Nieprzejednany lord Flint

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Ta jędza kazała mu czekać już dwie godziny. Bez wątpienia trwałoby to jeszcze przez następne dwie, gdyby kogoś po nią nie posłał. Dał jej tę drobną satysfakcję, a sam wykorzystywał ten czas, przeglądając zorganizowaną zawczasu trasę do Londynu i pisząc wiadomości, które planował rozesłać do wszystkich zajazdów po drodze. Powiadamiał o dokładnych datach, kiedy spodziewał się do nich zawitać. Lord Flint i lady Jessamine mieli zająć sąsiadujące ze sobą pokoje, ale nie zamówił dla nich osobnej jadalni, uznawszy, że im więcej świadków zobaczy piękną twarz zdrajczyni, tym lepiej.

Pukanie do drzwi kabiny przerwało mu w pół zdania. Kiedy strażnicy wprowadzili do środka lady Jessamine, Flint nadal pochylał się nad kartką, ale jego ciało odruchowo zareagowało na obecność kobiety.

– Aresztantka, sir. Mamy ją zakuć?

– Nie trzeba – odparł Flint, nie podnosząc wzroku. Doszedł do wniosku, że też może sobie pozwolić na małe przedstawienie. Nie śpieszyło mu się. – Zostawcie nas.

Obaj strażnicy lekko się zawahali, ale puścili łokcie lady Jessamine.

– Jak pan sobie życzy, sir. Będziemy na zewnątrz.

Dopisał jeszcze parę słów, następnie zamoczył pióro w kałamarzu i kontynuował, podczas gdy Lady Jessamine stała przed biurkiem jak dyscyplinowany uczniak. Flint spojrzał na nią kątem oka. Spod pasiastych marynarskich portek, które jej dano do przebrania, wystawały bose stopy, tym razem czyste, i kilka centymetrów kształtnej kobiecej łydki. Zbyt obszerną płócienną koszulę zebrała z jednej strony i związała w fantazyjny węzeł, w taki sposób, że materiał przylegał ciasno do smukłej talii, podkreślając krągłość bioder i pośladków. Rozpięty kołnierz odsłaniał wdzięczny łuk szyi i eksponował delikatnie zarysowany obojczyk. Burza długich, rozpuszczonych włosów, czarnych jak pióra kruka, swobodnie opadała na plecy. Piękna, ciemnowłosa kusicielka, jakby specjalnie obdarzona walorami, które najbardziej mu się podobały u kobiet. Niech ją licho…

Prezentowała wyzywającą zmysłowość, która wzbudziła natychmiastowy odzew w ciele Flinta. Nieco zawstydzony, szybko przywołał się do porządku. Nie pozwoli się zwieść zewnętrznym pozorom – pod błyszczącą politurą kryło się spróchniałe drewno. Pisał dalej, ściskając pióro w palcach tak mocno, że skrzypienie stalówki musieli słyszeć nawet majtkowie w bocianim gnieździe. Duma nie pozwalała mu przerwać zajęcia, wiec tylko zacisnął zęby, wściekły nie tyle na ponętną aresztantkę, co na trudne do opanowania pożądanie, które w nim budziła.

Lady Jessamine, nie czekając na zaproszenie, podeszła do wygodnego fotela ustawionego w przeciwległym kącie kabiny i usiadła. Na domiar złego założyła jedną zgrabną nogę na drugą i wsparta na podłokietniku bezczelnie wpatrywała się w czubek głowy Flinta.

Całkowicie rozluźniona.

Zupełnie nieporuszona, podczas gdy on czuł, jak jej spojrzenie przenika go na wskroś.

Odczekał jeszcze parę sekund, po czym wolno odłożył pióro i w końcu uniósł wzrok, prezentując nieprzenikniony wyraz twarzy, który udało mu się wypracować przez lata szpiegowskiej kariery.

– Pani znajomy… szef… muszę poznać jego nazwisko.

– Tak od razu do sedna? Żadnych wstępnych grzeczności?

– Wkrótce stanie pani przed sądem, lady Jessamine. Oskarżona o przestępstwo, za które grozi kara śmierci. Gotowość do współpracy w śledztwie może skłonić sąd do złagodzenia wyroku, gdyby uznano panią za winną.

Prychnęła lekceważąco i pokręciła głową.

– Nie będzie żadnego łagodzenia ani sprawiedliwego procesu. Wasz sąd nakaże mnie powiesić niezależnie od tego, co powiem, albo czego nie powiem. Już zostałam osądzona i skazana. Non?

