BemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V.

Tego samego dnia pani Honorata, nadobna właścicielka sławnej na całe miasto, na kraj cały, kawiarni, w nielada była opałach. I tym razem nie z desperacji już, że konkurentka jej, Kościołowska, rezydująca w sąsiedniej „Dziurce” ma więcej od niej gości, lecz z nadmiaru powodzenia i niespodziewanego powodzenia.

Kawiarnia bowiem pani. Honoraty srogi przechodziła kryzys. Po dobrych dostatnich czasach przed rewolucją, kiedy to dzień dnia zarobek płynął nie wielki, ale pewny, bo ćwik, faraon czy putyfonik, w bocznej izdebce, wlókł się nienajgorzej – miała „Honoratka” czasy złote. Tu przecież, u niej, zakładało się Towarzystwo patrjotyczne, tu, bez mała, cała czyniła się rewolucja, tu wsuwał się sam Lelewel, tu na personata rósł Mochnacki, tu aż mury trzęsły się od akademików, obywatelów, patrjotów. Tu przecież sam Różniecki, sam Lubowidzki do pani Honoraty się wdzięczył. A że pani Honorata miała zręczność i przytomność, więc wszyscy byli jej radzi i ci i tamci i złote były czasy. Trwały one jeszcze i za Chłopickiego i do niedawna prawie. Kościołowska z „Dziurki” obniżyła ceny, taniej dawała od niej i poncze i fajki, montowe taniej i flaki taniej i owsiane taniej, – plotkowała, obgadywała, że pani Honorata miała starego Gendra za kochanka, że była szpiegiem, że za kradzione w komisarjacie ubiorczym założyła kawiarnię – nic nie mogła. Ludzie nie patrzyli na taniość, nie patrzyli na zestrojone w „Dziurce” dziewczęta, jeno szli do Honoratki. Tu bowiem były zgromadzenia, tu układały się polityczne racje, stąd szły nowiny, stąd hasła biegły na całą Polskę, tu dopiero było wiadomo, co dobre a co złe. W pałacu Radziwiłłowskim był Rząd, na Zamku senatorowie z posłami się wodzili, ówdzie był wódz naczelny, generał-gubernator miasta, urzędy, komisje, a tu, u Honoratki, było wszystko razem. A jak trzeba było, to sobie choćby sam poseł stanął na stole, na stołku, i mowę ciął, że aż szkło dzwoniło na szynkwasie.

Bywało wówczas, iż pani Honoracie aż ręce omdlewają od przebierania w pieniądzach, a tu do białego dnia goście siedzą, rozprawiają, nastręczają się jeden przez drugiego, że trzeba całej przytomności pani Honoraty, by sprostać, by co należy każdemu, według honoru, by nie zrazić, nie uchybić a nie obligować się samej. Pani Honorata nie żadna Kościołowska z „Dziurki”, żeby z lada wasąga zleciała.

I tak trwało długo. Pani Honorata już kalkulowała sobie, że gdyby tak do końca roku wytrzymać to, potem, bierz licho. Nie do wysiadywania za szynkwasem się rodziła. Wiedziała, czego jej trzeba. Kapitanową mogła była oddawna zostać, lecz ona wyżej patrzyła. Kapitaństwo zresztą nie uciekło.

Szło więc wszystko, jak z płatka, gdy, w tem, grom, grom uderzył w kawiarnię.

Mochnacki, który, podczas dyktatury, za Warszawą przepadał, zjawił się raptem. Pani Honorata najpiękniej, najżyczliwiej ucieszyła się jego powrotowi. On niby także. Przez tydzień coś wdzięczył się, pił kawę na kredyt, na kredyt ćmił fajki – aż pewnego wieczora, na stół wskoczył i palnął mowę...

Mowę o tem, że Towarzystwo patrjotyczne musi wziąć rozbrat z ośmieszającym je przydomkiem, że, dzięki tej szynkowni, zwą je powszechnie „Honoratką”. Że dla Towarzystwa stąd dyshonor i kompromitacja, bo mimowolny domysł, że uchwały nie tylko ze ścierania się poglądów, lecz i trącania się szklanic powstają, że zgromadzenie, niosące tak wysoko sztandar godności i obowiązku obywatelskiego, niema prawa w karczmie rezydować...

Tak przemówił Mochnacki.

Pani Honorata, podczas, w bocznej nawie sali gościnnej, rozmawiała najspokojniej z Kraińskim, co to metrem tańca był i balety wytańcowywał, a teraz mundurem kapitana gwardji narodowej straszył. Pani Honorata nie słyszała, co mówił Mochnacki, bo w nawie, pod arkadą, przy rozgwarze, nie słychać, co na sali. Lecz widziała go doskonale. Stał na krzyżowym stole, fontaż mu wiuwał, głowa rozczochrana, wypieki na twarzy, gest okrutny, no, jak to Mochnacki. Jeszcze pani Honorata mówi do Kraińskiego.

