Niewierni

Tekst
Z serii: Nielegalni #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niewierni
Niewierni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Niewierni
Niewierni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  28,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Zaczęła się już pora deszczowa i nad ostrymi szczytami gór Ajban i Dżabal Nukum otaczających Sanę zbierały się chmury wypiętrzone na kilka kilometrów. Wyglądały, jakby były wykute z solidnego marmuru.

Karol najbardziej lubił przyjeżdżać do Jemenu właśnie w porze deszczowej. Gwałtowne burze jak wodospady oczyszczały wtedy ulice miasta i poprawiały suche zwykle powietrze. Wszyscy nagle nabierali chęci do życia, bo przez następne kilka miesięcy wypalona dotąd ziemia obrodzi wspaniale, w wielu miejscach kraj soczyście się zazieleni i ożywią się ptaki Kaukabanu. Można by sądzić, że na Półwyspie Arabskim tylko Jemeńczycy mogą mówić, że w ich kraju występują dwie pory roku. Karol jednak uważał to stwierdzenie za grubo przesadzone, bo na pustyniach nigdy nie padał deszcz.

Samolot linii Royal Jordanian z Ammanu przyleciał o czasie, chociaż rozkład lotów na tej linii był umowny. Podobnie zresztą jak kodeks drogowy, zwyczajowy i w najwyższym stopniu ogólny. Inaczej mówiąc, zasady ruchu drogowego były formą zalecenia, sugestii, a nie prawa. Mustafa, kierowca taksówki, za dwa tysiące riali szybko dowiózł Karola z lotniska El Rahaba do Bab al-Jaman w północnej części starej Sany. Karol oczywiście nigdy nie pozwoliłby sobie powiedzieć taksówkarzowi, że Koran ma niewiele wspólnego z zasadami ruchu drogowego, ale obecność Allaha z pewnością pomogła im dojechać bezpiecznie.

Ostatni raz był w Jemenie ponad dwa miesiące temu, w górach u Sajeda al-Szariego. Jednak od tego czasu działania Amerykanów nabrały niespodziewanej aktywności, a drony coraz częściej krążyły po niebie, więc szef jemeńskiej Al-Kaidy musiał czasowo zerwać kontakty z otoczeniem.

Dlatego jego łącznikiem w Sanie był teraz Raszid z klanu Sajeda. Odważny młody człowiek, ale tak zaślepiony w walce o sprawę islamu, że Karol miał spore wątpliwości, czy jest odpowiedni do roli, którą mu powierzono. Planował porozmawiać o tym z Sajedem, jak tylko nadarzy się okazja.

Sajed bardzo liczył się ze zdaniem Karola, ale nie dlatego, że był on Europejczykiem i znał kilka języków, tylko przede wszystkim dlatego, że był jedyny i niezastąpiony. Mógł być tym, kim chciał. Żaden z nich nigdy nie zagrałby takiej roli!

Argumentował zawsze prosto, a jego pragmatyzm był czymś zupełnie niepojętym w tym środowisku. Nie uznawał praw klanów i dzięki temu Al-Kaida miała się dobrze i otwierały się przed nią całkiem ciekawe perspektywy. Rozumiał to Sajed, Omar i – co najważniejsze – Ajman, który teraz oficjalnie najlepiej wiedział, co jest dobre dla Bazy.

Wysiadł przy bramie Bab al-Jaman. Po jej drugiej stronie zaczynało się Stare Miasto. U ulicznego sprzedawcy kupił dwa kubki zimnego soku z limonki i przysiadł na kamiennym murku.

Mimo że w Jemenie czuł się jak w domu, tym razem tę harmonię zakłócały nieustanne myśli o Zuzie.

Niestety, nie zdążył przed wyjazdem ustalić, w której firmie pracuje, ale nie miało to większego znaczenia, skoro wiedział, gdzie mieszka. Był już gotowy z nią porozmawiać. Przeprowadzić najważniejszą rozmowę życia. Szykował się do niej przez cały czas. Miał przygotowane odpowiedzi na jej pytania. Miał też swoje pytania, ale jego wyobraźnia biegła uporczywie do chwili, kiedy wejdzie do jej mieszkania i zanim zaczną rozmawiać, będą się kochać. I ta myśl pozbawiała go panowania nad sobą, wyzwalała podniecenie, przez które tracił samokontrolę. Potrzebował potem sporo czasu, by wyzwolić się z uścisku tego marzenia i zacząć myśleć logicznie. Zaczynał się bać sam siebie.

Gdyby nie to, że Sajed polecił mu natychmiastowy przyjazd do Sany, byłby już prawdopodobnie po rozmowie z Zuzą. A kto wie, może byłaby teraz z nim, tu, w jego Arabii.

