Pokój JakubaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Przypisy

Tytuł oryginału: Jacob’s Room

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK, ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: WERONIKA KOSIŃSKA

Korekta: ALINA DOBOSZEWSKA, SYLWIA FROŁOW, PAULINA ORŁOWSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: ANNA POL

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright for the Polish translation by Magda Heydel

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2009, 2021

Wydanie drugie, poprawione

ISBN 978-83-08-07177-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„Wobec tego – pisała Betty Flanders, jeszcze głębiej wbijając obcasy w piasek – nie pozostawało nic innego, jak tylko wyjechać”.

Jasnoniebieski atrament, spływając wolno ze złotej stalówki, rozmył kropkę na końcu zdania, gdyż Betty zatrzymała pióro; zapatrzyła się przed siebie, jej oczy powoli wypełniły się łzami. Zachwiała się cała zatoka, zachybotała latarnia morska. Betty odniosła wrażenie, że maszt niewielkiego jachtu pana Connora gnie się niczym wystawiona na słońce świeczka. Szybko zamrugała powiekami. Potworne rzeczy te wypadki. Znów zamrugała. Maszt się wyprostował, fale wyrównały, latarnia stanęła w pionie, ale kleks pozostał.

„...nic innego, jak tylko wyjechać” – przeczytała.

– No cóż, jeśli Jakub nie chce się bawić (cień Archera, jej najstarszego syna, padł na papier, położył się błękitem na piasku i Betty poczuła chłód: to już trzeci września), jeśli Jakub nie chce się bawić – co za potworny kleks! Chyba robi się już późno.

– A gdzie w ogóle jest ten nieznośny dzieciak? – spytała. – Nigdzie go nie widzę. Pobiegnij i poszukaj go. Powiedz mu, żeby natychmiast wracał. „...ale na szczęście – pisała dalej, ignorując rozlaną kropkę – wygląda na to, że wszystko się jakoś ułożyło, choć jesteśmy ściśnięci jak śledzie w beczce, a wózek, którego nasza gospodyni oczywiście nie pozwala nam wprowadzać do środka, musimy zostawiać...”

Takie były listy Betty Flanders do kapitana Barfoota – wielostronicowe, skropione łzami. Scarborough leży siedemset mil od Kornwalii: kapitan Barfoot znajduje się w Scarborough: Seabrook nie żyje. Łzy sprawiły, że dalie w ogrodzie zafalowały czerwono, szklarnie zaiskrzyły w oczach Betty, w kuchni zalśniły błyski noża, a w kościele, kiedy rozbrzmiewał hymn i pani Flanders pochylała się ku główkom swoich chłopców, pani Jarvis, żona pastora, rozmyślała, że małżeństwo to twierdza, tymczasem wdowy muszą się błąkać samotnie po pustych polach, schylać po kamienie, po tych kilka złotych kłosów, samotne i bez ochrony, biedactwa. Pani Flanders była wdową już od dwóch lat.

– Ja-kub! Ja-kub! – wołał Archer.

„Scarborough” – napisała pani Flanders na kopercie i podkreśliła nazwę grubą linią. Jej rodzinne miasto. Pępek świata. A znaczek? Zaczęła grzebać w torebce; odwróciła ją do góry dnem; zabrała się do przerzucania przedmiotów na podołku z takim impetem, że Charles Steele, w panamie na głowie, zatrzymał pędzel w powietrzu.

Pędzel mocno zadrżał, niczym czułki podrażnionego owada. Ta kobieta się poruszyła – i właśnie ma zamiar wstać – niech ją diabli! Pospiesznie pacnął na płótno purpurowo-czarną plamą. Bo tego wymagał pejzaż. Był zbyt blady – szarości przechodzące w odcienie lawendy i tylko jedna zawieszona gdzieś gwiazda czy mewa – jak zwykle był zbyt blady. Krytycy powiedzą, że pejzaż jest zbyt blady, bo Charles Steele to nieznany malarz, który nieczęsto wystawia, nosi krzyżyk na łańcuszku od zegarka, popularnością cieszy się wśród dzieci swoich gospodyń i jest usatysfakcjonowany, gdy jego obrazy podobają się gospodyniom, a podobają im się często.

– Ja-kub! Ja-kub! – wołał Archer.

Rozdrażniony hałasem, choć kochał dzieci, Steele nerwowo rozmazywał ciemne plamki na palecie.

– Widziałem twojego brata, widziałem twojego brata – powiedział, kiwając głową, kiedy Archer przechodził obok niego, wlokąc za sobą łopatkę do piasku i krzywiąc się na widok nieznajomego starego pana w okularach.

