Nieśmiertelni

Tekst
Z serii: Nielegalni #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  28,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Inspektor Gunnar Selander ze sztokholmskiej policji przyjechał dwadzieścia pięć po drugiej.

W „reaktorze” hakaton nabrał już pełnego rozpędu. Wokół słychać było stukanie setek palców po klawiaturach, a w powietrzu wyczuwało się wirtualne napięcie między ludźmi i komputerami.

Nie było w tej chwili drugiego takiego miejsca na świecie i właśnie takie wrażenie odnosił Selander, który w towarzystwie dwóch potężnych policjantów w mundurach przeciskał się między stolikami, krzesłami, leżakami i materacami, okupowanymi przez wyposażonych w laptopy hakerów. Widok mundurowych na ułamek sekundy wyrywał ich z transu, niektórzy podnosili znad monitorów zamglony wzrok, palce zamierały w powietrzu, lecz po chwili wszyscy znów zanurzali się w matriksie. Policjanci tutaj nie mogli być realni.

Funkcjonariusze zostali przed drzwiami, a Selander wszedł do biura Antona.

– Nazywam się Gunnar Selander i jestem inspektorem sztokholmskiej policji. Harriet Berghen? – zapytał, wyciągając dłoń.

– Tak, to ja – odparła z widoczną ulgą.

– Mógłbym zobaczyć jakiś dowód tożsamości? Niech pani usiądzie – zamruczał i sam usiadł pierwszy.

– Oczywiście… tak, tak…

Zaczęła niezdarnie przeszukiwać kieszenie, zanim po prawie minucie drżącymi palcami podała mu dowód.

– A pan kim jest? – zwrócił się do niskiego blondyna przed trzydziestką, w okularach, stojącego obok niej.

– Tove Hultsvik – odparł zapytany i natychmiast wręczył policjantowi swój dowód. – Jestem współorganizatorem tego hakatonu i przyjacielem Antona.

– Niech pan zaczeka za drzwiami. – Inspektor sprawiał wrażenie ociężałego i zaspanego.

Gunnar Selander należał do najbystrzejszych policjantów w województwie sztokholmskim. Kula wystrzelona dwa lata wcześniej przez pewnego Rosjanina w hotelu w Solnie uszkodziła mu kręgosłup i od tej pory miał kłopoty z lewą nogą, która wyraźnie opóźniała się za prawą, i składnym wysławianiem, choć wszyscy sądzili, że stał się po prostu małomówny. Natura jednak nie zna próżni i tamte braki wyrównała wyostrzeniem zmysłów i inteligencji.

Pobyt w szpitalu sprawił, że Gunnar wyglądał teraz na sześćdziesiąt lat, chociaż dopiero dobiegał pięćdziesiątki, co było odwrotnością powszechnej w Szwecji zasady, że człowiek wygląda na mniej, niż ma. Na dodatek odeszła od niego żona, która ociągała się z decyzją przez ostatnie pięć lat. Z powodów zdrowotnych przestał marzyć o łodzi i rejsie na Lofoty oraz na zawsze zrezygnował z gry w policyjnej drużynie unihokeja, ale nie z kibicowania.

Cierpiał na bezsenność, mało mówił, nie pił kawy, mógł się poszczycić sukcesami w zakładach V75 na wyścigach kłusaków i chętnie brał nocne dyżury. Wszyscy go lubili za koleżeństwo, siłę woli, dobre typy w obstawianiu gonitw i wyjątkowego nosa do rozwiązywania najtrudniejszych spraw. Selander stał się niezastąpionym policjantem.

Sprawa, w jakiej przyjechał teraz na KTH, była właśnie jedną z tych, do których potrzeba policjanta o specjalnych predyspozycjach śledczych, kogoś na wzór Becka, Wallandera i Falka w jednym. I Gunnar Selander właśnie taki był, a właściwie był od nich lepszy, bo prawdziwy.