– Coś chyba będzie nowego, bo Mochnacki nasrożony bardzo.

Kraiński nie zdążył odpowiedzieć, gdy przypadła do pani Honoraty Rózia.

– Słyszy pani, słyszy?!... To wszystko na naszą kawiarnię...

Pani Honorata juści zrozumieć nie mogła, więc dopiero co, kto, jak... A tu Mochnackiemu krzyczą na wiwat i wołają, jak opętani.

– Prawda! Wielka prawda! – Dosyć karczmy! – Towarzystwo nie jest Honoratką! – Trzeba mu ładu, statutów, powagi! – Sala posiedzeń akademickich! Tam nasze miejsce! – Na Krakowskie Przedmieście – Gromadą, obywatele! – Precz z Honoratką!

Zanim pani Honorata zdołała przypaść do którego, zanim mogła pomyśleć o obronie – Mochnacki, a za nim Zwierkowski, Nabielak, Kazimierski, Wysocki i całe Towarzystwo na ulicę! – Za Towarzystwem poszli nawet ci, co, jak kawiarnia kawiarnią, dnia nie opuścili.

Z początku pani Honorata myślała, że jeden, drugi dzień minie i wrócą ptaszkowie do gniazda, przeproszą się. Gdzietam. Snuli się jeszcze niby goście, lecz ledwie, ledwie. Pani Honorata zawzięła się. Poszła, sama poszła do Nabielaka, do Krępowickiego, do Wysockiego, do Ostrowskiego. Powiedziała im, że przecież, żeby nie jej zabiegliwość, nie jej czujność, poświęcenie, to nie byłoby ani rewolucji, ani Towarzystwa, ani może żadnego z nich na świecie; że złem za tyle ofiar się nie godzi, że nie dlatego tyle trudów ponosiła, aby była stratna.

Wysłuchali ją uważnie, pożałowali i odprawili, jakby ich kto tego samego na pacierz nauczył. Co innego było dawniej. Dawniej Towarzystwo było przygodnem zbieraniem się ludzi jednych przekonań, dawniej musiało knować, kryć się a teraz rządzić będzie! – Teraz jest organizacją, zniewoloną dbać o powagę.

Androny, najrzetelniejsze androny, bo przecież, choć się zaparli, nikt, nikt, o nich inaczej, jak „Honoratka”. Z tą różnicą, że dotąd „Honoratka” była w „Honoratce” pani Honoraty, a teraz siaduje w Akademickiej sali na Krakowskiem.

I nasłały dla pani Honoraty czasy nikczemne. Kilku mieszczuchów, grywających w szachy, kilku oficerów, a zresztą zbieranina i tej nawet nie wiele. A jeżeli ktoś ważniejszy, to na to, aby zdziwić się, że nikogo niema z „Honoratki”?

Wymarsz wojsk na wyprawę na gwardje był ostatecznym ciosem dla pani Honoraty. Kawiarnia stanęła pustkami. A w „Dziurce”, obok, dzięki aktorom, których Kościołowska, przez komitywę z Dmuszewskim, sobie ściągnęła, dzień dnia coraz się ludniej robiło.

Pani Honorata była w desperacji. Przed kilku dniami właśnie stary Filialski, przy kwindeczu, bąknął jej, że jedyna rada była do Gurowskiego uderzyć, bo Gurowski wodzi za sobą całą gromadę.

Panią Honoratę, na odezwanie się Filialskiego, aż źgnęło pod serce. Nie byłaby chyba niewiastą, żeby, w skrytości ducha, nie tęskniła do pięknego oficera artylerji gwardji narodowej. Toć na ostatniej paradzie, na Ujazdowie, oczu odeń nie mogła oderwać. Ach, i czy ona jedna. Twarz, jak malowanie, wąsik jedwabny, podkręcony, nos orli, pośmigłość i zgrabność junacka, czapa na bakier, a z pod czapy skry nie źrenice. Przytem nie byle kto! Wiadomo.

Rej wodzi między demokratami, łykom każe sobie „obywatelić”, niby Mochnacki lub Lelewel, bo się panu tak podoba, bo hrabia i tak hrabią zostanie. Lampka – Małachowski przygryza, że Gurowskiego pod Stanisławowem adjutant Leski batem od ucieczki powstrzymał. Ale to jest złość ludzka. Dla „lampki” ten wart, kto się dał zabić.

