Pokój JakubaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mój Boże – powiedziała pani Flanders, kiedy przeczytała w „Scarborough and Harrogate Courier”, że wielebny Andrew Floyd itd., itd. został przełożonym Maresfield House. – To musi być nasz pan Floyd.

Nad stołem zapanował lekki smutek. Jakub nakładał sobie właśnie dżem, w kuchni listonosz rozmawiał z Rebeką, nad żółtym kwiatem zaglądającym przez otwarte okno bzyczała pszczoła. Oni wszyscy są pełni życia, a tymczasem biedny pan Floyd zostaje przełożonym Maresfield House.

Pani Flanders wstała, podeszła do pieca i pogłaskała po karku Topaza.

– Biedny Topaz – powiedziała (bo kotek pana Floyda był już teraz bardzo starym kocurem, trochę parchatym za uszami, i pewnie niedługo trzeba go będzie uśpić). – Biedny stary Topaz – powiedziała pani Flanders, a kot przeciągnął się w słońcu, i uśmiechnęła się, bo przypomniała sobie, jak to pan Floyd dał go wykastrować, i jak to ona nie lubiła rudych mężczyzn. Uśmiechając się, poszła do kuchni.

Jakub wytarł twarz brudnawą chusteczką. I poszedł na górę do swojego pokoju.

Jelonek rogacz umiera długo (Johnny zbierał chrząszcze). Jeszcze następnego dnia wciąż miał giętkie nogi. Ale motyle już nie żyły. Zapach zgniłych jaj pokonał szlaczkonie siareczniki, które wcześniej nadleciały przez sad, wzdłuż zbocza Dods Hill i dalej, nad bagna, a potem zniknęły za kolcolistem, by znów bezładną gromadką pojawić się w palącym słońcu. Perłowiec wygrzewał się na białym kamieniu w rzymskim obozie. Z doliny dochodził dźwięk kościelnych dzwonów. W Scarborough wszyscy jedli pieczeń wołową, gdyż to w niedzielę Jakub schwytał na łące – osiem mil od domu – szlaczkonia siarecznika.

Rebeka kiedyś w kuchni schwytała zmierzchnicę trupią główkę.

Z pudełek na motyle rozchodził się ostry zapach kamfory.

Mieszała się z nim wyraźna woń wodorostów. Ich płowe wstążki zwieszały się na drzwiach. Prażyło je słońce.

Górne skrzydła ćmy, którą Jakub trzymał w palcach, z całą pewnością miały nerkowate brązowe plamki. Ale na dolnym skrzydle nie było półksiężyca. Tej nocy, kiedy ją złapał, przewróciło się drzewo. Nagle w środku lasu rozległa się seria wystrzałów z pistoletu. A kiedy późnym wieczorem wrócił do domu, matka wzięła go za złodzieja. Jedyny syn, który nigdy nie jest jej posłuszny – tak powiedziała.

Morris nazywa ćmę „ściśle lokalnym owadem okolic wilgotnych i błotnistych”. Ale Morris czasami się myli. Jakubowi zdarzało się cieniutkim piórkiem wpisywać na marginesach poprawki.

Drzewo się przewróciło, choć noc była bezwietrzna. Ustawiona na ziemi latarnia oświetlała nieruchome zielone rośliny i zeschłe liście buczyny. To było suche miejsce. Siedziała tam ropucha. Wokół latarni zawirowała wstęgówka pąsówka, błysnęła i odleciała. Już nie powróciła, chociaż Jakub czekał. Było po dwunastej, kiedy szedł przez trawnik, widząc w jasno oświetlonym pokoju matkę: układała pasjans, nie spała.

– Aleś mnie wystraszył! – zawołała.

Myślała, że wydarzyło się coś strasznego. I zbudził Rebekę, która przecież musi wcześnie wstawać.

A on stał tam, w gorącym pokoju, blady, wynurzony z głębokich ciemności, mrużąc oczy od światła.

Nie, to nie mogła być słonecznica orężówka.

Kosiarka do trawy stale wymaga smarowania. Barnet zawracał nią pod oknem Jakuba i słychać było skrzypienie – kosiarka skrzypiała, potem klekotała wzdłuż trawnika i znów skrzypiała.

Chmurzyło się.

Potem wracało oślepiające słońce.

