Nieśmiertelni

Tekst
Z serii: Nielegalni #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  28,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Amina i Isa stali na środku pomieszczenia, tak jak ich zostawił, trzy metry od siebie, i nie wiedzieli, czy mają usiąść, czy stać, robić coś, rozmawiać ze sobą, czekać na niego… Zachowanie Muhamedowa było dla Aminy deprymujące i czuła, że jej oczekiwania i emocje rozmijają się z tym, co chciał jej przekazać. A może to ona nie potrafiła właściwie odczytać jego przesłania… o ile w ogóle jakieś było.

Patrzyła teraz na Isę, pogodnego i nieświadomego jej rozterek, który stał dumnie wyprostowany, jak wykuty w granitowej skale, wierny Muhamedowowi i pełen miłości do Allaha. Widząc go takim rozbrajająco pięknym, doszła do wniosku, że jest jednak przewrażliwiona albo przynajmniej nie powinna myśleć w ten sposób. Muhamedow był przecież jej dai-kabirem.

Minęło pół minuty, kiedy otworzyły się drzwi i do domu wszedł Muhamedow ze sporą skrzynką w rękach. Była nieco mniejsza niż skrzynka na granaty, zielona, zrobiona z jakiegoś tworzywa, i musiała ważyć co najmniej pięć kilo. Na bokach miała ruchome stalowe uchwyty, okucia na kantach i zamknięta była na dwa dziwne, rolowe zatrzaski. Amina nigdy takiej nie widziała.

Muhamedow postawił skrzynkę ostrożnie na stole i położył na niej obie ręce, jakby chciał sprawdzić, czy jest ciepła. Miał natchniony wyraz twarzy. Amina i Isa przybliżyli się do stołu.

– To jest archiwum naszej misji… – zaczął spokojnie, bez żadnej emfazy. – Może powinienem nawet powiedzieć, że to nasze serce… Braci Czystości, i testament Raszida ad-Din Sinana, niech Allah ma go w swojej opiece…

– Allah akbar – powtórzyli.

– W tej skrzyni znajdują się dokumenty, które, jeśli Bóg pozwoli, pomogą nam w wielkiej syntezie i poruszą świat, ustawią go na właściwym miejscu… i… – Widząc zaskoczone twarze Aminy i Isy, Muhamedow uśmiechnął się tajemniczo. – Nie. Nie ma w niej żadnych magicznych przedmiotów, lampy Aladyna ani haseł dla Ali Baby… chociaż? – Przechylił głowę. – W tych dokumentach uwięzione są dusze pokoleń wojowników Alamutu i nadzieja na powrót Mahdiego.

Amina patrzyła, zaskoczona jego uniesieniem i ładnym, poetyckim, prawie koranicznym językiem, i poczuła, że Muhamedow, mimo wyglądu kaukaskiego żigolaka, wyzwolił w niej właśnie jakieś nowe, nieznane jej dotąd uczucie. Wcześniejsze obawy zrobiły się nagle śmieszne, niedorzeczne i znikły gdzieś w przeszłości.

– Znajdują się tu dokumenty. Niby zwykłe papiery, ale zapisane są na nich informacje, które dadzą Braciom Czystości wsparcie w ich wielkiej misji i, jeśli Bóg pozwoli, pomogą wyzwolić narody Kaukazu. – Przerwał i po chwili dodał: – Albo pogrążą nas w otchłani piekielnej i po tysiącu lat zginą na zawsze Ichwan as-Safa. Dlatego… Amino, nie będziesz na razie jeździć do Syrii, bo wraz z Isą i waszym oddziałem musisz chronić tę skrzynię. Będziecie strażnikami dziedzictwa Alamutu. – Uśmiechnął się na widok coraz szerzej otwierających się oczu Aminy i ust Isy. – Ona nie może dostać się w obce ręce, a nikt nie ochroni jej lepiej niż wy, przyjaciele i kochankowie, fidai Braci Czystości.

– Dai-kabirze… – odezwał się niepewnie Isa. – Wszystko jasne, ale kiedy mamy ją zniszczyć…? I kto jest obcy? Skąd będziemy to wiedzieć? – zadał oczywiste, praktyczne pytania, jakie powinien zadać każdy roztropny strażnik.