Było wczesne popołudnie, jakieś dwadzieścia osiem stopni, bezwietrznie, wilgotno, z niewielkim zachmurzeniem. Na niebie dominował słoneczny dysk. Karol lubił taką pogodę. Zimny sok z limonki smakował wyśmienicie. Stare Miasto w Sanie było dla niego kwintesencją wszystkiego co arabskie, pozbawione jakiegokolwiek konformizmu, pełne piękna i prawdy o historii Arabia Felix. Sana miała to, czego nie miało żadne inne arabskie miasto – Żywą Przeszłość! Pogoda, architektura, ludzie… właściwie wszystko razem stanowiło nierozerwalną kompozycję ozdobioną duchem islamu i wonią przypraw. Parzonej po turecku świeżo mielonej kawy z kardamonem, ciemnożółtego curry, bordowego sumaku.

Ruszył wypolerowanymi przez wieki wąskimi brukowanymi uliczkami starej Sany, by dotrzeć do suku Al-Milh, gdzie stragan z sandałami miał Ramadan, który od dwóch lat był jego pierwszym łącznikiem. Wyłącznie jego łącznikiem.

Aden, Sana to były miasta Karola, jego miejsce na ziemi. Lokalne służby specjalne oficjalnie z sukcesami walczyły z Al-Kaidą, ale w rzeczywistości robiły tylko to co niezbędne, byle nie doprowadzić do wojny domowej, jak w Iraku czy Afganistanie. Bojownicy z Jemenu już kilka razy pokazali, do czego są zdolni.

Al-Kaida Półwyspu Arabskiego opiera się na związkach plemiennych i świętym prawie gości, a to są więzy znacznie silniejsze niż jakiekolwiek relacje państwowe. Karol, mimo że czuł się bezpiecznie, musiał przestrzegać zasad konspiracji nawet tutaj, bo był łącznikiem Al-Kaidy. Najważniejszym!

Po sprawie Nigeryjczyka Omara, który spartolił robotę w samolocie Northwest Airlines, Amerykanie mocno się zdenerwowali i zaczęli naciskać na władze jemeńskie, by ostrzej rozprawiły się z miejscową Al-Kaidą.

Zawsze uważał, że najpierw nazywa się Karol Hamond, a dopiero potem Safir as-Salam ibn Butrus. Używał zresztą tak wielu nazwisk i dokumentów, że właściwie było to obojętne, jak się nazywa. Jednak imię Karol nadali mu rodzice, a nazwisko Hamond otrzymał po ojcu i dlatego miały dla niego szczególne znaczenie. Czuł się Polakiem wyznania muzułmańskiego, jak jego przewodnik duchowy Michał Czajkowski herbu Jastrzębiec, a nie jakiś Jusuf Islam.

Choć teraz modlił się i chodził do meczetu stanowczo za rzadko, by zadowolić współbraci, to miał czyste sumienie, bo był przede wszystkim wojownikiem Allaha i ważną postacią dżihadu. Lecz dżihad Karola Hamonda był obliczony nie tylko na szerzenie islamu, lecz również na walkę o wyzwolenie i sprawiedliwość. Skierowaną przeciw kapitalistom, oligarchom, dyktatorom i amerykańskiej demokracji siły, Rosji i Chinom i wszystkim tym, którzy są z nimi. Przeciw globalizacji wedle ich standardów.

Od dawna był przekonany, że musi się poświęcić walce. Na świecie nikt już nie walczył z monopolem na jedyną prawdę judeołacińskiego świata, tylko islam, religia ludzi biednych, okradanych z tożsamości, godności i majątku.

Odkąd wypaliły się komunistyczne ideały, znikła nadzieja światowej rewolucji i upadł Związek Radziecki, a Chiny już tylko formalnie nazywają się Ludową Republiką i bezwzględnie kolonizują świat swoim kapitałem, Koran pozostał ostatnią szansą na wyzwolenie. W Ameryce Południowej dawni rewolucjoniści, czciciele Tupaca Amaru i Che Guevary, zostali demokratycznymi prezydentami i premierami, ale liczba faweli wcale się przez to nie zmniejszyła. Chrystus z karabinem na ramieniu strzeże teraz już tylko pól kokainowych.

Mimo że miał wiele wątpliwości, to gdy zrobił pierwszy krok na tej drodze, wiedział, że nie może się cofnąć. I nigdy tego nie żałował! Nawet przez chwilę! Wiedział, że zginie, lecz nie bał się śmierci, i nie dlatego, że uspokajała go wizja raju i tłumu hurys, ale dlatego, że warto jest walczyć o lepszy świat, lepszego człowieka, oddać życie za wolność i równość, za cierpiących.

