Niewierni

Tekst
Z serii: Nielegalni #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niewierni
Niewierni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Niewierni
Niewierni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  28,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Popowski, widząc jego spontaniczną reakcję, poczuł przypływ radości. Zresztą twarz generała Lebiedzia też nabrała wyrazu dyskretnej satysfakcji. Albo tak się przynajmniej wydawało. Tak czy inaczej wyglądało na to, że także w tej sprawie wywiad rosyjski dobrze sobie radzi.

– Z parkingu dla VIP-ów na lotnisku Okęcie wyjechały trzy jednakowe mercedesy na niebieskich numerach dyplomatycznych – ciągnął Siemionow z coraz większym przejęciem. – Nasi ludzie mieli nie lada kłopot, żeby ustalić, kto wsiadł do którego, a szczególnie gdzie jest Lee. Natychmiast przekazali informację do Bobriukowa i numer rejestracyjny samochodu Koreańczyka. Kolumna ruszyła z lotniska w kierunku miasta…

– Ulicą Żwirki i Wigury… – wtrącił z satysfakcją Misza. – Lotnisko jest bardzo blisko centrum…

– No więc właśnie… – ciągnął Wania, jakby był w transie. – Trzy mercedesy pojechały do centrum miasta, ale korek był spory i nasi ludzie swobodnie mogli je śledzić. W pewnym momencie zauważyli, że samochód Lee wyraźnie odbił od kolumny i skręcił w jakąś ulicę. Kiedy się zatrzymał, szybko wysiadł z niego generał z teczką i jego dwóch ochroniarzy. Nasza obserwacja ustaliła, że udali się do pobliskiego hotelu Marriott…

– W Alejach Jerozolimskich… w Warszawie jest tylko jeden.

– Na dojściu kontrolowali się, jakby ich obsiadło stado pszczół, i najwyraźniej chcieli być na sto procent pewni, że są czyści. Wyglądali ponoć komicznie. – Przerwał na moment, jakby zbierał myśli. – Nasi ustalili, że wjechali na dwudzieste trzecie piętro. I nic więcej. Po jakichś trzech godzinach wyszli, jakby czymś mocno zdenerwowani, pospiesznie wsiedli do hotelowej taksówki i odjechali. Próbowaliśmy jechać za nimi, ale nasi szybko ich zgubili.

– Lee z kimś się tam spotkał… To dość drogi hotel.

– I o to boli nas głowa – stwierdził generał.

– Od pewnego czasu FSB i nasza służba prowadzą rozpracowanie profesora Igora Konstantinowicza Zagorskiego. – Siemionow nagle zmienił ton, jakby zaczął referować nową sprawę.

– Profesora Zagorskiego? Tego deputowanego z partii komunistycznej? – wtrącił ze zdziwieniem Michaił.

– Tak! Tego!

– Przecież on ma z dziewięćdziesiąt lat!

– Osiemdziesiąt siedem – odparł generał.

– Przecież to legenda naszego przemysłu zbrojeniowego… deputowany do Dumy!

– Niestety – odparł z wyraźnym smutkiem Lebiedź. – Igor Konstantinowicz ma problemy z głową, i to coraz większe, cierpi na zespół Kramera…

– To rodzaj obsesji. Tak czy inaczej nikt nie ma na niego wpływu. Staruszek chodzi własnymi ścieżkami, a w jego partii nie ma z kim rozmawiać. Zresztą nie możemy ujawniać, że się nim interesujemy. O sprawie wie oczywiście Władimir Władimirowicz. – Wania też był zatroskany.

– Profesor Zagorski ma jakieś związki z Koreą Północną – wywnioskował Popowski. – Jakie?

– To wygląda tak, Misza. Posłuchaj uważnie. – Siemionow poprawił okulary, podciągnął krzesło i wyprostował się. – W drugiej połowie lat osiemdziesiątych profesor Igor Konstantinowicz kierował zespołem pracującym nad ściśle tajnym projektem „Elbrus 2” w Arzamas-16…

– Tak, wiem… Obecnie Sarow…

– To było miasto zamknięte do tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku, ale teraz to nie ma znaczenia. Projekt „Elbrus 2” dotyczył prac nad nowym materiałem wybuchowym, który nazywa się pentaheksadrylihityna próżniowo-kompensacyjna… Brzmi zabawnie? – Siemionow uśmiechnął się, widząc zdziwienie na twarzy Popowskiego. – Ale to wcale nie jest zabawne! W ogólnym zarysie to związek chemiczny, który pobudzony strumieniem elektronowym wyzwala gwałtowną implozję materii, ta zaś po osiągnięciu masy krytycznej powoduje w ciągu kilku sekund rozprężenie, wykorzystując do tego tlen z atmosfery. Następuje potężna eksplozja, lecz nie jest to eksplozja chemiczna, tylko właściwie czysto fizyczna… To teraz nieistotne… Efekt jest taki, że powstaje potężna fala uderzeniowa bez reakcji cieplnej… to coś takiego jak wybuch balonu. Dlatego materiał ten nazywano w skrócie „balonik”.

