Nawiedzony dom

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

I. Wczesne opowiadania

Phyllis i Rosamond

Tajemniczy przypadek panny V.

Dziennik pani Joan Martyn

Rozmowa na Pentelikonie

Wspomnienia o pisarce

II. Lata 1917–1921

Ślad na ścianie

Kew Gardens

Wieczorne przyjęcie

Rzeczy trwałe

Współczucie

Nie napisana powieść

Nawiedzony dom

Towarzystwo

Poniedziałek lub wtorek

Kwartet smyczkowy

Błękit i zieleń

III. Lata 1922–1925

Kobiecy college widziany z zewnątrz

W sadzie

Pani Dalloway na Bond Street

Niebieska zasłona

Wdowa i papuga: historia prawdziwa

Nowa suknia

Szczęście

Przodkowie

Prezentacja

Razem i osobno

Człowiek, który kochał bliźnich

Prosta melodia

Podsumowanie

IV. Lata 1926–1941

Chwile istnienia: „Szpilki od Slatera są tępe”

Dama w lustrze: refleksja

Czym fascynuje staw

Trzy obrazy

Sceny z życia oficera marynarki brytyjskiej

Panna Pryme

Oda napisana po części prozą na widok nazwiska Cutbush nad wejściem do masarni w Pentonville

Portrety

Wujaszek Wania

Księżna i jubiler

Polowanie

Lappin i Lapinowa

Szperacz

Kundelka Gipsy

Spadek

Symbol

U wód

Przypisy

Tytuł oryginału: A HANNTED HOUSE. THE COMPLETE SHORTER FICTION

Redakcja: WERONIKA KOSIŃSKA

Korekta: AGNIESZKA URBANOWSKA, JUSTYNA CHMIELEWSKA,

ALEKSANDRA SZCZEPAN, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright for the Polish translation by Magda Heydel

© Copyright for this edition byWydawnictwo Literackie,

Wydanie I elektroniczne

Kraków 2012

ISBN 978-83-08-04964-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c. wersja 1

I

Wczesne opowiadania

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Phyllis i Rosamond

W tych naszych dziwnych czasach, kiedy coraz częściej domagamy się portretów ludzi, ich umysłów i ich płaszczy, wierny szkic, narysowany bez wielkiej wprawy, ale za to zgodnie z prawdą, może mieć pewną wartość.

Niech każdy, usłyszałam któregoś dnia, opisze ze szczegółami własny dzień pracy; nasi potomni będą zadowoleni z posiadania takiego katalogu tak samo jak my, gdybyśmy dostali zapis, jak odźwierny w teatrze Globe oraz dozorca parku spędzili sobotę, 18 marca roku Pańskiego 1568.

A ponieważ istniejące portrety dotyczą niemal wyłącznie płci męskiej, z większą mocą wkraczającej na scenę, to warto, jak sądzę, wziąć za model jedną z licznych kobiet, które przycupnęły w cieniu. Studia nad historią i biografią przekonają bowiem każdego rozsądnego człowieka, że nieznane osoby grają rolę łudząco podobną do tej, którą w tańcu marionetek odgrywa ręka lalkarza: jego palec dotyka ich serca. To prawda, przez wiele lat nasze naiwne oczy wierzyły, że postaci tańczą z własnej woli i wycinają takie hołubce, jakie sobie zamyślą, tymczasem owo stronnicze światło, którym powieściopisarze i historycy zaczęli od jakiegoś czasu rozjaśniać ciemne i tłoczne przestrzenie za sceną, nie przyniosło jak dotąd wiele, lecz ujawniło, ile tam trzymanych w niewidocznych rękach drucików, których ruchy i szarpnięcia decydują o tańcu całej figurki. Niniejszy wstęp wiedzie nas do punktu wyjścia: zamierzamy przyjrzeć się możliwie najspokojniej niewielkiej grupce ludzi żyjących w tej chwili (20 czerwca 1906 roku); z powodów, które zaraz ujawnimy, wydaje się nam, że uosabia ona cechy wielu podobnych grupek. Jest to przypadek powszechny, ostatecznie bowiem istnieje bardzo wiele młodych kobiet urodzonych w bogatych, szanowanych urzędniczych rodzinach i wszystkie z pewnością napotykają ten sam rodzaj problemów, wobec czego nie może być, niestety, mowy o znacznych różnicach w odpowiedziach, jakich udzielają.

