Był sobie szczeniak. BaileyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Garrettowi i Ewanowi

– witajcie na świecie!

1


Pewnego dnia dotarło do mnie, że te ciepłe, piskliwe kulki smrodku tarzające się dookoła mnie to moi bracia i siostry. Byłem tym odkryciem głęboko rozczarowany.

Już od pewnego czasu odsuwałem i odpychałem od siebie te wijące się obiekty, żeby dostać się do ciepłego futra mamy i jej pożywnego, pysznego mleka. A więc te małe przeszkody na mojej drodze były szczeniaczkami takimi jak ja!

Wlepiłem wzrok w mamę i mrugając, prosiłem ją niemo, żeby pozbyła się intruzów. Chciałem mieć ją tylko dla siebie.

Ale tego nie zrobiła. Wyglądało na to, że moi bracia i siostry zostaną z nami na dobre.

Stwierdziłem, że w takim wypadku muszę objąć przywództwo w stadzie. Tylko że moje rodzeństwo chyba tego nie zrozumiało. Jeden szczeniak próbował złapać mnie za kark, a kolejna dwójka czy trójka usiłowała na mnie wskoczyć. Na mnie. Gdy wreszcie zdołałem odeprzeć atak, ten, którego starałem się postawić do pionu, siłował się już z kimś innym. A kiedy udało mi się wydobyć z gardła złowieszcze warknięcie, cała gromadka tylko odpowiedziała radośnie tym samym.

Okropnie irytujące.

W chwilach, kiedy nie uczyłem rodzeństwa, jak urządzony jest świat, sam zaczynałem go poznawać. Od początku słyszałem ciągłe szczekanie i wyczuwałem w pobliżu inne psy. Gdy już wydostałem się z gromadki szczeniąt, żeby cokolwiek zobaczyć, pod łapkami wyczułem twardą, szorstką powierzchnię, a po kilku krokach natrafiłem noskiem na drut. Byłem w klatce z betonową podłogą.

Po drugiej stronie drutów siedziały kolejne szczenięta. Nie były blondynkami o ciemnych oczach jak ja, moje rodzeństwo i mama, lecz energicznymi maleństwami w ciemne plamki i z sierścią sterczącą we wszystkie strony świata. Wyglądały na świetnych kompanów do zabawy, ale między nami była ta druciana bariera.

Gdy się odwróciłem, żeby zerknąć do klatki po drugiej stronie, zauważyłem dorosłą suczkę, białą w czarne cętki. Brzuch zwisał jej nisko przy podłodze i poruszała się wolno. Rzuciła mi pobieżne spojrzenie, ale nie wyglądała na szczególnie zainteresowaną tym, co zobaczyła.

Z trzeciej strony klatki były drzwiczki. Dostrzegłem je już wcześniej. Każdego dnia podchodził do nich mężczyzna z jedzeniem dla mamy, otwierał je i wstawiał miskę do środka. Mama dźwigała się na łapy, strząsała z siebie ostatnie szczeniaki i pospiesznie połykała jedzenie, żeby jak najszybciej do nas wrócić.

Tego dnia po raz pierwszy przyjrzałem się bliżej temu, co znajdowało się za drzwiczkami. Trawa. Długi pas trawnika, który kusił mój nos zapachem wilgotnej ziemi i roślin. Okalał go drewniany płot.

To było dla mnie za dużo wrażeń jak na jeden raz. Podreptałem z powrotem do mamy i ułożyłem się do drzemki na dwóch siostrach.

Kiedy nazajutrz przyszedł mężczyzna, byłem już czujny. W jednej ręce trzymał miskę z jedzeniem, a w drugiej kawałek papieru, w który się wpatrywał, marszcząc brwi.

– Yorkshire teriery, mniej więcej tydzień – powiedział, zaglądając do klatki obok, tej ze szczeniakami. Potem stanął przed naszą i spojrzał do środka. – Golden retrievery, prawdopodobnie trzy tygodnie, a tam mamy jeszcze dalmatynkę, która lada chwila urodzi.