Nigdy też nie zaakceptował talibów i wahabitów, bo wiedział, że to nieuniknione zjawisko uboczne trwającej rewolucji. Był przekonany, że islam poradzi sobie z tym problemem później. Jak każda rewolucja. Na razie są potrzebni. Uważał, że kiedy naród odzyska swoje bogactwa naturalne, będzie można edukacją walczyć z zacofaniem w świecie islamu i cywilizacja ta rozkwitnie jak przed wiekami. Pojawi się Mahdi. Znikną talibowie, wahabici, salafici – jak zniknęli albigensi i katarzy – gdy wyznawcy Allaha zaczną czytać także inne książki niż tylko Koran i Sunnę i gdy nie będą im potrzebni pośrednicy, by zrozumieć ten najtrudniejszy przewodnik po życiu człowieka.

O tym, jak Safir pojmował islamską rewolucję, nie wiedział w Bazie nikt. On sam nie dzielił się z nikim swoimi poglądami, chociaż miał je dobrze ukształtowane. Chwilami popadał w zniechęcenie, kiedy widział bezkres wyznawców islamu unikających jakiejkolwiek próby jego zrozumienia i pozbawionych woli odnalezienia w nim nie tylko wiary, lecz także idei i myśli łączącej ludzi. Kiedy jednak patrzył na białą masę wiernych jak mgławica galaktyczna cudownie wirującą w Mekce podczas hadżu, to czuł, że w tym ruchu jest potężna magiczna siła, jakiej nie ma nigdzie na świecie.

Nikt nigdy nie pokona ekstremistów islamskich, nie ma takiej armii na świecie, tylko sami muzułmanie mogą to zrobić. Karol dobrze o tym wiedział i był przekonany, że kiedyś tak będzie.

7

Konrad wyjął z niebieskiej tekturowej teczki kilkustronicowy dokument sporządzony prostą bezszeryfową czcionką. Była to jego własna relacja ze spotkania z partnerami z Säpo, którą sporządził we wrześniu ubiegłego roku po powrocie ze Szwecji.

Teraz musiał przypomnieć sobie szczegóły sprawy Hansa Jorgensena, rosyjskiego nielegała w Szwecji, i wszystko, co się wtedy wydarzyło. Bo chociaż mogło się wydawać, że sprawa zakończyła się wraz z jego śmiercią, to jednak w rzeczywistości tak nie było. Toczyła się dalej z nowym impetem i dostarczała wielu wartościowych informacji. Czasami wprost bezcennych!

Przyniosła też niezamierzone skutki uboczne. Zrodziło się coś szczególnego, więź sympatii między oficerami AW i Säpo, przypieczętowana przez Marcina Dolskiego i Hasana Mardana wspólną miłością do motocykli Harley-Davidson.

Warszawa, 2009.09.09

 

Ściśle tajne

Egzemplarz pojedynczy

NOTATKA SŁUŻBOWA

dot. wizyty delegacji Wydziału Q AW w Szwecji w dniach 02–04 bm.

Skład delegacji AW: naczelnik mjr Konrad Wolski, z-ca naczelnika kpt. Sara Korska i inspektor por. Marcin Dolski.

Strona Säpo: z-ca szefa Säpo Kurt Lövenström, szef Wydziału Rosja KW Olaf Svensson, oficer Linda Lund, oficer Hasan Mardan i oficer KSI Per Gustavsson.

Do Sztokholmu nasza delegacja przyleciała o godz. 9.50. Z lotniska odebrał nas Olaf Svensson, którego poznałem już wcześniej podczas jego wizyty w Warszawie w związku ze sprawą H. Jorgensena. W samochodzie poinformował nas o programie wizyty.

Udaliśmy się minibusem Säpo do hotelu Scandic Sergel Plaza w centrum Sztokholmu. O godzinie 13.00 Olaf Svensson odebrał nas z hotelu i pojechaliśmy samochodem na lunch do restauracji Kungsholmen.

Sashimi było wyborne – pomyślał Konrad. To ciekawe, że taka prosta potrawa może w różnych miejscach różnie smakować… To nie pizza, nie chińszczyzna…

W restauracji oczekiwali nas wszyscy ww. oficerowie szwedzcy.

Oficjalnie przywitał nas Kurt Lövenström w imieniu szefa Säpo Paulssona.

Przedstawiłem członków naszej delegacji, a Lövenström – oficerów Säpo. Następnie poinformował krótko, że po lunchu udamy się do siedziby Säpo, gdzie omówimy wszystkie interesujące nas sprawy.

Lunch przebiegł w nadzwyczaj serdecznej i przyjacielskiej atmosferze. Korzystną okolicznością było to, że, jak już wspominałem, Svensson i Gustavsson byli w Polsce wcześniej i mieliśmy okazję poznać się bliżej. Z uwagi na miejsce rozmowy dotyczyły tematów pozasłużbowych.