Pani Honorata tego wieczora półtorasta złotych do Filialskiego przegrała. A potem doń w prośby. Filialski kołował, sadził swoją godnością magistra prawa i administracji, krztusił się, napomykał, że trzebaby Gurowskiego przystojnie uhonorować, bo hrabia kwindecza mą za nic, że i tak wdzięczność ludzka zadość jemu, Filialskiemu, wyrządziła zawodów, a wreszcie, po solennych wynurzeniach, przyrzekł.

Upłynęło tak dni kilka. Magister nie pokazał się. Panią Honoratę zwątpienie naszło, ach, i niedlatego, że w Gurowskim widziała odnowiciela powodzenia kawiarni...

Aż tego właśnie dnia, w którym baterja artylerji konnej pułkownika Bema przybyła na Pragę, dziw się stał, cud istny.

Już około południa Rózia zapukała do mieszkania pani Honoraty, zwiastując jej, że gości sporo i że trzeba kluczy od loszku, bo araku w butelkach nie wystarcza. Pani Honorata przyjęła tę wiadomość obojętnie. Spodziewała się, że wobec powrotu wojska, gości będzie więcej. Dała Rózi klucze i bez pośpiechu, zaczęła się odziewać. Godziny bodaj nie wyszło, gdy do mieszkanka pani Honoraty, wtoczył się wuj Olechowski spocony, zasapany, zziajany.

Pani Honorata oburzyła się, myśląc, że wuj zalał pałkę i od rana brewerje chce wyprawiać, lecz ten machnął ręką energicznie.

– Honoruś, ani dudu! Górą nasza i koniec, paje! Trzech, paje, klubistów, Krępowickiego tylko patrzeć, paje... Kozłowski mówi wieczorem! Będą zrzucać, paje, naczelnego wodza, rząd paje, senat paje, sprzedawczyków pod sąd, paje i koniec, paje! Dziesięć antałków nie starczy, paje! Górą Honoratka! Wdziej niebieską w kwiatki...

Pani Honorata jęła żwawiej papiloty rozkręcać, a staranniej się zdobić a zagadywać, skąd, co, jak. Wuj Olechowski, po swojemu prawił od Sasa, bajdurzył i dopiero w ostatku rąbnął.

– Był właśnie maiister...

– Filialski!

– Był, żeby ci pojedzić, jako słowo, paje, się rzekło...

– Więc hrabia Gurowski?

– Niema hrabiów, paje, demokratyczne, paje...

– Niechże, wujo, porządnie. Więc Gurowski?!..

– Będzie! Wszystko będzie. – Pojedziałem w kwiatki...

Pani Honorata, bez słowa, stuknęła wiekiem skrzyni i dobyła czarną, morową suknię...

Wuj Olechowski uderzył palcami w tabakierkę.

– Nie zawadzi, paje! Bo owóż nie wszystko...

 

– Cóż jeszcze?

– Bem, paje!

Pani Honorata wzruszyła ramionami i zabrała się do kończenia toalely. Wuj Olechowski nie dał się zrazić tą widoczną, odprawą.

– Honoruś, mówię, paje, Bem!

– Jużby wujo mógł raz przestać!

– Pszyt ani dudu!

– Wiem, stateczny oficer, dobry człek a jeszcze lepszy strach na wróble.

– Pułkownik!

– Dopiero pod...

– Nie. Został pułkownikiem! Rozumiesz, paje. On jeden paje, pod Ostrołęką, całą armję, paje, harmatami, paje, zbębnił!

– Nie ujmuję mu.

– On jeden! Uważasz paje! – Pół roku ledwie i masz – kapitan, major, podpułkownik, pułkownik! – Trzebaby, Honoruś. Nieboszczyk twój był, prawda, paje, w hulanach, ale furjerem...

– To i cóż! – odparła rezolutnie pani Honorata.

– Więc co pułkownik, to nie furjer!

– Grosza niema w majątku.

– Ale może mieć. Dziś pułkownik, jutro generał brygady, pojutrze dywizji, szef sztabu, wódz, dyktator, paje...

– Wuj zawsze mi głowę skotłuje!

– Honoruś! Twego pragnę! W klubie, paje, wczoraj, paje, wołano – Szembek, Krukowiecki, Sołtyk, Bem! I znów Szembek – Bem! I znów Bem!

Zobaczymy, zobaczymy. Takie szczęście nie zając jeszcze! Niech wujo tylko patrzy dzisiaj lampek wydawania, a do butelek się nie przysuwa i kompanji nie szuka.

– Honoruś!

– Dobrze już dobrze. Zapowiem Rózi to pewniejsze.

Pani Honorata, nie zważając na mruczenie wuja Olechowskiego, bęcnęła raz jeszcze bielidłem po szyi, musnęła piesków przy uszach, zerknęła w lusterko i pachnąca, furkocząca, podążyła do kawiarni.