– Może tak się dzieje we Francji, ale tutaj…

– Proszę mi oszczędzić kłamstw o rzekomej wyższości angielskich zwyczajów. Nie jestem głupia. Moje zeznanie ułatwi panu pracę, ale mnie nie pomoże. Ma pan swoich rzekomych świadków, więc i tak jestem bez szans. Czy to będzie angielski kat, czy francuski zamachowiec, nie pożyję długo. – Wytrzymała jego spojrzenie. Pod fasadą buty dostrzegł smutek zaprawiony lękiem… i wcale mu się to nie podobało. Osobie posiadającej uczucia trudniej podsuwać fałszywe nadzieje.

– Wyznanie win jest dobre dla duszy… tak mi przynajmniej mówiono. Człowiek staje wówczas przed Stwórcą ze świadomością, że na koniec się pokajał.

– Stwórca już zna prawdę. Nie muszę mu niczego udowadniać.

– Być może nie rozumie pani powagi swojej winy. Zdaje sobie pani sprawę z konsekwencji swoich uczynków? – Nawet nie dał jej czasu na odpowiedź, tylko od razu mówił dalej: – W tym roku osiemnastu ludzi zostało zamordowanych, z pani winy. Przyznaję, niektórzy z nich zasłużyli na karę. Skusił ich łatwy zarobek ze szmuglu, dali się nakłonić do zdradzenia swojego kraju i czerpali z tego korzyści. Jeśli się igra z ogniem, należy się spodziewać oparzeń. Niemniej jednak dziesięciu z nich służyło Koronie i po prostu wypełniali swoje obowiązki. Zostali zamordowani z zimną krwią.

– Nie przeze mnie. Ja tylko przekazywałam wiadomości!

Nagle poirytowany Flint wstał i nachylił się nad biurkiem, wsparty dłońmi na blacie.

– Oni tylko wypełniali swoje obowiązki – powtórzył – a wasi ludzie zabili ich, żeby chronić własną skórę. – Otworzył szufladę i wyjął zapisaną kartkę. Nie potrzebował listy, nazwiska miał wyryte w sercu na zawsze.

– Pozwoli pani, że o nich opowiem. Zacznijmy od celnika Richarda Pruitta. Poderżnięto mu gardło, kiedy wsiadł na jedną z waszych łodzi. Pozostawił żonę i trzy córeczki, tak małe, że żadna nie będzie pamiętać swego dzielnego ojca. – Nie spojrzał na lady Jassemine, więc nie widział, jak przyjęła jego słowa. – Następni byli kapral Henry Edwards i młody Jack Bright z milicji w Essex, którzy prawdopodobnie zobaczyli rozładunek łodzi podczas rutynowego patrolowania nadmorskiego wału na Canvey Island. Mówię „prawdopodobnie”, bo nigdy się nie dowiemy, co dokładnie nastąpiło, możemy jednak zakładać, że wasi przemytnicy ich udusili i zrzucili ciała na drugą stronę wału, do ujścia rzeki. Edwards wypłynął na plaży w Southend kilka dni później. Rozkładające się ciało Brighta służyło rybom za pokarm przez trzy tygodnie, nim wody Tamizy zaniosły go do doku w Tilbury. Jeden miał narzeczoną, drugi starą matkę, którą utrzymywał. – Pośpieszne zerknięcie pozwoliło mu zauważyć, że wyraźnie pobladła, ale nie spuszczała wzroku. – Mam mówić dalej?

Wzruszyła ramionami i w końcu odwróciła głowę.

– I tak pan zrobi, co zechce.

– Ma pani krew na rękach, lady Jessamine.

Otworzyła usta, jakby zamierzała coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęła i wbiła wzrok w jeden punkt na podłodze. Złość kazała Flintowi wymienić trzy kolejne nazwiska, głosem tak samo lodowatym jak wcześniej. Wszystkie przyjęła z upartym milczeniem. Jej wyraźnie napięte ciało nawet nie drgnęło.

– Jest pani z siebie dumna, lady Jessamine? Nie wstydzi się pani tego, co zrobiła? Żadnego współczucia dla ofiar, którym zniszczyła pani życie? Dla wdów i niewinnych dzieci pozostawionych w żalu i biedzie przez pani chciwość i bezwzględność?

W tym momencie gwałtownie odwróciła głowę i zobaczył, że oczy ma szkliste od łez.

– Nic pan o mnie nie wie, monsieur Flint! Nic! A ja panu nic nie powiem. Może pan wymienić wszystkich zmarłych. I do tego wszystkich ich krewnych. Obwiniać mnie, o co tylko chce. A ja odpowiem panu milczeniem. Zabiorę swoje tajemnice do grobu! Do grobu, w którym zapewne już niedługo spocznę.