O godz. 14.20 udaliśmy się do siedziby Säpo na Polhemsgatan. Rozmowy odbyły się w pomieszczeniu specjalnym.

Rozpoczęły się od wystąpienia Lövenströma, który podziękował AW za informacje dotyczące Jorgensena, a w szczególności za opis jego spotkania z Zenonem Rupertem w Sopocie. Miały one decydujące znaczenie dla prowadzenia całego rozpracowania. W nawiązaniu do słów L. poinformowałem, że autorem sprawy był por. Marcin Dolski.

Marcin wyglądał wtedy, jakby miał za chwilę eksplodować z zadęcia – przypomniał sobie z rozbawieniem Konrad. Rzeczywiście! Hasan Mardan podszedł wtedy do niego, żeby mu pogratulować. Tak było!

Następnie Lövenström poinformował, że sprawa Jorgensena nie dość, że się nie zakończyła, to jeszcze nabrała nowej dynamiki i że w ramach szwedzkich służb specjalnych, tj. MUST, KSI, Säpo i FRA, powołany został specjalny, głęboko utajniony zespół. O wynikach jego prac będą sukcesywnie informowane służby partnerskie. Lövenström podkreślił, że ww. służby otrzymają informacje tylko w takim zakresie, jaki nie doprowadzi do dekonspiracji źródła.

Kierownictwo państwa, w tym osobiście premier Szwecji, podjęło decyzję, że w dowód uznania dla naszego wkładu w rozpracowanie H. Jorgensena strona polska (Agencja Wywiadu) w drodze wyjątku otrzyma pełną informację.

Premier rządu szwedzkiego ma wkrótce podziękować osobiście premierowi rządu polskiego za wkład polskich służb specjalnych w umacnianie bezpieczeństwa Szwecji.

Pamiętam, że aż mnie wtedy coś ścisnęło w gardle, bo i ja miałem poinformować Szwedów, że aresztowano nie tylko Ruperta z IPN – pomyślał Konrad. Jak premier Szwecji dowiedział się o tym od Lövenströma, to pewnie stracił ochotę na rozmowę ze swoim polskim kolegą o wzorowej współpracy służb. Minister obrony Rupert przez kilka lat bynajmniej nie umacniał międzynarodowego bezpieczeństwa, w tym i Szwecji. Wręcz odwrotnie!

Następnie K.L. oddał głos Olafowi Svenssonowi, który oświadczył, że wiadomość, jaką nam przekazano za pośrednictwem naszego łącznika w ambasadzie, nie była kompletna. Stwierdził krótko, że Hans Jorgensen nie zginął w swoim domu w Åkersberdze, tak jak wcześniej nas poinformowali. Prosili o zrozumienie, ale sytuacja po tych dramatycznych wydarzeniach była dynamiczna i musieli najpierw uporządkować sytuację u siebie.

Głos zabrała Linda Lund, która wraz z Hasanem Mardanem i O.S. była uczestnikiem akcji.

Lund potwierdziła, że przekazane przez nas informacje pozwoliły Säpo podjąć ofensywne działania operacyjne wobec Hansa Jorgensena i jego syna Carla Jorgensena, oficera wywiadu szwedzkiego KSI.

Następnie przedstawiła chronologicznie przebieg wydarzeń.

W domu letniskowym H.J. w Å., gdzie planowane było spotkanie J. i jego syna Carla, zainstalowana została technika operacyjna, podgląd i podsłuch. Säpo miało przesłanki, żeby przypuszczać, iż będzie w stanie uzyskać tą drogą informacje o działalności wywiadowczej Jorgensenów na rzecz Rosji. Tymczasem zanim pojawił się H.J., kamery zarejestrowały w jego domu nieznanego człowieka z blizną na twarzy, mówiącego po rosyjsku.

Tego samego dnia oficer policji z dzielnicy Solna poinformował Säpo, że w tamtejszym hotelu zatrzymało się dwóch podejrzanych rosyjskojęzycznych mężczyzn. Zameldował się tylko jeden, o nazwisku Garbinow. Posługiwał się paszportem łotewskim. Wieczorem tego samego dnia doszło do strzelaniny, w której zginął policjant i jeden pracownik hotelu, a drugi został ciężko ranny. Później ranny policjant potwierdził, że strzelał do niego mężczyzna z blizną, ujawniony wcześniej w domu J. Wtedy jednakże nasi partnerzy mieli tylko zdjęcie Garbinowa. Policja rozpoczęła akcję poszukiwawczą na terenie całego kraju. W tym momencie sprawa H.J. nie łączyła się jeszcze ze sprawą Garbinowa.