Niczym spojrzenie kładło się na strzemionach, a potem nagle, a zarazem bardzo delikatnie kładło się na łóżku, na budziku i na otwartym pudełku na motyle. Szlaczkonie siareczniki pędem przelatywały ponad wrzosowiskiem, zygzakiem przecinały pole czerwonej koniczyny. Perłowce unosiły się nad żywopłotami. Słońce prażyło modraszki, które przysiadły na drobnych kostkach leżących na darni, pawiki i osetniki ucztowały na porzuconych przez jastrzębia resztkach wnętrzności jakiegoś stworzenia. Daleko, daleko od domu, w dołku otoczonym ostami, znalazł rusałki. Widział, jak biały motyl krąży coraz to wyżej i wyżej wokół dębu, ale nie zdołał go złapać. Stara kobieta, która mieszka w samotnej chatce wysoko na wzgórzach, opowiadała mu o fioletowym motylu, który co roku przylatuje do niej do ogrodu. Mówiła mu też, że wcześnie rano w wąwozie bawią się lisięta. A kiedy o świcie wyjrzy się przez okno, to zawsze widać dwa borsuki. Czasami się mocują, zupełnie jak dwaj mali chłopcy – tak mówiła.

– Dzisiaj nie odchodź za daleko, Jakubie – powiedziała matka, zaglądając przez uchylone drzwi – kapitan przychodzi się pożegnać. – To był ostatni dzień ferii wielkanocnych.

Środa była dniem kapitana Barfoota. Ubrał się bardzo starannie w płaszcz z niebieskiej serży, wziął laskę z gumową końcówką – utykał i nie miał dwóch palców u lewej ręki, jako że służył ojczyźnie – i dokładnie o godzinie czwartej po południu wyruszył z domu, zwieńczonego masztem z flagą.

O trzeciej do pani Barfoot przychodził pan Dickens, człowiek od wózka inwalidzkiego.

– Proszę mnie przesunąć – mówiła pani Barfoot do pana Dickensa po kwadransie na esplanadzie. A potem znowu:

– Już wystarczy, dziękuję panu.

Przy pierwszej komendzie pan Dickens szukał słonecznego miejsca, przy drugiej ustawiał wózek na jasnym pasie.

Sam będąc starym mieszkańcem miasteczka, miał z panią Barfoot, córką Jamesa Copparda, wiele wspólnego. Wodotrysk przy zbiegu West Street i Broad Street jest darem Jamesa Copparda, mera miasteczka w okresie jubileuszu królowej Wiktorii, a twarz Copparda zdobi miejskie beczkowozy, okna wystawowe i cynkowe żaluzje w oknach biur notarialnych. Ale Ellen Barfoot nigdy nie była w miejskim akwarium (chociaż całkiem nieźle znała kapitana Boase’a, tego, który złowił rekina). Kiedy przechodzili ludzie z plakatami, przyglądała się im podejrzliwie, gdyż dobrze wiedziała, że nigdy nie zobaczy Pierrotów czy braci Zeno, czy też Daisy Budd i jej tresowanych fok. Siedząca na esplanadzie na wózku inwalidzkim Ellen Barfoot była więźniarką, więźniarką cywilizacji, a kraty jej klatki przecinały esplanadę w słoneczny dzień, kiedy ratusz, sukiennice, pływalnia miejska i dom pamięci kładły na ziemi pasy cienia.

Sam będąc starym mieszkańcem miasteczka, pan Dickens zapalał fajkę i stawał za panią Barfoot. Pani Barfoot pytała go o różne osoby, kto teraz prowadzi sklep pani Jones, potem o porę roku i czy pan Dickens próbował już… – czegokolwiek tam mógł próbować – słowa wydobywały się jej z ust jak okruszyny herbatników.

Przymknęła oczy. Pan Dickens odwrócił się. Męskie uczucia nie całkiem go jeszcze opuściły, choć kiedy się patrzyło, jak idzie, dostrzegało się, że koślawe czarne buty ciągną się jeden za drugim niepewnie, że pomiędzy kamizelką a spodniami kładzie się cień, że niepewnie pochyla się do przodu, jak stary koń, który nagle czuje, że odpięli go od dyszla i nie ciągnie już wozu. Ale kiedy pan Dickens wciągał dym z fajki, a potem go wypuszczał, w jego oczach można było dostrzec męskie emocje. Myślał sobie, jak to kapitan Barfoot idzie właśnie w tej chwili w stronę Mount Pleasant, kapitan Barfoot, jego szef. Bo kiedy był w domu – w pokoiku nad stajnią, gdzie w oknie wisiała klatka z kanarkiem, dziewczęta pochylały się nad maszyną do szycia, a pani Dickens siedziała skręcona przez reumatyzm – w domu, gdzie niewiele miał do powiedzenia, myśl że jest zatrudniony przez kapitana Barfoota, dawała mu pewne ukojenie. Miła mu była świadomość, że kiedy gawędzi z panią Barfoot na nabrzeżu, to pomaga kapitanowi, by ten mógł pójść do pani Flanders. On, mężczyzna, był odpowiedzialny za panią Barfoot, kobietę.