– Jak amerykański „kosiarz stokrotek” – wtrącił z przekonaniem Michaił.

– Amerykańska bomba BLU-82 to coś zupełnie innego. Nasz „balonik” daje efekt podobny jak bomba termobaryczna, ale ładunek jest znacznie mniejszy i lżejszy.

– Napijecie się jeszcze herbaty? – zapytał generał tonem zatroskanego gospodarza, ale Popowski i Siemionow, nawet nie patrząc w jego stronę, pokręcili głowami.

– Ten materiał w założeniu miał być bronią ofensywną, pozwalającą na niszczenie pól minowych, głównie atomowych, lecz także konwencjonalnych, by utorować drogę naszym wojskom. W fazie prób okazało się jednak, że może on mieć również inne zastosowanie. Nieduża ilość „balonika” zdetonowana w pomieszczeniu zamkniętym powoduje niewyobrażalne zniszczenia, gdyż obiekt, w którym wybucha, sam staje się potężną eksplozją. Uznano wówczas, że materiał doskonale się nadaje do niszczenia obiektów zamkniętych i podziemnych, a także w działaniach naszych oddziałów specjalnych. Prace nad projektem „Elbrus 2” objęte zostały nadzwyczajnym programem ochronnym KGB. W końcowej fazie wojny w Afganistanie użyto tego materiału w walce z mudżahedinami, którzy ukrywali się w jaskiniach… jakichś podziemnych obiektach. – Siemionow przerwał i jakby z niedowierzaniem pokręcił głową. – Efekt był przerażający! – Po chwili wrócił do zasadniczego wątku. – Przy odpowiednim przygotowaniu wyprodukowanie tego materiału było stosunkowo proste, ale zajmowało dużo czasu i okazało się nieprawdopodobnie kosztowne – ciągnął z zaangażowaniem i znajomością tematu. – Po rozpadzie ZSRR nikt nie miał głowy do projektu „Elbrus 2” i wielu innych, zresztą pieniędzy też nie było. Jednak KGB skutecznie zabezpieczyło wówczas ludzi związanych z tym projektem i całą dokumentację. Zgodnie z decyzją Władimira Władimirowicza z dwa tysiące trzeciego roku projekt „Elbrus 2” został formalnie zamknięty jako zbyt drogi i zbędny w obecnej strategii Rosji.

– A co z profesorem? – zapytał Michaił.

– Początkowo protestował, ale później pogodził się z tą decyzją – odpowiedział generał. – Teraz jednak widać, że chyba nie.

– Sprawdziliśmy. Igor Konstantinowicz przebywał w Europie dokładnie w tych dniach, kiedy Lee Young-chul latał do Warszawy… Właściwie dotyczy to jego dwóch ostatnich podróży – stwierdził Siemionow. – Nie wiemy, po co profesor latał do Europy… dokładniej do Berlina, ale oni tam przecież nie mają granic i mógł swobodnie jechać do Warszawy…

– To trochę mało! – obruszył się Popowski, jakby chciał wziąć profesora w obronę. – To może być najzwyklejszy przypadek.

– Chciałbym, żeby tak było! – przerwał mu generał. – Chciałbym wierzyć, że profesor Igor Konstantinowicz, bohater Związku Radzieckiego, jest tylko cierpiącym na zespół Kramera starcem i lata do Europy na wakacje… albo szuka starych samowarów, które wywieźli Niemcy. Sprawa jest jednak zbyt poważna. – Zamilkł na chwilę, ale Wania nie podjął opowieści, wyraźnie oddając teraz inicjatywę generałowi. – Kiedyś Lee wypił za dużo, zostawił jakiś dokument na biurku i poszedł rzygać. Nasze źródło w ich ambasadzie, właściwie agent FSB, przez minutę widziało ten dokument… Patrz, Misza, jaki przypadek! – Znów przerwał i zaczerpnął powietrza, jakby miał kłopoty z sercem. – Dokument dotyczył pentady…

– Pentaheksadrylihityny próżniowo-kompensacyjnej – pomógł mu Siemionow.

– Właśnie, „balonika”. Chociaż w dokumencie nie użyto tego słowa. Nasz człowiek zdążył przeczytać tylko mały kawałek, a że w ambasadzie koreańskiej nie wolno mieć przy sobie telefonów komórkowych ani żadnej elektroniki, więc zapamiętał, ile się dało. Dokument objaśniał zasady działania penta… „balonika”. Koreańczycy nie tylko wiedzą o takim materiale wybuchowym, ale też najprawdopodobniej są bliscy jego wyprodukowania… o ile już go nie mają!