Tu, gdy z wysokości swego dominującego nad szynkwasem stołka, ogarnęła swoje królestwo, ledwie oczom wierzyć mogła. Ani jednego wolnego stołu. Znajomych gości mnóstwo, a między nimi, co i rusz ktoś, kogo od miesięcy nie oglądały mury Honoratki.

Nadobna właścicielka kawiarni, choć jej serce biło z zadowolenia, z jednej myśli, że Kościołowska znów żółtaczki dostanie, – umiała przystojną zachować miarę. Rozdawała uśmiechy i wdzięczne spojrzenia nawet tym, których przeniewierstwo było oczywistem. Krępowickiego przywitała, jakby widziała go wczoraj. Soczyńskiemu ani się nie skrzywiła, choć wiedziała, że, od trzech tygodni, w „Dziurce” siadywał. A kiedy Duchanowski zdziwił się, że tak pełno – odrzekła mu bez zająknienia: „prawie, jak wczoraj”.

Aliści tego dnia nawet przytomność pani Honoraty miała być na ciężką wystawiona próbę. Bo oto zaledwie o zmroku przerzedziło się nieco w izbach kawiarnianych, zaledwie lampy rozpalić się zdołały, do Honoratki jął tłum całą falą napływać. I jaki tłum. Akademików w mundurach gwardji dyktatorskiej, klubistów bez liku, pisarzów z dzienniczków cały jeden stół, z Kraińskim gromada oficerów gwardji narodowej, audytor Fiszer z panią Chłędowską, w amarantowych wstążkach na kapeluszu, podsędek Rzepecki, major Boski, Rożewski, pułkownik Żwan, Bukowski, pani Parysowa, chirurg Brawacki, Dmochowski...

Pani Honoracie w oczach aż się dwoiło ze zdziwienia, skąd się tyle naraz personatów u niej wzięło. A tu dopiero zamęt, gwałt. Dziewczęta nastarczyć nie mogą. A tu już i stołków brak i stołów i lampek i kubków i poncz trzeba zaprawiać i do loszku biedz i liczyć, liczyć precz, bez wytchnienia, bez spoczynku.

I pani Honorata możeby dnia tego straciła głowę, możeby nie podołała batalji, gdyby nie nagła, niespodziewana obrotność wuja Olechowskiego, w którym, niewiadomo skąd, w decydującym momencie, nieznane zagrały talenta. Wuj Olechowski bowiem, miast korzystać ze zgiełku i, wyrwawszy się z pod kurateli opiekłej panny Rózi, do kropelki gdzie dotrzeć, ruszył do czeladnej, na parobków zakrzyknął i dalej z nimi stoły i ławy wywłóczyć a gościom znosić. Gdy zaś domowych sprzętów rychło nie stało, pobiegł do sąsiadów, Lessla cukiernika zobligował i w rezultacie uczynił, że jeszcze raz tyle przybyło kawiarni i siedzenia i miejsca na kubki, lampki i szklanice.

I powoli ład zapanował za szynkwasem. Goście, z najpierwszego obsłużeni, już prawidłowem zajęli się osuszaniem naczyń. W kuchni niejaki jeszcze panował rwetes, ale i ten miał się ku końcowi.

Pani Honorata promieniała. Ciemne jej, mocno podcienione oczy żarzyły się, pulchne, ostro zakończone paluszki przebierały w szufladzie pełnej pieniędzy, a uśmiech kuszący, w dwa pociągające dołki na białej twarzyczce załamany, szedł na prawo i lewo, przyrzekał, obiecywał, budził i młokosa gwardzistę i koił wiernego Honoratki bywalca-mieszczucha, tam podstarzałemu majorowi podkręcał wąsisków, owdzie gładził lwią czuprynę klubisty.

Pani Honorata promieniała.

Wzmagający się w izbach kawiarnianych rozgwar zdawał się ją kołysać, rozmarzać. Tuż dokoła niej, wybuchały zapalczywe dyskusje, spory, padały groźne hasła, kuły się ponure wyroki, dźwigały szubienice, huśtały na stryczkach ciała i Skrzyneckiego i księcia Czartoryskiego i Łubieńskiego i wszystkich po kolei dygnitarzów – a pani Honorata spokojna, majestatyczna, uśmiechnięta, wyławiała z ulnego wrzenia jeno to, co stanowiło dla niej treść. Z setki głosów naraz, z dziesiątka stuknięć równoczesnych, z czterdziestu zawołań – czujne, wyzierające figlarnie z pod kruczych włosów, uszko pani Honoraty chwytało najsłabsze, najcichsze odezwanie, najskromniejszy dźwięk, jeżeli tylko znaczył – „jeszcze grzanego” – „jeszcze ponczu” – „miodu” „wina”. Niemniej bacznem było spojrzenie pani Honoraty. Bo, w chwili, gdy zdawało się tonąć w oczach młodziutkiego gwardzisty, któremu z wielkiej alteracji na tyle sukcesu, broda więzła w wielkim, amarantowym kołnierzu, przenikało i kłęby fajczanego dymu i liczyło roznoszone przez dziewczęta kubki, butle, lampki i odróżniało złotówki dobre od nikczemnych dydków i, tym samym rzutem, okrutne płomienie zapalało i w sercu majora Boskiego i do wklęsłej piersi jakiegoś rozwichrzonego demokraty się dobierało.