Odwracając się, zauważył, że pani Barfoot gawędzi z panią Rogers. Odwracając się ponownie, dostrzegł, że pani Rogers już sobie poszła. Wobec tego wrócił do wózka, pani Barfoot zapytała go, która godzina, więc wyjął wielki srebrny zegarek i bardzo uprzejmie podał jej czas, zupełnie jakby na temat czasu, a także i wszystkiego innego, wiedział znacznie więcej niż ona. Ale pani Barfoot była świadoma, że kapitan Barfoot idzie właśnie do pani Flanders.

I rzeczywiście, był już całkiem blisko, wysiadł z tramwaju, po stronie południowo-wschodniej widział zielone Dods Hill, jakby odciśnięte w błękicie lekko przyszarzałym tuż nad linią horyzontu. Już wchodził na wzgórze. Mimo że utykał, w jego postawie było coś wojskowego. Dostrzegła go pani Jarvis, która wychodziła właśnie z bramy plebanii. Jej nowofundlandczyk Nero z wolna zamachał ogonem.

– O, pan kapitan Barfoot! – wykrzyknęła pani Jarvis.

– Dzień dobry pani – odpowiedział.

Szli razem, a kiedy dotarli do furtki pani Flanders, kapitan Barfoot zdjął tweedowy kaszkiet i kłaniając się bardzo uprzejme, powiedział:

– Miłego dnia pani życzę.

I pani Jarvis poszła dalej sama.

Szła na spacer na wrzosowisko. Czyżby wczoraj w nocy znów przemierzała trawnik przed domem? Czy znów stukała w okno gabinetu, wołając:

– Popatrz na ten księżyc, Herbert! Popatrz na księżyc!

I Herbert spoglądał na księżyc.

Pani Jarvis chodziła na spacer na wrzosowisko, kiedy była nieszczęśliwa; dochodziła do pewnego zagłębienia w kształcie spodka, choć zawsze miała zamiar dojść dalej, aż do wąwozu; siadała tam, wyjmowała ukrytą pod płaszczem niewielką książeczkę, czytała kilka linijek wiersza i rozglądała się wokoło. Nie była bardzo nieszczęśliwa, ale mając lat czterdzieści pięć, przypuszczalnie nigdy nie będzie nieszczęśliwa na tyle – rozpaczliwie nieszczęśliwa – by opuścić swego męża, by złamać temu dobremu człowiekowi karierę, czym go czasami straszyła.

Niemniej jednak nie trzeba wyliczać, na jakie niebezpieczeństwa naraża się żona duchownego, wędrując samotnie po wrzosowiskach. Niska, ciemnowłosa, z błyskiem w oku i bażancim piórkiem przy kapeluszu, pani Jarvis należała właśnie do tych kobiet, które na wrzosowisku mogą utracić wiarę – czyli pomylić sobie Boga z wszechświatem – ale ona nie utraciła wiary, nie porzuciła męża, nigdy do końca nie doczytała wiersza, tylko szła dalej przez wrzosowisko, przyglądając się zza wiązów księżycowi i czując, kiedy tak siedziała na trawie, wysoko ponad Scarborough… Tak, tak, kiedy wzbija się skowronek, kiedy owce posuwają się o krok czy dwa i skubią trawę, a zarazem podzwaniają dzwoneczkami, kiedy wietrzyk najpierw się zrywa, potem zamiera, pozostawiając na policzku ślad pocałunku, kiedy w dole, na morzu, statki mijają się i krzyżują swe szlaki, jakby przesuwała je niewidzialna ręka, kiedy w powietrzu roznoszą się jakieś odległe drgnienia i galopują zjawy jeźdźców, by zaraz zaniknąć, kiedy horyzont rozpływa się w błękicie, w zieleni, w emocji – wówczas pani Jarvis myśli sobie z głębokim westchnieniem: „Gdyby tak ktoś mógł mi dać… gdybym ja mogła komuś dać…”. Ale nie wie, co chciałaby dać ani kto mógłby dać coś jej.

 

– Pani Flanders wyszła dosłownie pięć minut temu, panie kapitanie – powiedziała Rebeka.

