie daje, a jako pół dnia bez kropli wody ją trzymała.

Paralityczkę strach ogarnął i ścigające ją od dziesiątków lat lęki przywiódł.

– Jegomość, a może „Szuwarów” idzie!? Hę?

– Et tam, koszałki – miałby po co z tamtego świata!

– Bo jegomość skwaszon...

– Napij się, kumka, mleka. Jest pełen kubek!

Ręce paralityczki zatrzęsły się łapczywie.

– Daj jegomość, daj! Przymieram głodem. Wszystko mi zje, wszystko wypije... Um! A jak przyjdzie? Hę? Myślicie!? A król jegomość w Grodnie!

– A Sobieski pod Wiedniem.

Olesiowa mrugnęła z wysiłkiem zaropiałemi oczkami, klapnęła śpiczastą szczęką i zdziwiła się.

– Przecież mu Stanisław!

– Oo – właśnie, mosanie!

– Widziałam go, jakby jegomości, srebrzysty cały, głowa napudrzona, pazie niebieskie dokoła...

– Chcecie pytlowego!

– Um! Dajcie jegomość! Dajcie!...

Paralityczka chwyciła za pajdę chleba. Dziurbacki poprawił jej wezgłowia i, nie bacząc na szeplenienie kumy o „Szuwarowie”, który niechybnie na Zapiecek się wybiera, przystawił małą drabinkę do otworu w kącie ściany, wspiął się i wsunął weń na czworakach. Tu dopiero, podpełznąwszy nieco, zmacał zrębu komina, wyprostował się, skrzesał ognia i zapalił ogarek.

Ogarek zaskwierczał przeraźliwie i oświetlił żółtym, migotliwym płomykiem rezydencję profosa Dziurbackiego.

Rezydencja ta, na pierwszy rzut oka, wyglądała na wielką, nieogarniętego rodzaju rupieciarnię, tulącą się do belkowań i skośnych linij poddasza. Dopiero, po bliższem jej przyjrzeniu się, chaotyczna rupieciarnia przeistaczała się w szereg rozmaitego gatunku i charakteru lamusów. Więc, gdy w jednym kącie, pod powałą, zdało się, że krawiec wojskowy składał tu wszelkie gałgany, a zbywające części odzieży – w drugim, możnaby przysiądz, że płatnerz z puszkarzem trzymali podręczny arsenalik. Tu nagromadzone butle, słoje, pudła, zdaleka wiały wyziewami jakichś soli osobliwych a ziół – ówdzie piły, młoty i młotki, cęgi i naczynie majsterskie cztery naraz przywodziły kunszty; – ówdzie kupy żelastwa, stosy drewien, kołów i kołków, patyków, wyznać się w ich przeznaczeniu nie pozwalały. Jeden tylko szary pokład pyłu był tu wszędy ten sam.

Dziurbacki, ledwie okiem rzuciwszy po swojem dziedzictwie skierował się za mur komina, kędy, wciśnięte pod więźbą drewnianą dachu, widniało posłanie a przed niem, do komina przyparły, czerniał szeroki stół.

 

Tu profos postawił ogarek na stole. Odetkał otwór w dymniku. Ściągnął z siebie pas i mundur, otarł potem zroszone czoło i przysiadł na posłaniu.

Ciężko mu czegoś było na sercu, nijako.

Inaczej sobie powrót układał, inaczej spekulował. Wszak ci głowił się już dwa dni, czyli swój „magazyn ubiorczy” przenieść do „ludwisarni”, czyli „skład porządków” złączyć z rymarskim warsztatem, a jako najporęczniej będzie deskami kącik zagrodzić, aby Antoszce było prawie na nowej kwaterze. Miał już w myśli wyliczone, czego trza będzie takiej izdebce dokupić, a czego trza dziewczynie, aby opiekłymi huzarami z pod mentyka nie łyskała, bo co ujdzie w obozie, to w mieście nie uchodzi. A co pasuje cygańskiej znajdzie, to cale nie przystoi Staszkowej wnuczce... I cóż – i na jedno znalazł radę i na drugie znalazł – aż tu, niby go obuchem. Pułkownik do niego – „na poniewierkę jej nie dam”... a tamten śmignął mu bryką... Do Leszna majaczyła mu się. Tchu mu brakło, lecz nie ustawał, żeby wiedzieć akuratnie, bo nie ochapiał, bo go ciągnęło, bo smarkata mores powinna znać i dla dziadowego ozwania mieć sentyment. A ona, cielę, nie cielę, niby kurczę, wiezione na targ w kobiałce, ślepiami myrdnęła, łbem pokręciła i pędziła, gdzie konie poniosły. Na Lesznie, bryka hyc w bok i w uliczkę, około koszar artylerji, i ku Długiej – profos za nią – dopadł węgła, patrzy, ani bryki, ani Antoszki! Pasja go zdjęła. Poszedł w jedną ulicę, w drugą, na prawo, na lewo znów do miejsca, kędy był z oczu bryczkę stracił. Zaglądał na podwórza, myszkował po zajazdach, nigdzie śladu. Lecz z umęczenia się uspokoił. Już Staszek, nieboszczyk, ciemięgą był nielada, bo ani weź do pojęcia nie brał, że kto się na Kurpiach rodzi, temu z harmaty pudłować wolno, lecz tego prawo, choćby krzyka podejść z krucicy. Ciemięgą był, ale miał szczęście. Siedm razy się wylizał i dopiero ósma mu się dobrała pod serdeczne żebro. Takoż i ta śmierducha. Zawieźli ją gdzie do pańskiego dwora. Jej co! Myrdnęła po swojemu ślepiami i rozpiera się w cycowem krześle. Tak sobie myślał profos. Aliści, przy Miodowej tuż, patrzy, trajkocze pusta bryka. Ten sam srokacz z wysiapanym ogonem i taż sama kusa, spasiona kobyła cisawa, białonóżka. Dziurbacki do bryki i do pachołka.