– Skrzynię mogę otworzyć tylko ja. Trzeba mieć do tego… to! – Wyjął z kieszeni urządzenie podobne do telefonu komórkowego. – W skrzyni znajduje się ładunek zapalający, który zniszczy całą zawartość, jeśli nie zostanie wcześniej wyłączony… tym właśnie pilotem. Każda nieuprawniona próba spowoduje eksplozję termiczną. W środku jest też nadajnik GPS, który pozwala śledzić tę skrzynię na całym świecie, jeśli się przypadkiem zagubi, i zdalnie zdetonować wewnętrzny ładunek.

– Ożeż ty… – Isa westchnął głęboko jak dziecko i z niedowierzaniem pokręcił głową, ale trudno było się zorientować, czy zrobił to z uznania dla niezwykłego urządzenia, dumy z powierzonej mu roli strażnika, czy też zwykłego przejęcia.

– To jest telefon satelitarny do naszej łączności. – Muhamedow położył na stole słuchawkę z ładowarką. – Używajcie go bardzo oszczędnie, bo Rosjanie mogą namierzyć sygnał wychodzący z gór.

Pokiwali głowami, bo doskonale wiedzieli, jak niebezpieczny może być w górach telefon.

Amina od razu zrozumiała, jakie jest przesłanie misji, którą powierzył im dai-kabir, i z całą mocą uzmysłowiła sobie, że będzie musiała zginąć ostatnia, bo nikt oprócz niej tej skrzyni nie ochroni. Było oczywiste, że Muhamedow przywiózł ją do Tarhanu, żeby ukryć w swoim mateczniku. Najbezpieczniejszym miejscu na ziemi.

I chociaż nie wiedziała, co jest w środku, to nie wątpiła, że dostała najważniejsze i ostatnie zadanie. Przyszłość Braci Czystości, ich tysiącletnia misja zostały szczęśliwie i bezpiecznie złożone w jej ręce.

Mój dai-kabir wiedział, kogo wybiera – pomyślała z dumą i smutkiem jednocześnie.

– Pamiętam o Rustamie. Oczywiście, że pamiętam – rzucił niespodziewanie Muhamedow, jakby przymuszony dziwnym spojrzeniem Aminy. – On nie tylko jest twoim bratem, to także nasz fidai i Wajnach. Dobrze wiesz, że Bracia nie zostawiają swoich wojowników w potrzebie. – Podszedł bliżej, położył jej ręce na ramionach, zrobił grymas podobny do uśmiechu i niemal oświadczył: – Rustam już wkrótce będzie tu z nami, w górach. Obiecuję.

Amina przytuliła głowę do jego piersi.

– Inszallah – wyszeptała. – Inszallah.

8

Przeszli na drugą stronę ulicy Drottning Kristinas, przecinającej KTH na dwie równe części, i ruszyli w lewo, wzdłuż małego parkingu, by po pięćdziesięciu metrach skręcić w prawo i zejść z niewysokiej skarpy do piętrowego ceglanego budynku z lat czterdziestych. Posuwali się szeregiem wydeptaną w śniegu ścieżką. Prowadził policjant olbrzym, za nim, lekko utykając, szedł Selander, a pochód zamykał mały Tove w kapturze na głowie.

Na dole, przy drzwiach, oczekiwał na nich stary Lars Gumme, szef ochrony Securitasu na KTH i były policjant. Znali się z Selanderem od lat, chociaż nigdy razem nie pracowali i poza zwykłą policyjną znajomością, jakich wiele, nic ich nie łączyło. Dzisiaj Selander musiałby się długo zastanawiać, żeby sobie przypomnieć, w jakiej jednostce służył Gumme.

– Wszystko gotowe, Gunnar – powiedział Lars, ściskając po kolei każdemu rękę. – Na górę proszę i w lewo.

Centrum monitoringu wyglądało dość typowo i mimo że miało zapewniać nadzór nad bezpieczeństwem jednej z najbardziej nowoczesnych uczelni świata, nie należało do szczególnie zaawansowanych technicznie. Kilkanaście monitorów, konsola z mnóstwem przycisków i światełek, trzech pracowników, atmosfera jak w imitacji promu kosmicznego dla dzieci.