Jest ich pięć, same córki, co ze smutkiem podkreślają: przez całe życie w imieniu rodziców, jak się wydaje, wyrażają żal z powodu tego początkowego błędu. Ponadto podzielone są na obozy: dwie starsze pozostają w opozycji wobec dwóch młodszych. Piąta waha się między obozami. Natura zdecydowała, że dwie z nich odziedziczą nieugiętego walecznego ducha, który z powodzeniem i bez przykrości podejmuje kwestie ekonomii politycznej i problemów społecznych, podczas gdy pozostałe dwie uczyniła figlarnymi domatorkami o łatwiejszych i wrażliwszych charakterach. To one zatem skazane zostały na los — jak to się określa w narzeczu naszego stulecia — „córek w domu”. Ich siostry, zdecydowane kształcić swój intelekt, idą na studia, dobrze sobie radzą i wychodzą za profesorów. Ich kariery są tak podobne do tych, które robią mężczyźni, że właściwie nie warto poddawać ich szczegółowej analizie. Piąta siostra ma mniej wyraźny charakter niż cztery pozostałe, ale wychodzi za mąż w wieku dwudziestu dwóch lat, tak że prawie nie ma czasu, by rozwinąć indywidualne cechy młodej damy, które zamierzamy tu opisywać. Tymczasem owe dwie „córki w domu”, czyli Phyllis i Rosamond, jak je nazwiemy, są doskonałym materiałem do studiów.

 

Parę faktów pozwoli nam umieścić je na właściwych miejscach, zanim zagłębimy się w analizę. Phyllis ma lat dwadzieścia osiem, Rosamond — dwadzieścia cztery. Są ładne i żywe, mają różowe liczka, dociekliwe oko nie dostrzeże w nich zwykłego piękna rysów, lecz strój i zachowanie nadawały im pozór piękna, choć pozbawionego substancji. Wydaje się, że są rdzennymi mieszkankami saloniku, zupełnie jakby urodziły się w jedwabnych sukniach wieczorowych i nigdy nie stąpały po gruncie mniej równym niż turecki dywan ani nie spoczywały na podłożu twardszym niż fotel czy sofa. Zobaczyć je w salonie wypełnionym dobrze ubranymi mężczyznami i kobietami to tak jak zobaczyć kupca w budynku giełdy albo prawnika w sądzie. To właśnie — przekonuje nas o tym każdy gest i każde słowo — jest ich rodzinna atmosfera, ich środowisko zawodowe, ich arena. To tutaj uprawiają sztuki doskonalone od dzieciństwa. Tutaj zapewne odnoszą swe zwycięstwa i tu zarabiają na chleb. Ale ciągnąć tę metaforę dalej, do momentu aż będzie doskonała we wszystkich swoich składnikach, byłoby równie niepoczciwe, co łatwe. Ta metafora zawodzi, ale stwierdzenie gdzie i dlaczego wymaga nieco czasu i uwagi.

Trzeba mieć możliwość podążenia za tymi młodymi damami do domu i posłuchania tego, o czym mówią przy blasku świecy w sypialni. Trzeba tam być także wtedy, gdy obudzą się następnego ranka, i przez cały dzień pilnie śledzić ich działania. Tylko wtedy, i to nie na podstawie jednego dnia, ale wielu dni, można ocenić wartość wrażenia, jakie owe damy wywierają wieczorami w salonie.

Z użytej metafory zachowajmy tylko tyle: salon oznacza dla nich pracę, a nie zabawę. To staje się całkiem oczywiste już w scenie powrotu powozem do domu. Lady Hibbert jest surową jurorką podobnych występów, stwierdza, czy jej córki wyglądały dobrze, czy dobrze się odzywały, zachowywały, czy skupiły na sobie uwagę odpowiednich osób i odstraszyły niewłaściwe, czy ogólne wrażenie, jakie pozostawiły, jest pozytywne. Z liczby i szczegółowości jej uwag można wywnioskować, że takie dwugodzinne przyjęcie dla artystek ich pokroju jest zadaniem szalenie subtelnym i skomplikowanym. A od tego, jak się spiszą, zależy — takie można odnieść wrażenie — bardzo wiele. Córki odpowiadają pokornie, a potem milczą, bez względu na to, czy matka chwali je, czy gani; a jej ocena jest surowa. Kiedy wreszcie są same — dzielą niewielką sypialnię na najwyższym piętrze paskudnego domu — przeciągają się i wzdychają z ulgą. Ich rozmowa nie jest zbyt budująca, przypomina handlowe rozmowy ludzi biznesu; obliczają zyski i straty i robi się jasne, że mają na względzie wyłącznie własny interes. A przecież można było usłyszeć, jak szczebiocą o książkach i przedstawieniach teatralnych, i o malarstwie, jakby to były kwestie najbardziej zajmujące, jakby rozmowa o nich była jedyną motywacją do tego, by pojawić się na „przyjęciu”.