Następnego dnia rano nasi partnerzy otrzymali od SIS informację potwierdzającą, że Garbinow jest odpowiedzialny za dokonane kilka lat wcześniej w Szkocji zabójstwo dwóch rosyjskich nielegałów, którzy przeszli na stronę Brytyjczyków. W tym czasie ustalili również, że człowiek z blizną, którego zauważono w domu H.J., i ten z hotelu to ta sama osoba. Po analizie wszystkich informacji doszli do wniosku, że G. i „Blizna” to rosyjskie komando likwidacyjne, które przyjechało do Szwecji wyeliminować H. Jorgensena i prawdopodobnie jego syna Carla. Dom H.J. został dodatkowo zabezpieczony przez antyterrorystów i ukrytych obserwatorów, a równocześnie w całym kraju trwały intensywne poszukiwania obu Rosjan. Tymczasem do swojego domu przyjechał H.J., a potem przybył jego syn z konkubiną (znaną dziennikarką telewizyjną). Partnerzy sądzili, że do zamachu może dojść w domu H.J. Nie było wiadomo, jakimi motywami mogli kierować się Rosjanie, skoro Jorgensenowie dla nich pracowali.

O godz. 23.20 oficer Hasan Mardan odnalazł w zaroślach ciało zamordowanego oficera z obserwacji. Wkrótce potem okazało się, że Garbinow i „Blizna” są w domu H.J., który wraz z synem przebywał w piwnicy, gdzie, jak partnerzy podejrzewali, miał urządzoną kryjówkę. Napastnicy byli uzbrojeni w automat MP5 i broń krótką. Mieli też granaty. Partnerzy nie mogli dopuścić do zabójstwa Jorgensenów i wywiązała się intensywna strzelanina z oddziałem antyterrorystów. Po pierwszej wymianie ognia dom zaczął się palić. Po analizie nagranego materiału partnerzy doszli do wniosku, że został podpalony w piwnicy. Nastąpiła kolejna wymiana ognia. Napastnicy użyli dwóch granatów błyskowych o wyjątkowej sile rażenia. Dotychczas nieznanych. Wymiana ognia trwała kilka minut i zanim dotarło wsparcie, dom doszczętnie spłonął. Partnerzy zaprezentowali nam kilkuminutowy film nakręcony przez kamery wewnątrz i na zewnątrz domu.

Następnie głos zabrał oficer Hasan Mardan.

W trakcie strzelaniny H.M. przebywał z drugiej strony domu, pod oknem. „Blizna” prawdopodobnie wyskoczył przez okno i spadł na H.M., który stracił przytomność. Gdy już niemal cały drewniany dom obejmowały płomienie, H.M. odzyskał przytomność i zauważył, że z okienka w podpiwniczeniu wysuwa się Hans Jorgensen, a po chwili wyciąga nieprzytomnego Carla. Po kilku minutach dotarł helikopter ze wsparciem i straż pożarna, ale dom praktycznie już spłonął.

Ponownie głos zabrał Olaf Svensson.

Hans i Carl Jorgensenowie nie zginęli. Nie spłonęły też dokumenty. Obaj zostali natychmiast przewiezieni do tajnego ośrodka KSI na wyspie w pobliżu Sztokholmu. Jak się okazało po ich przesłuchaniu, Hans Jorgensen w rzeczywistości nazywa się Andriej Wołkowski. Był rosyjskim nielegałem najpierw w Danii, a następnie w Szwecji. Urodził się przed wojną jako obywatel Polski we wsi Miedwiedki pod Grodnem. Obaj, ojciec i syn, jednoznacznie przyznali, że następnego dnia miał się oddać w ręce władz szwedzkich. Nikt oprócz Carla nie wiedział, że zamierza się ujawnić. Sam Carl nie był współpracownikiem rosyjskich służb. Natomiast Rosjanie prawdopodobnie wiedzieli, że jest on oficerem szwedzkiego wywiadu, i Garbinowowi kategorycznie zakazano jego eliminacji. Sprawa ta jest obecnie przedmiotem szczegółowego badania, ponieważ Carl osobiście prowadził najważniejszą szwedzką agenturę w obwodzie kaliningradzkim. Ma to szczególne znaczenie, gdyż Hans nigdy nie poinformował Moskwy, że jego syn jest oficerem szwedzkiego wywiadu. Wciąż otwarte pozostaje zatem pytanie, dlaczego Rosjanie chcieli zabić Hansa Jorgensena, chociaż nie wiedzieli, że ma zamiar zdezerterować, a postanowili oszczędzić jego syna Carla. Partnerzy poinformowali nas, że nie wykluczają wersji, iż Rosjanie mają agenta wewnątrz szwedzkich służb i zorientowali się, że Hans jest rozpracowywany. W związku z tym Svensson spytał, czy możemy podobną analizę przeprowadzić w naszej służbie.