Wiedziałem, że nie mówi tego do żadnego z psów. Nigdy się do nas nie odzywał. Prędko otworzył drzwiczki naszej klatki, a ja od razu do nich podreptałem, nie mogąc się doczekać dotyku trawy pod łapkami. Mężczyzna jednak burknął i wepchnął mnie z powrotem do środka – nie szorstko, ale i nie delikatnie – i postawił miskę przed mamą.

A potem zamknął drzwiczki.

Chciałem spróbować jedzenia, lecz mama odsunęła mnie nosem. I tak nie pachniało równie wspaniale jak mleko. Mężczyzna odszedł i wrócił z kolejnymi miskami, które postawił na trawie, po czym ruszył do klatki na prawo od nas. Otworzył drzwiczki, a potem zrobił coś, co całkowicie mnie zaskoczyło – zostawił je uchylone! Rozczochrane szczeniaki – teriery, jak je nazwał – wybiegły na trawę.

– Nie, ty nie – powiedział do ich matki, wpychając ją z powrotem, jak wcześniej mnie.

Patrzyłem z zazdrością na biegające po trawie małe futrzane kulki. Ich mama kwiliła cicho za zamkniętymi drzwiczkami. Mężczyzna się oddalił i wyszedł z podwórka przez furtkę w drewnianym płocie, podczas gdy tamte szczeniaki tarzały się po trawie, gryzły ją i obszczekiwały.

Jeden z nich ją obsiusiał, więc oczywiście reszta towarzystwa musiała dokładnie obwąchać to miejsce.

Potem któryś szczeniak odkrył miskę z jedzeniem, wpadając do niej pyszczkiem. Wykaraskał się z parsknięciem, zlizał z pyszczka lepką brązową maź i znowu rzucił się do miski. Jego rodzeństwo stłoczyło się wokół niej za jego przykładem.

Gdy pieski już ją wylizały, podbiegły do naszych drzwiczek, żeby nas obwąchać. Zacząłem zlizywać resztki jedzenia z ich pyszczków, a jeden z moich braci stanął mi na głowie. Potem całe towarzystwo nas zostawiło i pobiegło z powrotem na trawę, szczekając, przewracając się i podnosząc na nowo. Zauważyłem, że po prawej i lewej jest więcej klatek. Szczeniaki biegały jak opętane od jednej do drugiej, obwąchując pyszczki wszystkich psów w ich zasięgu.

Marzyłem, żeby być tam z nimi. Zdążyłem już zwiedzić naszą małą klatkę wzdłuż i wszerz, poznałem wszystkie jej zapachy, od szczeniaków po mamę, od psiego jedzenia po mleko. Byłem gotowy na więcej.

Gdy mężczyzna do nas wrócił, zostawił za sobą uchyloną furtkę. Zobaczyłem maleńki skrawek błękitnego nieba, zielonych drzew i ciemnej szosy w dali. Zawładnęła mną tęsknota za nieznanym. Coś tam na mnie czekało – byłem tego pewien. Coś ważnego. Coś, czego potrzebowałem. Gdyby to mnie wypuszczono na trawę, pobiegłbym prosto do tej otwartej furtki. Nie rozumiałem, dlaczego żaden z małych terierów tego nie zrobił, one były zbyt zajęte zapasami, żeby o tym pomyśleć.

Mężczyzna zgarnął dwa szczeniaki, po jednym do ręki, i wyniósł je za furtkę. Potem zrobił jeszcze dwa kursy po resztę. I trawnik opustoszał.

Bez ich piskliwych szczeknięć na podwórku zrobiło się nagle strasznie cicho. Ich mama oparła się łapami o drzwiczki i płakała. Potem oderwała się od nich i zaczęła niespokojnie chodzić po klatce.

Mężczyzna wrócił do niej i spojrzał na suczkę, ale jej nie zawołał, nie przemówił do niej, nie włożył ręki do środka, żeby jej dotknąć. Instynktownie wiedziałem, że mógłby to wszystko zrobić, aby ulżyć jej w cierpieniu. Ale nie zrobił. Odwrócił się tylko i odszedł.