– Tam, przy tej skale – wymamrotał Steele z pędzlem między zębami, wyduszając z tuby odrobinę sieny palonej i nie spuszczając wzroku z pleców Betty Flanders.

– Ja-kub! Ja-kub! – wołał Archer sekundę później, wlokąc się dalej.

W tym głosie był niezwykły smutek. Oczyszczony z wszelkiego ciała, oczyszczony z wszelkiej namiętności, dążący ku światu, samotny, bez odpowiedzi, rozbijający się o skały – tak to właśnie brzmiało.

Steele zmarszczył brwi, ale był zadowolony z efektu czerni – to właśnie t a nuta spajała całą resztę. „Tak, można się nauczyć malować, mając pięćdziesiąt lat! Weźmy Tycjana...” – i znalazłszy właściwy odcień, spojrzał przed siebie, by ku swojemu przerażeniu zobaczyć nad zatoką chmurę.

Pani Flanders podniosła się, strzepnęła piasek z żakietu najpierw z jednej, a potem z drugiej strony i chwyciła swój czarny parasol.

To była jedna z tych niesamowicie twardych, brązowych czy wręcz czarnych skał, które wyrastają z piasku jak coś pierwotnego. Była szorstka od pomarszczonych skorupek mięczaków, tu i tam upstrzona kłaczkami wysuszonych wodorostów, mały chłopiec musi robić ogromne kroki i naprawdę poczuć że jest bohaterski, nim jeszcze dotrze na szczyt.

A tam, na szczycie, jest zagłębienie wypełnione wodą, z piaszczystym dnem. Do jednej z krawędzi przywarł kleks meduzy i parę muszel. Przemknęła rybka. Falowała falbanka z żółto-zielonych wodorostów, wychynął spod nich krab w opalowej skorupie – Ale wielki – wyszeptał Jakub – który podjął wędrówkę na wątłych nogach po piaszczystym dnie. Teraz! Zanurzył rękę. Krab był chłodny i bardzo lekki. Ale woda zgęstniała od piasku, a złażący w dół Jakub właśnie miał zeskoczyć, z wiaderkiem w ręku, gdy zobaczył całkiem nieruchome, leżące jedno przy drugim olbrzymie ciała mężczyzny i kobiety, o strasznie czerwonych twarzach.

Olbrzymi mężczyzna i olbrzymia kobieta (to był dzień krótszych godzin pracy) leżeli jedno przy drugim, całkiem bez ruchu, w odległości kilku stóp od morza, pod głowami mieli chustki, a dwie lub trzy mewy wdzięcznie przeskakiwały przez nadciągające fale, by w końcu przysiąść koło ich butów.

Ogromne czerwone twarze na pstrokatych apaszkach zwrócone były w stronę Jakuba. Jakub wgapiał się w nie. Następnie, uważnie trzymając wiaderko, zeskoczył i ruszył truchtem, z początku nonszalancko, lecz później coraz to szybciej i szybciej, bo fale goniły za nim śmietankową pianą i musiał kluczyć, by nie dać się złapać, a mewy wzbiły się tuż przed nim i odlatywały, po czym siadały kawałeczek dalej. Na piasku siedziała duża, czarna kobieta. Jakub pobiegł ku niej.

– Nianiu! Nianiu! – zawołał, ze szlochem wydobywając słowa spomiędzy zdyszanych oddechów.

Kobietę otaczały fale. Była skałą. Pokrytą wodorostami, które pękają, kiedy ich dotknąć. A on był zagubiony.

Przystanął. Jego twarz uspokoiła się stopniowo. Właśnie miał zacząć krzyczeć, kiedy dojrzał, że w załomie pod skałą, między czarnymi patykami i słomą, leży czaszka – być może krowia, być może z zębami. Szlochał jeszcze, lecz już bez przekonania. Ruszył pędem i biegł, aż chwycił czaszkę w dłonie.

– No, tutaj jest! – zawołała pani Flanders, wychodząc zza skały i w parę sekund zasłaniając sobą całą przestrzeń plaży. – Ale co on takiego ma? Rzuć to, Jakub! W tej chwili! To jest na pewno coś paskudnego. Czemu się oddaliłeś? Niegrzeczny chłopczyk! No, wyrzuć to. A teraz chodźcie obaj – i odwróciła się w przeciwnym kierunku, jedną ręką trzymając dłoń Archera, a drugą szukając ręki Jakuba. Ale on schylił się szybko i chwycił oderwaną szczękę owczej czaszki.

 

Machając torbą, ściskając pod pachą parasol, trzymając Archera za rękę i opowiadając o wybuchu, na skutek którego biedny pan Curnow stracił oko, pani Flanders szła pospiesznie stromą ścieżką, w głębi duszy cały czas odczuwając pewien dyskomfort.