Poinformowałem wówczas partnerów, że oczywiście takiej analizy dokonamy, jednakże Jorgensenem zainteresowaliśmy się na prośbę strony szwedzkiej. Ponadto aresztowanie agenta Ruperta, z którym się spotkał H.J., nastąpiło już po wydarzeniach w Åkersberdze. Zatem wyciek z naszej strony jest mało prawdopodobny. O sprawie Jorgensena wiedziały w AW trzy osoby. Zapewniłem jednak partnerów, że sprawę zbadamy dogłębnie i o wszystkim ich poinformujemy.

Olaf Svensson ujawnił, że Hans Jorgensen przekazał uratowany z pożaru przy pomocy H. Mardana zbiór bezcennych dokumentów, a w szczególności notatnik, który prowadził skrupulatnie od lat. W notatniku tym, nazwanym „Berlingske-Posten 1953”, H.J. zapisywał wszystkie czynności, które wykonywał. Ponieważ był uplasowany w Urzędzie Imigracyjnym, specjalizował się w przygotowywaniu i legalizowaniu przerzucanych na Zachód radzieckich i rosyjskich nielegałów. Partnerzy prowadzą w tej chwili szczegółową analizę tego dokumentu, ale już wstępnie oceniają, że jest to materiał o ogromnym znaczeniu operacyjnym. Dodatkowo H.J. mimo podeszłego wieku ma doskonałą pamięć i przejawia wolę współpracy.

W związku z tym partnerzy, za zgodą premiera, podjęli decyzję o utajnieniu sprawy Jorgensenów. Następnego dnia zwołana została konferencja prasowa, na której oficjalnie poinformowano o śmierci Hansa Jorgensena, Carla Jorgensena i Igora Garbinowa oraz nadano wydarzeniom w Åkersberdze charakter kryminalny.

Jak się później okazało, Garbinow i „Blizna” dotarli do domu Jorgensena skradzioną łodzią motorową, którą później odnaleziono zatopioną u wybrzeży Wysp Alandzkich. Na tej podstawie partnerzy zakładają, że „Blizna” wydostał się tą łodzią do Rosji przez Finlandię. Brak bliższych danych na temat tego człowieka. Wiadomo, że jest brutalny, bezwzględny i wyjątkowo niebezpieczny. Zdjęcia z kamer są słabe i zniekształcone efektem „rybiego oka”, lecz partnerzy pracują nad stworzeniem portretu „Blizny”. Nie ustalono, który z nich zamordował oficera Säpo. Media zostały poinformowane ogólnikowo, że funkcjonariusz zginął w walce. Formalnie prokuratura umorzyła śledztwo w związku ze śmiercią sprawcy, tj. Garbinowa. W ocenie partnerów to najsłabszy punkt prowadzonej operacji, ponieważ Rosjanie prawdopodobnie wiedzą, że oficer zginął w wyniku podcięcia gardła. „Blizna” wydostał się, ale nie wiadomo, jaką wersję wydarzeń przedstawi swoim przełożonym w Moskwie.

Głos zabrała Linda Lund.

Zapytana, dlaczego Jorgensen zdecydował się przejść na naszą stronę, potwierdziła, że był to wynik jego głębokiej przemiany psychicznej, na którą miało wpływ wiele czynników. Sprawa ta jest przedmiotem głębokiej analizy psychologicznej i faktograficznej. Już teraz jednak widać, jakie były dwa zapewne najważniejsze czynniki. Po pierwsze, H.J. bał się, że Rosjanie się zorientują, kim jest jego syn (pracował przecież na kierunku rosyjskim), i niewykluczone, że tak właśnie się stało. Po drugie, H.J. otrzymał od Ruperta kopię dokumentu (raport profesora Bardy), w którym jest mowa o jego rodzinnej wsi Miedwiedki na Grodzieńszczyźnie. Jorgensen przeczytał w nim, że mordu na mieszkańcach tej wsi dokonało NKWD w przebraniu polskich partyzantów. Zginęła wtedy cała jego rodzina. Nie wiedział o tym i przez całe życie o zbrodnię obwiniał Polaków. Na tej osobistej tragedii zbudował całe swoje późniejsze życie, które wiódł i tak pełne wątpliwości aż do dnia, kiedy pojął, co się stało w Miedwiedkach. Zrozumiał, że nazywa się Hans Jorgensen, a nie Andriej Wołkowski.