Aliści, dzień ten i czujnemu spojrzeniu pani Honoraty zgotował niespodziankę. Oto, w momencie, gdy z pozoru nic nie mogło ujść jego bystrości, drzwi wchodowe uchyliły się nieznacznie i wpuściły do kawiarni nowego gościa i snać nielada kogo, bo przy stołach, najbliższych wejścia, wszczął się przeciągły rumor.

Pani Honorata zwróciła głowę, lecz zanim dociekła przyczyny rumoru, już wuj Olechowski szepnął gorączkowo.

– Honoruś – Bem! Bem przyszedł!

Zgrabnie wykrojone usta pani Honoraty skrzywiły się przelotnie – powieki zmrużyły się. Twarzyczka właścicielki kawiarni okryła się woalem poważnej zadumy.

Pani Honorata nie widziała teraz ani niepozornej postaci oficera artylerji, który chyłkiej przesuwał się między stołami, ani nie słyszała zgoła wyraźnego pomruku „Bem – Bem”...

Dopiero, kiedy, od strony przejścia za szynkwas, rozległo się ciche:

– Witam panią! – Pani Honorata drgnęła z wielkiej siupryzy, wyrzuciła w górę powiekami i, rozpromieniona, skonfundowana, porwała się z siedzenia i wionęła ku pułkownikowi.

– Ach, to pan pułkownik! Jakaż niespodzianka! – Róziu, proszę zapalić pająka w alkierzyku! Śniłam o panu! Dwa razy dowiadywałam się na Pragę.

Bemowi, na łysawem czole, aż plamy czerwone wystąpiły na taką życzliwość serdeczną.

– Bardzo, bardzom wdzięczny – wyjąkał niepewnie, ileże obocześnie czuł na sobie, krom żaru wielkich, przepastnych źrenic pani Honoraty, natrętne, ciekawe, a nawet złowrogie zezowania, godzące weń ze wszech stron kawiarni.

Lecz tymczasem w alkierzyku za szynkwasem, a raczej w rozwartej wnęce, przesłoniętej zielonemi, tyftykowemi firankami, zamigotało światełko.

Pani Honorata zaprosiła pułkownika. Bem skwapliwie wsunął się za firankę.

– Niech pułkownik zajmie miejsce! – Róziu! Dasz mi kawałek pulardy i moją lampkę... a pan pułkownik...

– Wszystko jedno! Kawy! Proszę o kawę...

– Może madery! Tak, tak! Ja proszę! – Przynieś! – Godzi się, godzi! – Trzeba za awans wychylić, za szczęśliwy powrót! A nie, proszę z tej strony!... Należy mi się po tak długiem niewidzeniu – trzepotała się pani Honorata, sadowiąc się przy pułkowniku w kącie izdebki, a strojąc doń wdzięczne minki.

Rózia nakrywała pośpiesznie stół i znosiła talerze, sztućce, wino, kawę i jedzenie.

Pani Honorata zasypywała pułkownika pytaniami, zerkała, poprzez podpięte firanki, w stronę szynkwasu, chyliła główkę tuż-tuż, prawie do bliznami pooranej, twarzy Bema, a wreszcie, przepiwszy doń na cześć pułkownickich buljonów – uśmiechnęła się kusząco, pucołowatym swym paluszkiem wskazała na dołeczek w buzi i rzekła cicho.

– Proszę – nagroda walecznych!

Bemowi w oczach pociemniało... lecz, nim tknął puszystej twarzyczki, – twarzyczka, a z nią pani Honorata, frunęła z alkierzyka za szynkwas.

Pułkownik samego siebie się zawstydził. Lecz, ledwie ochłonął, nadobna właścicielka już wsunęła się i, grożąc figlarnie palcem na nosku, zakonkludowała.

– Jeno, proszę być grzecznym.

– Jestem nim, jestem przecież – odparł ochoczo Bem, wpadając w swywolność. – Jeno tamten się nie liczy! Taki całus, to nie całus – lecz oskoma!

– Tak! Więc pułkownik ma go sobie za nic!

– Za skarb cały, droga moja, za skarb! Ale zważaj, że aby musnąłem!

– Przepraszam... nie uchodzi inaczej! – Pułkownik by chciał wszystko odrazu.