Kapitan Barfoot usadowił się w fotelu, by poczekać. Położył łokcie na oparciach, złożył jedną dłoń na drugiej, wyciągnął przed siebie chorą nogę, a obok niej umieścił laskę z gumową końcówką, i siedział zupełnie nieruchomo. Była w nim pewna sztywność. Czy myślał o czymś? Przypuszczalnie wciąż o tym samym. Ale czy to „miłe” myśli, ciekawe? Był człowiekiem z charakterem, nieustępliwym, wiernym. Kobiety myślałyby: „Oto prawo. Oto porządek. Dlatego musimy troszczyć się o tego człowieka. Nocą stoi na mostku” – i podając mu filiżankę lub coś innego, ulegałyby wizjom morskich katastrof, kiedy to wszyscy pasażerowie zostają wyrzuceni z kabin, a kapitan, w starannie zapiętej dwurzędowej kurtce, mierzy się ze sztormem, który tylko on jeden potrafi ujarzmić. „Ja przecież mam duszę – myślała pani Jarvis, kiedy kapitan Barfoot nagle wydmuchiwał nos w wielką czerwoną chustkę – a przyczyną tego wszystkiego jest głupota tego mężczyzny, a ten sztorm jest zarówno moim sztormem, jak i jego…” – myślała pani Jarvis, kiedy kapitan Barfoot wpadał na chwilkę w odwiedziny, po czym okazywało się, że Herberta nie ma, i spędzał dwie albo trzy godziny, siedząc całkowicie nieruchomo w fotelu. Jednak Betty Flanders nic takiego nie myślała.

– Och, panie kapitanie – zawołała pani Flanders, wpadając do saloniku. – Musiałam gonić tego człowieka od Barkera… Mam nadzieję, że Rebeka… Mam nadzieję, że Jakub…

Nie mogła złapać tchu, ale nie była bynajmniej w złym nastroju i kiedy odłożyła szczotkę do czyszczenia kominka, którą właśnie kupiła od nafciarza, stwierdziła, że jest gorąco, otworzyła jeszcze szerzej okno, poprawiła narzutę, wzięła do ręki książkę, jakby czuła się przy kapitanie bardzo swobodnie, jakby był kimś jej drogim, a ona była od niego o wiele młodsza. I rzeczywiście, w niebieskim fartuszku nie wyglądała na więcej niż trzydzieści pięć lat. Tymczasem on był dobrze po pięćdziesiątce.

Jej ręce poruszały się po stole. I kiedy Betty gadała i gadała, kapitan kiwał głową na boki i wydawał ciche dźwięki, zupełnie swobodnie – po dwudziestu latach.

– Cóż – powiedział w końcu – mam wiadomości od pana Polegate’a.

Pan Polegate napisał mu, że to doskonały pomysł, by wysłać któregoś z chłopców na uniwersytet.

– Pan Floyd był w Cambridge… nie, w Oksfordzie… w każdym razie w jednym z tych dwu – powiedziała pani Flanders.

Spojrzała przez okno. Małe okienka, a także bzy i zieleń ogrodu odbiły się w jej oczach.

– Archer świetnie sobie radzi – odezwała się. – Kapitan Maxwell ma o nim dobre zdanie.

– Zostawię pani ten list, żeby go pani pokazała Jakubowi – powiedział kapitan, niezgrabnie wciskając arkusz z powrotem do koperty.

– Jakub goni za motylami, jak zawsze – opowiedziała pani Flanders z irytacją w głosie, ale zaskoczyła ją nagła myśl: – W tym tygodniu oczywiście zaczyna się krykiet.

– Edward Jenkinson złożył wypowiedzenie – powiedział kapitan Barfoot.

– Czyli będzie pan kandydował do rady? – wykrzyknęła pani Flanders, stając przed kapitanem twarzą w twarz.

– Ach, co do tego… – zaczął kapitan Barfoot, sadowiąc się jeszcze głębiej w fotelu.

Jakub Flanders wyjechał zatem do Cambridge w październiku 1906 roku.

ROZDZIAŁ TRZECI

– To jest wagon dla niepalących – stwierdziła pani Norman głosem nerwowym, ale niezbyt silnym, kiedy otworzyły się drzwi i do środka wskoczył atletycznie zbudowany młody człowiek. Wyglądało na to, że jej nie usłyszał. Pociąg zatrzymuje się dopiero w Cambrigde, a ona cały ten czas ma spędzić zamknięta w przedziale kolejowym sam na sam z tym mężczyzną!

Dotknęła zamka przy neseserze i upewniła się, że butelka perfum oraz powieść od Mudiego są pod ręką (młody człowiek stał do niej tyłem i kładł walizkę na półkę). Prawą ręką rzuci w niego butelką perfum, zdecydowała, a lewą pociągnie za linkę sygnalizacyjną. Pani Norman była kobietą pięćdziesięcioletnią i miała syna na uniwersytecie. Niemniej jednak faktem jest, że mężczyźni są niebezpieczni. Pani Norman przeczytała pół artykułu w gazecie, po czym rzuciła ukradkowe spojrzenie zza rozpostartej płachty, by za pomocą niezawodnego testu z wyglądu ocenić poziom bezpieczeństwa… Chciała zaoferować młodemu człowiekowi swoją gazetę. Ale czy młodzi mężczyźni czytają „Morning Post”? Spojrzała, co czyta jej współpasażer – czytał „Daily Telegraph”.