Duża pojedyncza łza skapnęła z jej nieprawdopodobnie długich rzęs i potoczyła się po policzku. Flint widział w życiu dość kobiecych łez, by się na nie uodpornić, ale musiał w duchu przyznać, że był pod wrażeniem, gdy szybkim, niedbałym ruchem otarła twarz i dumnie wyprostowała ramiona.

Jego słowa ją zraniły. Głęboko. Lady Jessamine posiadała sumienie. I wcale go to nie cieszyło.

– Proszę mi podać jego nazwisko.

Popatrzyła mu w oczy.

– Nie znam. Spełniam jedynie rolę posłańca. – O zgrozo, w pierwszej chwili Flint jej uwierzył, mimo głosu lorda Fennimore’a dudniącego mu w mózgu.

– Kłamie pani. – To jasne, że musiała kłamać, zmitygował się zaraz. Zwodniczo piękna twarz lady Jessamine odwracała uwagę od jej czarnej jak smoła duszy i krwi na jej dłoniach.

Ponownie wbiła wzrok w podłogę, a szczupłe ramiona opadły jej żałośnie.

– Niech pan myśli, co chce. I tak nic na to nie poradzę.

Znalazłszy się znów w celi, sama, Jess próbowała zdusić w sobie płacz. Słuchała wymienianych przez Flinta nazwisk, wyobrażała sobie każdego z tych mężczyzn z rodziną i serce jej pękało. Ah, quelle horreur! Zawsze wiedziała, że przemytnicy są bezwzględni, domyślała się też, że ich ofiary ucierpiały jeszcze bardziej niż ona, ale nagle uświadomiła sobie całą grozę procederu, w którym brała udział. Nienawidziła lorda Flinta za to, że podetknął jej przed twarz lustro i kazał się w nim przejrzeć. Przez cały ostatni rok przeklinała samą siebie. Nienawidziła tego, do czego ją zmuszano. i tego, że wciąż ulega Saint-Aubinowi, bo jest słaba. Przez cały czas spiskowała i knuła, próbowała się bronić, ale w końcu się poddawała, zdjęta strachem.

Rzecz jasna lord Flint uznałby tę uległość za potwierdzenie winy. Dla niego jej zaangażowanie w przemyt oznaczało zdradę… Teraz, kiedy znała pełny zakres tego, w czym bez własnej woli uczestniczyła, może rzeczywiście była zdrajczynią. Naprawdę miała krew na rękach. Wcześniej tego nie wiedziała.

Nieważne, że każdą wiadomość pisała pod przymusem, ani że nie zdawała sobie sprawy ze skutków niewierności swojej matki, dopóki nie było za późno. Saint-Aubin stosował szczególne i przerażające kary, które łamały jej opór. Powinna być odważniejsza i silniejsza. Niezależnie od tego, czy w istocie popełniła zdradę – a wciąż rozpaczliwie chciała wierzyć, że nie – te nazwiska ofiar miały ją prześladować przez resztę życia. Czyli już całkiem niedługo, o ile nie uda jej się uciec z tego statku, od lorda Flinta, który doprowadził ją do rozpaczy.

 

Siedzenie i użalanie się nad sobą nie mogło jej w niczym pomóc. Tak samo jak nie mogło zmienić przeszłości i przywrócić życia nieszczęsnym ofiarom. Mogła jedynie opłakiwać tych ludzi każdej nocy po odzyskaniu wolności, odszukać ich rodziny i posyłać im pieniądze. Wprawdzie nie miała żadnych środków, ale zamierzała je zarobić. W tym momencie jednak nie mogła się pogrążać w smutku czy poczuciu winy, ponieważ należało obmyślić plan dalszego postępowania. Gdyby Saint-Aubin ją dopadł, mogła się spodziewać jego niewyobrażalnie okrutnej zemsty. A choć lady Jessamine próbowała sprawiać wrażenie dzielnej i nieustraszonej, wiedziała, że wcale nie jest taka silna. Odepchnęła więc od siebie myśli o zagrożeniach i skupiła się na możliwościach.

Kiedy wcześniej strażnicy prowadzili ją do kabiny lorda Flinta, specjalnie zwalniała kroku. Patrzyła na czyste niebo, wciągała w płuca morską bryzę, przesuwała palcami po drewnianych relingach. Z jednej strony ociągała się, bo buntownicza natura nie pozwoliła jej zbyt gorliwie spełnić polecenia, ale też chciała się dokładnie rozejrzeć. Sprawdzić rozmiar pokładu, liczebność załogi, rozmieszczenie miejsc mocowania trapów. Kiedy siłą wprowadzano ją na statek, kopiącą i krzyczącą, było ciemno. Gorączkowo próbowała się wówczas zorientować w otoczeniu, ale niewiele zobaczyła.