Na piasku, niedaleko kochanków, leżała pozbawiona szczęki stara czaszka owcy. Tak nieskazitelnej, czystej, białej, omiecionej wiatrem, wypolerowanej piaskiem kości nie znalazłoby się nigdzie na całym wybrzeżu Kornwalii. Z oczodołów wyrośnie mikołajek nadmorski, zamieni się w proch albo może jakiś golfista któregoś pięknego dnia, uderzając piłeczkę, zmiecie tę garstkę pyłu.

– Nie, ale nie w wynajętym mieszkaniu – pomyślała pani Flanders. – To jednak odważny eksperyment wybrać się tak daleko z tak małymi dziećmi. Nie ma nikogo, kto by pomógł z wózkiem. A Jakub jest taki niesforny, już w tym wieku taki uparty.

– Wyrzuć to, kochanie – powiedziała pani Flanders, kiedy wyszli na drogę, ale Jakub wyrwał się jej; a ponieważ wiatr się wzmagał, wyjęła szpilkę z kapelusza, spojrzała na morze i ponownie ją wpięła. Wiatr się wzmagał. Fale wykazywały ten szczególny niepokój, jakby były żywym stworzeniem, przyczajonym, oczekującym smagnięcia biczem, niepokój właściwy falom przed burzą. Kutry rybackie skłaniały się ku krawędzi morza. Bladożółte światło uderzyło w purpurową wodę, i znikło. Zapalono latarnię.

– No, chodźcie – poganiała chłopców Betty Flanders. Słońce świeciło im ostro w oczy i ozłacało wielkie krzaki jeżyn, z drżeniem wystające znad żywopłotu, które Archer usiłował skubać.

– Nie wleczcie się tak, chłopcy. Nie macie nic do przebrania – powiedziała Betty, ciągnąc ich za sobą i z zaniepokojeniem patrząc na świat tak drastycznie obnażony przez nagłe błyski szklarni w ogrodach, przez ową żółto-czarną zmienność na tle płonącego zachodu słońca, niesamowitą ruchliwość i jaskrawość barw, które głęboko poruszały Betty Flanders i kazały jej myśleć o odpowiedzialności i niebezpieczeństwie. Ścisnęła rękę Archera. I dalej brnęła pod górę.

– O czym miałeś mi przypomnieć? – spytała.

– Nie wiem – odpowiedział Archer.

– Hm, ja też nie wiem – powiedziała Betty żartobliwie i zwyczajnie, i któż zaprzeczy, że taka myślowa pustka w połączeniu z obfitością, z matczynym dowcipem, z przesądami, z dziwactwami, z chwilami zaskakującej śmiałości, dowcipu i sentymentalizmu – któż zaprzeczy, że pod wszystkimi tymi względami każda kobieta jest milsza niż którykolwiek mężczyzna?

No cóż, Betty Flanders na pewno.

Położyła rękę na gałce furtki od ogrodu.

– Mięso! – wykrzyknęła, zamykając skobel.

Zapomniała o mięsie.

W oknie stała Rebeka.

Pustka frontowego pokoju pani Pearce ujawniała się w pełni o godzinie dziesiątej wieczór, kiedy na środku stołu stawiano jasno świecącą lampę naftową. Ostre światło padało na ogród, cięło trawnik na pół, oświetlało dziecięce wiaderko i czerwony aster, by w końcu dotrzeć do żywopłotu. Pani Flanders zostawiła na stole robótkę. Były tam duże motki białej bawełny i druciane okulary, pudełko na igły, brązowa włóczka nawinięta na starą pocztówkę. Były też pałki wodne i magazyny „Strand”, a na linoleum – piasek z kaloszy chłopców. Kosarz rzucał się z kąta w kąt i uderzał o szkło lampy. Wiatr za oknem przeganiał deszcz długimi smagnięciami, które srebrzyły się, przecinając linię światła. Jeden liść uparcie i pospiesznie pukał w szybę. Na morzu był huragan.

Archer nie mógł spać.

Pani Flanders pochyliła się nad nim.

– Pomyśl o wróżkach – powiedziała. – Pomyśl o tych prześlicznych ptaszkach, które siedzą sobie w gniazdkach. Zamknij teraz oczka, to zobaczysz, jak ptaszkowa mama przylatuje z robaczkiem w dziobie. No, odwróć się na bok i zamknij oczy – mruczała. – Zamknij już oczy.

Pensjonat cały gulgotał i szurgotał, przelewał się zbiornik, woda bulgotała i popiskiwała, spływała rurami i ściekała po oknach.