Oceniwszy jego skarpetki (opadające) i krawat (byle jaki), raz jeszcze powędrowała wzrokiem ku twarzy. Zatrzymała się na ustach. Wargi miał zaciśnięte. Oczy spuszczone, czytał. Wyglądał solidnie, ale zarazem był młodzieńczy, niezainteresowany otoczeniem, nieświadomy jej myśli – gdzie mu tam do atakowania! Nie, nie, nie! Pani Norman spojrzała w okno, uśmiechając się już teraz nieznacznie, a potem powróciła wzrokiem do jego twarzy, bo nie dostrzegał, że się przygląda. Poważny, nieświadom… teraz popatrzył przed siebie, gdzieś obok niej… wyglądał jakoś nie na miejscu, sam na sam ze starszą panią, potem wbił wzrok – niebieskie oczy – w krajobraz. Chyba nie zdaje sobie sprawy z jej obecności w przedziale, pomyślała. Ale przecież to nie j e j wina, że to wagon dla niepalących, jeśli właśnie to ma jej za złe.

Nikt nie postrzega innych takimi, jakimi są, a już na pewno nie starsza pani siedząca w przedziale kolejowym naprzeciwko dziwnego młodego człowieka. Widzi się tylko całość, widzi się całą masę dziwnych rzeczy, widzi się siebie… Pani Norman właśnie przeczytała trzy strony powieści pióra pana Norrisa. Czy powinna powiedzieć temu młodemu człowiekowi (ostatecznie jest w tym samym wieku, co jej syn): „Jeśli ma pan ochotę zapalić, proszę się nie krępować”? Nie: przecież on jest kompletnie niezainteresowany jej obecnością… a ona nie chce mu przeszkadzać.

Ale skoro, nawet będąc w takim wieku, zauważyła jego obojętność, to czy przypuszczalnie nie był w taki lub inny sposób – przynajmniej dla niej – młodzieńcem miłym, przystojnym, interesującym, wyjątkowym, dobrze zbudowanym, podobnym do jej syna? Musimy przyjąć jej relację najlepiej, jak umiemy. W każdym razie: mężczyzną tym był Jakub Flanders, lat dziewiętnaście. Nie ma sensu oceniać ludzi. Trzeba się trzymać drobnych wskazówek, nie do końca tego, co zostało powiedziane, nie całkiem tego, co się wydarzyło: na przykład w momencie, w którym pociąg wjechał na stację, pan Flanders gwałtownie otworzył drzwi i wystawił neseser starszej pani na peron, mówiąc, czy raczej mamrocząc nieśmiało: „Pozwoli pani”, a wszystko to dość niezgrabnie.

– Kim… – spytała pani Norman, kiedy witała się z synem, ale ponieważ na peronie był spory tłok, a Jakub już zdążył zniknąć jej z oczu, nawet nie dokończyła pytania. Poza tym, skoro znalazła się w Cambridge, gdzie miała spędzić cały weekend i przez cały ten czas wszędzie – na ulicach, przy okrągłych stolikach – widzieć wyłącznie młodych mężczyzn, to obraz towarzysza podróży całkowicie utonął w jej pamięci, tak jak zakrzywiona szpilka, którą dziecko, wypowiadając życzenie, wrzuca do studni, a ona wiruje przez chwilę, po czym na zawsze znika w głębinie.

Mówi się, że niebo jest wszędzie takie samo. Podróżnicy, rozbitkowie, wygnańcy i umierający znajdują w tej myśli ulgę, a na człowieka o skłonnościach mistycznych może z owej nienaruszonej przestrzeni spłynąć pocieszenie, a nawet oświecenie. Ale nad Cambridge – a w każdym razie nad dachem kaplicy King’s College – sprawy mają się inaczej. Patrząc od strony morza, nad wielkim miastem dostrzega się jasną łunę. Czy to tylko złudzenie, że niebo wlewające się w szczeliny ponad kaplicą King’s College jest jaśniejsze, lżejsze i bardziej połyskliwe niż gdzie indziej? Czy Cambridge płonie nie tylko w nocy, ale i w dzień?

Tylko popatrzeć na te wydęte na wietrze togi, jak beztrosko zmierzają na nabożeństwo, jakby całkiem pozbawione ciężaru i cielesności. Jakie rzeźbione twarze, jaka w nich pewność, autorytet trzymany w ryzach przez pobożność, chociaż pod togami kroczą ciężkie buty. W jakiej uporządkowanej procesji podążają! Grube, woskowe świece stoją równo, młodzieńcy w białych szatach podnoszą się z miejsc, a usłużny pulpit czeka z gotową do wglądu wielką białą księgą.

