BemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziurbacki, sprawiwszy dziewczynę, niby szczupaka, czystą płachtą głowę jej obwinął i poniósł na derkę.

Ale i tu jeszcze nie koniec był zabiegów profosa, bo ukucnął na murawie i, dobywszy blaszanego puzderka, zabrał się do ponownego i skrupulatniejszego obmycia, namaszczenia i przewijania ran i okaleczeń. Aż kiedy i tego dokazał, krzyknął na Zarzyckiego i, zawinąwszy w derę dziewczynę, kazał mu ją nieść na pozycję, między wózki amunicyjne. Tu ułożył ją, okrył drugą jeszcze derą, wlał jej w usta wódki i, zbywszy się podoficera, przysiadł się do leżącej i, kiwnąwszy się raz i drugi, zasnął.

Ale, po tylu trudach, nie danem było profosowi zasłużonego wczasu znaleźć, bo ledwie zemknął powieki, zmory nań przyszły dokuczliwe. Oto, niby na jawie, nasadziło się nań czterech aż potępieńców. Hiszpan, Niemiec, Włoch i cygan. I przystawali doń, szczerząc trupie czaszki a wyciągając doń skrwawione kikuty. Dziurbacki paktował, tłumaczył im, że nie przystoi, aby cztery nacje różne, bo i cygana chciał sobie ująć, na jednego szły – ale oni nic – darli się do niego!... Dziurbacki w nogi, a oni za nim. On do koszar, oni do koszar, on na odwach, oni na odwach. Kamraci stoją, woła by go ratowali, nikt się nie ruszy. A Hiszpan dyszy mu za plecami, a rechocze, a sięga go kikutem. A cygan wyje w głos, że wstyd – oddasz mieszek, coś go wziął! – Profos pędzi na oślep, wpadł na drogę ocienioną... Teraz byle skręcić! w bok i już Zapiecek a na Zapiecku, u kumy Olesiowej, jego stancyjka, o której żywa dusza nie wie. I sama Olesiowa nie wie, bo paraliżem ruszona, już trzydziesty rok leży i do stancyjki dostać się nie może! Tam schronienie, tam ratunek! Już widać kamieniczkę zapiecką, już widać sień – aż tu, naraz, piach, piach grzązki, nogi mu więzną. Mocuje się, mocuje, nie może pospieszać! A Włoch teraz już, już go ma pochwycić! Dziurbacki dopadł sieni, runął na piąterko, dał susa do mieszkania Olesiowej, zawarł drzwi i dalej, po drabince, do stancyjki swojej. Skrzynię żelazną wsunął pod łóżko a sam w pierzynę. A tu z dołu idzie rumor piekielny. Napastnicy walą drzwi, Olesiowa nawołuje co wy, czego wy!? – A oni ryczą – kuma waszego chcemy, mieszków naszych, co nam zabrał, chcemy! – dudnią po drabinie. Już weszli i idą doń kołem, czaszki wyszczerzone, szydercze, kikuty skrwawione wyciągają. Profos porwał za krucicę, wypalił raz – nic, kikuty coraz bliżej, bliżej... wypalił drugi raz – nic. Chwycił za pałasz, ciął czaszki jeno mocniej się wyszczerzyły...

– Jesteś, jesteś! – syczą.

– Oddam, wszystko oddam! – jęczy Dziurbacki.

– Zapóźno – zapóźno! – skowyczą szydercze głosy. – I w tej samej chwili kikuty skrwawione dosięgają jego szyi.

Dziurbacki szarpnął, się z całej mocy, aby ujść kikutom, i obudził się.

Dniało. Profos otrząsnął się, przetarł oczy, splunął od uroku, sięgnął w zanadrze i, namacawszy ukrytej pod mundurem kieszeni – odetchnął z ulgą.

Ciche, przeciągłe westchnienie odpowiedziało profosowi.

Dziurbacki odwrócił się i przeżegnał zabobonnie.

Tuż przy nim, z derek artyleryjskich, wychylała się ku niemu główka młodziutkiego dziewczęcia o twarzyczce delikatnej, niby z filigranu wyrzeźbionej, o usteczkach wpółotwartych a drgających zlekka, w takt sennego falowania misternych chrapek.