– Skąd ta cała woda, która nas zalewa? – mamrotał Archer.

– To tylko wylewa się woda z wanny – powiedziała pani Flanders.

– Ale czy ten parowiec nie zatonie? – spytał Archer, otwierając szeroko oczy.

– Na pewno nie zatonie – odpowiedziała pani Flanders. – Nawet kapitan już od dawna jest w łóżku. Zamknij oczy i pomyśl o wróżkach, które też już smacznie śpią pod kwiatkami.

– Myślałam, że nigdy nie zaśnie przez ten huragan – wyszeptała Betty Flanders do Rebeki, która w sąsiednim pokoiku pochylała się nad spirytusową lampką. Na zewnątrz szalał wiatr, ale płomyk lampy, od strony łóżeczka osłonięty postawioną na sztorc książką, był spokojny.

– Wypił butelkę? – spytała pani Flanders szeptem.

Rebeka skinęła głową, podeszła do łóżeczka, odsunęła kołderkę, a pani Flanders pochyliła się i z niepokojem spojrzała na dziecko – spało, ale buzia była zmarszczona. Okno załomotało i Rebeka podskoczyła jak kot, by je zablokować. Kobiety mruczały coś do siebie przy spirytusowej lampce, zawiązując odwieczny spisek na rzecz ciszy i czystych butelek, gdy tymczasem wiatr wściekle mocował się z tanimi zamkami okien.

Obie kobiety popatrywały przez ramię w stronę łóżeczka. Usta miały ściągnięte. Pani Flanders jeszcze raz podeszła do dziecka.

– Śpi? – spytała Rebeka, patrząc na łóżeczko.

Pani Flanders kiwnęła głową.

– Dobranoc, Rebeko – mruknęła, a Rebeka powiedziała do niej „psze pani”, pomimo że obie brały udział w odwiecznym spisku na rzecz ciszy i czystych butelek.

Pani Flanders zostawiła zapaloną lampę w pokoju frontowym. Były tam jej okulary, jej szycie; i list ze znaczkiem ze Scarborough. Nie zaciągnęła stor.

Światło padało jasną plamą na trawnik – na zielone dziecinne wiaderko ze złotą obwódką i na aster, który kiwał się gwałtownie tuż obok. Wiatr przedzierał się przez wybrzeże, rzucał się ku wzgórzom i w gwałtownych podmuchach skakał sam sobie na grzbiet. Ależ się rozciągnął nad leżącym w dole miasteczkiem! Zdawało się, że światła mrugają i chwieją się od jego wściekłości: światła w zatoce, światła w wysokich oknach sypialni! I tak, tocząc przed sobą ciemne fale, gnał przez Atlantyk, raz w jedną, raz w drugą stronę, szarpiąc gwiazdy ponad statkami.

W saloniku od frontu rozległo się pstryknięcie. To pan Pearce zgasił lampę. Ogród zniknął. Została tylko ciemna plama. Padało na każdy cal ziemi. Deszcz przygiął każde źdźbło trawy. Taki deszcz pozamyka szczelnie powieki. Leżąc na wznak, nie będzie się widziało niczego, tylko chaos i pomieszanie – ciągłe ruchy chmur i tylko coś żółtawego, siarkowego w ciemności.

We frontowej sypialni chłopcy odrzucili kołderki i spali pod samymi prześcieradłami. Było gorąco, parno i duszno. Archer leżał wyciągnięty, z jedną ręką rzuconą w poprzek poduszki. Był rozpalony, a kiedy wydęła się ciężka kotara, odwrócił się i na wpół otwarł oczy. Wiatr poruszył tkaniną na komodzie i wpuścił do pokoju odrobinę światła, tak że uwidoczniła się ostra krawędź mebla. Promyk biegł prosto aż do miejsca, gdzie wyłonił się biały kulisty kształt – w lustrze mignęło srebrne pasemko.

W drugim łóżku spał Jakub – mocno, całkiem nieprzytomnie. Owcza szczęka o wielkich żółtych zębach leżała w nogach łóżka. Kopnięta przez chłopca, oparła się o metalowe szczebelki.

Deszcz na zewnątrz padał teraz mocniej, bardziej pionowo, bo nad ranem wiatr zelżał. Aster leżał przygięty do ziemi. Dziecinne wiaderko do połowy napełniło się deszczówką, a opalowy krab powoli okrążał dno, usiłując za pomocą swych wątłych nóg wdrapać się na stromą ściankę; próbował i opadał, próbował i opadał.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Pani Flanders...

– Biedna Betty Flanders...

– Kochana Betty...

– Nadal jest bardzo atrakcyjna...

– Dziwne, że nie wychodzi ponownie za mąż...