Każde okno precyzyjnie wpuszcza pochyłą płaszczyznę światła, fioletową i żółtą, nawet tam, gdzie kurz jest najbardziej rozproszony, a w miejscach, w których rozbijają się one na posadzce, kamienie barwią się na czerwono, żółto i fioletowo, jakby pomalowane miękką kredą. Ani śnieg, ani zieleń, ani zima, ani lato nie mają władzy nad tymi starymi witrażami. Tak jak ścianki latarni ochraniają płomień – by palił się równo w nawet najbardziej wietrzną noc, by palił się równo i z powagą oświetlał pnie drzew – tak i wewnątrz kaplicy wszystko trwało w odwiecznym porządku. Głosy rozbrzmiewały powagą, organy odpowiadały im roztropnie, za zgodą żywiołów wzmacniając ludzką wiarę. Postaci w białych szatach przemieszczały się raz w jedną, raz w drugą stronę, to wchodziły na stopnie, to z nich zstępowały, a wszystko w wielkim porządku.

…Jeśli postawić latarnię pod drzewem w lesie, ściągną do niej zaraz wszystkie owady – dziwaczne to zbiegowisko, bo chociaż tłoczą się i biją głowami w szkło, zdaje się, że nie mają określonego celu, pcha je jakaś bezmyślna siła. Człowiek aż się nuży tym widokiem: wszystkie stworzenia krążą wokół latarni, jakby pukały, by je wpuszczono, największa ze wszystkich jest gruba ropucha, która rozpycha się między innymi. Och, ale co to? Rozlega się przerażający dźwięk wystrzałów z pistoletu – ostry trzask, rozchodzą się fale – i cisza pokrywa dźwięki gładką taflą. Drzewo – runęło drzewo, to jakby śmierć w lesie. Po tym wydarzeniu wiatr w koronach brzmi melancholijnie.

Ale to nabożeństwo w kaplicy King’s College: dlaczego pozwala się brać w nim udział kobietom? Nie ma wątpliwości, że jeśli myśli się rozpraszają (Jakub wyglądał na niezwykle roztargnionego: głowę odchylił w tył, a książkę do nabożeństwa miał otwartą na niewłaściwej stronie), jeśli więc myśli się rozpraszają, to z tego powodu, że parę sklepów kapeluszniczych oraz całe szafy kolorowych sukien wystawiły swą zawartość na wyplatanych krzesłach kościoła. Chociaż głowy i ciała są być może całkiem pobożne, to jednak ma się poczucie indywidualizmu – niektóre lubią błękity, inne brązy, jedne strusie pióra, inne bratki i niezapominajki. Nikomu by nie przyszło do głowy przyprowadzać do kościoła psa. Bo pies, chociaż świetnie się prezentuje na żwirowej alejce i nie przynosi najmniejszej ujmy kwiatom, to jednak kiedy idzie nawą, rozgląda się, unosi łapę czy zbliża się ku kolumnie w zamiarze, który każe krwi zatrzymać się w żyłach z przerażenia (pod warunkiem, że człowiek należy do zgromadzenia – kiedy jest się samemu, nieśmiałość nie wchodzi w grę), pies powoduje całkowity rozpad nabożeństwa. Tak samo działają te kobiety, pomimo że każda z nich z osobna jest pobożna, wyjątkowa i uwiarygodniona przez teologię, matematykę, łacinę czy grekę, które zgłębiają ich mężowie. Jeden Pan Bóg raczy wiedzieć, czemu tak jest. Po pierwsze – pomyślał Jakub – wszystkie są paskudne jak grzech.

Nagle usłyszał chrobot i pomruk. Złapał wzrok Timmy’ego Durranta, który patrzył w jego stronę bardzo surowo, a następnie z wielką powagą puścił do niego oczko.

„Waverley” – tak nazywała się willa przy drodze do Girton: nie dlatego, żeby pan Plumer był wielbicielem Waltera Scotta czy żeby w ogóle miał ochotę jakoś ją nazywać, ale nazwy przydają się, kiedy trzeba zabawiać studentów, a w niedzielę w południe, siedząc przy posiłku i czekając na czwartego studenta, rozmawiano właśnie o nazwach.

– Ależ to irytujące – przerwała pani Plumer impulsywnie. – Czy ktoś zna pana Flandersa?

Znał go pan Durrant i z lekkim rumieńcem wydukał coś o tym, że jest pewien, a potem, patrząc na pana Plumera, podciągnął prawą nogawkę spodni. Pan Plumer podniósł się i stanął przed kominkiem. Pani Plumer roześmiała się niczym bezceremonialny, przyjazny facet. Krótko mówiąc, czegoś potworniejszego niż ta scena, te okoliczności, ta perspektywa, nawet ten majowy ogród, dotknięty chłodem i sterylnością, i ta chmura, która akurat w tym momencie musiała zasłonić słońce, nie można sobie wyobrazić. Bo oczywiście był ogród. Wszyscy spojrzeli tam w tej samej chwili. Z powodu chmury liście zmierzwiły się szarawo, a wróble – otóż były dwa wróble.