– Stój sam! Poczkaj! A dokąd żeś to, bratku mosanie, zawiózł niby swego pana z tym tam?...

Pachołek, za całą odpowiedź, ciął konie przez łeb.

Bryka zawinęła w bok i, zanim Dziurbacki zdołał pomyśleć o wpadnięciu obces na pachołka, pomknęła, jak opętana, w ulice...

Teraz profosa już niespokojność prawdziwa zdjęła, teraz do reszty odbiegł go rezon.

– Bem! Bem juści, jak Bem! Szczery człek był, ale jemu cóż do Staszkowej wnuki. Młokosowi przyszło rozkazać tak i tak, a tu coś może tak a może nie tak! Smokiem żadnym nie jest, ni upiorem, aby odeń, jak od zapowietrzonego, lada parobas! Musi inaczej. Pułkownicka racja jedna, a profosowa druga. Każdy po swoje... Ucapi pułkownika i wyłoży, a no wyłoży, że mu potrzeba wiadomości, gdzie i u kogo i co? I śmierduchę odnajdzie, a jakże, i dopiero niech zna siaka, niech się rozumu uczy, że Kurpianka takoż ma się czem pieczętować. A jak nie zechce? A jak jej zapachniały pańskie fumy, dworskie ogryzki?!...

Dziurbacki, który był właśnie nad znalezieniem odpowiedzi na to pytanie się głowił – stęknął ze złością.

– To niech ją, mosanie! A niech przepada nicpotem, niewdzięcznica. Pewnie – Staszkowa krew. Słuchać nie chciał, na umór wziął i bełtał się po Italji, aż się dobełtał. Tfy! – Samotrzeć chodzi tyle lat po świecie, to i chodzić będzie i nic mu nie ubędzie. Et tam, co tam – tydzień łasiła się, niby pies do kija i tyle. I dobrze. Nie na to całe życie prawie w pojedynkę był, aby niańką czyli utrzynosem cygańskim zostać. A cygańskim, a ma się wiedzieć! Albo jeszcze gorzej! I jeszcze – może niewiadomo, ileby trzeba było wysupłać. Lepiej niech sobie w skrzyni siedzą, w zaciszu! Ho-ho, widziało się, obieżyświatowi! Tego jej się zachciewało! Niedoczekanie! Łaska boska!...

Tu Dziurbacki sięgnął za pazuchę i dobył szarego, mocno wyładowanego a rozpłaszczonego mieszka. Położył go na stole, sznurek rozsupłał i potrząsnął zlekka. Z mieszka wytoczyły się na prześcigi złote i srebrne monety z całym tuzinem wielkich, bombiastych, srebrnych guzów.

Profos zaśmiał się zcicha i jął przezierać z ukontentowaniem zawartość mieszka. A była ona znaczniejszą, niż sobie Dziurbacki kalkulował. Samych rubli złotych katarzyńskich, cieniutkich, iż w palcach się gięły, naliczył kopę. Aż nie do wiary, żeby z tylim majątkiem do bitwy stawać i, co trudniejsze do pojęcia, bimbać tem w sabeltaszy! Snadniej już było temu hulanowi w czapie z temi dwuzłotówkami!

– Niema co, silna była rozprawa. Nie spodział się. Po omacku prawie, bo już i ciemno było, myszkował a zgarniał przed maruderstwem. A myślałbyś, że drugie się przydarzyły Ponary, kiedy to przy lada zmarzlaku bywało tyle napoleondorów, co robactwa.