Profos jeszcze spoglądał a myśli, zwichrzone wspomnieniami mary, co mu dokuczyła, porządkował, gdy hen, od wschodu dźwignęła się kula ognista i purpurowem rzuciła przed się światłem.

Światło oblało twarzyczkę dziewczęcia, zaróżowiło ją i perłami rosy zagrało w jedwabistych złoto-popielatych, jakby z kobierca zielonego murawy wyrosłych, splotach. Konik polny, który sobie za uszkiem dziewczyny drzemał, bęcknął skrzydełkami, zadzwonił po swojemu na dzień dobry, pyszczka musnął, różki nastawił i odleciał.

Dziurbacki pokręcił głową i rozśmiał się do siebie.

– Cie – farfurka dopiero! Żeby, żeby tak Staszek chodził po świecie, to taka wypadłaby mu dwojaką wnuczką. A może nie. Staszkowy syn byłby już dla córki o gospodarstwie myślał.

Dziewczę poruszyło się niespokojnie. Dera usunęła się i odkryła wątłe, obandażowane ramię.

Profos zafrasował się, podźwignął i podszedł do wózka amunicyjnego, kędy był swój tłomoczek zostawił i jął przebierać w nim a oglądać rozmaite części umundurowań. Wreszcie wydobył zeń koszulę zgrzebną żołnierską, parę butów huzarskich i huzarskich malinowych rajtuzów, pas biały grenadjerski i poniósł do dziewczyny.

– Hę! Myrgasz już oczami. Na zdrowie! Masz tu przyodziewek! Hycaj głową w koszulinę.

Dziewczyna otuliła się trwożnie derą. Profos zdarł ją bez pardonu.

– Głupstwo, mosanie! Fraucymeru ci się zachciewa! Nie płacz! Wolałabyś gołem ciałem łyskać! Taak! – Ładuj się w huzary! Nie marudź, kiecki ci z pod ziemi nie dobędę... A spiesz się, już Klimek po trąbę sięga – dopiero miałabyś się kogo sromać! – Idą ci, no prawie. Huzarzyna cienki był, niema co! dobrze się złożyło – a już miałem mu rajtuzy zostawić... Nie majdruj, czekaj, daj, ściągnę ci hycelka! Jeszcze lecą, furda, mosanie, pasa ci dopnę! – Teraz okręć nożynę gałganami, więcej, bo ci się będą bełtać... I buty! Zaraz, włożę ci pakuł w noski, to ci skróci. A no! A co?!...

Dziurbacki zaśmiał się na całe gardło. Dziewczyna, która z początku z widocznem przerażeniem spełniała rozkazy profosa, spojrzała po sobie ciekawie i zarumieniła się.

Dziurbacki skrzywił się uciesznie.

– Idzie ci – nic. Teraz do kołtuna. Jak robić, to robić. Siadaj tu, w wądole... Zgrzebła by chyba na taki targon a nie grzebuszka. Znów piszczysz? – Widzisz, do rajtuzów był mentyk oficerski, ale go darowałem podporucznikowi... Nie szkodzi, wycyganię go z powrotem. – Przystoi nawet wycyganić, kiedy dla cyganiątka!... Będziesz miała mentyk, furażerkę ci upatrzę. Na polu jest tego dobrego, że przykro widzieć tyle marniejącego dobytku. I cóż, będziesz miała prawie! – Nie wierć się, mazgaju! Jeszcze twojej babki nie było na świecie, kiedy ja już grzywy koniom czesywałem! W artylerji gwardji jesteś, to musisz po ludzku wyglądać... Tylko mi się nie przylep znów do harmaty, bo cię do cna roztrzęsie. Mnie się pilnuj! Rozumiesz, co do cię mówię! – Hę? Co?

– Tak – szepnęła dziewczyna.

– Czyjaś ty córka? – Cóż nie odpowiadasz? Jagów? Hę?

Dziewczyna zadrżała

– Z Jagami przecież byłaś, jakżeś na niego wołała – kumie?...

– Wuju.