Smutek matki szczeniaczków z sąsiedniej klatki udzielił się i mnie. Zagrzebałem się z powrotem w gromadce swoich braci i sióstr, bezpieczny przy boku własnej mamy.

Jednak myśl o tej furtce do świata mnie nie opuszczała. Gdy parę dni później przyszła nasza kolej na harce na zielonej trawce, byłem już gotowy.

Mężczyzna wystawił dla nas miski z jedzeniem, tak jak wcześniej dla terierków, i otworzył drzwiczki naszej klatki. Puściliśmy się pędem na trawę. Dwie z moich sióstr dosłownie przeszły mi po głowie, żeby dostać się do misek. Przepchnąłem się między nimi i poszedłem za ich przykładem. Jedzenie okazało się pyszne, a to, że mogłem pogryźć coś twardego, zamiast ciągle ssać mleko, było naprawdę wspaniałym uczuciem.

Gdy już najadłem się do syta, uniosłem głowę znad miski i rozejrzałem się wokół.

Wszystko było cudnie wilgotne i przepełnione zapachami. Trawa była wyśmienita. Ziemia pod nią – soczysta i ciemna. Podrapałem ją nieco i wsadziłem w nią nos, a potem kichnąłem i potrząsnąłem głową, żeby pozbyć się jej z pyszczka. Potruchtałem do klatki dalmatynki, a jej nowo narodzone szczeniaczki podpełzły do drzwiczek, żeby trącić się ze mną noskami, tak jak ja jeszcze niedawno trącałem się noskami z młodocianymi terierami.

Po przywitaniu się z przedszkolem cofnąłem się i uniosłem nos wyżej. Nawet powietrze przepełniał zapach nowych możliwości. Gdzieś w dali wyczuwałem woń wielkiej wody, o wiele większej niż ta w misce. Czułem zapachy psów i innych zwierząt: trajkoczących na płocie wiewórek, a także większego i cięższego zwierza o mocniejszym zapachu, który przechodził pod płotem parę nocy wcześniej.

Mężczyzna minął mnie i otworzył drzwiczki naszej klatki, żeby wypuścić mamę. Moi bracia i siostry popędzili do niej, ale ja znalazłem pod łapkami martwego robaka, który w tamtej chwili był o wiele bardziej interesujący.

Mężczyzna znowu odszedł i zamknął za sobą z łoskotem furtkę.

Furtka… Skupiłem wzrok na klamce.

Pod płotem przy furtce stał drewniany stół, a przed nim stołek. Podbiegłem do niego. Był wystarczająco niski, żebym dał radę się na niego wspiąć. Teraz wystarczył tylko mały skok, podciągnięcie kuperka i już byłem na stole.

Znajdowało się na nim parę pustych misek i torba o dość interesującym zapachu. Gdybym nie miał pełnego brzuszka, być może zadowoliłbym się rozerwaniem jej i spałaszowaniem zawartości, ale obecnie interesowało mnie coś innego.

Pamiętałem, że mężczyzna położył dłoń na klamce, pociągnął w dół i pchnął, a furtka się otworzyła.

Czy i mnie udałoby się coś podobnego?

Klamka nie była okrągła; to był cienki pasek metalu. Moje maleńkie ząbki na niewiele się zdały, gdy chciałem ją uchwycić, ale starałem się ze wszystkich sił. Zacisnąłem je na klamce, szarpałem i kręciłem szyją. Bez powodzenia; udało mi się tylko stracić równowagę i spaść na ziemię.

 

Usiadłem i z całej tej frustracji obszczekałem furtkę. To też nie pomogło. Moje rodzeństwo podbiegło, żeby na mnie wskoczyć, ale odsunąłem się od nich. Nie byłem w nastoju do zabawy.

Miałem coś ważnego do zrobienia.