Dotąd sądził, że po sprawie Garbinowa już nic gorszego nie może mu się przydarzyć, ale był w błędzie. Ta przedświąteczna, mroźna noc miała stać się wyjątkowa w całej historii jego policyjnej służby.

– Jest pani oficerem FRA? – zapytał, nawet nie patrząc na Harriet, jakby wcale go nie interesowało, z kim rozmawia.

– Tak.

– To pani złożyła zawiadomienie?

– Tak.

– Musi pani wiedzieć, że policja nie przyjmuje zawiadomień o zaginięciu osób dorosłych od osób postronnych wcześniej niż po dwóch dniach…

– Ale… – Harriet próbowała coś powiedzieć.

– Ależ oczywiście! – przerwał jej mało uprzejmie. – Sprawa jest wyjątkowa, bo dotyczy oficerów FRA. Bezpieczeństwo państwa. Wiem, wiem… – Podniósł wyżej głowę i spojrzał na Harriet sennym wzrokiem. – Proszę opowiedzieć wszystko po kolei, od początku. Co się stało?

– Anton Młot… znaczy Anton Peterius to mój przyjaciel i kolega z pracy we FRA – zaczęła niepewnie. – Przyjechałam tu… do niego… poradzić się w pewnej osobistej sprawie…

– O której pani przyjechała i w jakiej sprawie? – przerwał jej.

– Mogło być przed dwudziestą trzecią… myślę… Aaaa… właśnie zaczynał się hakaton.

– Sprawdzimy. Proszę dalej – mruczał Selander. – W jakiej sprawie pani przyjechała?

– Czy to ważne? – obruszyła się Harriet. – Szukajcie Antona! – podniosła głos. – Coś musiało się stać!

– To ważne! – stwierdził sucho policjant. – Musimy wiedzieć, od czego zacząć, nim ściągniemy tu policję z całego miasta. – Zawiesił głos, uznawszy, że przesadził z ironią, i po chwili dodał: – Chcemy pomóc, ale musimy wszystko wiedzieć.

– Nie mogę ujawnić, w jakiej sprawie przyjechałam – odparła zdecydowanie.

– Mówiła pani, że to sprawa osobista.

– Nooo tak… – Harriet zaczęła się wahać. Poczuła się trochę zastraszona, choć zupełnie niesłusznie, bo Selander musiał zadać to pytanie. – I tak, i nie – odezwała się niepewnie. – Ale o tym mogę mówić tylko przy swoim przełożonym. To, w jakiej sprawie przyjechałam, nie ma przecież żadnego związku ze zniknięciem Antona. Mylę się?

– Tego nie wiem. Ale rozumiem. To mi wystarczy – wymruczał bez przekonania Selander. – Zatem co się stało? Zniknął Anton Peterius.

– Dostał telefon od jakiegoś Lassego, że tamten zgubił swoją kartę do jakiegoś magazynu… a może o niej zapomniał – zaczęła trochę nieskładnie. – Podszedł tam… – wskazała ręką. – Do tej szafki, o tam… czegoś szukał, wyjął jakiś niebieski kartonik…

– O której to było? Cały czas rozmawiał z tym Lassem przez telefon?

– Mogło być około wpół do dwunastej… może za dwadzieścia. Tak. Trzymał słuchawkę przy uchu. Chciał, żeby on tu przyszedł, i nie był zadowolony, że musi jechać na górę… Wziął kurtkę i wyszedł.

– Wziął kurtkę i wyszedł – powtórzył Gunnar i rozejrzał się wokół. – Czy ktoś zaglądał do tej szafki? – Wskazał na zielony bufet. – Czy ktoś jej dotykał? Pani przebywa w tym pomieszczeniu cały czas, nie wychodziła pani stąd?

– Nikt nie dotykał – odparła z przekonaniem. – Jestem tu cały czas. Nie wychodziłam stąd ani na chwilę. Tove przyszedł pół godziny temu i też niczego nie dotykał. On także nie wie, kto to jest Lasse. To nikt z organizatorów hakatonu. Panie inspektorze, coś się musiało stać, ja to wiem… Coś złego!