– To zmienia postać rzeczy – stwierdził Popowski. – Nie ma wyjścia. Trzeba rozmawiać z profesorem.

– Właśnie wczoraj z nim rozmawialiśmy – odparł Wania i spojrzał na zaskoczonego Michaiła. – I stąd to nasze dzisiejsze spotkanie…

– Igor Konstantinowicz wszystkiemu zaprzeczył – włączył się generał. – Wyzwał mnie od szaleńców i durniów. Obwinił o upadek Związku Radzieckiego i zapowiedział, że poskarży się Władimirowi Władimirowiczowi. Po co jeździł do Berlina, nie chciał powiedzieć…

– Przeszukanie u niego w domu i na daczy też nic nie dało – dodał Siemionow. – Zresztą… profesor ma wszystko w głowie…

Znów wtrącił się Lebiedź.

– Dysponując pe… „balonikiem”, Koreańczycy będą mogli z łatwością przejść zapory minowe Południa na granicy, jego podziemne instalacje i zniszczyć połowę Seulu bez konieczności użycia broni jądrowej, której mają za mało, nie wspominając już o nie dość doskonałych środkach przenoszenia. Zaatakują więc konwencjonalnie, i to z dużą szansą na sukces. Ich czołgi wejdą na Południe jak w masło. Jeżeli Amerykanie i Japończycy się dowiedzą, czym dysponuje Kim, znajdą się w trudnej sytuacji. Nie dość, że będą musieli zmienić swoją taktykę obronną, to jeszcze do czasu rozwiązania problemu – pójść na ustępstwa wobec Kima. Nie wiadomo, czy Tokio wytrzyma napięcie i nie zacznie w końcu zbroić się na poważnie… – Przerwał na chwilę. – Chińczycy tego nie zaakceptują i sytuacja może się wymknąć spod kontroli… W tych okolicznościach Koreańczycy mogą uznać, że dzięki „balonikowi”… co za idiotyczna nazwa… mają przewagę, i krucha równowaga albo głód… kombinacji jest wiele… może ich zachęcić do zdecydowanych kroków. Największy problem kryje się w tym, że stracimy i tak ograniczoną możliwość racjonalnej oceny niebezpieczeństwa… To wszystko grozi wojną, a Rosja nie jest na nią gotowa – zakończył Lebiedź i było po nim widać, że wie, co mówi. Jak przystało na szefa rosyjskiego wywiadu.

W wielkim gabinecie generała armii Aleksandra Lebiedzia zaległa głucha cisza. Gdyby nie dźwiękoszczelne szkło w oknie, można byłoby usłyszeć odgłosy miasta. Michaiłowi wydawało się, jakby ostatnie słowa odbijały się od ścian i rykoszetem boleśnie go raziły. Patrzył na Lebiedzia i Siemionowa jak na zupełnie mu nieznane przezroczyste, szare kontury i myślał, że to jakiś absurdalny sen. Czuł w głowie ciężką próżnię i nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Wydawało mu się, że to trwa w nieskończoność. Gdy obudził go nienaturalnie spokojny głos Siemionowa, zdał sobie sprawę, że ta cisza trwała ledwie kilka sekund.

 

– Lee jeździ do Warszawy, profesor znika w Berlinie, do niczego się nie przyznaje i chce się poskarżyć, agent FSB widzi dokument poświęcony materiałowi wybuchowemu zwanemu pieszczotliwie „balonik” i trzeba się liczyć z groźbą wojny atomowej na Półwyspie Koreańskim… – Wania teatralnie zawiesił głos, a po chwili pierwszy raz się uśmiechnął. – Aż trudno uwierzyć, co? – dodał i wskazał palcem. – Teraz twoja kolej, podpułkowniku Popowski!

Wyglądało, jakby chciał go zaskoczyć. Michaił jednak już od dawna czekał na tę prostą deklarację, chociaż wcześniej wyobrażał sobie, że Wania powie to inaczej. Ale ta wersja spodobała mu się bardziej. Także dlatego, że zabrzmiała równie sympatycznie jak bojowo.

Dobrze, że z Polską nie mamy takich problemów… no i leży daleko od Korei – pomyślał i zrobił poważną minę w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

– Jest wiele pytań – podjął Siemionow – wiele niewiadomych, poszlak, różnych domysłów, być może błędnych analiz i sporo naszego przewrażliwienia. Jest jednak jeden punkt tej sprawy, który decyduje o zasadności naszych podejrzeń i obaw…

– Nie męcz się, Wania! – przerwał mu Michaił. – Trzeba ustalić, czy profesor Igor Konstantinowicz spotkał się w Warszawie z generałem Lee. O to chodzi?