Podejście numer dwa: wspiąłem się na stół i ponownie chwyciłem zębami klamkę. Tym razem oparłem się o nią przednimi łapami, żeby nie spaść, i ku mojemu zaskoczeniu osunęła mi się spod łap. Poślizgnąłem się i w locie uderzyłem o nią całym ciałem. Pokoziołkowałem na trawę i zaskoczony uniosłem wzrok.

Furtka była otwarta!

Co prawda niezbyt szeroko, ale gdy włożyłem nos w szparę i pchnąłem, uchyliła się bardziej. Byłem wolny!

Z przejęciem podreptałem na drugą stronę, potykając się o własne łapki. Przede mną rozpościerała się droga: dwie równoległe wąskie ścieżki w ziemi. To musi być kierunek, w którym mam iść.

Ale odwróciłem się jeszcze i spojrzałem na furtkę. W jej progu siedziała mama i patrzyła na mnie.

Zdałem sobie sprawę, że nie pójdzie ze mną. Nie opuści podwórka. Byłem zdany na siebie.

Miałem ochotę pobiec do niej, wtulić się w jej ciepłe futro, dać się polizać jej silnemu językowi. Ale tego nie zrobiłem.

Wiedziałem podskórnie, że szczeniaki opuszczają swoje mamy. To mogło być dla nich smutne, ale tak już po prostu było. Jeśli jej teraz nie zostawię, przyjdzie tamten mężczyzna i zabierze mnie od niej, tak jak to zrobił z terierkami.

A poza tym w głębi serca wiedziałem, że po tamtej stronie furtki czekało na mnie coś, co musiałem odnaleźć. Lub ktoś. Miałem pewność, że na świecie żyją inni ludzie i że nie wszyscy są jak ten mężczyzna, który nas karmił i otworzył naszą klatkę.

Gdzieś na świecie czekały delikatne ręce i miłe głosy. A moim zadaniem było je wytropić.

Ruszyłem w świat, by zrobić to, co do mnie należało.

2


Ścieżka w ziemi pod moimi łapami była niesamowita! Pachniała gumowymi oponami, wszystkimi zwierzętami, które nią wędrowały, i wilgocią deszczu sprzed kilku dni. Truchtałem z uśmiechem na pyszczku, merdając króciutkim ogonem. Kłapnąłem ząbkami za motylem, który przeleciał mi przed nosem. Potaplałem się w kałuży. Znalazłem fantastyczny kij, który ciągnąłem za sobą, dopóki nie zaczął mnie boleć kark. Puściłem go i popędziłem do przodu, bo wyczułem jakiś nowy zapach. Pusty kubeczek! Nie, nie do końca pusty. W środku znalazłem resztki czegoś słodkiego i lepkiego. Wylizałem go do czysta i ruszyłem w dalszą drogę.

Po pewnym czasie ścieżka doprowadziła mnie do szosy, która pod łapami była tak samo twarda jak beton w klatce. Powąchałem ją i ostrożnie pomacałem łapką, po czym stwierdziłem, że nią pójdę, głównie dlatego, że wiejący od niej wiatr co sekunda przynosił nowe, wspaniałe zapachy. Wilgotne, gnijące liście! Drzewa! Kałuże! Wiewiórki! Myszy! Robaki!

Pełen entuzjazmu podreptałem na poszukiwanie przygody, ale nagle przystanąłem. W leżącej przede mną kupce liści coś zaszeleściło.

Przyczaiłem się i ostrożnie podkradłem do swojej ofiary, czymkolwiek była. Nagle wystrzeliła z liści i bzyknęła mi wprost przed nosem! Robak! Jeszcze nigdy takiego nie widziałem. Odskoczyłem do tyłu i zaszczekałem na niego, żeby wiedział, że nie jestem żarełkiem. Skręcił i poleciał szosą, a ja rzuciłem się za nim w pogoń. Pokażę temu tłustemu robalowi, kto tu rządzi!

Z tyłu usłyszałem furgonetkę, ale nie zatrzymałem się, aż robal nie wleciał na drzewo. To niesprawiedliwe! Obszczekałem go sfrustrowany. A potem zdałem sobie sprawę, że już nie słyszę za sobą turkotu silnika.