– Tak, tak, kochanie, wszystko, wszystko.

– A nie, trzeba, by coś zostało i dla przyszłego generała brygady i dla wodza naczelnego...

Bem porwał panią Honoratę za łapki.

– Jak, jak powiadasz?

– Że generał potem uprzykszy sobie, co pułkownikowi się podobało!

– I ty, ty śmiesz to powiadać, dręczycielko najmilsza. A toż nie widzisz, żem wobec ciebie niby podchorąży, kadet.

– Uch! Bo pan pułkownik tak mocno ścisnął.

– Więc o pardon łapki proszę...

– Ach, zaraz tylko zobaczę do gości...

Bem poruszył niecierpliwie.

– Goście-gości! Co tam, niech raz moje będzie święto! I cóż z tych gości! – Właśnie postanowiłem sobie jasno rzecz...

– W tej chwili, w tej chwili! – Byle wydam reszty...

Pani Honorata jednem zwinnem poruszeniem wyślizgnęła rączki z ujęcia dłoni pułkownika i znikła znów za firanką.

Bem zachmurzył się i głowę na ręku wsparł.

VI.

Kawiarnia huczała tuż, rozbrzmiewała zapamiętałem i okrzykami, a Bem ani słyszał piekielnego zgiełku, ani postrzegał kłębów dymu, które we wnęce bałwaniły się dokoła żółtych, chorobliwych światełek pająka, ani czuł ostrych, zatęchłych wyziewów, bijących weń z każdego kąta bezokiennego alkierzyka.

Rozgorączkowane oczy Bema trwały na rąbku sylwetki pani Honoraty, widniejącym w perspektywie rozchylonych firanek. A trwały tak zawzięcie, że gdy sylwetka przybrała na się pełnię kształtów i kolorów, oczy pułkownika jeszcze tkwiły tam, kędy już jej dawno nie było.

Pani Honorata zaszeleściła spódniczkami, przysiadła się do Bema i zagadnęła nieśmiało.

– Pan pułkownik się gniewa?

Bem zwrócił powoli ku niej spojrzenie.

– Gniewa się?... Nie-nie! Prawda? Ach, bo panowie nie wystawiają sobie, ile to kłopotu, ile trudu, ile utrapienia rozmaitego! Samo nie idzie. Ciągle coś. Właśnie ten posesor – dziewczyna powiada – że obywatel miał pięć lampek gdańskiej, a on mówi cztery! Głowę bym dała, że Kasia dobrze policzyła. Ale cóż. Z tym niema rady. I jeszcze powiada, że u Kościołowskiej taniej! Pan pułkownik mniema, że mi życie po różach się układa z kawiarnią, że nie wolałabym rozmawiać się spokojnie – albo siedzieć sobie teraz gdzie w Saskim Ogrodzie! Pan pułkownik doprawdy niesprawiedliwie. Gdybym mogła, ach, gdybym mogła, dziś jeszcze rzuciłabym wszystko!

– Gdybyś chciała! – poprawił głucho Bem.

– Nie, nie, gdybym mogła! Nie za własne kawiarnię wzięłam – więc nie wolno mi zmarnować cudzego, nie wolno z torbami puścić wuja Olechowskiego. Więc trzeba kupca, a o niego trudno. Za byle co niepodobna! – Ach, żebym miała tak, jak nie mam...

– Pomówmy rozsądnie.

– Radam wielce! – Jeszcze malagi. Dziś, Bogu dzięki, nieco więcej gości – lecz co będzie jutro. A tu Fukier z Dobryczem spokoju mi nie dają, kawa znów zdrożała... A tu nikogo, nikogo! Pan pułkownik łaskaw, tak, ale cóż, przecież rozumiem, nawet nie przystoi panu pułkownikowi...

– Wiesz dobrze, iż nic sobie z ludzkich jęzorów nie robię.

– Tak się to mówi, a zawsze kawiarka kawiarką! Już nawet myślałam, że nie bez kozery baterja konna przepada bez wieści. Ach, ile się nadręczyłam, ile nabeczałam...

 

Bem żwawiej się poruszył.

– I bez przyczyny, bez powodu! – Daj mi mówić. Mój awans na pułkownika...

– Niesłychany...

– Był mi obojętnym dotąd, dopóki nie wspomniałem na ciebie.

– Trzy i pół dukata więcej miesięcznie.

– Nie w tem rzecz. – Pomnisz list mój ze Lwowa...

– Jakżeby nie! – odrzekła pani Honorata, podglądając niespokojnie w stronę kawiarni. – Mam go w szkatułce... Proszę wybaczyć, jeno do Rózi muszę...

Pani Honorata podniosła się, lecz pułkownik przytrzymał ją za rękę.