– Mamy przygotowany obraz z kamer w czasie, który was interesuje. Czyli od dwudziestej trzeciej piętnaście – zaczął Lars. – Wszystko zobaczycie na tym monitorze – wskazał dwudziestopięciocalowy ekran stojący na oddzielnym stole. – Przypominam, że jest piątek i życie studenckie jest w szczycie aktywności. Czasami, niestety, tu i tam widać to na naszych monitorach. Dzieciaki często nie mają wstydu, ale jest zima, więc… – Ciężki dowcip policyjny nie zrobił na nikim wrażenia. – Oprócz hakatonu mamy kilka innych imprez… chociażby koncert rockowy w Kåren, pięćdziesiąt metrów dalej, zawody w tańcu towarzyskim w sali szkoły baletowej tuż obok i coś tam jeszcze… – Pokręcił głową jakby z niedowierzaniem. – Czyli ruch jest jak na Sergels Torg, nie przymierzając… sami widzicie… i mogą być problemy z identyfikacją.

Stanęli półkolem wokół monitora, na którym po chwili pojawiło się nagranie z kamery ustawionej na wprost wejścia do „reaktora”, obejmującej swoim zasięgiem dom z lewej i przejście przez jezdnię. Na obrazie doskonałej jakości widniał numer kamery, obiektu, data i czas. Była 23.15. Harriet i Tove wysunęli się do przodu, by lepiej widzieć, a Lars pilotem przesuwał nagranie do przodu. Co jakiś czas ktoś wchodził do „reaktora” lub z niego wychodził, więc Lars raz po raz musiał zatrzymywać obraz, by Harriet i Tove mogli się dokładnie każdemu przyjrzeć.

W prawym górnym rogu ekranu pojawiły się cyfry 23.37.

– To on! – wykrzyknęli jednocześnie Harriet i Tove na widok wychodzącego Antona.

Ubrany w kurtkę, bez czapki, przeszedł kilka kroków do przodu i zatrzymał się na skraju chodnika, dobrze widoczny pod latarnią. Rozejrzał się, wyraźnie kogoś wypatrując. Minęło go kilka osób, z kimś zamienił parę słów i wciąż stał w tym samym miejscu. Spojrzał na zegarek. Na monitorze była 23.40.

– Czeka na Lassego – odezwała się Harriet.

– Bardzo dziwne… – wymamrotał Gunnar. – Gdzie ten Lasse? I kim on w ogóle jest?

Anton przestępował z nogi na nogę. Pomachał komuś ręką, wciąż się rozglądając. Czekał.

Była 23.43, kiedy podjechał do niego volkswagen transporter z napisem „Securitas” i zasłonił go tak, że Anton znikł z pola widzenia.

– To wasz? – zapytał Gunnar.

– Wygląda… – Lars nie dokończył, bo samochód po kilku sekundach ruszył i okazało się, że Anton znikł. – Co jest grane? Wsiadł?

Wszyscy spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.

– Czy to wasz samochód? – ostrym tonem powtórzył Gunnar.

– Wygląda, że nasz, ale… – Lars cofnął pilotem obraz i zatrzymał kadr. – Numer boczny wozu… – Przyjrzał się uważniej. – Dwanaście? Tak… dwanaście!

– Co się dzieje? – włączyła się zaniepokojona Linda. – Nic nie rozumiem.

Lars podszedł do konsoli.

– Dwunastka… dwunastka!

– Dwunastka… słucham… – odezwał się głos w radiostacji.

– O dwudziestej trzeciej czterdzieści trzy zabraliście mężczyznę z Drottning Kristinas…

– Skąd? – zapytał mężczyzna.

– KTH…

– Nikogo nie zabieraliśmy – odparł. – Jesteśmy od dziesiątej na patrolu w Täby, przy spalonym domu.

– Dwunastka? – Lars podszedł do monitora.

– Dwunastka – odparł spokojnie głos. – Jakaś pomyłka? O co chodzi?

 

– W porządku, dziękuję. Bez odbioru – zakończył Lars i wszyscy przez chwilę wpatrywali się w ekran.

– Co się dzieje? – pierwsza odezwała się Linda, mocno zaniepokojona i zaskoczona jak wszyscy.

Selander wyjął z kieszeni telefon komórkowy i odszedł na bok. Linda wyjęła swój i ruszyła w przeciwnym kierunku. Harriet czuła, jak po plecach spływa jej pot, i to nie dlatego, że cały czas miała na sobie zimową kurtkę i czapkę, a w pomieszczeniu było ciepło. Ta kropelka potu była zmaterializowanym przez jej ciało strachem i rozpaczą jednocześnie. Doznanie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła, skłębione w jej wnętrzu, próbowało teraz wydostać się na zewnątrz. Cały czas, jak w fotoplastykonie, klatka za klatką, pojawiały się w jej pamięci ostatnie słowa Antona. Harriet już wiedziała, że musi natychmiast poinformować o tym Lindę.