– No, jest oczywiście kapitan Barfoot. Zjawia się w każdą środę, regularnie jak w zegarku, i nigdy z żoną.

– Ale to jest wina Ellen Barfoot – oświadczyły panie ze Scarborough. – Ona się nigdy dla nikogo nie wysili.

– Mężczyźnie potrzebny jest syn, to wiadomo.

– Są takie guzy, które trzeba wycinać, ale taki, jak miała moja matka, człowiek musi znosić latami i nawet nie ma co liczyć, że ktoś mu przyniesie do łóżka filiżankę herbaty.

(Pani Barfoot była chora).

Elizabeth Flanders, o której to wszystko i jeszcze dużo więcej zostało lub zostanie powiedziane, była zaiste wdową w kwiecie wieku. Znajdowała się w połowie drogi między czterdziestką a pięćdziesiątką. I w latach, i w troskach: śmierć jej męża Seabrooka, trzech chłopców, ubóstwo, dom na przedmieściach Scarborough, staczanie się, a może i upadek jej brata, biednego Morty’ego – no bo gdzie on jest? Kim on jest? Przysłaniała oczy i wypatrywała na drodze kapitana Barfoota – no tak, już idzie, punktualny jak zawsze. Względy kapitana sprawiały, że Betty rozkwitała – jej sylwetka prostowała się, twarz zabarwiała radością, a oczy wilgotniały bez żadnej widocznej przyczyny ze trzy razy na dzień.

To prawda, nie ma nic złego w opłakiwaniu męża, a nagrobek, choć prosty, wykonany był solidnie, więc kiedy w letnie dni wdowa stawała nad nim ze swoimi chłopcami, można było jej prawdziwie współczuć. Kapelusze unoszono wtedy wyżej niż zwykle, żony pociągały mężów za rękaw. Seabrook leżał sześć stóp pod ziemią, dawno już nieżywy, zamknięty w potrójnej skorupie, której szczeliny zalano ołowiem, a gdyby ziemia i drewno były ze szkła, to pewnie byłoby widać jego twarz – wąsatą, kształtną twarz młodego człowieka, który wyszedł polować na kaczki i odmówił przebrania butów.

„Kupiec z naszego miasta” – głosił napis na nagrobku i nie wiadomo, dlaczego Betty wybrała takie właśnie określenie, skoro w biurze zdążył przesiedzieć tylko trzy miesiące, a przedtem ujeżdżał konie, polował z psami, uprawiał gdzieś jakieś pole i trochę szalał, ale cóż, ostatecznie jakoś musiała go określić. Żeby stanowił przykład dla chłopców.

Ale czy w takim razie był nikim? Pytanie bez odpowiedzi, skoro światło – nawet gdyby nie było zwyczajem grabarza zamykać zmarłym oczy – tak szybko z nich ucieka. Najpierw był częścią jej samej, teraz dołączył do towarzystwa – zjednoczył się z trawą, z pochyłym zboczem wzgórza, z tysiącem białych kamieni nagrobnych, i tych pochyłych, i tych stojących prosto, ze zwiędłymi wieńcami, zdobionymi krzyżami z zielonej blachy, z wąskimi żółtymi ścieżkami i z bzami, które w kwietniu zasłaniały cmentarny mur, niosąc woń izby chorych. Seabrook był teraz tym wszystkim, i kiedy z zakasaną spódnicą karmiła kurczęta i słyszała dźwięk dzwonów wzywających na nabożeństwo albo na pogrzeb, był to dla niej głos Seabrooka, głos zmarłych.

Kogut znany był z tego, że skacze jej na ramię i skubie ją po karku, dlatego teraz, kiedy szła do kur, brała z sobą kij albo któreś z dzieci.

– Czy chciałaby mama mój nóż? – zapytał Archer.

Słowa syna zabrzmiały w tym samym momencie co dźwięk dzwonów – nierozdzielnie i radośnie połączyły się głosy żywych i umarłych.

– Ależ to jest wielki nóż jak dla tak małego chłopca! – odpowiedziała. Wzięła nóż, żeby zrobić synkowi przyjemność. Potem kogut wyleciał z kurnika, a pani Flanders krzyknęła do Archera, żeby zamknął furtkę do warzywnika, postawiła na ziemi naczynie z karmą, wołała na kury, krzątała się po całym sadzie, gdzie dostrzegła ją pani Cranch, która przy ścianie domu trzepała właśnie dywanik, więc zawiesiła go na chwilę w powietrzu i informowała swoją sąsiadkę, panią Page, że pani Flanders jest w sadzie z kurczętami.