– Ano – i pilno ci do nich, do budy!? – Czegóż dygoczesz? Nie pilno ci – to i lepiej, bo im także nie pilno. Jak ci na imię?

– Cilli.

– Czyli, co?...

– Cilli.

– Głupstwo, mosanie! Czyli! – Takiego imienia niema, nie było i nie będzie!

– I Zula – dodała rezolutnie dziewczyna.

– Koszałki opałki. Czyli – Zula dobre dla jamniczki, dla legawej może! Hm – widzisz, gdyby Staszek żył a miał syna, to ten jużby miał tylą córkę. Po dwoistej babce byłoby jej Antoszka! Rozumiesz? Więc ten... na imię ci Antoszka!

IV.

Po dziesięciodniowem wleczeniu się z pozycji na pozycję a ostrzeliwaniu awangardy, następującego, za cofającem się z pod Ostrołęki wojskiem polskiem, generała Witta, baterja konna artylerji gwardji dosięgnęła Pragi. I oficerowie i żołnierze ze szczerem ukontentowaniem powitali mury warszawskiego przedmieścia. Dokuczyła im ta cała wyprawa, srodze dokuczyła. I nie dla niewczasu, nie dla zmęczenia i nie dla poniesionych szczerb, lecz dla myśli, że właściwie niewiadomo, dlaczego odbywali forsowne marsze i kontrmarsze, dlaczego zawrócili dobrowolnie za Narew i że, wciąż zapominani przez sztaby, skazani byli w ostatku na słuchanie rozkazów lada szpicy kozackiej, lada podjazdu nieprzyjacielskiego.

I oficerowie i żołnierze wracali ku Warszawie chmurni, zniechęceni, przygnębieni. Pierwsi z mrowiem racyj o błędach, uchybieniach strategicznych, drudzy, bez tych racyj, ale z przeświadczeniem, że nie tak obiecywano sobie, że nie tak być powinno, że musi inaczej, należy.

Dopiero w pobliżu Pragi, kiedy ku baterji wyjrzały z mgieł garby szańców – otucha w nią wstąpiła a szczególniej, kiedy ukazało się jej obozowisko aż dudniące od rozgwaru i fantazyj. – Gdzieżby z taką chmarą zuchów można sobie desperacją zaprzątać myślenie! Byle się wódz naczelny zawziął a lepiej się uczyni niż pod Dębem.

W Warszawie baterję nie tylko wytchnienie czekało, ale i nowin mnóstwo. Więc rozkaz dzienny mocny a hardy generała Skrzyneckiego; wiadomość, że Dwernicki, bohater z pod Stoczka, z całem bohaterstwem swojem przeszedł granicę austrjacką i złożył broń, że był to zresztą cale doniosły fortel, bo korpusik Dwernickiego niechybnie, boczną drogą, do Warszawy powróci. Prawda, że bez broni – lecz broni w arsenale jest zadość. Dalej, że generał Chrzanowski już ostatecznie z szefostwa sztabu ustąpił a na jego miejsce wszedł Łubieński, biorąc równocześnie rangę generała dywizji i że stąd Prądzyńskiemu zostało się samo kwatermistrzowstwo; że generał Lafayette przysłał podziękowanie za tytuł gwardzisty narodowego i że wielka z tego powodu odbyła się parada; że w Ogrodzie Krasińskich sprawiono ucztę dla „najwaleczniejszych” i że „całe” miasto do rana hasało; że fałdy i cywile broją coraz więcej, że trzaby raz porządek uczynić, aby znali mores dla rangi, dla wojskowej zasługi, bo tu ani sejm, ani Rząd narodowy niema nic do roboty, najpierw kampanję należy rozegrać, a wtem generalskie głowy a nie poselskie gadania, lecz na to sposób będzie, nie darmo, na obiedzie pod Blachą, hukano „niech żyje Jan IV”.

Takich i tym podobnych dowodzeń, nowin, wieści mnóstwo całe przywitało na Pradze baterję artylerji gwardji.