– Właśnie o to! – odparł Siemionow. – Ale sprawa tylko pozornie jest prosta i oczywista…

– Posłuchaj, Miszka! – odezwał się generał. – Zastanawialiśmy się długo i uznaliśmy, że zaczniemy od ciebie. – Wstał od stołu, przeszedł przez pokój, przysiadł na biurku i założył ręce na piersi. – Mamy przygotowane wersje zapasowe, które uruchomimy, jeżeli tobie nie uda się tego załatwić. Musimy się jednak spieszyć… To nie jest sprawa, która może sobie poczekać i dojrzeć, ale też wymaga spokoju i rozsądku…

– Jestem gotowy do wykonania zadania, towarzyszu generale! – zadeklarował Popowski tak szczerze, jak potrafił, i bez cienia ukrytej aluzji.

– Masz kontakt z Wolskim… Konradem Wolskim, prawda?

– Oczywiście. Tak jak meldowałem. Mamy kontakt telefoniczny, rodzaj naszej prywatnej gorącej linii… Lubię go i szanuję. Jestem pewien, że z jego strony wygląda to podobnie. Łączy nas coś w rodzaju szorstkiej żołnierskiej przyjaźni. To bardzo pryncypialny i odważny oficer, ze słabostkami oczywiście, ale…

– Jak każdy – dodał Siemionow.

– Inteligentny i doświadczony… otwarty na logiczne argumenty… samodzielny…

– W porządku – przerwał mu generał. – Wygląda zatem, że to dobry pomysł.

Popowski spojrzał na generała, potem na Siemionowa i znów na generała, który trwał wciąż w tej samej pozycji na brzegu biurka. Po chwili twarz Michaiła rozjaśnił szeroki uśmiech. Zaraz potem, jakby go naśladując, po raz drugi tego dnia uśmiechnął się Wania i na końcu, z nieco większą ostrożnością i dystansem, także generał, który delikatnie skinął przy tym głową.

– Bardzo dobry, towarzyszu generale! Doskonały! – niemal zameldował Michaił, ale zaraz dotarło do niego, że chwilowy entuzjazm przysłonił mu najważniejsze pytanie. – Mam się z nim spotkać oficjalnie? Czy tak? Przecież Agencja Wywiadu i my mamy łączników w Warszawie i Moskwie… – Uśmiech na jego twarzy przygasł o połowę.

– Dobrze kombinujesz, Miszka…

– Nieoficjalnie?!

– Jesteś zaskoczony? – zapytał generał, chociaż twarz Popowskiego mówiła wszystko. – Posłuchaj – rzucił trochę mocniej i spojrzał na Siemionowa. – O ile wiemy, Półwysep Koreański to nie jest specjalność polskiego wywiadu. Mają inne zmartwienia, więc sprawa, z którą do niego pójdziesz, będzie dla interesów Polski niejako obojętna. Dlatego liczymy, że może się udać. Twoim zadaniem będzie poprosić Wolskiego, żeby ustalił, z kim spotykał się generał Lee Young-chul w hotelu Marriott w Warszawie…

– Oczywiście… ten Wolnowski… – przejął głos Iwan.

– Wolski… Konrad… major – poprawił go Michaił.

– Wolski… zada ci trzy pytania. Po pierwsze: o co chodzi? Powiesz mu prawdę… o pentaheksadrylihitynie próżniowo-kompensacyjnej i o profesorze. Musimy zagrać va banque. To jedyna szansa…

– Absolutnie! – zareagował natychmiast Michaił. – Jak będziemy kręcić, Wolski od razu się zorientuje. Jest na to zbyt przebiegły. Wtedy uzna, że jestem nieszczery, i na nic się nie zgodzi.

– Jeżeli Lee spotyka się z profesorem w Warszawie, to i tak ten Wolski prędzej czy później się zorientuje, o co nam chodzi, a jeżeli spotkań nie było, to prawdopodobnie nie ma sprawy. Po drugie, powiesz mu, że przychodzisz do niego poza kanałem oficjalnym między naszymi służbami, bo nie chcemy jeszcze, by dowiedzieli się o tym Amerykanie. Sprawa wymaga na razie rozpracowania i potwierdzenia, a my wolelibyśmy uniknąć przedwczesnych, ryzykownych decyzji, które mogłyby negatywnie wpłynąć na relacje rosyjsko-amerykańskie, czym nikt nie jest zainteresowany… szczególnie Polska. Powiesz też, że mamy podstawy przypuszczać, że Amerykanie mogą zareagować nerwowo, z głupoty sprowokować konflikt w Korei, i ucierpią na tym wszyscy…

– To prawda?