– Lindo… – zaczęła, ale ta rozmawiała przez telefon i dała znak ręką, żeby zaczekała.

– Lars – odezwał się za jej plecami Gunnar – połącz się z tą dwunastką i zapytaj, jaki mają samochód. Jaki typ?

– Dwunastka! Zgłoś się. Dwunastka?

– Zgłaszam się – odpowiedział ten sam głos co poprzednio.

– Jaki macie samochód… podaj typ.

– Volvo 60, a o co chodzi?

– To wszystko. Dziękuję – zakończył Lars.

– Wygląda na to, że miała pani rację, Harriet – powiedział do niej Selander. – Coś się stało. Lars! – Odwrócił się do Gummego. – Natychmiast przejrzyjcie dokładnie wszystkie nagrania z waszych kamer, ten samochód musi się gdzieś jeszcze pojawiać. Przecież nie wyskoczył spod ziemi ani się pod nią nie zapadł. Potrzebne nam numery rejestracyjne, choć pewnie tablice i tak są skradzione. Podaj dane na nasz monitoring miejski – polecił umundurowanemu olbrzymowi i znacząco kiwnął głową.

– Porwanie? – zapytała wyraźnie poruszona Linda.

– Niewykluczone – odparł. – W domu go nie ma, sprawdziliśmy już. Wygląda to wszystko bardzo podejrzanie. Gdzie jest jego biuro? Tove, wiesz?

– Biuro? Nooo… w „reaktorze”, przecież dopiero co tam byliśmy… – plątał się zdezorientowany Tove. – Aaaa… chodzi o jego pracownię naukową, tak? No oczywiście, jest w Quantum.

– Czyli gdzie? – Selander podniósł głos.

– No w 4S…

– Czyli gdzie? – niemal krzyknął.

– Na wydziale elektroniki – wtrąciła Harriet. – Sto pięćdziesiąt metrów stąd. Ma pracownię w części, która teraz jest zamknięta z uwagi na… programy badawcze. Anton nadzorował bezpieczeństwo. Już tam kilka razy dzwoniłam, ale nikt nie odbiera.

– Sprawdzimy…

– Coś mamy! – krzyknął Lars. – Chodź tu szybko, Gunnar! Zobacz!

Wszyscy jak na komendę ruszyli w kierunku konsoli, gdzie stał Lars Gumme z dwoma pracownikami. Ustawili się za jego plecami, na wprost rzędu monitorów. Selander przepchnął się do przodu i bezceremonialnie przesunął ręką jednego z pracowników, który na moment stracił równowagę, ale bez protestu ustąpił na bok.

– Dawaj!

– Tu… na tym monitorze… to nagranie z siedemnastki, na dachu wydziału chemii.

Na identycznym jak poprzednio monitorze widać było zaśnieżoną perspektywę ulicy Drottning Kristinas i rozbawioną grupkę studentów z puszkami piwa w dłoniach. Po chwili z prawego dolnego rogu wysunął się dach samochodu i na ekranie pojawił się volkswagen numer 12 z napisem „Securitas” o wyraźnie widocznych numerach rejestracyjnych. Była 23.43. Przejechał około stu pięćdziesięciu metrów i skręcił w prawo za dwupiętrowy długi budynek z jasnej cegły, po czym znikł z ekranu.

– To wydział elektroniki! – odezwała się podniecona Harriet.

– Tu jest więcej – wtrącił Lars. – Na tym monitorze. To z kamery ustawionej z drugiej strony budynku elektroniki… mamy parking.

Widać było, jak samochód wyjeżdża zza rogu i bardzo powoli sunie wzdłuż budynku. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się przed tylnym wejściem. Otworzyły się drzwi po stronie pasażera i wysiadł mężczyzna w mundurze firmy Securitas. Twarz, słabo widoczną w nocnym świetle, dodatkowo przesłaniała naciągnięta głęboko wełniana czapka. Zaczął się rozglądać, najwyraźniej sprawdzając otoczenie, po czym okrążył samochód, popatrzył w okna budynku i podszedł do drzwi. Wyglądał jak typowy ochroniarz podczas rutynowego obchodu. Po chwili dał ręką znak i otworzyły się przesuwane drzwi volkswagena. Wysiadł kolejny ochroniarz w czapce, potem skuty z tyłu Anton, a za nim trzeci ochroniarz, z bronią przedłużoną o tłumik. Weszli do środka, a ten pierwszy został przy drzwiach.