A że baterja spragniona ich była i udręczona pochodowym ordynkiem, więc, gdy jeno zatoczyła armaty a siako tako się posiliła, wnet rozgadała się de publicis z kamratami i znajomkami, którzy ze wszech stron obozu do baterji nadciągali.

 

Fukał niby na niesforność kapitan Orlikowski, napominali porucznicy, lecz dla tego bodaj, aby im samym zaciszniej było nad położeniem sprawy się zastanowić a zdecydować, czyli wódz naczelny powinien się dyktatorem ogłosić, czyli powinien dowództwo innemu generałowi oddać i mianowicie któremu.

Gdy tak baterja na dobre do sejmikowania, się zabrała, jej naczelnik precz wyczekiwał w kwaterze głównego sztabu na zameldowanie się. A było to zadanie trudne, bo małe, prowizorycznie izdebki sztabu zalegała ciżba oficerów rozmaitej broni, bo każdemu z nich było pilno, bo nareszcie na głowie jednego pod-szefa Lewińskiego spoczywała cała sztabowa dyrekcja.

Napróżno Bem oglądał się, czyli gdzie kogo z lepiej mu znanych oficerów nie zobaczy. Widział dokoła majorów, kapitanów, podporuczników, jakichś dygnitarzów zgoła, w mundurach gwardji narodowej, w uniformach, których nie znał, lecz żywego ducha bliższego.

Aż dostrzegłszy generalski kołnierz, przed którym gromada rozstępowała się z uszanowaniem, odważył się zapytać, stojącego w pobliżu, oficera w granatowym, osobliwego kroju mundurze.

– Za pozwoleniem, co to za generał?

Oficer spojrzał ze zdziwienem na Bema.

– Przecież to Sałacki! Jeden z tych, którzy pod Ostrołęką zdecydowali o naszem zwycięstwie!

Bem rozwarł szeroko oczy.

– O którem zwycięstwie?

– Widzę, że pułkownik nic nie wiesz. Pozwól pan, jestem Stanisław Sikorski – wódz augustowskich partyzantów – z kim mam honor?

– Józef Bem!

– Owóż, kochany panie Józefie dobrodzieju zaczął z całą swobodą wódz – najpierw pozwól sobie wyrazić radość moją z poznania tak dzielnego oficera!

– Mości naczelniku.

– Więc podpułkownik nie znasz kochanego pana Antoniego? Sałasia pan nie znasz! Panie, a toż brylant! To jeden z tych, których wielka, wielka czeka przyszłość...

Tu Sikorski zniżył głos.

– Sałackiego by nam trzeba! On by pokazał – on by poprowadził!

– Do ostrołęckiego zwycięstwa – bąknął zgryźliwie pułkownik.

– Uważam, kochany panie Józefie, że bierzecie bitwę ryczałtowo. Straty muszą być, nic bez strat, ale rezultat. Napoleon, w czternastym roku, niby wszystkie bitwy wygrał i cóż, dokąd go zapędziły? Do Fontainebleau! – Pozwól, podpułkownik. Oto prześliczna relacja „Kurjera Polskiego”... Proszę, czytaj, przekonaj się!!

Bem rozłożył machinalnie podany mu numer dziennika i osłupiał... bo tuż do oczu skoczyły mu natrętne litery i wrzasnęły przeraźliwie...

„Oręż polski okrył się nieśmiertelną sławą. Nieprzyjaciel ogromną poniósł klęskę”...

Bemowi na to oczywiste kłamstwo zimny pot wystąpił na czoło. Do takich więc już posuwają się ostateczności, takiemi łgarstwami usypiają już czujność narodu, więc niedolę, żałobę, nieszczęście, pogrom czynią triumfem!

– Imć pan pułkownik Sikorski – zawołał adjutant.

Przygodny znajomy Bema podążył ku drzwiom kancelarji podszefa. Bem osunął się na ławkę pod ścianę i pogrążył się w smutnej, bolesnej zadumie.

Dokoła niego gwar roześmianych, ożywionych głosów zlewał się z brząkaniem ostróg i dzwonieniem pałaszy kawaleryjskich w jeden zadufany, butny rozhowor.