A jednak w tej godzinie niezbyt pięknej otwartości można dostrzec także coś niezwykle szczerego. Siostry naprawdę bardzo się lubią. Ich uczucie przybrało zasadniczo postać loży masońskiej, w której nie ma krzty sentymentalizmu — podzielają wszelkie nadzieje i obawy — i wbrew pozorom jest to uczucie autentyczne i głębokie. We wszystkich wspólnych działaniach są bardzo uczciwe, a w podejściu młodszej siostry do starszej objawia się wręcz pewna rycerskość. To ona, jako słabsza ze względu na swój wiek, musi zawsze otrzymać wszystko, co najlepsze. Jest coś patetycznego we wdzięczności, z jaką Phyllis przyjmuje owe względy. Ale robi się późno, więc z szacunku dla swojej cery młode kobiety interesu upominają się nawzajem, że czas najwyższy zgasić światło.

Pomimo tej przezorności, kiedy rano zostają zbudzone, chętnie by jeszcze pospały. Ale Rosamond wyskakuje z łóżka i potrząsa Phyllis.

— Phyllis, spóźnimy się na śniadanie!

Argument ten musiał mieć znaczną siłę, bowiem Phyllis wstała i w ciszy zaczęła się ubierać. Pomimo pośpiechu siostry odziały się jednak z wielką starannością i zręcznością, a zanim zeszły na dół, rezultat poddały szczegółowej wzajemnej inspekcji. Kiedy wchodziły do pokoju jadalnego, zegar wybił dziewiątą: ojciec już tam był, obdarzył każdą zdawkowym całusem, podsunął swoją filiżankę, by nalano mu kawy, przejrzał gazetę i zniknął. Posiłek mijał w milczeniu. Lady Hibbert jadała u siebie, a córki po śniadaniu musiały złożyć jej wizytę, by odebrać polecenia na cały dzień; podczas gdy jedna notowała coś dla matki, druga szła do kucharki zaordynować obiad i kolację. O jedenastej były wolne na jakiś czas i spotykały się w pokoju lekcyjnym, gdzie Doris, ich najmłodsza siostra, lat szesnaście, pisała po francusku wypracowanie o Magna Charta. Narzekania, że jej przeszkadzają — bo Doris już marzyła o najwyższej ocenie — nie spotkały się ze zrozumieniem.

— Musimy tu siedzieć, nie ma innego miejsca — stwierdziła Rosamond.

— Nie musisz dotrzymywać nam towarzystwa.

Uwagi te wygłoszone zostały bez goryczy, ot, zwykłe codzienne stwierdzenia.

A jednak z szacunku dla siostry Phyllis wzięła do ręki tom Anatola France’a, a Rosamond otworzyła Studia greckie Waltera Patera. Przez parę minut czytały w ciszy, potem zapukała pokojówka i bez tchu wysapała:

— Pani prosi panienki do salonu.

Jęknęły. Rosamond zaproponowała, że pójdzie sama, Phyllis powiedziała: nie, przecież obie są ofiarami, i rozmyślając, jakie otrzymają polecenie, nadąsane zeszły na dół. Lady Hibbert oczekiwała ich z niecierpliwością.

— No, są wreszcie! — wykrzyknęła. — Wasz ojciec przysłał wiadomość, że na lunch zaprosił pana Middletona i sir Thomasa Carewa. Czy to nie kłopotliwe? Zachodzę w głowę, co go podkusiło, żeby ich zaprosić, a lunchu nie ma — i widzę, Phyllis, że nie ułożyłaś kwiatów. Rosamond, a ty musisz mi przyszyć świeży żabocik do tej kasztanowej sukni. O mój Boże, jacy bezmyślni są mężczyźni.

Córki były przyzwyczajone do takich oskarżeń pod adresem ojca; na ogół stały po jego stronie, ale nigdy tego nie okazywały.

W ciszy oddaliły się, by wykonać polecenia. Phyllis musiała wyjść i kupić kwiaty oraz dodatkowe danie na lunch, Rosamond zabrała się do szycia.