– O Boże! – wyszeptała Harriet.

Selander natychmiast wyciągnął krótkofalówkę z kieszeni.

– Inspektor Gunnar Selander do stanowiska operacyjnego – powiedział z wyraźnym napięciem. – Jestem na KTH w sprawie zaginięcia Antona Peteriusa. Zachodzi podejrzenie przestępstwa z użyciem broni. Co najmniej czterech uzbrojonych mężczyzn w mundurach Securitasu na wydziale elektroniki. Proszę o natychmiastowe wsparcie! Podejmuję interwencję… Lars i ty! Macie broń? – rzucił krótko do Gummego i jednego z ochroniarzy.

Obaj skinęli głowami i ruszyli do otwartej szafy pancernej.

– Ty zostajesz tutaj! – zwrócił się do drugiego ochroniarza. – I uważaj na wszystko! Linda? Pomożesz nam? Weź broń ochroniarza.

Wydawał rozkazy szybko i wyraźnie. Wszystko trwało ledwie kilkadziesiąt sekund i chociaż było oczywiste, że nagranie, które widzieli, zostało utrwalone kilka godzin wcześniej, to jednak należało działać. Czterech mężczyzn z bronią wysiada z fałszywego wozu Securitasu z uwięzionym pracownikiem FRA i wchodzi na wydział, gdzie prowadzi się tajne programy – ten obraz w wyćwiczonym na takich łamigłówkach umyśle Selandera uruchomił wodospad dopaminy i syndrom psa tropiącego.

– Wy… – Gunnar wskazał głową na Harriet, ochroniarza i Tovego – pilnujecie monitorów. Sprawdźcie wszystkie nagrania i informujcie – rzucił w drzwiach, gdy Linda i ochroniarz zaczęli już zbiegać po schodach. – Zaczekajcie! – zawołał zniecierpliwiony, bo nie mógł biec tak szybko jak oni. – Lars, prowadź!

Budynek wydziału elektroniki stał sto metrów dalej i był doskonale widoczny, chociaż z lewej strony trochę zasłaniały go zimowe drzewa. W trzech oknach na pierwszym piętrze paliło się światło. Żeby się dostać do tylnego wejścia, musieli przejść przez zadrzewiony teren, gdzie zalegał wysoki śnieg. Było już późno i na KTH panowała cisza, wytłumiona grubym śnieżnym kożuchem. Pierwszy po kolana wpadł Lars, stracił równowagę i poleciał na twarz, trzymając pistolet w dłoni. Ochroniarz i Linda pomogli mu się wydostać, gdy tymczasem Gunnar, pokonawszy odśnieżony parking, podbiegł z drugiej strony budynku. Przesunął się wzdłuż ściany i trzymając oburącz broń, wyjrzał zza rogu. Doskonale wiedział, że samochodu już tam nie ma, ale musiał zachować ostrożność. Po chwili dołączyli do niego pozostali. Zasapany Lars nerwowo czyścił ze śniegu pistolet, chuchając na niego i uderzając nim o dłoń.

– Linda i ty, idźcie od drugiej strony – zarządził Gunnar. – Sprawdźcie, czy na śniegu są ślady samochodu. My z Larsem spróbujemy od tej strony.

Z oddali, gdzieś od Valhallavägen, dobiegła go syrena zbliżającego się radiowozu i po chwili druga, od strony uniwersytetu.

Tak jak przypuszczał, samochodu przed wejściem już nie było. Drzwi wyglądały na zamknięte. Nikogo w zasięgu wzroku. Z trzech okien na końcu budynku padał na drzewa i parking wewnętrzny snop silnego żółtego światła.

Inspektor Gunnar Selander miał tak wyrobiony instynkt policyjny, że wystarczył mu jeden głęboki haust mroźnego powietrza, żeby wyczuć przestępstwo i krew. Wyciągnął broń i przeładował.

– Harriet, odezwij się – powiedział do radiostacji, którą wziął od Larsa.