Dokoła niego raz po raz zrywały się huczne opowiadania o jakowychś szarżach, pościgach, czynach heroicznych, raz po raz ścierały się zdania, czyli Lubieński więcej dokazał, czyli Skarżyński a Bemowi zdawało się, że hen, z nad Narwi, z podartych kulami ostrołęckich zagajników, idzie ku niemu ponury jęk „przepadła na zawsze... na zawsze!”

Dwa rude szpikulce wąsów nachyliły się ku Bemowi.

– Panie Józefie! – Panie Józefie!

Bem spojrzał na mówiącego.

– A imć pan...

– Sikorski, mój podpułkowniku Sikorski! Pamiętałem o panu i szepnąłem słówko komisarzowi dyżurnemu, abyś nie czekał. Skopowski kręcił się, lecz musiał! Szmat czasu znam Alojzego.

– Dziękuję!

– Niema za co! Rad niezmiernie. Teraz jest generał Hurtig, a po Hurtigu pan zaraz...

Bem wzdrygnął się.

– Po Hurtigu?

– Tak! – podjął Sikorski, nie zauważywszy odruchu pułkownika. – Gdyby nadto czego trzeba panu było, proszę, proszę do mnie, jak w dym.

– Uważam, iż tu nawet ze służbowym raportem trzeba przez znajomości.

– Jak wszędzie, jak wszędzie, kochany panie Józefie! Przy tem naraz i szef nowy i podszef, a tu gwałt, rwetes, bo jeszcze im, na dobitek utrapienia, spadła uczta...

– Uczta!?

– Podpułkownik Bem! – wywołał przy drzwiach adjutant.

Bem, nie czekając na odpowiedź Sikorskiego – ruszył do kancelarji.

Podszef sztabu, pułkownik Lewiński, wyciągnął po przyjacielsku rękę do Bema i zagadał żwawo.

– Witam, witam, podpułkownika! Dawno, dawno nie miałem okazji! Cóż nowego, cóż nowego! Pewnie żądasz miejsca przy stole honorowym! Ani myśli, ani myśli. Bacz, pięćset osób, a tu generalitet, dowódzcy pułków, senat, posłowie, rada miasta, delegacje stanów... Więc niżej pułkownika...

– Za pozwoleniem...

– Gdybyś podpułkownik bodaj wczoraj był się zgłosił.

Siedzący nad papierami komisarz wojenny wtrącił się z boku.

– Podpułkownik Bem został mianowany pułkownikiem.

– Czy być może! – zdziwił się serdecznie podszef. – Winszuję pozdrawiam kolegę. Lecz co tu robić, ani jednego miejsca...

– Daruje pan podszef – ozwał się ostro Bem – ale nie po karty przybyłem, nie po jakieś inwitacje – jeno z raportem.

Lewiński wyprostował się dumnie.

– A – proszę! Mości Skopowski, proszę pisać. Słucham...

– Baterja artylerji konnej gwardji...

– Gwardji! Tytuł ten przestał istnieć. – Proszę zapisać: pozycyjna pułkownika Bema...

– Przybyła na Pragę.

– Skąd?

– Z pod Ostrołęki.

– Więc i pułkownik byłeś! – Co to? – Meldunek! Stan oddziału: siedm koni i ośmiu ludzi, działa w porządku... Phi! Nadzwyczajne! Widzę, żeś pułkownik umiał się oszczędzać.

– Czy są dla mnie rozkazy?

– Mości Skopowski! – Niema? – Niema tymczasem, lecz będą niechybnie. – Artylerji zadość nie mamy, zwłaszcza po ostatniej bitwie.

Tu Lewiński spojrzał na trzymany w ręku meldunek baterji i dodał.

– Arjergarda! Teraz rozumiem! Szedłeś w tylnej straży. No tak, myślałem, żeś pułkownik był w bitwie. Mówisz co? – Żołd, amunicja, konie? Pan Skopowski wyśle zawiadomienie do sztabu dywizji i do komisarjatu generalnego. Pułkownik daruje, że nie będę go zatrzymywał, tyle spraw, tyle pilnych spraw...