– Jest takie niebezpieczeństwo – odparł generał.

– Po trzecie wreszcie powiesz mu, że w ciągu trzech miesięcy o wynikach naszego rozpracowania oficjalnie poinformujemy Biały Dom, a wcześniej Agencję Wywiadu.

– Wciąż nie rozumiem, dlaczego nie chcecie zaproponować tej sprawy szefowi Agencji Wywiadu?

– Mamy podstawy uważać, że Polacy… że obecny szef Agencji Wywiadu mimo wszystko poinformuje CIA. Bez względu na to, co nam obieca – wtrącił generał. – Nie sądzimy, by można było mu zaufać.

– A jeżeli Konrad się nie zgodzi… to byłby przecież przejaw niesubordynacji… i od razu powie, że musi o wszystkim zameldować?

– Jeżeli nie zrozumie naszych argumentów, to trudno… Powiesz, że to my ponosimy ryzyko, ale konsekwencje mogą dosięgnąć wszystkich. Decyzja należy do niego. Liczymy tu na twój kunszt wywiadowczy i umiejętność przekonywania.

– Z Wolskim tak łatwo nie pójdzie… chyba. – Popowski zamyślił się na chwilę. – Ale wszystko jest możliwe… to inteligentny oficer.

– Zastanów się, czy nie wykorzystać sprawy Baobaba i nie powiedzieć mu prawdy, żeby był… no, bardziej życzliwy… żeby wydobyć z niego człowieka. Rozumiesz! Wiesz, o co chodzi. Zostawiam to tobie.

– Pomyślę, ale to raczej się nie sprawdzi – odpowiedział Popowski.

W głębi duszy jednak się ucieszył, bo w rzeczywistości generał dał mu wolną rękę. Być może będzie mógł spełnić marzenie i utrzeć Wolskiemu nosa. Powiedzieć mu prawdę o ministrze Rupercie. Wiedział jednak aż nadto dobrze, że będzie mógł to zrobić dopiero wtedy, gdy Konrad zgodzi się mu pomóc w sprawie generała Lee. Żaden nacisk nie wchodził tu w grę. A Konrad zgodzi się pomóc, jak będzie pewny, że tak właśnie należy postąpić.

– Kiedy mam dzwonić? – zapytał.

– Musimy jeszcze dzisiaj dopracować szczegóły twojej rozmowy. Mamy kilka dni – odparł Siemionow.

22

– Sąd odracza posiedzenie do dziesiątego czerwca – oświadczyła obojętnym tonem sędzia Maria Carlsson, złożyła akta, podniosła się i wyszła z sali, zostawiając dwadzieścia osób w pozycji stojącej.

Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, mecenas Leopold Blum zajrzał do swojego notatnika.

– Umówimy się na… może na środę? Co ty na to?

– W środę nie mogę – odparł natychmiast Claes. – Będę zajęty do końca tygodnia.

– Dobrze, w takim razie zadzwonię do ciebie w poniedziałek i umówimy się na pierwszy wolny termin.

Blum zamknął z głośnym klapnięciem notatnik i wrzucił go do starej, wytartej skórzanej teczki, która z pewnością pamiętała sprawę Wennerströma i śmiało mogłaby pomieścić jej akta. Teraz jednak teczka firmy Goldberg & Co. zawierała tylko potężny skoroszyt sprawy o podział spadku po Victorii i Albercie von Utrecht.

Pięciu innych adwokatów obecnych właśnie w sali sądu przy Scheelegatan w Sztokholmie powtórzyło po kolei ten sam gest, klapiąc swoimi notatnikami dokładnie tak jak mecenas Blum i chowając je jak na komendę do teczek podobnych kolorów i fasonów. Duża, droga i stara teczka świadczyła jednoznacznie o pozycji kancelarii adwokackiej i kompetencjach prawnika zaprawionego w sądowych bojach. Nie było wątpliwości, że im starsza, droższa i obszerniejsza, tym więcej ważnych spraw musiała w sobie nosić.

Z oczywistych zatem względów rodzina von Utrecht z łatwością złapała się na ten prosty chwyt marketingowy. Sąd oczywiście nie. Mecenas Blum, podobnie jak pozostali, miał jeszcze kilka innych teczek i zawsze potrafił znaleźć odpowiednią dla konkretnego klienta.

Ten chwyt nie podziałał jednak na Claesa von Utrecht, który jako jedyny w rodzinie nawet nie zauważył nobliwej teczki, bo był pierwszy raz w sądzie, a poza tym mieszkał w gotyckim mieszkaniu wypełnionym antykami.

Żył jednak w zupełnie innym świecie.