Pani Page, pani Cranch i pani Garfit widziały panią Flanders w sadzie, ponieważ ogrodzony sad znajdował się na Dods Hill, a Dods Hill górowało nad wioską.

Żadne słowa nie oddadzą w pełni znaczenia Dods Hill. To była ziemia, to był cały świat na tle nieba, horyzont dla spojrzeń, które policzyć mógłby chyba tylko ktoś, kto spędził w wiosce całe życie, a opuścił ją tylko raz – żeby iść na wojnę krymską, tak jak na przykład stary George Garfit, który teraz, wsparty o bramę, spokojnie palił fajkę. Dods Hill odmierzało ruch słońca, na nim kładła się barwa dnia, z niego ją odczytywano.

– A teraz idzie pod górę z małym Johnem – odezwała się pani Cranch do pani Garfit, po raz ostatni strzepując dywanik i spiesznie znikając w domu.

Pani Flanders otworzyła furtkę sadu i trzymając Johna za rękę, poszła ku szczytowi Dods Hill. Archer i Jakub biegli przed nią albo zostawali w tyle, ale kiedy doszła na szczyt, byli już w rzymskiej fortecy i wykrzykiwali, jakie statki widać na morzu. Bo widok był cudowny – za nimi wrzosowiska, przed nimi zatoka i całe Scarborough, od początku do końca, jak układanka. Pani Flanders, która zaczynała nabierać tuszy, usiadła w fortecy i rozejrzała się.

 

Powinna była dobrze znać pełny wachlarz zmiennych widoków, jego zimowe, wiosenne, letnie i jesienne odmiany, burze nadchodzące znad morza, drżenie i połysk wrzosowisk, kiedy oddalały się chmury; zauważyła to czerwonawe miejsce, gdzie budowano nowe wille, i krzyżujące się linie tam, gdzie wyznaczano działki, i diamentowe błyski niewielkich szklarni w słońcu. Albo, jeśli umykały jej tego rodzaju szczegóły, mogła w wyobraźni bawić się złotymi odcieniami morza o zachodzie słońca, myśląc sobie, jak rozsypują się po kamykach żółtymi i srebrnymi monetami. Ku temu złotu kierowały się łódki spacerowe, zagarniało je czarne ramię molo. Całe miasto było różowo-złote, sklepione kopułą, zasnute mgłą, dźwięczne, napięte. Brzdąkały bandża; deptak pachniał smołą, która czepiała się obcasów, zaprzężone do wózków kozy niespodziewanie przebiegały przez tłum. Komentowano, że władze miejskie pięknie zadbały o rabatki. Od czasu do czasu wiatr zwiewał jakiś słomkowy kapelusz. Tulipany płonęły w słońcu. Liczne pary spodni w kratkę wyciągały się rządkiem. Purpurowe czepeczki otaczały miękkie, różowe twarzyczki na tle poduszek wózków inwalidzkich. Mężczyźni w białych płaszczach pchali trójkątne tablice na kółkach. Kapitan George Boase złowił rekina żarłacza. Takie obwieszczenie widniało na jednej stronie tablic wypisane wielkimi czerwonymi, niebieskimi i żółtymi literami, a każda linijka kończyła się trzema różnokolorowymi wykrzyknikami.

A więc to była przyczyna, dla której szło się do akwarium, gdzie ziemiste zasłony, zjełczały zapach soli, stoliki z popielniczkami, kręcące się w kółko ryby, dozorczyni robiąca na drutach, siedząca za stosem sześciu czy siedmiu pudełek po czekoladkach (czasami siedziała tam całkiem sama, tylko z rybami, przez parę dobrych godzin) pozostawały w pamięci jako elementy rekina żarłacza, podczas gdy on sam był jedynie obwisłym, żółtawym workiem, jak pusta torba od Gladstone’a wrzucona do cysterny. Akwarium nigdy jeszcze nikogo nie wprawiło w dobry humor, ale twarze wychodzących szybko traciły przyćmiony i stropiony wyraz, gdy okazywało się, że aby się dostać na molo, trzeba stanąć w kolejce. Kiedy już się przeszło przez obrotowe bramki, każdy szedł żwawo jakiś jard czy dwa, potem jedni stawali przy tym straganie, inni przy następnym. Ale w końcu wszystkich przyciągała orkiestra, nawet rybaków z dolnego pomostu, którzy przenosili się ze smołowaniem w zasięg jej dźwięku.

Orkiestra grała w mauretańskim pawilonie. Na tabliczce pojawił się numer dziewięć. Walczyk. Blade dziewczęta, stara wdowa, trzech Żydów zamieszkujących w tym samym pensjonacie i gentleman posiadający własne dochody – wszyscy mieli równie niewyraźne, zamroczone miny, a przez szpary między deskami podłogi widzieli zielone, letnie fale, spokojnie i przyjaźnie obmywające żelazne podpory molo.