Kilku marynarzy z odsłoniętymi torsami, ubranych jedynie w pasiaste spodnie, przerwało pracę, żeby się na nią gapić. Starała się zapamiętać ich twarze i z najbardziej zainteresowanym nawiązać kontakt wzrokowy. Nie miała nic przeciwko temu, żeby flirtem utorować sobie drogę do wolności. Jej piękna matka zawsze stosowała tę metodę, zawsze z powodzeniem.

Nim zaczęło się przepytywanie, uważnie obejrzała i starała się zapamiętać kajutę Flinta, przestronną i jasną. Dwa spore okna wpuszczały do środka mnóstwo światła. Miały zawiasy, otwierały się na zewnątrz… i chyba mogła się przez nie przecisnąć. Musiała tylko wymyślić sposób, żeby się znaleźć przy jednym z tych okien bez świadków, zanim fregata dotrze do celu.

To stanowiło całkiem nowy problem.

Po wyruszeniu z Cherbourga Jess nie powiedziano, do jakiego portu zmierzają, nie miała więc pojęcia, jak długo potrwa żegluga. Nie znała też dokładnego czasu, a nie mogła tak po prostu pytać strażników. Po długiej kąpieli i przykrej wizycie u pozbawionego wszelkich uczuć pana Flinta wiedziała tylko, że od postawienia żagli minęło kilka godzin.

Przed laty, kiedy siłą zabierano ją do Francji, miała wrażenie, że przeprawa przez kanał La Manche trwa bez końca. Jednak dzieci mają zupełnie inne poczucie czasu niż dorośli. Wiedziała, że statki Saint-Aubina bez trudu pokonują tę trasę w jedną noc; wypływają wczesnym wieczorem, dokonują rozładunku nad ranem, po czym jakby nigdy nic wracają do siebie. Biorąc to pod uwagę, mogła zakładać, że prawdopodobnie są bliżej Anglii niż Francji. Potrzebowała planu.

Po półgodzinnym krążeniu po celi wezwała strażników.

– Chcę rozmawiać z panem Flintem – oznajmiła. – Tout de suite! Zabierzcie mnie do niego.

– Mogę go tu sprowadzić – odparł bezzębny marynarz i wojowniczo skrzyżował ramiona na piersi. – Albo i nie. Nie przyjmuję rozkazów od zdrajców.

– Jak tam chcesz. Ale powiem lordowi, kiedy już zacumujemy w porcie, że uniemożliwiłeś mi złożenie zeznań. Nie sądzę, żeby mu się to spodobało. Jest ważną osobistością, non? Wydaje polecenia waszemu kapitanowi…

Dokładnie tak, jak na to liczyła, marynarz szybko odszedł, by powrócić po kilku minutach.

– Lord Flint przyjmie cię w swojej kajucie.

Jess czekała cierpliwie, kiedy otwierał zasuwę w kracie, a następnie pozwoliła się chwycić za ramię. Wiedziała, że może uśpić jego czujność uległością… i bezwstydnym odsłonięciem ciała. Podwinęła nogawki spodni do kolan, luźną koszulę ułożyła na sobie tak, by podkreślała jej zgrabną figurę, a w głębokim wycięciu rozpiętego kołnierza ukazały się wypukłości piersi. Poprzednim razem strażnik nie spieszył się, prowadząc ją po pokładzie, żeby jego kompani mogli się nacieszyć widokiem skąpo odzianej kobiety. Jeśli jej plan miał się powieść, musiała jeszcze raz odegrać takie przedstawienie.

Wszedł po stromych schodach jako pierwszy i wyciągnął do niej rękę. Przyjęła pomoc z uśmiechem podpatrzonym u matki i świadomie przybierając wdzięczną pozę, wyszła na popołudniowe słońce. Następnie na moment przystanęła, żeby się przeciągnąć.

Mężczyźni byli tacy przewidywalni… Natychmiast poczuła na sobie ich spojrzenia. Większość otwarcie pożerała ją wzrokiem. Jeden z wilków morskich puścił do niej oko, na co odpowiedziała tym samym. Widząc to, pozostali rechotali głośno i klepali się nawzajem po plecach. Uważali, że nie zasługuje na uprzejme traktowanie należne damom. Ten i ów wykonał nawet grubiański gest, pokazując, co miałby ochotę z nią zrobić. Z góry dobiegł śmiech kapitana i jego oficerów. Oni także chcieli ją upokorzyć.

Jess wcale to nie przeszkadzało. Znosiła upokorzenia od ponad roku, wraz z uwięzieniem, lecz ani jedno, ani drugie nie złamało w niej ducha. Żeby plan się powiódł, musiała obudzić w nich pożądanie.