Claes von Utrecht należał do wybranej klasy jeźdźców w Zatoce Psów Niewiernych i naprawdę nazywał się Gal. To było najważniejsze miejsce w jego życiu. Wirtualny świat przyszłości – świat wolnych i równych ludzi – był jego największym marzeniem, któremu całkowicie się poświęcił i w którym gotów był trwać niezależnie od wszystkiego.

Toczący się proces był dla niego smutną i uciążliwą koniecznością. Zmagał się z nią od roku z powodu całkowicie rozbieżnych żądań współspadkobierców jego zmarłych ponad rok temu rodziców, Alberta i Victorii.

Był najmłodszy z czworga rodzeństwa i od młodszej z sióstr, Margarety, dzieliła go różnica dwudziestu pięciu lat, a od brata Frederika – trzydziestu trzech lat i trzech miesięcy. Przyszedł na świat, gdy Victoria miała pięćdziesiąt dwa lata. W rodzinie af Gedde, z której pochodziła, było to niezwykłym wydarzeniem, ale jeszcze bardziej niezwykły był przypadek Alberta von Utrecht, który miał wówczas sześćdziesiąt osiem lat. Obie rodziny zapewne jeszcze bardziej by się zdziwiły, gdyby się dowiedziały, że Victoria poczęła w swoich ostatnich dniach płodnych przed menopauzą.

Nieplanowane pojawienie się Claesa na świecie zostało przyjęte z pewnym zażenowaniem, konsternacją, o ile nie z widocznym niesmakiem. Szczególnie że Frederik miał już bliźniaki w wieku przedszkolnym, które nijak nie mogły zrozumieć, że właśnie urodził im się wujek.

Kłopotliwą sytuację dodatkowo pogłębiał fakt, że chrzciny późnego potomka Utrechtowie musieli po raz pierwszy zorganizować poza rodzinną kaplicą zamku Grönavatten w Smalandii, w którym teraz jakaś macedońska rodzina prowadziła z sukcesem zajazd.

Okolicznościowe przyjęcie odbyło się zatem w niedzielę wielkanocną 1980 roku w dziewiętnastowiecznej kamienicy przy ulicy Strandvägen 13 w sztokholmskiej dzielnicy Östermalm. Mały Claes Magnus cieszył się niespotykanym wręcz zainteresowaniem dwustu siedemdziesięciu dziewięciu zaproszonych gości. Każdy osobiście chciał sprawdzić, czy najmłodszy potomek dwóch rodów jest podobny do rodziców, tak jakby miał odziedziczyć po nich zmarszczki, spłowiałe oczy i przerzedzone włosy. Po mniej lub bardziej dokładnych oględzinach chłopca każdy miał inne zdanie. Ostatecznie uroczystość utraciła podniosły nastrój, jaki powinien towarzyszyć pojawieniu się nowego członka chrześcijańskiej społeczności, i zamieniła się w loppmarknad. Nie pomogła tu obojętność, jaką okazywali chłopcu Victoria i Albert, zajęci załatwianiem mnóstwa spraw z licznymi członkami obu rodzin.

I dla nikogo z gości nie było to dziwne, bo od ponad stu lat trwała sądowo-słowna śmiertelna wojna między wytypowanymi członkami poszczególnych klanów, gałęzi i rodzin. Dlatego wyjątkowego znaczenia nabierały wszelkie zjazdy rodzinne, w których formalnie nie można było odmówić udziału, bo zabraniała tego szlachecka etykieta. W rzeczywistości w XXI wieku miała ona już wyłącznie merkantylne znaczenie i służyła do grabienia resztek dawnego rodzinnego imperium.

Karol von Utrecht przybył do Szwecji w 1633 roku, w samym środku wojny trzydziestoletniej, wraz ze zwłokami króla Gustawa Adolfa zwanego Lwem Północy. Pochodził ze zubożałej niemieckiej rodziny szlacheckiej, która gorąco powitała szwedzkiego króla, Mesjasza Północy, obrońcę jeszcze ciepłego protestantyzmu, i oddała w jego służbę wszystkich pięciu synów, już od kilku lat z dużym poświęceniem uczestniczących w walce o jedyną słuszną odmianę chrześcijaństwa i pomnożenie własnego majątku.

Do noszenia broni nie nadawał się jedynie najmłodszy z Utrechtów, Karol, którego za nieznane dotąd grzechy rodziców Bóg pokarał kurzą klatką piersiową, niskim wzrostem i krzywymi nogami. Nie pasował na niego żaden kirys i miał też poważne kłopoty z dosiadaniem konia, więc z zaangażowaniem pilnował taborów.