Trzasnęły drzwi. Odwróciłem się. Furgonetka zatrzymała się na skraju szosy i wyszedł z niej mężczyzna o pomarszczonej, opalonej skórze i w ubłoconym ubraniu. Przyklęknął i wyciągnął ręce.

– Hej, mały koleżko! – zawołał.

Spojrzałem na niego niepewnie. Co to za człowiek? Jakie ma dłonie? Czy mnie odepchną, jak dłonie pierwszego mężczyzny, którego znałem? Czy może są cierpliwe i delikatne?

– Zgubiłeś się, koleżko?

Wciąż nie miałem pewności co do dłoni, ale głos był miły. I mówił wprost do mnie. Tamten mężczyzna nigdy tego nie robił. I nigdy nie klękał, żeby być bardziej na moim poziomie.

Ten człowiek wydawał się w porządku. Potruchtałem do niego.

Podniósł mnie dłońmi, które były wystarczająco duże, żeby objąć całe moje ciałko. I to były delikatne dłonie. Poczułem ulgę, nawet gdy na chwilę uniósł mnie sobie nad głowę. Nie przeszkadzało mi to, ale niemal natychmiast opuścił mnie i przytulił do piersi. Pachniał dymem i błotkiem, i potem, i świeżym powietrzem.

Przepyszne aromaty.

– Jesteś śliczny, mały koleżko. Wyglądasz mi na rasowego retrievera. Skąd się tu wziąłeś, koleżko?

Polizałem go po podbródku, który był szorstki od zarostu. Mężczyzna się zaśmiał.

„Tak, mogę mieć na imię Koleżka” – zgodziłem się w myślach. Mógłbym zostać z tym mężczyzną. Mógłbym być jego pieskiem, robić, co mi każe, chodzić z nim wszędzie. Takie było moje zadanie, prawda? Być z człowiekiem? Byłem pewny, że tak. Czułem to.

Mężczyzna zaniósł mnie do swojej furgonetki i posadził na przednim siedzeniu, a sam klapnął obok. To mi się podobało! A jeszcze bardziej mi się podobało, gdy ruszyliśmy i przez uchyloną szybę do środka zaczęły się wlewać nowe, niesamowite zapachy.

Próbowałem oprzeć się przednimi łapkami o szybę i jak tylko mogłem zbliżyć nos do tego powiewu chłodnego powietrza. To była świetna zabawa, chociaż przewracałem się za każdym razem, gdy auto jechało po wertepach albo skręcało. Mężczyzna śmiał się wtedy i pomagał mi odzyskać równowagę dużą, ciepłą, delikatną dłonią.

Nagle ostro skręcił i wylądowałem na podłodze furgonetki. Ale nie obraziłem się o to. Tu też królowały interesujące zapachy. Samochód zatrzymał się z piskiem, a mężczyzna spojrzał na mnie.

– Tu jest cień – zapewnił mnie.

Oparłem się łapkami o brzeg siedzenia i spojrzałem na niego. Potem wskoczyłem na fotel i wyjrzałem przez szybę. Znaleźliśmy się przed jakimś budynkiem z wieloma drzwiami. Mężczyzna skinął głową w kierunku jednego z wejść tuż przy zaciemnionym oknie.

– Wracam dosłownie za kilka minut – powiedział do mnie, zasuwając szyby. – Nic ci się nie stanie.

Dopiero gdy wyszedł i zamknął za sobą drzwi, zdałem sobie sprawę, że odchodzi. Hej, chwilunia! A co ze mną? Przecież byłem teraz jego psem, tak? Chyba powinienem wszędzie z nim chodzić, mam rację?

Patrzyłem, jak wchodzi do budynku, a potem klapnąłem na siedzenie, godząc się z losem czekającego pieska. Znalazłem kawałek szmatki i trochę ją pomemłałem, ale nie była zbyt smaczna. Znudzony ułożyłem się do drzemki. Słońce się przesunęło i teraz świeciło przez szybę, przyjemnie grzejąc mi grzbiet.