– Cie, dopiero Ostrołęka! Eh-he, gdyby wonczas ten sam rozum miał, kiedy w legji na bosaka dreptał! Pod Hochenlindą, czy jak tam, że piechurkowi austrjackiemu ciżmów ulżył, to póty mu chodziło po rozumie, aż je zzuł i precz wyrzucił. – Głupstwa mu czmerały, gdzie nie potrza, i tyle. Niby na tamtym świecie wiele komu z chudoby! I potem, gdy przejrzał, ile zmitrężył, zanim się nauczył, że co huzar w sabeltaszy trzyma, sztabowczyk w ładownicy, tego u linjowego biedactwa i szukać nie warto. Eh, gdyby wonczas ten rozum, miał!

Profos westchnął i zapatrzył się smutnie. Naraz, z pomiędzy guzów srebrnych, wyjrzały ku niemu szklane, wytrzeszczone oczy...

Dziurbacki wzdrygnął się, nachmurzył i splunął siarczyście. Poczem, z pod desek posłania, wysunąwszy szeroką, w żelazne kucia ujętą, skrzynię, otwarł ją kluczykiem, który miał, pod koszulą, na szyi zawieszony i podniósł wieko.

Wnętrze skrzyni zagrało złoto-srebrnemi blaskami.

Żółta pomarszczona twarz profosa rozpogodziła się na widok tak znacznego dobytku.

– Ciułało się, aż się naciułało! Z mędel albo i lepiej nacji by tu znalazł. I cóż, holendry z napoleondorami i czerwonymi złotemi w zgodzie sobie leżą. Ryngraf francuskiego adjutanta spoczywa obok złotych przetyczek angielskiego kwatermistrza, cebulasty, sadzony zegarek, co się pod Smoleńskiem przy neapolitańskim gidzie po ziemi tułał, drzemie sobie we wzorzystej, emaljowanej tabakierce, co umie poloneza wygrać. Wszystkiemu tu dobrze i przytulnie...

Dziurbacki ujął za czworogranne, perłami upstrzone puzdereczko, poniósł je z lubością do światła i otworzył. Dwa sygnety łysnęły ku niemu kolorowymi kamieniami i przypomniały wielkiego kirasjera z rozpłatanym czerepem...

Profosowi, na to wspomnienie, okrutnie uciesznem się zdało, że taki chłop sążnisty, miast z manierką, z takim oto klejnotem po bataljach się wodził, więc skrzywił się jowialnie. Gdy naraz, tuż w pobliżu, rozległo się jakby przeciągłe, żałosne westchnienie...

Dziurbackiemu czupryna się zjeżyła. Puzderko wysunęło mu się z palców i upadło z brzękiem między kosztowności.

Profos obejrzał się niepewnie dokoła, zgarnął, leżące na stole, guzy i pieniądze, wrzucił do skrzyni, zatrzasnął ją z hałasem i wsunął pod posłanie. Zaczem ujął za mieszek, aby go między rupiecie wziąć, gdy z mieszka, wyślizgnął się jakiś, papierami nawpół owinięty, przedmiot. Dziurbacki uwolnił go z papierów, spojrzał i wykrzyknął z podziwu.

Z misternie oprawnej miniatury wychyliła się ku niemu Antoszka.

Też same włosy, oczy, twarz żywcem taż sama, jeno kształtniejsza, pełniejsza i ramiona nie takie drobne, zbiedzone...

Profos aż okulary na nos założył i precz poglądał a głową chwiał a napatrzeć się nie mógł.

Po chwili, kiedy z pierwszego wrażenia ochłonął, spostrzegł na odwrotnej stronie miniatury koronę, a pod koroną nadpis.

Dziurbacki skupił uwagę, bo w czytaniu nie był mocnym. Rozróżnił literę ka, potem be po dwóch brzuszkach poznał, doszedł i pozostałych, lecz gdy skleić je chciał, wychodził mu cudak, brzmiący raz Kdescer, raz Kbdesery, to znów poprostu Bgdecery.

Więc po daremnych wysiłkach dojścia do zdrowego sensu liter na miniaturze, zaniechał sylabizowania i do porzuconych papierów sięgnął. Tu atoli na uczoność starego żołnierza sroższa czyhała zagadka.

Papiery owe bowiem wyglądały na pakiet z wojskowemi depeszami, pakiet zapieczętowany uroczyście i zygzakami upstrzony.

Dziurbacki zafrasował się, czyli mu go otworzyć należy, gdy pieczęć, nadłamana przy peregrynacji w mieszku, sama się rozwarła. Profos dobył skwapliwie zawartość pakietu i na dobre się zakłopotał. Bo przy naciukanym literami świstku znalazł znów pakiet i jeszcze staranniej, choć inaczej, zapieczętowany. Profos zerknął po nadpisie, po świstku, lecz się niczego nie mógł dorozumieć. Gotów był przysiądz, że widział w którymś kraju podobnie pisane i kręcone litery, ale to i wszystko, czego dociekł. Lecz stąd zawziętość w nim się ozwała. Nie namyślając się, szarpnął za pieczęć nowego pakietu. Wypadły zeń trzy mniejsze, a każdy z nich innym herbem znaczony, inaczej wypisany.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?