Bem wyszedł od podszefa wzburzony i, nie bacząc, że pojawienie się jego w antykamerach wywołało teraz poszmer zaciekawienia, przesunął się przez ciżbę wojskową i wybiegł prawie na wolny przestwór.

Tu zatrzymał się, odetchnął pełną piersią i skierował się powoli w stronę baterji.

Naraz ktoś nań zawołał po imieniu. Bem przystanął machinalnie, odwrócił się i namarszczył.

Był to Sikorski.

– Wybacz pułkowniku dobrodzieju, że cię trudzę – ale nie mogłem, nie mogłem nie spełnić obowiązku! Tom się wybrał do ciebie z ostrołęckimi nowinami!

– Pilno mi...

– Odprowadzę pułkownika! – Jak mi dopiero poczciwy Grodziński rąbnął o tem, kto bitwę rozstrzygnął, tak ledwiem się pod ziemię z konfuzji nie zapadł.

– Niema o czem mówić.

– A nic, pułkowniku! Wola twoja zasługi własne umniejszać, lecz takich jak ja, prawo je znać! Ale cóż, masz dokument! Wierz teraz rozkazom dziennym. Sumituję się, proszę o wybaczenie.

Bem usiłował zbyć natręta, lecz ten tak ogniście a tak zacnie jął dalej turbować się swą nieświadomością, a tak zręcznie wpadać do przekonania pułkownikowi artylerji, że ten złagodniał.

Nadomiar, w chwili, gdy, pomimo to, układał, dla Sikorskiego zręczną, ale stanowczą odprawę, aby ujść zbytnim tegoż konfidencjom, – kompanja ósmego pułku piechoty, której obozowisko mijali, na widok Bema, porwała się na równe nogi.

– Bem! – Bem! – Wiwat Bem! – Niech żyje Bem! – huknęli z zapałem żołnierze.

Pułkownik salutował i przyśpieszył kroku. Sikorski aż odchrząknął ze wzruszenia.

– Panie Józefie, toć prawdziwa nagroda! Wolę to, niż najpochlebniejszy rozkaz dzienny! Ile rzetelnego serca w nich, ile zrozumienia! Z takim żołnierzem! Eh-eh! – czegoby nie można. Wiem, wiem coś o tem, – zbieraninką zacząłem, ale i ładem i sprawiedliwością i duchem. Ot najważniejsze – inaczej żadna tęgość się nie utrzyma, nie ostoi...

– Bezczynności, kunktatorstwu...

– Święte słowa pułkownika. Owóż nas gnębi, owóż toczy, wywołuje niesnaski... Chłopicki, gdyby nie skrupulizował, gdyby mu mataczyny dyplomatyczne nie świtały! – Ale nie śmiem trudzić dłużej...

– Mam istotnie kilka spraw – a potem, przed zmierzchem, chciałbym do Warszawy.

– Do Warszawy. Więc służę pułkownikowi moją bryczką.

– Ależ gdzieżbym się ważył.

– Zaszczyt mi wyświadczysz. A przy tem, kochany panie Józefie, obawiam się, że wyboru nie masz.

– Lecz nie sam muszę. Jakaś biedota przygarnęła się po drodze do baterji...

– Jest zadość miejsca i na sześć osób.

Bem, po krótkiem certowaniu się, przyjął zaproszenie Sikorskiego.

W godzinę niespełna Bem w towarzystwie partyzanta augustowskiego, a mając za sobą, na tylnem siedzeniu, Dziurbackiego z młodziutkim huzarzykiem, któremu, z pod nasuniętego na uszy kaszkietu, co rusz pęki złoto popielatych włosów wypadały, pędził ku Warszawie.

W takt raźnego chrapania rosłych, tęgich mierzynków, rozmowa szła wartko. Pułkownik podotąd dla swego przygodnego znajomka nieufny, sztywny – rozruszał się z kretesem.