– Skąd pani wie?

– Jego telefon nie tylko nie odpowiada, ale też nie ma sygnału. Sprawdziłam to u nas, we FRA. Nasze telefony wyposażone są w specjalne identyfikatory, które potrafią zlokalizować aparat, nawet kiedy ma wyłączone zasilanie…

– Tak, wiem. – Selander pokiwał głową, patrząc pod nogi. – Gdy tu jechałem, rozmawiałem z dyrektorem Hermanssonem i wszystko mi powiedział. Anton Peterius nadzorował bezpieczeństwo na uczelni i kilka tajnych programów naukowych. Sporo powodów, by zniknąć. Za chwilę przyjedzie tu Linda Lund z Säpo. Zna ją pani?

– Tak, oczywiście! – ucieszyła się Harriet.

– To dobrze – odparł Selander sucho i nie dał po sobie poznać, że Linda to jego bliska przyjaciółka i że to on ją ściągnął, od razu podejrzewając, iż może to być sprawa wykraczająca poza kompetencje policji. Już przez telefon Linda opisała Harriet jako odpowiedzialną osobę, która jednak nie była wtajemniczona w zadania, jakie realizował Anton.

Selander podniósł się ciężko i dopiero teraz zdjął zieloną puchową kurtkę, odsłaniając przypięty do pasa standardowy pistolet Sig-Sauer P226. Dawniej, przed postrzałem, temperaturę odczuwał normalnie, tak jak wszyscy inni, ale po wyjściu ze szpitala ciągle mu było zimno i nawet latem nosił grubą bieliznę. Lekarze mówili, że ma uszkodzony jakiś nerw, lecz z czasem ta dolegliwość powinna ustąpić.

Powoli skierował się do drzwi i wyszedł na zewnątrz. Harriet widziała przez szybę, jak chwilę rozmawiał z Tovem i policjantem, po czym mundurowy szybko się oddalił. Pomyślała, że nareszcie coś się dzieje. Przez moment wydawało jej się, że wszystko wokół jest jakieś nierealne, a ona niepotrzebnie podniosła alarm, bo najbardziej niesamowite wypadki najczęściej mają bardzo proste wytłumaczenie. Poczuła nawet lekki niepokój, że wszystkie konsekwencje tego alarmu spadną na nią, a Anton będzie miał do niej pretensje, ale na widok wracającego zgarbionego inspektora Selandera i jego smutnej twarzy pomyślała z przerażeniem, że Anton nie żyje, i sama nie wiedziała, skąd jej to nagle przyszło do głowy.

Coś dziwnego działo się wokół niej, ale nie potrafiła zrozumieć co, mimo to była niemal pewna, że zniknięcia Hasana w Iranie i Antona tu, w Sztokholmie, muszą mieć ze sobą coś wspólnego. Tajemnicze zniknięcie dwóch bliskich przyjaciół i współpracowników nie może być przypadkowe. Doszła do tego wniosku bez pomocy kabały, tylko na podstawie prostej oceny, złożenia kilku faktów, ale przede wszystkim rozpamiętując słowa, które Anton rzucił, kiedy stał już w drzwiach. Chciał przecież powiedzieć jej coś bardzo ważnego. Wiedziała o tym dobrze.

Selander usiadł z trudem na fotelu i cicho jęknął, a Harriet zaczęła się zastanawiać, czy napomknąć mu o podejrzeniach Antona co do zniknięcia Hasana, czy poczekać na Lindę. Zdecydowała, że poczeka, zwłaszcza że Anton nie powiedział właściwie niczego konkretnego poza tym, że ma pewne podejrzenia, i wspomniał coś o CIA. W końcu Harriet nie była już pewna, co dokładnie usłyszała, i poczuła lekki zawrót głowy. To było ponad jej siły.