Gdy się obudziłem, słońce było więcej niż ciepłe. Było gorące.

Powietrze w furgonetce stało się wilgotne i miało zatęchły posmak. Zacząłem dyszeć. A potem skomleć. Oparłem się łapkami o szybę, żeby zobaczyć, czy mężczyzna nie wraca. Jak kamień w wodę! A szyba w oknie była tak nagrzana, że parzyła mi łapki. Opadłem znowu na siedzenie, kręcąc się nerwowo. Dyszenie niewiele pomagało. W ogóle mnie nie chłodziło.

Nagle wszystko w aucie zaczęło się rozmywać. Położyłem się na siedzeniu, marząc o miskach wody, które przynosił nam tamten mężczyzna, o kałuży na ścieżce w ziemi, o chłodnych, świeżych zapachach na wietrze.

Język zwisał mi aż do siedzenia, ale każdy haust gorącego powietrza tylko pogarszał sprawę. Całe moje ciało zaczęło się trząść.

Nie byłem w stanie się podnieść, żeby znowu wyjrzeć przez okno. Siły wystarczyło mi jedynie na skierowanie wzroku na szybę.

Pojawiła się w niej czyjaś twarz! Nie widziałem jej wyraźnie i w ogóle nie czułem zapachu jej właściciela, ale to na pewno był ten mężczyzna. Zaraz otworzy drzwi i mnie wypuści!

Twarz zniknęła.

Osunąłem się z rozczarowaniem na siedzenie. Czułem się tak ciężki, że zdawało mi się, że zaraz wtopię się w miękki materiał fotela. Moje łapy zaczęły drgać same z siebie.

Nagle rozległ się ogłuszający huk i całą furgonetką aż zakołysało. Obok mnie na siedzeniu wylądował kamień, a mój grzbiet pokryły przeźroczyste, lśniące kamyczki. Uniosłem głowę i poczułem na pyszczku powiew chłodnego powietrza, które wpadało przez rozbitą szybę.

Objęły mnie czyjeś dłonie. Nie należały do tamtego mężczyzny; były mniejsze, gładsze i jeszcze delikatniejsze. Nie mogłem się nawet poruszyć, gdy podniosły mnie ku zmartwionej twarzy okolonej długimi, ciemnymi włosami. Twarzy kobiety.

– Biedny szczeniaczku. Biedny, biedny szczeniaczku – powtarzała szeptem.

„Mam na imię Koleżka” – odpowiedziałem w myślach.

Ocknąłem się na miękkiej trawie, a od nosa do ogona spływały po mnie strużki chłodnej, czystej wody. Kobieta stała nade mną z plastikowym dzbankiem w ręku. Jeszcze nigdy nie było mi tak dobrze.

Zadrżałem z rozkoszy i uniosłem pyszczek, żeby wychłeptać trochę z tego cudnego strumienia.

– Pij, maleńki, pij – zachęcała mnie kobieta.

Obok niej stał mężczyzna – ale nie ten, który zostawił mnie w furgonetce. Stał i bacznie mi się przyglądał.

– Myśli pan, że nic mu nie będzie? – zapytała kobieta.

– Wygląda na to, że woda się sprawdziła – odpowiedział.

Poczułem sympatię i troskę bijące od nich obojga. Wyruszyłem w świat na poszukiwanie właśnie takich ludzi. Przekręciłem się na grzbiet, żeby strumień wody schłodził mój nagrzany brzuszek, a kobieta się roześmiała.

– Co za słodki szczeniaczek! – powiedziała. – Wie pan może, jaka to rasa?

– Wygląda mi na golden retrievera – odpowiedział mężczyzna. – I to, ekhm, chłopak.

– Och, szczeniorku – szepnęła kobieta.

Tak, mogłem być Szczeniorkiem, mogłem być Koleżką, mogłem być, kimkolwiek chcieli. Gdy kobieta porwała mnie w ramiona, nie zważając nawet na wielką mokrą plamę, którą moja ociekająca wodą sierść zostawiła na jej bluzce, zacząłem całować ją po twarzy, aż zamknęła oczy i zachichotała.