Sikorski wydał mu się zgoła zacnym człowiekiem, lubiącym dociekać co moment: a ile gotowych do boju jest armat, a ile może być zapasu amunicji w Modlinie, a ile nabojów bierze w pochód przodek amunicyjny, lecz z gruntu poczciwym. Ot sobie jednym z tych szlachciców, który, na wieść o rewolucji, uniform sobie sam wysztukował, pachołków kilkunastu sformował, jak mu się zdawało, i, pułkownikiem się ogłosiwszy, przywędrował do Warszawy z famą o stoczeniu i wygraniu jakowejś bitwy, o której podkomendni takiego pułkownika żadnego, oczywiście, nie mieli pojęcia. W Warszawie juści łatwiej było z „pułkiem” sobie poradzić, niż z „pułkownikiem”. Pierwszy bowiem, za wspaniałomyślną zgodą „wodza”, szedł na służbę do prawdziwego pułku a drugi paradował w swoim fantastycznym mundurze, kręcił się po sztabach, recepcjach, zgromadzeniach, wiwatował, biadał a niekiedy zdobywał się nawet na poryw, na ofiarę pieniężną, na pracę pożyteczną. Takich, jak Sikorski, snuło się po Warszawie mnóstwo pułkowników, naczelników, wodzów. Już dyktator próbował ich trzebić, a nie zdołał. Niechybnie było to umniejszanie powagi rang wojskowych, samozwaństwo, – ale potrosze niewinna maskarada, fanfaroństwo ucieszne. Cha i w takich czasach bodaj lepsi byli tacy sobie pyszałkowie, niż ci, którzy z wielkiej troski o arkana polityczne i sukurs gabinetów, hulali sobie w Wiedniu, Londynie, Dreźnie lub Paryżu. Tych tu można było często na ich własny argument uwiązać i do czynu napędzić, na tamtych żadnego nie było sposobu.

Zresztą Sikorski i z tego jeszcze zyskał przychylność pułkownika, że sam i otwarcie jął przyznawać się do swego nowicjatu wojskowego, a gdy Bem wprost zapytał go o partyzancką jego epopeję, machnął lekceważąco ręką i odrzekł:

– Et-tam! Nie wstydziłbyś mnie, pułkownik! Niema o czem. Moje pułkownictwo! Ba, cóżem miał czynić, jakżem się miał nazwać? No, robiło się, co mogło! żebym to ja miał pułkownika eksperjencję, żebym sztukę znał! Ba! Tyle, że kilkunastu drążkowych szlachetków i łyków z miasteczka przywędrowało ze mną. I Bóg strzegł, że nas gdzie plutonik jaki, zabłąkany nie ucapił. Trociny by zostały! Śmiej się pułkownik zdrów. Człowiek sobie po gospodarsku kalkulował – dasz chłopu pałasz w garść i będzie żołnierz!

– W sedno trafiłeś!

– Nieco zapóźno! – przyznał skromnie Sikorski. – No, ale zawsze luda trochę się zdało i pieniądze też się zdały. Choć coś! Pułkownik masz tu juści kwaterę.

– Tak. na Podwalu, przy Piekiełku.

– Więc każę tam nawrócić. Ja u Lelewela w kamieniczce, po obozowemu lecz pod dobrą opieką, bo u członka Rządu. Co pułkownik mniemasz o Lelewelu?

– Cóż – dobry człek i znakomity profesor!

– Cha, cha! Profesor! Udało mi się. Hm, ale mocny, na dwie strony rządzi, bo i w pałacu Radziwiłłowskim i w Patrjotycznem. Siedzi sobie po prawicy i po lewicy! Ale czynszu nie daruje – oho – ani myśli! – Panie Józefie, lecz może byście chcieli na ucztę do Saskiego ogrodu?! Kto wie, możeby należało być. Pojmuję szlachetne skrupuły. Dosyć zabaw, dosyć uciech – nie pora! – Daje ją pierwszy pułk gwardji narodowej, alias imć pan Ostrowski funduje. Parada będzie setna, illuminacja, tany, wódz naczelny, prezes rządu! Toasty, muzyki, mowy! Kto wie, pułkowniku! – Przy twoich talentach i zasługach trzeba się ludziom pokazywać. Mam dwie karty. Odmawiasz – niechże będzie – zawsze drugą dla cię zachowam. Jak się namyślisz, to kamieniczka Lelewela...

 

– Dziękuję.

Sikorski zerknął w tył za siebie i zauważył.