Z trudem zdołały wypełnić zadania na czas, by przebrać się przed posiłkiem. Niemniej o pierwszej trzydzieści, zaróżowione i uśmiechnięte, weszły do ogromnego, pompatycznego pokoju jadalnego. Pan Middleton, sekretarz sir Williama Hibberta, był młodym człowiekiem o pewnej pozycji i perspektywach, jak określała go lady Hibbert, można go było więc ośmielać. Sir Thomas, urzędnik w tym samym biurze, przysadzisty i podagryczny, to niezła figura na szachownicy, ale jako osoba nie miał większego znaczenia.

Przy stole rozwinęła się żartobliwa rozmowa między panem Middletonem a Phyllis, tymczasem starsi głębokimi, dźwięcznymi głosami wygłaszali banały. Rosamond zasadniczo milczała, jak to miała w zwyczaju, rozmyślając intensywnie nad charakterem sekretarza, który może zostać jej szwagrem, i weryfikując teorie, które snuła przy każdym kolejnym wypowiadanym przez niego słowie. Pan Middleton był, za obopólną zgodą, zdobyczą jej siostry, nie wchodziła więc w szkodę. Gdyby ktoś mógł odczytać jej myśli, kiedy przysłuchiwała się opowieściom sir Thomasa o Indiach lat sześćdziesiątych, odkryłby, że zajmowały ją dość zawiłe kalkulacje: Middletonik, jak go nazwała, nie był wcale taki zły, miał swój rozum, z tego, co wiedziała, był dobrym synem, będzie więc i dobrym mężem. Do biednych nie należał, miał szanse na awans w administracji. Psychologiczne wyczucie mówiło jej jednak, że jest raczej ograniczony, że nie ma za grosz tego, co uznawała za wyobraźnię czy intelekt, a poza tym zbyt dobrze znała swoją siostrę, by nie wiedzieć, że owego wydajnego, pracowitego człowieczka ona nigdy nie pokocha, choć będzie go szanowała. Pytanie brzmiało: czy powinna za niego wychodzić? Do tego punktu doszła w momencie, kiedy zamordowano lorda Mayo, a podczas gdy jej usta wydawały ochy i achy przerażenia, wzrok telegraficznie nadał ponad stołem wiadomość: „Mam wątpliwości”. Gdyby skinęła głową, jej siostra zaczęłaby uprawiać sztuczki, dzięki którym już wiele razy złożono oświadczyny. Rosamond jednak wciąż nie miała wystarczających danych, by podjąć decyzję. Zatelegrafowała więc tylko: „Graj dalej”.

Panowie wyszli zaraz po lunchu, a lady Hilbert szykowała się do drzemki. Zanim jednak wyszła, przywołała do siebie Phyllis.

— No, cóż tam, moja droga — powiedziała z większą czułością niż okazywana dotychczas — czy przyjemnie spędziłaś czas? Czy pan Middleton był miły?

Poklepała córkę po policzku i żarliwie spojrzała jej w oczy. Po twarzy Phyllis przemknął wyraz rozdrażnienia i odpowiedziała apatycznie:

— Ach, nie jest z niego zły człowieczek, ale jakoś mnie nie zachwyca.

Twarz lady Hibbert zmieniła się w okamgnieniu: jeśli wyglądała przed chwilą na dobroduszną kotkę, która z powodów filantropijnych zabawia się myszką, teraz zmieniła się w najprawdziwsze zwierzę.

— Pamiętaj — warknęła — że to nie może trwać wiecznie. Spróbuj odrobinę powściągnąć swój egoizm, moja droga.

Gdyby otwarcie zaklęła, jej słowa nie byłyby przykrzejsze.

Zabrała się i poszła, a dziewczęta spojrzały po sobie z pełnym wyrazu grymasem.

— Nie mogłam się powstrzymać — odezwała się Phyllis z lekkim uśmieszkiem. — Chodźmy trochę odpocząć. Jaśnie pani nie wezwie nas przed czwartą.

Weszły na górę do sali lekcyjnej, teraz pustej, i opadły na fotele. Phyllis zapaliła papierosa, a Rosamond ssała miętówki, jakby mogły jej pomóc w myśleniu.

— No cóż, moja droga — odezwała się wreszcie Phyllis — co postanowimy? Mamy czerwiec, rodzice dali mi czas do lipca, a Middletonik jest jedyny.

— Poza... — zaczęła Rosamond.

— Tak, ale o nim nie mam co nawet myśleć.