 

– Myślę – odezwała się pani Plumer, wykorzystując chwilę spokoju, by, podczas gdy młodzieńcy patrzyli na ogród, zerknąć w stronę męża, który, nie biorąc za ten czyn pełnej odpowiedzialności, mimo wszystko nacisnął dzwonek.

Nie ma żadnego wytłumaczenia dla takiej zniewagi wobec godziny życia ludzkiego, poza myślą, która naszła pana Plumera przy krojeniu pieczeni baraniej, że jeśliby żaden wykładowca nigdy nie wydawał obiadu, jeśliby mijała niedziela za niedzielą, ludzie by wyjeżdżali, zostawali prawnikami, lekarzami, członkami parlamentu, przedsiębiorcami, a żaden wykładowa nigdy nie wydawałby obiadu… to…

– No więc czy to sos miętowy czyni jagnięcinę, czy jagnięcina czyni sos miętowy? – zapytał młodego człowieka, który siedział najbliżej, tylko po to, by przerwać ciszę, panującą już od dobrych pięciu minut.

– Nie wiem, proszę pana – odpowiedział zapytany, oblewając się żywym rumieńcem.

W tym momencie wszedł pan Flanders. Pomyliły mu się godziny.

Zatem, choć było już po pieczystym, pani Plumer wzięła dokładkę kapusty. Jakub uznał oczywiście, że musi zjeść całe mięso w czasie, gdy ona kończyła kapustę, tylko raz czy drugi podniósł głowę, miarkując nieco tempo jedzenia – był zresztą piekielnie głodny. Widząc to, pani Plumer powiedziała, że z pewnością pan Flanders nie ma nic przeciwko temu – i wniesiono tartę. Specyficznym ruchem głowy dała znać służącej, żeby nałożyła panu Flandersowi dokładkę baraniny. Spojrzała na pieczeń: z tego udźca niewiele zostanie na lunch.

Przecież to nie jej wina – bo czyż mogła czterdzieści lat temu powstrzymać własnego ojca przed tym, żeby ją począł gdzieś na przedmieściach Manchesteru? A kiedy już została poczęta, to co miała zrobić, jak nie wyrosnąć na ambitną sknerę z instynktownym wyczuciem szczebli drabiny awansu i mrówczą pracowitością we wpychaniu George’a Plumera na jej szczyt? Co jest na szczycie tej drabiny? Poczucie, że wszystkie szczeble ma się już za sobą, gdyż George Plumer został profesorem fizyki czy czegoś tam; pani Plumer mogła jedynie trzymać się poczucia własnej znakomitości, spoglądać w dół na ziemię i popychać w górę, po szczeblach tej samej drabiny, swoje niezbyt rozgarnięte córki.

– Wczoraj wybrałam się z dziewczętami na wyścigi – odezwała się.

Nie była to także i c h wina. Weszły właśnie do saloniku w białych sukienkach z niebieskimi wstążkami. Podawały papierosy. Rhoda odziedziczyła po ojcu chłodne szare oczy. George Plumer miał chłodne szare oczy, ale jaśniał w nich blask abstrakcji. Mógł mówić o Persji i pasatach, o reformach i cyklu upraw rolnych; na półkach miał książki Wellsa i Shawa, na stoliku poważne tygodniki po sześć pensów każdy, redagowane przez bladych panów w zabłoconych butach – ten cotygodniowy zgrzyt i pisk mózgów wypłukanych w zimnej wodzie i wyżętych do sucha – i melancholijne gazety.

– Nie uważam, żebym poznała prawdę, zanim nie przeczytam ich obu – powiedziała pani Plumer radośnie, uderzając w spis treści czerwoną dłonią, na której obrączka wyglądała zupełnie nie na miejscu.

– O Boże, Boże, Boże, Boże! – wykrzyknął Jakub, kiedy we czwórkę wyszli na zewnątrz. – O mój Boże!

– Cholera, co za potworność! – powiedział, rozglądając się po ulicy w poszukiwaniu bzu lub roweru, czegokolwiek, co przywróciłoby mu poczucie wolności.