Przysadzisty mężczyzna stojący przy barierce sam dał jej do ręki atut.

– Jeśli się poczujesz samotna, chętnie dotrzymam ci towarzystwa. – Wymownie uniósł brwi. – Porządny kawałek Anglika dobrze by ci zrobił po tych wszystkich Francuzikach. – Poruszył biodrami, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.

Przyjrzała się szerokiej piersi i muskularnym ramionom, po czym strząsnęła z siebie dłoń strażnika i wolno podeszła do zaczepiającego ją osiłka.

– Jak masz na imię, przystojniaku?

ROZDZIAŁ TRZECI

Flint poderwał się na nogi, słysząc rubaszne śmiechy i krzyki. Niezależnie od tego, co zrobiła, nie mógł siedzieć bezczynnie i pozwalać, by załoga statku tak poniżająco ją traktowała. Nadal męczyły go wyrzuty sumienia, że wspomniał o czekającym ją stryczku. Dostrzegł wówczas w jej cudownych oczach strach i źle się z tym poczuł. Sięgnął do klamki w tym samym momencie, gdy męski rechot i zaczepki przeszły w okrzyki przerażenia.

Wyszedł na pokład i zastał tam chaos. Cała załoga znalazła się przy prawej burcie. Marynarze wychylali się przez barierkę i patrzyli na wodę, a ci, dla których zabrakło miejsca przy relingu, miotali się tam i z powrotem jak spłoszone jelenie.

– Co tu się, u licha, dzieje? – spytał Flint, chwytając za ramię najbliżej stojącego oficera.

– Aresztantka uciekła!

Znajdowali się na środku kanału La Manche, więc łatwo było odgadnąć, dokąd uciekła. Flint dopchał się do relingu i zobaczył lady Jessamine szybko prującą fale. Ta przeklęta kobieta pływała jak ryba.

Słyszał, jak tuż obok kapitan wydaje rozkazy. Dwaj marynarze opuszczali już szalupę. Trzeci rozwijał sznurkową drabinkę, żeby ją przerzucić przez burtę. Jeszcze inny rozwijał linę. Wzięła ich z zaskoczenia, więc wszyscy biegali jak kurczaki z odciętymi głowami. Tymczasem lady Jessamine coraz bardziej oddalała się od fregaty.

Flint z gniewnym westchnieniem zrzucił surdut i ściągnął buty. Złapanie jej było w tym momencie absolutnym priorytetem. Później mógł się zastanowić, jak ją wciągnąć z powrotem na statek. Rozpiąwszy ostatni guzik kamizelki podciągnął się na rękach, usiadł na górnej poprzeczce relingu i z obrzydzeniem spojrzał na rozpościerającą się w dole zielonkawą toń. Z całego serca nienawidził morskich kąpieli. Powszechnie wychwalane dobroczynne działanie słonej wody według niego nie równoważyło przykrych doznań. Morska woda szczypała w oczy i miała paskudny smak. Prawie tak paskudny jak świadomość, że lady Jessamine znalazła się w niej głównie dlatego, że okazał słabość i potraktował ją zbyt łagodnie. Przeklęta kobieta. Była dokładnie taka, jak się powinien spodziewać: dwulicowa, samolubna i podstępna. Miał na długo zapamiętać tę brutalną nauczkę.

Zetknięcie z lodowatą wodą wywołało szok, tak silny, że przez dłużą chwilę miał trudności z oddychaniem. W końcu przystosował się do nowych warunków i ruszył za syreną znikającą w oddali. Złość na nią i na siebie samego napędzała go tak skutecznie, że wyprzedził marynarzy wiosłujących w chybotliwej łodzi. Lady Jessamine utrzymywała zadziwiające tempo, ale on dzięki silnym ramionom i dłuższym nogom płynął jeszcze szybciej. Mimo to dopiero po dobrych dziesięciu minutach zbliżył się do niej na odległość mniej więcej pięciu metrów.

Wyczuwając, że ktoś ją dogania, odwróciła się i wpadła w panikę, straciła rytm i jednocześnie zachłysnęła się wodą. Flint wykorzystał ten moment, by spróbować przemówić jej do rozumu.

– To nic nie da. Do lądu jest dobre siedem kilometrów!

Nie słuchając go, znów ruszyła przed siebie; jej bose stopy poruszały się jeszcze szybciej niż poprzednio. Dwukrotnie Flint już prawie chwytał którąś z nich, ale udało jej się w ostatniej chwili umknąć jego palcom. Za trzecim razem zdołał ją złapać za kostkę, na co kopnęła go w brzuch tak mocno, że z bólu otworzył usta… i napił się słonej wody. To jeszcze wzmogło jego złość, ponownie rzucił się ku niej i tym razem zdołał ją mocno objąć w pasie i przytrzymać, choć oboje znaleźli się na moment pod powierzchnią.