Ale były takie czasy, kiedy nic z tych rzeczy nie istniało (pomyślał młody człowiek wsparty o barierkę). Zatrzymaj wzrok na sukni tej damy: ta szara się nada, ta nad różowymi pończoszkami z jedwabiu. Suknia się zmienia: drapuje wokół kostek – lata dziewięćdziesiąte, potem się nadyma – lata siedemdziesiąte, potem połyskuje rozciągnięta na krynolinie – lata sześćdziesiąte, wystaje spod niej maleńka czarna stópka w białej bawełnianej pończoszce. Jeszcze tu siedzi? Tak, wciąż jest jeszcze na molo. Jedwab pokryty teraz różanym deseniem, ale obraz jakoś traci ostrość. Nie ma już pod nami mola. Ciężki powóz przemknie, być może, drogą aż do rogatek, ale nie ma już molo, przy którym by się zatrzymał, a jakże szare i burzliwe jest morze w siedemnastym wieku! Chodźmy do muzeum. Kule armatnie, groty strzał, rzymskie szkło i kleszcze zielone od śniedzi. Wielebny Jaspar Floyd wykopał je własnym sumptem we wczesnych latach czterdziestych w rzymskim forcie na szczycie Dods Hill – popatrz na tę karteczkę z wyblakłym napisem.

No dobrze, to co jeszcze można obejrzeć w Scarborough?

Pani Flanders siedziała na wysokim szańcu otaczającym rzymski obóz i łatała spodnie Jakuba; patrzyła przed siebie jedynie wtedy, gdy musiała poślinić końcówkę bawełnianej nici albo kiedy pojawiał się jakiś owad, który bzyczał jej do ucha i odlatywał.

John dreptał w kółko i ciskał jej na kolana trawę albo zeschłe liście, które nazywał „podwieczorkiem”, a ona układała je starannie, ale z roztargnieniem, układając kłosy traw jeden przy drugim i myśląc sobie, że zeszłej nocy Archer znów nie mógł spać, że zegar na wieży kościelnej spieszy dziesięć czy trzynaście minut, że tak by chciała móc kupić pole Garfitów.

– To jest listek storczyka, Johnny. Popatrz: ma takie ciemne plamki. Chodź, kochanie. Musimy już iść do domu. Ar-cher! Ja-kub!

– Ar-cher! Ja-kub! – zapiszczał razem z nią Johnny, okręcając się na pięcie i rozrzucając trawę i listki wokół siebie niczym ziarno. Archer i Jakub wyskoczyli zza wzgórka, gdzie chowali się, planując niespodziewanie wyskoczyć na matkę, po czym wszyscy wolno skierowali się ku domowi.

– A kto to? – odezwała się pani Flanders, osłaniając oczy dłonią.

– Ten stary pan na drodze? – zapytał Archer, spojrzawszy w dół.

– Ten pan nie jest stary – powiedziała pani Flanders. – To jest... a nie, myślałam, że to kapitan, ale to jest pan Floyd. Chodźcie, chłopcy.

– Och, niech to diabli! – zezłościł się Jakub, odrywając główkę ostu, bo już wiedział, że pan Floyd będzie ich uczył łaciny, co od trzech lat czynił w wolnym czasie, z uprzejmości, bo w okolicy nie było żadnego innego gentlemana, którego pani Flanders mogłaby o rzecz taką poprosić, a przecież nauka starszych chłopców już zaczęła ją przerastać, tymczasem trzeba ich będzie szykować do szkoły, a ostatecznie nie każdy pastor podjąłby się takiego trudu – żeby tak przychodzić do niej na herbatę albo zapraszać ich do siebie, kiedy tylko miał czas, by wcisnąć gdzieś lekcję, bo przecież parafia jest bardzo duża, a pan Floyd, tak samo jak przedtem jego ojciec, był uczonym, co było tym niezwyklejsze – pani Flanders nigdy nawet nie marzyła o takich możliwościach. Czyż mogła była przypuszczać? Ale pominąwszy fakt, że był uczonym, był jeszcze do tego osiem lat od niej młodszy. Znała jego matkę, starą panią Floyd. Była u niej kiedyś na herbacie. I tego właśnie wieczoru, kiedy wróciła z herbaty u starej pani Floyd, zastała w holu liścik, więc wzięła go z sobą do kuchni – gdy poszła dać Rebece ryby – i pomyślała sobie, że to musi być wiadomość dotycząca chłopców.