— Moja biedna Phyllis! Wiesz, on nie jest taki zły.

— Czysty i trzeźwy, szczery i pracowity. Ach, stworzymy wzorową parę! Będziesz nas odwiedzać w Derbyshire.

— Mogłabyś zdobyć lepszą partię — ciągnęła Rosamond. — Ale oni dłużej już nie wytrzymają.

„Oni” oznaczało sir Williama i lady Hibbert.

— Ojciec zapytał mnie wczoraj, czym mogłabym się zająć, gdybym nie wyszła za mąż. Nic mi nie przyszło do głowy.

— Nie, bo my jesteśmy wychowane do małżeństwa.

— Ty mogłabyś się zająć czymś lepszym. Ale ja oczywiście jestem głupia, więc nie ma o czym mówić.

— A ja uważam, że małżeństwo to najlepsza rzecz, jaka może się zdarzyć, ale pod warunkiem, że wychodzisz za tego, za kogo chcesz.

— Tak, tak, wiem. To takie podłe. Ale nie ma co przeczyć faktom.

— Middleton — odrzekła krótko Rosamond. — Chwilowo on tu jest faktem. Czujesz coś do niego?

— Ani odrobinki.

— Mogłabyś za niego wyjść?

— Gdyby jaśnie pani mi kazała.

— To w każdym razie może być jakieś wyjście.

— Jak go oceniasz? — zapytała Phyllis, która na podstawie opinii siostry gotowa była zaakceptować albo odrzucić oświadczyny każdego mężczyzny. Rosamond, posiadaczka przenikliwego i bystrego umysłu, karmiła go jedynie ludzkim charakterem, a jej badania naukowe, z lekka zmącone osobistymi urazami, przynosiły zazwyczaj wiarygodne rezultaty.

— Jest bardzo dobry — zaczęła. — Doskonałe przymioty moralne: jasny umysł, da sobie radę w życiu, za grosz wyobraźni czy romantyczności, będzie dla ciebie bardzo sprawiedliwy.

— Krótko mówiąc, stworzymy dostojną parę, taką jak rodzice!

— Pytanie brzmi — kontynuowała Rosamond — czy warto przecierpieć jeszcze jeden rok niewolnictwa, zanim pojawi się kolejny kandydat? I kto to będzie? Simpson? Rogers? (Leiscetter?)

Każde z tych nazwisk wywoływało u jej siostry grymas.

— Zdaje się, że odpowiedź brzmi: dreptać w miejscu i utrzymywać pozory!

— Och, cieszmy się życiem póki czas! Gdyby nie ty, Rosamond, to już dziesięć razy wyszłabym za mąż.

— Trafiłabyś do sądu rozwodowego, moja droga.

— Na to jestem doprawdy zbyt porządna. Bez ciebie jestem taka słaba. Ale teraz mówmy o twoich sprawach.

— Moje sprawy mogą poczekać — odrzekła Rosamond rezolutnie.

I młode kobiety zajęły się omawianiem charakterów swoich znajomych, okazując przy tym sporo surowości i ani odrobiny miłosierdzia, aż nadeszła pora, by znowu się przebrać. Warto jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, wielkim poważaniem darzyły intelekt i traktowały go jako zasadniczy punkt swoich rozważań; po drugie, kiedy podejrzewały nieudane życie rodzinne, bądź też zawód w uczuciach, nawet jeśli chodziło o postaci najmniej atrakcyjne, ich oceny niezmiennie łagodniały i przepełniało je współczucie.

O czwartej wraz z lady Hibbert ruszyły składać wizyty. Czynność ta polegała na dostojnym przemieszczaniu się od domu do domu, wszędzie tam, gdzie bywały na obiedzie lub miały nadzieję bywać, i przekazywaniu lokajowi dwóch czy trzech bilecików. W jednym miejscu wypiły po filiżance herbaty, rozmawiając przy tym o pogodzie dokładnie przez kwadrans. Na koniec przetoczyły się wolno przez park w jednej z parad pięknych powozów, które o tej porze w spacerowym tempie okrążały statuę Achillesa. Na obliczu lady Hibbert gościł niezmienny i nieruchomy uśmiech.

 

Na szóstą wróciły do domu, gdzie sir William podejmował właśnie herbatą jednego ze swoich starszych kuzynów z małżonką. Tych ludzi można było traktować bez ceremonii, lady Hibbert poszła więc do siebie, żeby się położyć, zostawiając córkom pytania o to, jak się ma John i czy Milly wyszła już ze świnki.