Salaud! Puść mnie!

Wiła się w jego ramionach jak łosoś, tylko była jeszcze bardziej śliska. Wściekle machała nogami, niechybnie kopnęłaby go w krocze, gdyby w ostatniej chwili nie odwrócił jej do siebie tyłem. Wydawało mu się, że w takiej pozycji będzie mniej niebezpieczna, ale wciąż się miotała, przy każdej nadarzającej się okazji wbijała mu w skórę paznokcie. Jej czarne włosy unoszące się na wodzie jak wodorosty smagały go po twarzy, ilekroć gwałtowniej poruszyła głową.

– Przestań się szarpać, do licha! – zażądał. Wolną ręką, której używał do utrzymywania ich obojga na powierzchni, unieruchomił jej ramiona, co tym bardziej ją rozsierdziło.

– Angielska świnio! Imbécile! Tout ça ne sert à rien!

– Oboje utoniemy!

– Przynajmniej zabiorę cię ze sobą!

Flint zdążył cofnąć rękę na ułamek sekundy przed tym, jak chciała zatopić w niej zęby. Następnie zmienił pozycję tak, że leżała na nim zwrócona twarzą ku górze, i resztką sił zaczął płynąć w stronę szalupy.

We trójkę, nie bez trudu, wciągnęli ją do środka. Flint pozwolił, by jeden z marynarzy związał jej ręce za plecami, podczas gdy drugi ją przytrzymywał. Łatwo mógł sobie wyobrazić, co by się działo w rozkołysanej falami łupinie, gdyby zostawili lady Jessamine swobodę ruchów. Przez resztę drogi rozjuszona, z włosami przyklejonymi do twarzy i ramion, obrzucała ich wyzwiskami, płynnie przechodząc z angielskiego na francuski i z powrotem. Przesłanie wszystkich było jednakowe: że Flint jest idiotą i umrze.

– Wciągniemy ją na górę. – Flintowi przyszło do głowy to rozwiązanie, o ileż prostsze niż namawianie jej na wejście po sznurowej drabince, i od razu poczuł się lepiej. Zwłaszcza po tym, jak dała mu się we znaki szamotaniną w wodzie. Gdyby była mężczyzną, zdzieliłby ją po głowie i nieprzytomną doholował do łódki. Jednak była kobietą, a on nie potrafił ignorować tej niedogodnej cechy, niezależnie od tego, jak bardzo się starał. Podrażnione słoną wodą liczne zadrapania na rękach piekły go nieznośnie, gardło i oczy paliły. Do przymiotników, którymi dotąd opisywał lady Jessamine w myślach – zdradziecka, piękna i irytująca – dołączył „dzika”.

Flint siedział w łodzi, starając się ograniczyć jej kołysanie i z zadowoleniem patrzył, jak marynarze obwiązują lady Jessamine liną, a potem zasalutował kpiąco.

Wiedział, że nie będzie z nią łatwo.

I nie był tym zaskoczony. Przez całe życie próbował unikać kobiecej obłudy i manipulacji, tymczasem złośliwym zrządzeniem losu wciąż miał z nimi do czynienia. Od towarzystwa tej kobiety przynajmniej miał się uwolnić w ciągu tygodnia. A na wyczerpujące panie ze swojej rodziny był skazany do końca życia.

Radosne okrzyki dobiegające z góry stanowiły sygnał, że bezpiecznie dotarła na pokład. Zaraz po nich nastąpiła kolejna wiązanka przekleństw, tym razem wyłącznie po francusku. Mimo obraźliwej treści, Flint wolał, kiedy mówiła w tym języku. Jej głos brzmiał wtedy zmysłowo. Lekko chropawy i zmysłowy. Słysząc go, czuł, jak jeżą mu się drobne włoski na karku i ramionach… i natychmiast przywoływał się w duchu do porządku. Wprawdzie lady Jessamine niedługo czekało spotkanie z katem, ale wolałby, żeby się zachowywała spokojniej. Jak woda w stawie. A jeśli już używać porównań do wody, to przypominała raczej wzburzone fale bijące zimą o kornwalijskie wybrzeże blisko rodowej siedziby Flinta. Nieprzewidywalne, hałaśliwe i bardzo, bardzo niebezpieczne.