 

To zadziwiające, z jaką swobodą Linda poruszała się w temacie – pomyślał Konrad. Szkoda, że tak sucho streściłem to, co mówiła. Piękna dziewczyna! Już gdzieś widziałem ten typ urody… Nawet mówiąc o naszych historycznych sprawach, używała właściwej terminologii… chociaż to Szwedka…

Partnerzy nie wątpią w szczerość Hansa i Carla. Obaj dwukrotnie przeszli badania na wariografie z wynikiem negatywnym. Niemniej jednak w sprawie pozostało tak wiele znaków zapytania, a materiał wywiadowczy jest tak szokujący (właściwie O.S. użył słowa „przerażający”), że jeszcze długo trzeba będzie pracować nad uwiarygodnieniem źródła jego pochodzenia (H.J.). Partnerzy zdają sobie sprawę, że nie są w stanie przeprowadzić tego sami. Nie chcą też na razie angażować Amerykanów ani Anglików, którzy mają wprawdzie duże doświadczenie w pracy na kierunku rosyjskim, ale to właśnie oni byli głównym obiektem zainteresowania H.J.

„Jak zwykle pozwolił pan sobie zabardzo naczelniku!” – Konrad przeczytał na marginesie adnotację generała Pęka, zapewne świadczącą o głębokiej dysleksji.

Może… może nawet miał rację! – pomyślał.

Per Gustavsson (KSI).

Poinformował, że Carl Jorgensen jest wciąż komandorem Szwedzkiej Marynarki Wojennej i oficerem wywiadu. Wszystko to, co się zdarzyło tamtego dnia, było dla niego potężnym wstrząsem. Wciąż jest pod opieką psychologów, podobnie jak jego konkubina Sophie Lundberg. Mimo to radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Powstała niezwykła sytuacja, z którą partnerzy nie wiedzą jeszcze, jak sobie poradzić. Carl Jorgensen i Hans właściwie przestali istnieć, gdyż oficjalnie spłonęli w domu w Åkersberdze i zostali pochowani w Jakobsbergu. Jednocześnie Hans Jorgensen nabył swoje nazwisko na drodze przestępstwa popełnionego w Niemczech. Czy zatem Carl Jorgensen nosi to nazwisko zgodnie z prawem? Hans Jorgensen nazywa się Andriej Wołkowski, ale nie ma na to żadnych dowodów, a jego wieś nie istnieje. Jak stwierdził z pewnym rozbawieniem P.G., aby uregulować status Jorgensenów, trzeba by zmienić cztery punkty w konstytucji Szwecji, pięć ustaw i ogromną liczbę innych przepisów. To jest z oczywistych powodów niemożliwe. Partnerzy poszukują prawnych możliwości uregulowania tej kwestii.

Najważniejszym problemem pozostaje wyjaśnienie, dlaczego Rosjanie zdecydowali się na likwidację Hansa Jorgensena, a nie mieli tego samego zamiaru wobec Carla. Dodatkowo przy zwłokach Garbinowa znaleziono urządzenie z nieznanym dotąd szwedzkim specjalistom, co podkreślił G., środkiem chemicznym mogącym wywołać atak serca. Rosjanie mogli przecież wezwać H.J. do Moskwy, mogli też go porwać, a tymczasem zdecydowali się na jego eliminację w tak spektakularnych okolicznościach. Według oceny partnerów pośpiech w ich działaniu wskazywał, że czegoś się obawiali i nie ufali H.J. Ich determinacja musiała być czymś sprowokowana. Najbardziej prawdopodobna jest wersja, że Rosjanie odkryli, iż Carl jest oficerem szwedzkiego wywiadu, i dokonali analizy wszystkich informacji, jakie na jego temat przekazywał H.J. Mogli uznać, że H.J. ukrywał to z powodów osobistych, bo nie chciał narażać syna. Tak czy inaczej Carl nie byłby użyteczny dla Rosjan, gdyby Hans nie powiedział mu o sobie prawdy, a mieli podstawy się obawiać, że Carl nie przeszedłby na ich stronę. Wówczas straciliby ich obu wraz z całą wiedzą, jaką posiadają. Byłoby lepiej, gdyby Hans zmarł na atak serca, bo Rosjanie zabraliby swoje dokumenty i dopiero wtedy przystąpili do kontruderzenia i werbunku Carla, opierając się na materiałach, jakie mieli na jego ojca. Ta wersja oznacza zatem, że Carl był rozpracowywany i któryś z jego agentów w Kaliningradzie jest podstawiony przez Rosjan. A może nawet niejeden. Kolejne pytanie, na które usiłują odpowiedzieć sobie partnerzy, to dlaczego Garbinow i „Blizna”, mimo że zabili policjanta w hotelu i wiedzieli, że postawili w stan gotowości całą Szwecję, podjęli ryzyko dokończenia akcji. Najwyraźniej musieli mieć takie rozkazy. Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko konieczność realizacji zadania dokładnie tego dnia, kiedy Säpo rozpoczęło działania w Åkersberdze. Partnerzy są zatem przekonani, że Rosjanie wiedzieli o planowanych działaniach i chcieli uprzedzić służby szwedzkie. Zatem – Rosjanie mają w ich szeregach swojego informatora. Po „naturalnej” śmierci Jorgensena i wyczyszczeniu jego schowków nie można by mu nic udowodnić. Wówczas i Carl byłby poza podejrzeniem. Ta wersja wskazuje, że Rosjanie najprawdopodobniej nie wiedzieli, że nasza służba (AW) ustaliła tajny kontakt Jorgensena z Rupertem w Sopocie, gdyż inaczej musieliby uznać, że Hans i Carl są spaleni, więc cała operacja w tym kształcie nie ma sensu. Partnerzy stoją na stanowisku, że przeciek nastąpił w Szwecji, a nie w Polsce. Analiza wydarzeń wskazuje też, że informator nie był w grupie bezpośrednio realizującej zadanie, ponieważ nie wiedział, że w domu Jorgensena zamontowano kamery i mikrofony. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że gdyby Rosjanie zostali o tym poinformowani, nie weszliby do domu, tylko zrealizowali inny scenariusz. Czyli – według rozeznania informatora – Säpo nie miało wtedy jeszcze wystarczających dowodów na to, że H.J. pracuje dla Rosjan. W przeciwnym razie ci ostatni nie pokusiliby się o tak ryzykowną akcję.