 

Czterech starszych braci Karola, rycerskich i groźnych, Pan Bóg obdarzył za to wyjątkowymi walorami fizycznymi, pozwalając im tym samym na sprawne pomnażanie majątku Utrechtów. Wkrótce okazało się, że ułomności Karola są dla nich prawdziwym dobrodziejstwem. Szybko opanował on umiejętność czytania i pisania, ale najlepiej szło mu liczenie. Mógł się zatem zająć coraz bardziej się rozrastającym taborem braci.

W 1630 roku Utrechtowie przyłączyli się do lądujących na Pomorzu wojsk szwedzkich i wkrótce objęli oficerskie komendy. Zgromadzony dotąd majątek pozwolił im na wystawienie sporych oddziałów piechoty i czterech szwadronów kawalerii, więc ich stan posiadania szybko się rozszerzał u boku kroczącego od sukcesu do sukcesu Gustawa Adolfa. Natomiast zdolności biznesowe Karola znalazły uznanie u samego hrabiego Axela Gustafssona Oxenstierny, co liczyło się wtedy nawet bardziej niż względy samego króla.

Wojna trzydziestoletnia trwała dłużej niż jedno pokolenie i tylko zaprawieni w starych dokumentach historycy potrafią w miarę dokładnie określić, kto, kiedy i w jakiej bitwie zwyciężył. Historia braci von Utrecht zaczęła się w 1620 roku i zakończyła przybyciem Karola do Sztokholmu w 1633. Im bardziej przeciągała się wojna, tym większy stawał się majątek braci, lecz prawdopodobieństwo ich przeżycia malało. Z biegiem czasu wojska szwedzkie miały coraz mniej szczęścia i w ciągu dwóch lat polegli czterej bracia von Utrecht. Ostatni padł pod Lützen razem z królem Gustawem II Adolfem.

Karol był już wówczas zamożnym kwatermistrzem armii szwedzkiej. Hrabia Oxenstierna, wyznaczony na regenta królestwa, zabrał go ze sobą do Sztokholmu, pewny jego lojalności i kompetencji. Potrzebował kogoś zaufanego i niezwiązanego z miejscowym środowiskiem. Karol, już wkrótce von Utrecht, z powodzeniem pomnażał teraz budżet królestwa i uczciwie, bez jakiejkolwiek zachłanności, swój własny. Lojalność i uczciwość opłaciły mu się podwójnie, bo Bóg dodatkowo obdarzył go mądrą i zdrową żoną, a wkrótce też licznym potomstwem, zupełnie do niego niepodobnym, ale jedynie fizycznie, jako że zdolności do robienia interesów następne pokolenia miały nie mniejsze niż protoplasta rodu.

Dopiero w 1818 roku, gdy tron szwedzki objęła francuska dynastia Bernadotte, uprzywilejowana pozycja rodu von Utrecht zaczęła podupadać. W ponad dwieście lat od przybycia Karola do Sztokholmu sowicie obdarzona nadaniami przez króla Oskara I rodzina von Utrecht na zawsze utraciła dostęp do państwowego skarbca i zajęła się wyłącznie zarządzaniem swoim niemałym przecież majątkiem, rozłożonym od pól Skanii po tundrę Norrlandu.

Jednakże nie tylko decyzja króla Oskara spowodowała zmierzch Utrechtów, trwający nieprzerwanie przez następne półtora wieku. Musiało stać się coś jeszcze, ale dzisiaj nie sposób już ustalić co. W rodzinie zanikł gen przedsiębiorczości i opanował ją wirus próżności, bezproduktywności i arogancji. Wirus wyjątkowo zaraźliwy. Opanowywał skutecznie nawet te rodziny, które próbowały się z nimi wiązać. Utrechtowie, niezależnie od płci, z uporem bliskim obsesji wybierali zawody, które nie dość, że nie przynosiły żadnego dochodu, to jeszcze powodowały ogromne straty. Dlatego przez dziesięciolecia, krok po kroku, wyprzedawali majątek zgromadzony przez poprzednie pokolenia i wciąż im się wydawało, że skoro można to było robić przez sto pięćdziesiąt lat, to będzie można już zawsze.

Albert von Utrecht zmarł w wieku dziewięćdziesięciu ośmiu lat, a w kilka miesięcy po nim, w wieku osiemdziesięciu dwóch, odeszła Victoria. Była to główna gałąź rodu i spadkobiercy się spodziewali, że trzystusiedemdziesięciometrowe mieszkanie na Östermalm, warte, lekko licząc, kilkanaście milionów koron, oraz jego wyposażenie wycenione na wiele więcej będą przedmiotem podziału i pozwolą wszystkim na pokrycie długów, a być może nawet na sfinansowanie nowych wydatków. Okazało się jednak, ku ogólnemu zaskoczeniu, że Albert i Victoria pozostawili długi przewyższające na oko wartość mieszkania z wyposażeniem.