– Pozwól – dokończę...

– Wrócę natychmiast.

– Dwa słowa.

Pani Honorata uległa, wystraszona stanowczością pułkownika.

– Nie bierz za złe – rzekł po pauzie Bem – lecz postanowiłem sobie jasno sprawę przedłożyć, wyjść z nieznośnego labiryntu półsłówek i zapytać ci się wprost...

– Proszę pani, pan radca Filialski – rozległ się śpiewny głosik Rózi.

Bem targnął się.

– Niech czeka...

– Niepodobna.

– Pan radca w pilnej sprawie...

Pani Honorata poderwała się, rzuciła pułkownikowi błagalne spojrzenie i wybiegła za Rózią z alkierzyka.

Pułkownik znów sam został. Lecz tym razem snać rady nie mógł sobie dać z natłokiem myśli, bo szarpnął się gniewnie, odepchnął stół i, jął mierzyć niespokoijnemi krokami wąski przestwór.

Pani Honorata nie wracała. Pułkownik zatrzymał się raptownie przed rozchyleniem firanki, spojrzał pytająco w głąb kawiarni i rozśmiał się cierpko do samego siebie...

O kilka kroków, przy ustronnym stoliku, pod filarem arkady, powabna główka pani Honoraty chyliła się bezwładnie ku srebrnym naramiennikom wytwornego porucznika, gwardji narodowej.

Bem pohamował śmiech.

– Wzburzenie go prze – toć cóż zdrożnego. Taki jej los, taki zawód. Musi być uprzejmą, musi nieraz przyjęć zaproszenie! Choćby pragnęła, niema prawa. Faramuszki! Wyrwać ją należy, do innego życia, innego otoczenia dźwignąć! Tu inaczej niepodobna... niepodobna...

I pułkownik bronił przed sobą samym pani Honoraty i tłumaczył, że ani grająca kolorami jej twarzyczka, ani zalotne uśmiechy, ani ożywienie, z jakiem wiodła z porucznikiem rozmowę, niczego zgoła nie dowodzą. Lecz pułkownik bronił panią Honoratę coraz słabiej, coraz niezręczniej, bo oto tam, pod filarem, promień kruczych włosów zawiązał już znajomość z falistą, wijącą się czupryną gwardzisty, bo oto opiekłe paluszki spoczęły już z poddaniem w dłoniach porucznika.

Bemowi krew uderzyła do głowy. Wszystkie tętna zakołatały w nim wołaniem, aby się rzucił między nich, aby precz odtrącił śmiałka, aby od niewiernej porachunku zażądał.

I pułkownik zgarbił się, pochylił, jak ryś do skoku, lecz naraz oczy mu zmętniały, osunął się na ławę bezwładny, przygnębiony. Aż w głębi piersi chrobot głuchy, szyderczy zaskrzeczał mu i kątami ust szarpnął.

– Na śmieszność, na poniżenie własne, na mękę dobrowolną znów tu przyszedł i przyszedł z sentymentami, z głupstwem czułości! Wstyd, jeden, hańba, żakostwo, dzieciństwo, lekkomyślność! – Pułkownicką biedą i pułkownicką brzydotą chciałby taką zawojować, której albo lali trzeba albo woru złota, a która, mając jedną, gonić będzie zawsze i za drugiem! A on tu, za szynkwasem kawiarnianym, w norze, za firanką, wysiaduje, niby gołowąs. Mundur poniewiera dla doczekania się jednego z tysiąca uśmiechów, rozdawanych tu na wiązarek do każdej szklanki ponczu!

Bem porwał za furażerkę, przypasał szpadę i, rzuciwszy pieniądz na stół, wybiegł z alkierza i, nie poglądając ku stolikowi za filarem, wysforował się na środek iżby ku wyjściu.

Tu atoli śmiertelna głusza, która raptem zaległa kawiarnię, zmieszała pułkownika.

Bem postąpił niepewnie naprzód. Mur stłoczonych głów zagrodził mu przejście a równocześnie ponad głowami jakiś głos przeraźliwy wrzasnął:

– Obywatele!

Pułkownik, rad nie rad przystanął.

Tymczasem mówca przygodny, po wyrzuceniu pierwszego zawołania, jął prawić o rewolucji francuskiej, o dziejach Konwentu, o Dantonie, o Robespierze, o Mirabeau, o równości stanów, o knowaniach szlachty, o tem, kto wogóle zgubą jest ojczyzny – aż do przesłanek, od historycznych wspomnień, zaczął staczać się do dziejów ostatnich miesięcy, ostatnich dni.