Linda Lund.

Zgodnie z jej koncepcją, którą popiera kierownictwo Säpo, należy mówić, że mamy do czynienia nie z jednym, ale z co najmniej dwoma informatorami. Pierwszym, który wiedział, że Hans Jorgensen znalazł się w kręgu zainteresowania szwedzkiego wywiadu, gdyż odwiedził altanę w Visby, i drugim, który wiedział, że tego dnia zostaną przeprowadzone działania w Åkersberdze. Zatem Rosjanie prawdopodobnie mieli nawet dwa, niezależne źródła informacji.

Do rozmowy włączył się Hasan Mardan.

Partnerzy uważają tę wersję za najbardziej prawdopodobną i, niestety, najtrudniejszą do rozwikłania, gdyż dotyczy dużej liczby ludzi z różnych jednostek szwedzkich służb i podjęcie próby ustalenia informatorów zostałoby zapewne dostrzeżone przez Rosjan. Tym samym cały pomysł z „uśmierceniem” Jorgensenów nie miałby sensu, a Rosjanie zdążyliby wyczyścić to, co H.J. miałby do przekazania, zanim partnerzy zdążyliby odebrać od niego informacje. Na szczęście Rosjanie nie wiedzą, że H.J. prowadził notatnik „Berlingske-Posten 1953”.

I to jest przyjaciel Marcina? – przypomniał sobie Konrad. Chyba Arab, skoro ma na imię Hasan… Sprawiał dobre wrażenie… nie tylko zawodowe. Muszę porozmawiać teraz z Sarą, żeby mu się nie przyglądała zbyt nachalnie… Trochę mnie to wkur… Ciekawe! Oficer kontrwywiadu, kierunek Wschód, Arab, w garniturze i z dredami. Jak on wkłada kask motocyklowy? Zaraz! – zastanowił się nagle. Jak Marcin powiedział? Najlepszy przyjaciel! Kurczę, czy tu nie rozkwita jakieś uczucie?

Kurt Lövenström.

Podziękował jeszcze raz za pomoc i informację na temat H.J., która zapoczątkowała jedną z największych operacji szwedzkich służb specjalnych. Prosił, byśmy ponownie przejrzeli sprawę Jorgensena. Podkreślił, że przeciek nastąpił najprawdopodobniej w Szwecji, zbadać jednak trzeba wszystkie okoliczności.

Na tym o godz. 18.00 zakończył się pierwszy dzień rozmów ze szwedzkimi partnerami. Wieczorem udaliśmy się do restauracji Den Gyldene Freden w Gamla Stan. Nie poruszaliśmy już tematów służbowych. W kolacji, która przebiegła w serdecznej i przyjacielskiej atmosferze, nie uczestniczył Kurt Lövenström.

Kurczę, „w serdecznej i przyjacielskiej”, tak… ale Marcin i ten Hasan… Cholera! – Konrad wyraźnie się zaniepokoił. Siedzieli obok siebie i rzeczywiście… coś tam… nooo… Kurczę! Niemożliwe! Zauważyłbym wcześniej! Fuck!

Konrad czuł się nieswojo.

A jeżeli nawet, to co? Co mnie to może obchodzić? Nie można się tatuować, ale preferencje… dlaczego nie?! Muszę porozmawiać z Sarą. Tak się wpatrywała w tego Hasana, że pewnie coś by zauważyła.