 

Mężczyźni na pokładzie zachowywali się coraz swobodniej. Gwizdy przeplatały się z wyrażanymi głośno niestosownymi uwagami. Lady Jessamine nie zasługiwała na takie traktowanie. Nikt nie zasługiwał. Dopóki to on był za nią odpowiedzialny, nie miał zamiaru pozwalać, by ją poniżano. Z westchnieniem rezygnacji wspiął się po drabince. Załoga fregaty otoczyła lady Jessamine jak stado wilków zwabionych zapachem świeżej krwi. Talię wciąż miała obwiązaną liną, na której ją wciągnięto, a drugi koniec trzymał bezzębny marynarz. Na widok drapieżnego błysku w jego oczach Flint poczuł niesmak i złość. Tylko ostatni łotr mógł dręczyć bezbronną kobietę.

– Dosyć. – Flint nie musiał krzyczeć ani przybierać groźnego tonu. Lodowate spojrzenie wypracowane za młodu, kiedy kobiety z rodziny doprowadzały go do ostateczności, zawsze się sprawdzało. Przepchnął się pomiędzy marynarzami i stanął pośrodku utworzonego przez nich kręgu.

– Lepiej się przez to czujecie? Podoba wam się upokarzanie bezbronnej kobiety?

Flint starał się spojrzeć w oczy każdemu z zebranych na pokładzie mężczyzn. Większość natychmiast ze wstydem opuszczała wzrok. Na koniec odwrócił się i szczególnie surowo popatrzył na kapitana, który oparty o barierkę ze śmiechem obserwował scenę.

– Niech pan lepiej panuje nad swoją załogą, bo zachowuje się haniebnie, kapitanie. – Wymowną miną Flint dał do zrozumienia, że krytyka obejmuje również oficerów. Nie widzieli tego, że ich pokrzykująca wojowniczo ofiara tak naprawdę jest przerażona i dygocze z zimna? – Przypominam, że wszyscy służymy Koronie, więc obowiązują nas zasady honoru. I przestrzegana z dumą ustawa habeas corpus. Osoba aresztowana jest uznawana za niewinną, dopóki nie stanie przed sądem i nie zostaną przedstawione wszystkie dowody. Nim to nastąpi, należy jej się taki sam szacunek jak każdej innej istocie ludzkiej na tym statku. Osądzanie nie należy do was, a traktowanie kobiety w taki sposób jest niegodziwe.

Wyrwał koniec liny z rąk bezzębnego marynarza, uwolnił Jess z więzów i trzymając ją pod łokieć, przeprowadził między rozstępującym się milczącym tłumem. Wyraźnie zdeprymowany kapitan zaczął recytować długą litanię rozkazów. Lady Jessamine tym razem cierpliwie poczekała, aż Flint otworzy przed nią drzwi, po czym szybko weszła do kajuty.

– Dziękuję panu… za to.

Zatem pod wrogością, demonstrowaną w niewybredny sposób, kryły się dobre maniery? O dziwo, wolałby, żeby ich nie miała, bo czyniły ją milszą… i przez to jeszcze groźniejszą. Skinął głową, po czym ostentacyjnie zamknął drzwi i schował klucz do kieszeni. Dopiero potem ściągnął sznur wciąż krępujący jej nadgarstki. Kiedy odruchowo uniosła ręce, by rozmasować obolałe miejsca, jeden z rękawów osunął się do łokcia i odsłonił krwiście czerwone pręgi. Sznur z pewnością podrażnił skórę, ale nie mógł spowodować aż tak poważnych obrażeń. Dostrzegła spojrzenie Flinta, dlatego szybko zasłoniła ręce i dumnie unosząc głowę, spojrzała mu w oczy.

– Nie jest pan pierwszym mężczyzną, który mnie więzi, ale będzie pan ostatnim.

Prawdopodobnie się nie myliła. Po dotarciu do Newgate miało jej pozostać niewiele życia. Zarzuty już zostały sformułowane. Mieli świadków, choć nie do końca wiarygodnych. I rozstrzygające dowody. Proces był jedynie formalnością. Mimo to głęboko go poruszyły ślady złego traktowania widoczne na jej ciele.

– Jeśli to panią choć trochę pocieszy, milady, jestem równie niechętny roli pani strażnika, jak pani roli aresztantki. Postarajmy się jakoś dogadać.

– Rozumie pan przez to, że mam być posłuszna i nie próbować więcej ucieczki? Tego obiecać nie mogę.

– Na pani miejscu też bym nie mógł. Niestety, to ja ponoszę odpowiedzialność i nie mam zamiaru pozwolić pani uciec.