– Tak, inspektorze? – zgłosiła się niemal natychmiast.

– Pracownia Antona to pierwsze piętro, północna część, prawa strona, trzy ostatnie okna?

– Tak.

– Dziękuję.

Ruszyli powoli wzdłuż ściany, uważnie stawiając stopy, tak by nie zadeptać śladów.

Dobrze, że nie pada śnieg – pomyślał Gunnar.

Lars szedł za nim. Gdy nawiązał kontakt wzrokowy z Lindą, dał jej znak, by została na swoim miejscu. Dwa radiowozy na światłach stanęły po drugiej stronie budynku, blokując główną ulicę. Tymczasem Lars i Gunnar dotarli do drzwi.

– Powiedz im, żeby zabezpieczyli cały teren i nie ważyli się zbliżać, dopóki nie poproszę o pomoc – powiedział do Larsa, nawet się nie odwracając. – Niech ściągają ekipę SKL, a ty pilnuj wyjścia. Zobacz! – wskazał pistoletem odciśnięte na śniegu ślady opon. – Pilnuj tego! – dodał i ostrożnie wślizgnął się do wnętrza.

W budynku panowała cisza. Światło na schodach było mocne i pozwalało wyraźnie dostrzec wszystkie szczegóły. Selander patrzył uważnie pod nogi i starał się stąpać ich zewnętrzną stroną, by nie zatrzeć ewentualnych śladów. Zupełnie zapomniał, że jego lewa noga nie nadąża za prawą.

Wycelował swojego sig-sauera P226 w górę i ruszył po schodach, spięty, gotowy do strzału. Wszystkie zmysły pracowały jak idealnie zestrojona aparatura. Nic nie mogło ujść jego uwagi, żaden szczegół, impresja, déjà vu, żadne wrażenie. Zarejestrować je był w stanie tylko teraz, ten jeden raz, bo gdy wejdą kryminalistycy, policjanci, szefowie, zniknie bezpowrotnie aura miejsca i o wszystkim decydować będzie już tylko bezduszna nauka. A to za mało – uważał Gunnar. Przestępca nadal mógł być na miejscu, a jeśli nie, to w przestrzeni, jak ektoplazma, wciąż trwało jego wspomnienie.

Selander wszedł na pierwsze piętro. Rozejrzał się i skręcił w prawo, do uchylonych drzwi z numerem 1009. Zbliżył się i wtedy poczuł silny, słodki zapach krwi, dobrze znany każdemu policjantowi, ale ten wydawał się wyjątkowo intensywny, jak jeszcze nigdy wcześniej. Wiedział, co za chwilę zobaczy, i przez moment nie był pewien, czy chce wejść. Lufą pistoletu popchnął szklane drzwi, które swobodnie się uchyliły, skrzypiąc cicho.

Trzy metry za nimi, po lewej, w rogu pokoju, leżał na plecach chłopak z jedną ręką złożoną na piersi, a drugą wyciągniętą, jakby miał za chwilę rozpocząć recytację. Szeroko otwarte, wyschnięte oczy na białej jak papier twarzy patrzyły w kierunku wejścia. Zastygły uśmiech na sinych ustach i przesunięte na czoło okulary nadawały mu żartobliwy wyraz manekina ze sklepowej wystawy, przerażająco kontrastujący z majestatem śmierci.

Ogromna kałuża ciemnej, gęstej krwi odcięła drogę i Selander zatrzymał się niepewnie. By przejść dalej, musiałby wdepnąć w krew, a o skoku nie było mowy.

Bardzo dużo krwi… z takiego delikatnego chłopaka – uderzyło go od razu. Dziwne. Tyle krwi? Potrzebuję jakiegoś krzesła… taboretu, po którym mógłbym przejść…

Przyjrzał się ciału uważniej i zauważył, że chłopak zaciska w dłoni uchwyt od dzbanka do kawy. Kawałki szkła w kałuży tłumaczyły jej rozmiar.

Kawa zmieszana z krwią – pomyślał, a serce biło mu tak szybko, że przez moment obawiał się, że zemdleje.

Cofnął się o krok i wtedy dostrzegł w głębi korytarza, w odległości jakichś dziesięciu metrów, wystające z pokoju po prawej stopy w sportowym obuwiu.

– Drugie ciało – powiedział na głos i wyciągnął krótkofalówkę, by wezwać pomoc.