— Pamiętaj, Williamie, na ósmą idziemy na kolację — powiedziała lady Hibbert, wychodząc z pokoju.

Phyllis pojechała z nimi; przyjęcie wydawał znany sędzia, a ona miała zabawiać pewnego szacownego członka palestry. Przynajmniej wobec niego nie musiała się tak starać, matka zaś ogarniała ją obojętnym wzrokiem. To było jak strumień czystej, zimnej wody, skonstatowała Phyllis, taka rozmowa na niezobowiązujące tematy z inteligentnym starszym panem. Nie prowadzili może abstrakcyjnych rozważań, niemniej on przedstawiał jej pewne fakty, a ona z przyjemnością stwierdzała, że świat wypełniony jest konkretnymi rzeczami, zupełnie niezależnymi od jej życia.

Kiedy wychodzili, Phyllis oświadczyła matce, że wybiera się do Tristramów, gdzie ma spotkać się z Rosamond. Lady Hibbert zasznurowała usta, wzruszyła ramionami i powiedziała: „Świetnie”, tonem wskazującym, że przeszkodziłaby temu, gdyby tylko potrafiła wymyślić odpowiedni powód. Ale ponieważ sir William czekał, zamiast się sprzeczać, zmarszczyła brwi.

Wobec tego Phyllis sama udała się do odległej i niemodnej dzielnicy, gdzie mieszkali Tristramowie. Już to było powodem do zazdrości. Zdobione stiukami frontony, nieskazitelne rzędy domów Belgravii i South Kensington stanowiły dla Phyllis obraz jej losu, życia w tresurze, by rozwijać się zgodnie z paskudnym wzorem, odpowiadającym utrwalonemu paskudztwu otoczenia. Tymczasem ktoś, kto mieszka w Bloomsbury, rozmyślała, machając ręką, kiedy jej taksówka przejeżdżała przez te wielkie spokojne place, pod bladą zielenią cienistych drzew, może się rozwijać, jak chce. Tu są przestrzeń i wolność, a z gwaru i cudowności Strandu wyczytywała życiowe prawdy świata, przed którym tak skutecznie chroniły ją stiuki i kolumienki.

Taksówka zatrzymała się przed oświetlonymi oknami, z których — w letni wieczór były szeroko otwarte — rozmowy i życie toczące się wewnątrz sączyły się na ulicę. Niecierpliwie czekała, aż otworzą jej drzwi i zostanie zaproszona do środka. Kiedy jednak stała już w pokoju, w pełni uświadomiła sobie, że jej wygląd pasował do takich okazji jak suknie dam z obrazów Romneya. Ujrzała samą siebie, jak wkracza do zadymionego pomieszczenia, gdzie ludzie siedzą na podłodze, gospodyni jest ubrana w myśliwską kurtkę, trzyma drobną głowę wysoko, a usta ma zaciśnięte, jakby miała wygłosić epigram. W białym jedwabiu z wiśniowymi kokardkami Phyllis zwracała na siebie uwagę. Z niejakim poczuciem inności oddzielającej ją od reszty siedziała cichutko, niemal nie korzystając z momentów, kiedy starano się zachęcić ją do rozmowy. Przypatrywała się kilkunastu osobom usadowionym wokół z poczuciem zdumienia. Rozmowa dotyczyła pewnych obrazów, które wtedy wystawiano, a ich zalety omawiane były z dość technicznego punktu widzenia. Od czego Phyllis miałaby zacząć? Widziała te obrazy, ale czuła, że jej frazesy nie przetrwają niewątpliwej próby pytań i krytyki. Nie było tu też miejsca, wiedziała, na kobiece wdzięki, które mogą zdziałać tak wiele. Czas minął; dyskusja była gorąca i poważna, a żaden z przeciwników nie życzyłby sobie, by ją zakłócać nielogicznymi uwagami. Więc siedziała tylko i słuchała, czując się jak ptak z podciętymi skrzydłami; była bardziej, bo dotkliwiej, niepewna niż na balu czy w teatrze. Powtarzała sobie swój mały, gorzki aksjomacik, że jest między młotem a kowadłem, i starała się trzeźwo skupiać na tym, o czym była mowa. Z drugiego końca pokoju Rosamond dawała jej znać, że jest w takiej samej sytuacji.