C’est la vie. Zatem najbliższe dni powinny być ciekawe… non? – Mówiąc to, jakby bezwiednie sięgnęła do ociekających wodą włosów i wycisnęła je jak mokrą ścierkę. Cienki, niemal prześwitujący materiał koszuli oblepiał jej ciało, pozostawiając niewiele dla wyobraźni Flinta. Stwardniałe z zimna brodawki piersi rysowały się wyraźnie przy najdrobniejszym ruchu. Był zły na siebie, że nie umie powstrzymać odruchów własnego ciała, i na nią, że umyślnie go prowokuje.

– Nie dam się uwieść tak łatwo, jak ci marynarze – mruknął.

– Uwieść? – Sprawiała wrażenie szczerze zdumionej, dopóki wzrokiem nie wskazał na jej dekolt. Wtedy jak wytrawna aktorka, którą była w istocie, udając zawstydzoną, pośpiesznie splotła ramiona na piersi.

Poirytowany własną słabością Flint podszedł do umywalki i chwycił ręcznik. Rzucił go jej bezceremonialnie, po czym zaczął szperać w swoim bagażu w poszukiwaniu suchych ubrań. Zapakował ich tyle, że ledwie starczało dla niego, uznał jednak, że im szybciej i dokładniej zakryje to ponętne damskie ciało, tym lepiej. Na początek musiały wystarczyć spodnie, koszula i kamizelka. Wolałby jakiś obszerny, zgrzebny worek, choć wiedział, że ten zmysłowy obraz pozostanie w jego mózgu już na zawsze. Musiał sobie jakoś z tym radzić, świadomy, że nic nie może mu przeszkodzić w tym, co najważniejsze – służbie dla kraju.

– Proszę to na siebie włożyć! – polecił szorstko. Przeszedł na druga stronę kabiny i żeby ukryć pożądanie, przybrał nonszalancką pozę, opierając dłonie na biodrach.

– Zamierza pan mnie przy tym obserwować? – Oczy jej jeszcze pociemniały, w głosie pojawiły się nowe, wyższe tony. Nawet nie drgnął, co przyjęła z nagle posmutniałą miną, prawdopodobnie udawaną, by odnieść spodziewany efekt. – Aha, rozumiem. Wszystko, co pan mówił tam na zewnątrz, było kłamstwem. Jednak nie zasługuję na traktowanie z elementarnym szacunkiem należnym każdej istocie ludzkiej. – Wyprostowała się dumnie, nadal drżąc z zimna. Natychmiast zapragnął ją chronić. Dlaczego? – Chyba wolę pozostać w tych mokrych rzeczach.

Ukryta w jej słowach insynuacja boleśnie go ukłuła.

– W przeciwieństwie do pani ja nie kłamię, lady Jessamine. Podtrzymuję wszystko, co powiedziałem przed chwilą. Dopóki za panią odpowiadam, będę respektował pani prawo do godności osobistej i żadna krzywda pani nie spotka… przynajmniej z mojej ręki. Ale nie jestem pani przyjacielem. Nie dam się otumanić jak tamci głupcy na pokładzie, ani nie ulegnę pani wdziękom. Lepiej, żeby pani to zapamiętała. Proszę nie mylić przyzwoitości z głupotą. Z mojej strony może się pani spodziewać co najwyżej obojętności. – Wyjął z kieszeni klucz i ruszył ku drzwiom. – Proszę się przebrać. Za godzinę wpływamy do portu.

Zamykając za sobą drzwi, Flint poczuł się nieco lepiej. Przekręcił klucz w zamku i udał się na poszukiwanie suchych ubrań. Był tak speszony jej widokiem i tak zawstydzony oskarżeniem o zamiar podglądania, że nie pomyślał o tym, by również się przebrać. Kiedy po niespełna dziesięciu minutach, już w suchym stroju, znów wyszedł na pokład, statek pruł fale, zmierzając w stronę majaczących w oddali klifów Devon.

Kapitan pomachał do niego, wyraźnie skruszony z powodu swego zachowania podczas incydentu na pokładzie. Chciał załagodzić sytuację wiedząc, że Flint pracuje dla lorda Fennimore’a – człowieka cieszącego się zaufaniem samego króla.

– Mimo naszego drobnego opóźnienia powinniśmy dotrzeć do Plymouth przed popołudniowym odpływem, milordzie.

Drobne opóźnienie! Kapitan pozwolił, żeby jego podwładni obrażali kobietę, a sam patrzył na ten gorszący spektakl i nawet nie kiwnął palcem. Flint był świadkiem, że lady Jessamine znieważono dwukrotnie w ciągu jednej godziny, nic więc dziwnego, że rzuciła się do morza. Ile wycierpiała wcześniej, w ciągu tych pięciu dni przed jego przybyciem na statek? Siniaki na jej ramionach były świeże, ślady na nadgarstkach musiały powstać wcześniej…