Bem słuchał, z początku obojętnie burzliwej mowy, ledwie bacząc na jej treść, lecz gdy już nie tylko Rząd narodowy z senatem i sejmem cięgi brał, lecz i armji epitety dosadne się dostały – pułkownika dojęło. Ale i nie jego tylko, bo ze wszech stron kawiarni rozległy się okrzyki protestu.

– Wojska nie tykać! – Wara od wojska! – Milczeć!

Mówca atoli nie dał się zbić z tropu. Dźwignął hardo głowę i rozśmiał się wyzywająco.

– Cha-cha! Bronicie armji! O którejże myślicie? Czy o tej, którą pędzą bez celu, ładu i planu, którą demoralizują, która daremnie błaga, by ją prowadzono na boje, czy o tej która knowania prowadzi z nieprzyjacielem, która czyni wszystko, aby nas zaprzedać, aby nas zgnębić, aby spiskować, aby wytrącić pierwszej oręż z ręki! Ja, obywatele, o tej drugiej mówię! I na tę wołam do was o pomstę! O pomstę na szpiegów, na sprzedawczyków, na panków, na szlachtę, na łotrów!...

– Na łotrów!! – zawyła ponuro izba.

– „O cześć wam panowie, magnaci!...” – zaintonował piskliwy głos w ciżbie.

Mówcy oczy się zaiskrzyły.

– Słyszycie, obywatele! Oto zew narodu! Rewolucja ginie, upada, jęczy pod ciężarem zmagającej ją kontrrewolucji! Ocalić rewolucję może tylko gmina, komuna, lud, gilotyna a po naszemu szubienica! Ona naszem ocaleniem, ona ratunkiem przed zgrają Skrzyneckich, Czartoryskich, Chłopickich, Lubeckich. Nasi generałowie już otwarcie układy prowadzą! Tak, obywatele! Prowadzą układy!... Tak-tak! Są dowody, są dokumenty! A wiecież, jaki przedmiot jest układów – żeby oni wrócili na senatorskie krzesła, a nas by zapędzono w dyby!

– Ooo! – mruknęła ponuro kawiarnia.

– Chwili niema do stracenia! Godzina sprawiedliwości wybiła! Na powrozy szpiegów – sprzedawczyków!

– Na powrozy! – zahuczała kawiarnia.

– „Cześć wam hrabiowie, książęta, prałaci...”

– Niech sąd ludu wyrokuje!

– Wiwat naród!

– Wiwat!

– Za pozwoleniem, obywatele! – wrzeszczał młody dyszkant. – Imieniem akademików proszę o głos!

– Niema głosu! – Niech żyje szubienica! – Precz z wodzem, precz z Czartoryskim!

Ale dyszkant, pomimo tak niechętnego przyjęcia, dźwignął ponad pogłowie pyzatą, rozczerwienioną twarz, wystającą butnie z zachodzącego jej na uszy kołnierza gwardyjskiego i, łypnąwszy oczyma, zaczął z impetem:

– Nie dość, obywatele, złe wyplenić, trzeba uczynić jeszcze, by się nie powtórzyło!... Trzeba ustanowić dozór akademicki! Tak, jak to było przedstawionem sejmowi! A co sejm zbrodniczy, targowicki odrzucił! – Gwardja akademicka powinna być rozesłana po województwach, przy każdym urzędniku, przy każdym oddziale, szwadronie, bataljonie, pułku, brygadzie, dywizji, korpusie, władzy zarządzie powinien być jeden akademik z prawem veto...

– Chu-chu! Niema veta precz ze szlachtą! Wszyscy równi!...

– Obywatele, tylko dozór akademicki...

– Młodzież mościpanowie!...

– Niema mościów! Niema panów!

– Przy każdym oddziale jeden akademik! – wołał zapamiętale dyszkant.

– A przy każdym akademiku jedna niańka!

– My, obywatele, jesteśmy kwiatem narodu.

– Jeden Krukowiecki może nas ocalić! – beknął bas.

– Wiwat Krukowiecki! – zagrzmiała kawiarnia. – On jeden! Krukowiecki!

– Tak-tak! – zawtórował dźwięczny głosik z pod niewieściego kapelusza, przybranego biało-amarantowemi wstążkami. – Generał Krukowiecki z ludem idzie! On, w imię ludu, z całą kliką się wodzi! On jeden, nieustraszony!

– A Chłędowska druga – beknął bas.

– Kto śmie uchybiać niewiastom! Wszyscy równi!

– Niech żyje równość!

– Niema zgody! – upierał się bas.

– Bez akademików... – dowodził precz dyszkant.

– Klub rewolucyjny, nieustający... obywatele! – perorował pierwszy mówca.

– „Wszak waszym był synem ów niecny kunktator!” – intonował piskliwy głos.

– Jedynowładztwo żołnierskie już w czasach rzymskich!... – rozpoczął wysoki, chudy jegomość w niebieskich okularach.