W końcu dyskusja się zakończyła i rozmowa znów zeszła na ogólniejsze tematy, nikt jednak nie przepraszał za ścisły charakter, jaki przybrała, a konwersacja ogólna, jak skonstatowały panny Hibbert, nawet jeśli dotyczyła bardzie trywialnych zagadnień, z wyraźną pogardą odnosiła się do komunałów i nie miała żadnych zahamowań, by o tym informować. Było jednak zabawnie, a Rosamond całkiem dobrze spisała się w dyskusji nad pewną przywołaną postacią, chociaż nie bez zdziwienia stwierdziła, że jej najgłębsze obserwacje traktowane są jako punkty wyjścia do dalszych rozważań, a nie jako wnioski.

Poza tym panny Hibbert ze zdumieniem i lekkim niesmakiem odkryły, jak bardzo przylgnęło do nich wychowanie. Phyllis była gotowa sama wymierzyć sobie karę za moment instynktownego oburzenia na żart z chrześcijaństwa, który u Tristramów został opowiedziany i nagrodzony śmiechem tak swobodnie, jakby religia była sprawą zupełnie nieważną.

Jeszcze większe zdumienie jednak wywołał u nich sposób załatwiania tu spraw, na których się znały; przypuszczały bowiem, że nawet w tej dziwnej atmosferze „sprawy życiowe” zachowują znaczenie. Panna Tristram, młoda kobieta wielkiej urody i dobrze zapowiadająca się artystka, dyskutowała na temat małżeństwa z dżentelmenem, który przypuszczalnie był tą kwestią osobiście zainteresowany. Jednak swoboda i szczerość, z jaką oboje przedstawiali swoje poglądy i snuli refleksje na temat miłości i matrymonium, rzucała na rzecz całą nowe i absolutnie zaskakujące światło. Fascynowało to młode damy bardziej niż wszystko, co kiedykolwiek widziały czy słyszały. Pochlebiały sobie dotychczas, że znany jest im każdy pogląd i każda strona tego zagadnienia, a tymczasem zobaczyły coś nie tylko całkiem nowego, ale i niewątpliwie szczerego.

— Nigdy jeszcze nikt mi się nie oświadczył. Zastanawiam się, jakie to uczucie — rozległ się naturalny i pełen zaciekawienia głos młodszej panny Tristram; a Phyllis i Rosamond poczuły, że powinny podzielić się swoimi doświadczeniami i pouczyć towarzystwo. Nie potrafiły jednak przyjąć tego dziwnego, nowego punktu widzenia, ich doświadczenia zresztą były zupełnie innego rodzaju. Dla nich miłość wynikała z pewnych zaplanowanych działań, a pielęgnowało się ją w salach balowych, w pachnących oranżeriach, przez ukradkowe spojrzenia, machnięcia wachlarzy i łamiące się sugestywnie tony. Tutaj miłość była krzepką, prostoduszną sprawą, widoczną dobrze w jasnym świetle dnia, nagą i solidną, którą można pomacać i obejrzeć, jeśli tylko ma się ochotę. Nawet gdyby pozwolono im kochać według własnego uznania, Phyllis i Rosamond nie były pewne, czy umiałyby kochać w ten sposób. W nagłym młodzieńczym odruchu całkowicie potępiły same siebie i nabrały przekonania, że wszelkie próby osiągnięcia wolności muszą spełznąć na niczym: długi czas spędzony w niewoli zepsuł je do szpiku kości.

Siedziały więc, nieświadome własnego milczenia, niczym osoby na chłodzie i wietrze odizolowane od toczącej się obok wesołej zabawy, niewidoczne dla bawiących się w ciepłym wnętrzu. Tak naprawdę jednak dla reszty towarzystwa obecność tych dwóch milczących młodych kobiet o wygłodniałych spojrzeniach była uciążliwa, choć trudno by było powiedzieć dlaczego, może się nudziły? Panny Tristram jednakże miały poczucie odpowiedzialności, dlatego panna Sylvia, młodsza z sióstr, po dłuższych naradach szeptem podjęła osobną rozmowę z Phyllis. Ona zaś rzuciła się na tę konwersację niczym pies na kość; jej twarz rzeczywiście przybrała surowy, wygłodniały wyraz, kiedy dostrzegła, że czas płynie, a ona nie ma dostępu do istoty tego dziwnego wieczoru. Ostatecznie nawet jeśli nie mogła brać w nim udziału, mogłaby przynajmniej wyjaśnić, co ją przed tym powstrzymuje. Marzyła o tym, by samej sobie udowodnić, że istnieją dobre powody tej niemożności, a jeśli miała poczucie, że panna Sylvia, pomimo swoich bezosobowych uogólnień, jest kobietą z krwi i kości, to istniała nadzieja, że być może któregoś dnia spotkają się na wspólnym gruncie. Pochylając się ku niej podczas rozmowy, Phyllis miała dziwne poczucie, że gorączkowo przeszukuje całe masy sztucznych głupstewek, by w końcu wziąć do ręki solidne ziarno czystej jaźni, które jak przypuszczała, musiało gdzieś tkwić.