– Pan Floyd sam to przyniósł, prawda? Ser jest chyba w tej paczce w holu, tak, w holu. – Zaczęła czytać. Nie, to nie dotyczyło chłopców.

– Tak, na pewno starczy na rybne paszteciki jutro, może kapitan Barfoot... – Doszła do słowa „kocham”. Wyszła do ogrodu i czytała dalej, wsparłszy się o orzech. Jej pierś falowała. Seabrook jak żywy stanął jej przed oczyma. Potrząsnęła głową i przez łzy wpatrywała się w parę listków kiwających się na tle żółtawego nieba, i w tej chwili po trawniku wpół przebiegły, wpół przeleciały trzy gęsi, a za nimi podążał Johnny z kijkiem w rączce.

Pani Flanders aż poczerwieniała ze złości.

– Ile razy ci mówiłam? – zawołała, chwyciła chłopca i wyrwała mu z ręki kijek.

– Ale one by uciekły! – krzyczał Johnny, próbując się wyrwać.

– Jesteś bardzo niegrzeczny. Mówiłam ci raz, mówiłam ci sto razy. Nie będziesz mi gonił gęsi! – oświadczyła, zmięła w dłoni list od pana Floyda i trzymając Johna mocno za rękę, zagnała gęsi z powrotem do sadu.

– Jakże ja bym mogła myśleć o małżeństwie! – powiedziała do siebie z goryczą, zamykając furtkę kawałkiem drutu. Nie może ścierpieć rudych mężczyzn, pomyślała, przypominając sobie wygląd pana Floyda tego wieczoru, kiedy chłopcy poszli do łóżek. I odsuwając na bok pudełko z przyborami do szycia, wzięła raz jeszcze ten kawałek bibuły, i raz jeszcze przeczytała list pana Floyda, i znów pierś jej zafalowała, kiedy doszła do słowa „kocham”, ale tym razem już nie tak szybko, bo teraz zobaczyła, jak Johnny goni gęsi, i wiedziała, że jest rzeczą zupełnie niemożliwą, aby poślubiła kogokolwiek, o panu Floydzie, który jest o wiele od niej młodszy, w ogóle nie wspominając, ale jaki miły z niego człowiek, i do tego uczony.

„Drogi Panie” – napisała. „Czyżbym zapomniała o serze?” – zastanowiła się, odkładając pióro. Nie, przecież mówiła Rebece, że ser jest w holu. „Jest dla mnie niezwykłym zaskoczeniem...” – napisała.

Ale list, który pan Floyd znalazł na stole, kiedy następnego ranka wcześnie wstał z łóżka, nie zaczynał się od słów: „Jest dla mnie niezwykłym zaskoczeniem...”, lecz był to list w tonie tak matczynym, tak pełny szacunku, tak niespójny i przepełniony żalem, że pan Floyd przechowywał go potem przez wiele lat, jeszcze długo po zawarciu małżeństwa z panną Wimbush z Andover i jeszcze długo po wyjeździe z wioski. Poprosił bowiem o parafię w Sheffield i dostał ją, a kiedy posłał po Archera, Jakuba i Johna, żeby przyszli się pożegnać, powiedział im, że na pamiątkę mogą sobie wybrać z jego gabinetu cokolwiek, na co mają ochotę. Archer wziął nóż do papieru, bo nie chciał brać czegoś zbyt cennego; Jakub wybrał dzieła zebrane Byrona w jednym tomie; John, który był jeszcze za mały, żeby wybrać właściwie, poprosił o kotka pana Floyda, co jego bracia uznali za wybór absurdalny, ale pan Floyd poparł chłopca, mówiąc: „Ma takie samo futerko jak ty”. Potem pan Floyd mówił o Marynarce Królewskiej (gdzie wybierał się Archer) i o Rugby (gdzie wybierał się Jakub), a następnego dnia dostał w prezencie srebrną tacę i wyjechał najpierw do Sheffield, gdzie poznał pannę Wimbush, która odwiedzała właśnie swego wuja, potem do Hackney, a potem do Maresfield House, gdzie miał zostać przełożonym, by w końcu stać się wydawcą znanej serii „Biografie Kościelne” – i na stare lata osiąść z żoną i córką w Hampstead, często widuje się go tam karmiącego kaczki nad Leg of Mutton Pond. A co do listu od pani Flanders, to ostatnio, kiedy go szukał, jakoś nigdzie nie mógł go znaleźć, a nie miał ochoty pytać żony, czy gdzieś go odłożyła. Gdy niedawno spotkał Jakuba na Piccadilly, rozpoznał go w parę sekund. Ale Jakub wyrósł na tak przystojnego młodzieńca, że pan Floyd nie chciał go zaczepiać na ulicy.