– Harriet – odezwał się inspektor Selander – myślę, że sprawa, z którą pani przyjechała do Antona Peteriusa, ma jakiś związek z jego zniknięciem, ale pani osobiście może nie mieć z tym nic wspólnego i ja to rozumiem. Sprawa jest na pewno ważna, więc zaczekamy na Lindę. Dobrze? Czuję w tym małym, prostym zdarzeniu ogromnie dużo emocji. Jeżeli Peterius znikł nie z własnej woli, co w tych okolicznościach jest bardzo prawdopodobne, to z czyjej? Akurat teraz, kiedy przyszła pani w nocy z niecierpiącą zwłoki sprawą osobistą? On, organizator tej imprezy?

 

Zadziwiające! – pomyślała Harriet. Skąd on to wie? Czuję identycznie.

Nagle otworzyły się drzwi i do biura weszła z impetem Linda Lund, a za nią jakby zaciągnęło śniegiem. W zielonej czapce uszatce zapiętej pod brodą, białej puchowej kurtce, dżinsach, czerwonych wełnianych rękawicach i żółtych butach na wibramie wyglądała, jakby wracała z zimowego spaceru po Kirunie, a nie wchodziła do ciepłego pokoju w „reaktorze”. Dziwny był to widok, bo Linda przyjechała przecież policyjnym radiowozem.

– Jest minus dwadzieścia pięć na zewnątrz – od razu odpowiedziała na pytanie, które według niej powinno było paść, i zaczęła zdejmować czapkę.

Gdy została już tylko w grubym brązowym swetrze z wielbłądziej wełny, Selander podsunął jej krzesło i usiadła naprzeciwko Harriet. Popatrzyła jej prosto w twarz, na chwilę spuściła wzrok, zdawało się, że wstrzymała oddech.

– Powiedziałaś Antonowi o Hasanie? – zapytała beznamiętnie, ale Harriet jakby nagle zmroziło. – Rozmawiałam z Hermanssonem i wiem, że ci powiedział. Nie denerwuj się, nie ma czym. Dobrze zrobił, bo właściwie to ja powinnam cię poinformować. – Linda zauważyła jej zdziwioną minę. – Wszystko w porządku. Nie denerwuj się… – Nie dokończyła i pogładziła Harriet po dłoni. – Gdzie on może być? Czy Anton wyszedł w związku z tym, co usłyszał od ciebie?

– O Boże! Ja nie wiem… – Harriet była zaskoczona, że Linda pyta o takie szczegóły, i od razu zrozumiała, że wszystko, co powiedziała przez telefon Hermanssonowi, dotarło zaraz do Lindy Lund, a pewnie i do Selandera, który z jakiegoś powodu próbował z nią grać. – Nie, chyba nie… nie wiem… – plątała się zupełnie niepotrzebnie. – Na pewno nie. Skąd znowu?! – Nabrała nieco pewności siebie. – To był telefon od jakiegoś Lassego. Mówiłam to już panu inspektorowi. Po tym telefonie Anton wyszedł, ale w jego zachowaniu nie było niczego szczególnego.

– Powiedziałaś mu, że Hasan znikł?

– Tak.

– A kiedy?

– Jak usłyszałam o tym od Hermanssona, kilka dni temu. – Pokręciła delikatnie głową, jakby czegoś nie zrozumiała. – Co w tym…

– Anton był zaskoczony?

– Tak. Bardzo… bardzo się przejął… – Przerwała, bo otworzyły się drzwi i do biura wszedł potężny policjant w mundurze.

– Gotowe, Gunnar – oznajmił z zawodową obojętnością.

– Dziękuję, Sten. – Inspektor podniósł się ciężko z fotela. – Idziemy do centrum monitoringu KTH. To niedaleko stąd. Cały teren uczelni jest dobrze monitorowany przez Securitas i zaraz zobaczymy, co się rzeczywiście stało. W pani cała nadzieja, Harriet, i w tym młodym człowieku… tym… Tove, tak?