— Och, panno Tristram — zaczęła. — Jesteście tacy błyskotliwi. Aż się boję.

— Śmieje się pani z nas? — zapytała Sylvia.

— Dlaczego miałabym się śmiać? Nie widzi pani, jaką głuptaską się czuję?

Sylvia zaczęła to dostrzegać i zainteresowała się tym.

— Prowadzicie takie wspaniałe życie, dla nas to wszystko jest bardzo dziwne.

Sylvia, która pisała, odczuwała więc literacką przyjemność na widok własnego odbicia w obcych zwierciadłach, a także na widok życia innych ludzi odbitego w lusterku, które sama przed nimi trzymała, z entuzjazmem podjęła temat. Nigdy dotąd nie postrzegała panien Hibbert jako ludzi, nazywała je „młodymi damami”. Z tym większą gorliwością chciała teraz naprawić swoją pomyłkę, zarówno z próżności, jak i z prawdziwego zaciekawienia.

— Czym się pani zajmuje? — zapytała nagle, żeby od razu przejść do rzeczy.

— Czym się zajmuję? — powtórzyła jak echo Phyllis. — O, ordynuję obiad, układam kwiaty!

— Tak, ale jaki ma pani fach? — pytała dalej Sylvia, która postanowiła, że nie da się zbyć frazesami.

— To jest właśnie mój fach, choć wolałabym, żeby było inaczej! Naprawdę, musi sobie pani przypomnieć, panno Tristram, że większość młodych dam to niewolnice, i nie wolno pani mnie obrażać tylko dlatego, że pani akurat jest wolna.

— Och, proszę mi wyjaśnić — rzuciła Sylvia — co dokładnie ma pani na myśli. Chciałabym wiedzieć. Lubię poznawać ludzi. Człowiek wie różne rzeczy, ale istotą jest dusza ludzka.

— Tak — odpowiedziała Phyllis, która bardzo chciała trzymać się z dala od wszelkich teorii. — Ale nasze życie jest bardzo proste i zwyczajne. Na pewno zna pani mnóstwo takich osób jak my.

— Znam wasze suknie wieczorowe — powiedziała Sylvia. — Widzę, jak defilujcie przede mną w pięknych pochodach, ale nigdy jeszcze nie słyszałam, jak mówicie. Czy jesteście szczere do szpiku kości?

Zauważyła, że ten ton drażni Phyllis, więc go zmieniła.

— Można by powiedzieć, że jesteśmy siostrami. Ale dlaczego zewnętrznie tak bardzo się różnimy?

— Och, nie, nie jesteśmy siostrami — odrzekła gorzko Phyllis. — A jeśli tak jest, to bardzo mi pani żal. Widzi pani, my jesteśmy wychowane do tego, żeby wychodzić wieczorem i pięknie się wypowiadać, i, no cóż, wyjść za mąż. Oczywiście mogłybyśmy iść na studia, gdybyśmy chciały, ale ponieważ nie chciałyśmy, jesteśmy po prostu dobrze wychowanymi damami.

— My też nigdy nie studiowałyśmy — powiedziała Sylvia.

— I nie jesteście dobrze wychowane? To jasne, że pani i pani siostra jesteście prawdziwe, a Rosamond i ja jesteśmy oszustkami: w każdym razie ja. Nie widzi pani tego teraz? Nie widzi pani, jak idealne jest wasze życie?

— Nie rozumiem, dlaczego pani nie miałaby robić tego, co pani chce, tak jak my — stwierdziła Sylvia, rozglądając się po pokoju.

— Myśli pani, że mogłybyśmy zaprosić takie grono jak to? Nam nie wolno nigdy zapraszać przyjaciół, chyba że nie ma rodziców.

— Dlaczego?

— Nie mamy swojego pokoju, a poza tym nigdy by nam nie pozwolono. Jesteśmy córkami, póki nie zostaniemy mężatkami.