– Jedziesz ze mną do domu, maleńki – powiedziała do mnie. – Chcę, żebyś kogoś poznał.

Zabrała mnie do swojego auta i przez całą drogę trzymała na kolanach. Wtuliłem się w kobietę, obwąchując ją. Pachniała czystością jak mydło i słodyczą jak kwiaty, a na jej ubraniu wyczułem woń jakiegoś nieznanego zwierzaka. Od czasu do czasu zdejmowała rękę z kierownicy, żeby mnie pogłaskać. To było bardzo miłe.

Zatrzymała się tylko raz i zostawiła mnie w aucie, więc zacząłem dyszeć i kręcić się nerwowo, ale przed odejściem uchyliła szybę i zaraz wróciła. Znowu zwinąłem się w kłębek na jej kolanach, a chwilę później poczułem się na tyle dobrze, żeby się dźwignąć i rozejrzeć. Z małego otworu płynęły dwa strumienie czystego, zimnego powietrza, owiewając mi pyszczek. Obwąchałem je i potrząsnąłem głową, posyłając w powietrze krople wody z uszu. Kobieta znowu się zaśmiała.

Od zimnego powietrza na mokrej sierści zacząłem w końcu drżeć z zimna, więc zeskoczyłem na podłogę, gdzie było nieco cieplej. Leżał na niej dywanik, miękki i szorstki zarazem, na którym ułożyłem się do kolejnej drzemki.


Obudziłem się, kiedy auto znowu się zatrzymało. Kobieta wyciągnęła do mnie te swoje miękkie ręce i mnie podniosła. Spojrzałem na nią, mrugając sennie oczami.

– Och, jesteś takim słodziakiem – szepnęła. Gdy przytuliła mnie do piersi, poczułem bicie jej serca. Była podekscytowana. Ziewnąłem i otrząsnąłem się z resztek snu. Kiedy postawiła mnie na trawce, przykucnąłem za potrzebą. Teraz byłem już gotów stawić czoła temu, co ją tak rozbudziło, czymkolwiek by nie było.

– Ethan! – zawołała. – Wyjdź do nas! Chcę ci kogoś przedstawić.

Podniosłem głowę i spojrzałem na nią z zaciekawieniem. Byliśmy przed dużym białym domem. Zastanawiałem się, co tu znajdę. Klatki? Inne psy? Duże podwórko z drewnianym płotem?

Drzwi wejściowe otworzyły się z łoskotem i na podwórko wybiegł człowiek. Zupełnie inny rodzaj człowieka. Jeszcze nigdy takiego nie widziałem.

 

Zbiegł z betonowych schodków i zeskoczył na trawę. Włosy miał ciemne jak ta kobieta, ale obcięte na krótko, do uszu. Był mniejszy od niej. Głową nie sięgał jej nawet do ramion.

Wlepił we mnie wzrok. Ja wlepiłem wzrok w niego. Uświadomiłem sobie, że to ludzkie młode. Dziecko. Płci męskiej. Uśmiechnął się od ucha do ucha i rozłożył szeroko ręce.

– Szczeniaczek! – zaświergotał.

Podbiegliśmy do siebie. Klapnął na trawie, żeby mnie podnieść. Nie mogłem przestać go lizać, a on nie mógł przestać chichotać. Poturlaliśmy się razem po trawie.

Nie miałem pojęcia, że na świecie istnieje ktoś taki jak chłopiec. Ale teraz, gdy go sobie znalazłem, wiedziałem, że nie ma nic lepszego. Pachniał fascynująco, potem i mydłem, i błotkiem, i jakimś mięskiem, które niedawno jadł, i jeszcze tym samym zwierzakiem, którego zapach wyczułem na ubraniu kobiety. Zagrzebałem nos w jego włosach i pod kołnierzem koszuli i wąchałem, i wąchałem.

Chłopiec! To chyba właśnie jego szukałem, gdy opuściłem tamto podwórko. Właśnie takiego chłopca.