– Nie szpetny dzieciak, ta wasza znajda ostrołęcka.

– I kłopot właśnie, bo niewiadomo, co uczynić z nią. Radbym komu w dobre ręce, inaczej na marne pójdzie.

– Czekaj pułkowniku, a gdyby, gdyby do pani Marchockiej.

– Marchockiej? Zdaje mi się, że znam to nazwisko.

– I nie dziwno mi. Któżby nie znał pani Anny. Osoba dobroczynna, lazaret cały u siebie w domu założyła! Złote serce, piękne relacje.

– Sądzisz pan zatem, iż podjęłaby się...

– Ręczę pułkownikowi.

– Hm, bo mnie istotnie trudno. Myślałem ją do jednej kawiarki, lecz cóżby dla dziecka...

– Chyba zły przykład!

– Gdyby nawet...

– To pułkownik pragnąłbyś czegoś właściwszego. Podzielam ten sentyment. Obce stworzenie, nie ziębi, nie grzeje, a powiadasz sobie, niechże coś uczynię! Przynieśli mi znajdę raz do dwora – i też póty żem się głowił, aż dzieciaka zaopatrzyłem i ekonomowej na wychowanie dałem.

Bem, frasował się, czyli przystoi mu nadużywać grzeczności Sikorskiego, ten atoli, dowiedziawszy się, że dziewczyna była córką cygana Jagi, markietana obozowego – tak obcesowo natarł na pułkownika, że ten przystał. Zwłaszcza, iż nie wiedział, co począć z przybłędą. Stary Dziurbacki raportował mu wprawdzie, aby dziewczynę przy baterji zostawić, a już on na siebie bierze za nią odpowiedzialność – lecz pułkownik myśli tej nie dopuszczał. Dawniej, niegdy, za Księstwa Warszawskiego, a w dwunastym roku zwłaszcza, bywało przy pułkach mnóstwo podobnego biedactwa – lecz nie na statek. Prędzej czy później marniało to, ginęło.

A że Sikorski najmocniej w tych obawach utwierdził pułkownika – więc układ w jednej chwili stanął, że augustowski partyzant odrazu dziewczynę do swej dobrodziejki odwiezie.

Przed kolumną króla Zygmunta, Bem kazał zatrzymać bryczkę, podziękował raz jeszcze Sikorskiemu za tyle przysług i, wziąwszy odeń zapowiedź rychłych odwiedzin, skinął na Dziurbackiego.

Profos zsunął się żwawo i do huzarzyka rękę wyciągnął, aby mu pomódz zejść z bryczki, lecz pułkownik zatrzymał go.

– Zostaw ją, acan – ten pan ją odwiezie i odda pod opiekę.

Profos skonfundował się.

– Kiedy bo, melduję panu pułkownikowi, że jako raportowałem, Antoszka...

– No, no, mój stary, wiem, że masz poczciwe intencje. Nie od dziś cię znam. Lecz inaczej być nie może. Na poniewierkę jej nie dam. Takiemu stworzeniu trzeba opieki, kobiecej ręki a nie kordegardy.

Dziurbacki poruszył wargami, żeby odpowiedzieć, lecz, w tejże samej chwili, Sikorski pochylił się ku woźnicy i konie pomknęły z kopyta.

Bem dodał jeszcze kilka słów pomiarkowania, zalecił profosowi, aby, czuj duch, o rannym apelu pamiętał i skręcił ku Podwalowi.

Dziurbacki stał, jak w ziemię wryty, poglądając mętnym, przygasłym wzrokiem w stronę, kędy na bryczce chwiała się nikła postać w wielkim, na uszy nasuniętym, kaszkiecie. Bryczka już po dwakroć skryła mu się między, postępujące ociężale, furgony wojskowe, już jeno kaszkiet ukazywała. Naraz, gdy miała zanurzyć się i zniknąć w gardzieli Senatorskiej ulicy, hen, zdała, mignęła profosowi drobną, maleńką twarzyczką w obramowaniu dwóch niesfornych złoto popielatych loków.

Dziurbacki drgnął i rzucił się na przełaj za bryczką.