– Cholera, co za potworność! – powiedział do Timmy’ego Durranta, by wyrazić uczucie zażenowania światem, który objawił mu się podczas lunchu, który w ogóle może istnieć – bo co do tego, że istnieje, nie było wątpliwości – a jest kompletnie niepotrzebny, jeśli w to uwierzyć: Shaw i Wells, i te poważne pisma za sześć pensów! O co im chodzi, tym podstarzałym ludziom, kiedy tak niszczą i burzą? Czy oni nie czytali Homera, Szekspira, poetów elżbietańskich? Wszystko to rysowało mu się wyraziście na tle jego własnych młodzieńczych uczuć oraz naturalnych skłonności. Biedaczyska, sklecili sobie ten ubogi obraz świata. Ale czuł także odrobinę litości. Te biedne dziewczęta…

Stopień niepokoju Jakuba świadczył o tym, że czuł silne wzburzenie. Był bezczelny i niedoświadczony, ale przecież miasta zbudowane przez poprzednie pokolenia jawiły się na horyzoncie jako ceglane przedmieścia, koszary i miejsca wprowadzania dyscypliny na tle czerwonych i żółtych płomieni. Był podatny na wpływy, choć określeniu temu przeczyło opanowanie, z jakim złożoną dłonią osłonił zapałkę. Jakub był młodzieńcem wielkiego formatu.

W każdym razie: czy to student, czy sprzedawca, czy mężczyzna, czy kobieta, każdy w wieku lat dwudziestu musi przeżyć szok spotkania ze światem starszego pokolenia, który kładzie się czarnym cieniem na nas samych, na rzeczywistości, na wrzosowiskach Byrona, na morzu i latarni morskiej, na szczęce owcy, w której tkwią żółte zęby, na tym upartym i niedającym się stłumić przekonaniu, dzięki któremu młodość jest tak strasznie trudna do zniesienia, przekonaniu, że „jestem, kim jestem i właśnie tym być zamierzam”, przekonaniu, któremu świat nie zaofiaruje żadnej formy, chyba że Jakub sam ją sobie stworzy. Państwo Plumerowie będą usiłowali mu w tym przeszkodzić. Wells i Shaw, i te pisma za sześć pensów w tym celu staną na głowie. Za każdym razem, kiedy będzie jadł niedzielny lunch poza domem – na przyjęciach i na herbatkach – wszędzie przeżyje ten sam wstrząs: przerażenie, zażenowanie, aż wreszcie przyjemność, bo kiedy będzie szedł brzegiem rzeki, z każdym krokiem będzie wchłaniał w siebie poczucie pewności, zewsząd ogarnie go otucha, drzewa się pochylą, szare wieże miękko odetną się od błękitu, głosy wzniosą się i trwać będą jakby zawieszone w powietrzu, w sprężystym, majowym powietrzu, w elastycznym powietrzu, którego cząsteczki – zapach kasztanowców, pyłki i wszystko to, co majowi nadaje mocy – niby mgiełką otulają drzewa, kleiste pączki i rozmazaną zieleń. I rzeka – przepływa obok, ani wezbrana, ani przesadnie bystra, oblepia zanurzane wiosło, z którego potem spadają przezroczyste kropelki, zieloną głębią omywa pochyłe wodne trawy, jakby obdarzała je hojną pieszczotą.

Tam, gdzie przycumowali łódkę, drzewa pochylały się nisko, tak że liście z samych wierzchołków gałęzi nurzały się wśród drobnych fal, a utworzony w wodzie zielony klin poruszał się wraz z resztą liści na drzewie. Wiatr zadrżał – i natychmiast odsłonił się skraj nieba. Durant jadł czereśnie, a kiedy cisnął garść żółtych niedojrzałych owoców w klin zielonych liści, wirujące ogonki zabłysły, a tu i ówdzie widać było, jak nadgryziony czerwony owoc ginie wśród zieleni. Jakub położył się, na wysokości wzroku miał łąkę pozłoconą jaskrami, ale trawa była tu inna niż na cmentarzu: nie jak wiotki zielony strumyk, który zaraz przeleje się przez groby, ale sztywna, zielona i soczysta. Patrząc w tył, w górę, widział zanurzone w niej głęboko nogi dzieci i krów. Usłyszał odgłosy przeżuwania, potem kroki w trawie, potem znów mlaskanie i żucie, krowy odgryzały trawę tuż przy korzeniach. Przed nim, wokół wiązu, coraz to wyżej i wyżej, krążyły dwa białe motyle.

– Jakub odleciał – pomyślał Durrant, spoglądając znad książki. Czytał po kilka stron, a następnie z zadziwiającą metodycznością patrzył przed siebie, a za każdym razem, kiedy podnosił głowę, sięgał do papierowej torebki po kilka czereśni i zjadał je odruchowo. Mijały ich kolejne łódki, które płynęły slalomem, by się nawzajem wyminąć, gdyż wiele z nich już przycumowało. Pojawiły się białe suknie, a na kolumnie powietrza pomiędzy dwoma drzewami ujawniła się skaza, wokół której wiły się błękitne nitki: piknik u lady Miller. Wciąż przypływały kolejne łódki, więc Durrant, nie podnosząc się, podciągnął ich łódkę nieco bliżej brzegu.