Na wniosek wierzycieli sąd zabezpieczył majątek Utrechtów, pozwalając Claesowi mieszkać na Strandvägen do zakończenia sprawy.

Teraz wszyscy dziedziczący, każdy oddzielnie, walczyli w sądzie o odrzucenie spadku po Albercie i Victorii, wciąż przy tym żywiąc skrywaną głęboko nadzieję, że to jednak niemożliwe, by nic nie zostało z prawie czterystuletniej historii Utrechtów, i przeciągając proces w nieskończoność. Na to właśnie liczył syndyk, adwokat wierzycieli, który nosił komputer zamiast teczki i marzył o dobraniu się także do majątku spadkobierców.

Jednak dla Claesa ten proces miał zupełnie inne znaczenie. Przez ostatnie kilka lat rodzinne antyki były przykrywką dla zarządzanej przez niego fikcyjnej aukcji internetowej. Dom Aukcyjny Henry’ego Corteza wyśmienicie legalizował pieniądze dostarczane przez Mirmilla na działalność plemienia. Syndyk nie miał najmniejszego pojęcia, że stare obrazy, meble i rzeźby zbierane przez rodzinę od setek lat były już wielokrotnie sprzedane do Rosji, USA, Niemiec, Argentyny i wielu innych krajów świata, choć w rzeczywistości nigdy nie opuściły domu w Sztokholmie.

Teraz cały majątek na Strandvägen został zabezpieczony przez sąd, z wyjątkiem rzeczy, które Claes zdążył przenieść do domu znajomego. Były to cztery nieduże obrazy w stylu vanitas Adriaena van Utrechta z bocznej holenderskiej linii rodu. Miały dla Claesa znaczenie symboliczne i nigdy na szczęście nie zostały skatalogowane jako majątek Utrechtów.

Ludzkie czaszki, przypominające o marności człowieczego żywota i nieuchronnej śmierci, zupełnie nie pasowały do dziedzicznego hedonizmu przedstawicieli rodu i ich nadpobudliwości seksualnej. Dlatego żaden z obrazów nigdy nie zawisł na ścianie. Stały zatem zapomniane w zakurzonej komórce bez okna. A mogły się doskonale prezentować w ciemnym gotyckim mieszkaniu na Strandvägen, pełnym tajemniczych zakamarków.

Claes odkrył nagie czaszki i martwe zwierzęta z zainteresowaniem bliskim podnieceniu, gdy miał osiem lat, i od tamtej pory studiował je nieustannie, znajdując w nich wciąż coś nowego i coraz bardziej emocjonującego. Z czasem nabrały dla niego osobistego znaczenia i choć nie wiedział jeszcze, co oznacza sztuka vanitas, to jednak w podświadomości odczytywał je tak, jak należy. Któregoś dnia, gdy miał dwanaście albo trzynaście lat, ze zdziwieniem się zorientował, że obrazy są osierocone i że nikt nie poświęca im uwagi, więc adoptował je jako swoje.

Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl, by je wycenić, a tym bardziej sprzedać.

Bał się jedynie, że jego rodzeństwo, wychowane na podobieństwo swoich rodziców, wszystko, co zostało, rozerwie na strzępy, nie bacząc na majestat śmierci.

Claesa Magnusa z rodzicami nie łączyło prawie nic, a jeszcze mniej z rodzeństwem. Był wciąż dziwnym przypadkiem, który nie powinien był się zdarzyć, a z którym trzeba jednak coś zrobić. Toteż Claes wychowywał się sam, ledwie zauważany przez coraz szybciej starzejących się rodziców i tolerowany przez rodzeństwo zajęte ciągłym przepychaniem się na okładkę „Hänt i Veckan”.

W 1982 roku Albert von Utrecht zakupił nieduże mieszkanie w kamienicy na obrzeżach centrum miejscowości Almuñécar na południowym wybrzeżu Hiszpanii, nieopodal Malagi.

Claes spędzał tam każde lato, najpierw z rodzicami, a potem sam lub z przyjaciółmi, i długo nie wiedział, jak piękne może być lato w Szwecji. We wczesnym dzieciństwie nawet nie miał szwedzkich przyjaciół. Szybko opanował hiszpański i wychowywał się z rówieśnikami z okolicznych domów. Gdy szedł do szkoły, mógł równie dobrze zaczynać naukę w Madrycie jak w Sztokholmie.

Zdarzyło się kiedyś, gdy miał czternaście lat, że zgubił klucz, a rodzice wyjechali do znajomych w Maladze i mieli wrócić dopiero za dwa dni. Stanął zatem wobec trudnej decyzji, co ze sobą zrobić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?