– Jak się czujesz, Gunnar? – zapytała Linda, widząc grymas bólu na jego twarzy.

– Dobrze… jak śpię – odpowiedział z lekką ironią.

Była za dziesięć trzecia, kiedy wyszli z biura Antona. Pod drzwiami został drugi policjant, a Linda, Harriet, Gunnar i Tove, prowadzeni przez olbrzyma, wyjechali powolną starą windą na powierzchnię. W Sztokholmie było tej nocy rzeczywiście bardzo zimno i nadzwyczaj sucho. Piękna jasna noc, kryształowe powietrze, gwiaździste niebo i miło skrzypiący śnieg pod nogami.

– Będzie dobra widoczność na nagraniach – skomentował Gunnar, spoglądając w niebo, i naciągnął na czoło wełnianą czapeczkę, którą dziesięć lat wcześniej zrobiła mu była żona.

7

Amina siedziała na desce wspartej na dwóch głazach i miękko opierała się o ścianę ułożoną z ostrych górskich kamieni. Wystawiła twarz do grudniowego słońca, które w wysokim Kaukazie miło przypiekało.

Uniosła głowę, zamknęła oczy i rozpięła zieloną ocieplaną wojskową kurtkę, tak żeby promienie słoneczne mogły się pod nią wślizgnąć. Włosy spięła wysoko, ciemne okulary podciągnęła na czoło. Ręce oparła o spoczywający na jej kolanach automat AKS z celownikiem optycznym.

Z ławeczki pod domem można było zajrzeć na kilka kilometrów w głąb wąwozu Huram i widzieć wszystko jak na dłoni. Strome zbocza zamykały perspektywę i dawały pewność, że nikt niezauważony nie podejdzie do aułu. Tu, na pograniczu Dagestanu i Czeczenii, byli u siebie w domu i zdawało się, że sprzyja im każdy głaz, strumień, słońce i wiatr, jakby wybrał je dla nich sam Imam Szamil za dobrą radą Allaha.

W rzeczywistości wybrał je Muhamedow, bo pochodził z pobliskiej wsi Tarhan, więc wszyscy okoliczni górale to byli jego krewni z tego samego tejpu. We wsi pozostały kobiety i dumni starcy w baranich papachach, którzy dla Muhamedowa i każdego bojownika byli solą, historią, symbolem miłości do Kaukazu i godności Wajnachów. To było jego terytorium i nikt nie miał tutaj wstępu bez jego zgody. Słusznie mógłby ktoś pomyśleć, że chce zachować to miejsce takim, jakie jest, wyłącznie dla siebie, zazdrosny o jego piękno i historię. Muhamedow wiedział jak wszyscy, że wraz ze starcami z Tarhanu na zawsze zniknie to jedno miejsce, które tylko Allah ukochał bardziej od niego.

Sytuacja mogła się jednak zmienić w każdej chwili, bo to był przecież środek Kaukazu. Tu, w górach, o wszystkim decydowały zawsze związki klanowe, ale od pewnego czasu interesy finansowe w Groznym czy Machaczkale były jeszcze ważniejsze. Dlatego najlepszą ochroną w razie niespodziewanej zmiany sytuacji będzie jeszcze przez jakiś czas dobrze nasmarowany rosyjski automat AKS z celownikiem optycznym i bezpieczne miejsce, takie jak auł Tarhan.

– Jedzie – odezwał się Isa, rzucił niedopalonego papierosa i podał lornetkę Aminie, która ospale wyciągnęła rękę, wciąż wystawiając twarz do słońca, jakby miała korzystać z niego ostatni raz.

Dwa kilometry od nich, u wylotu doliny, pojawiły się w białym kadrze dwa ciemne punkty. Amina przyłożyła lornetkę do oczu i przez dłuższą chwilę obserwowała jadące z dużą prędkością samochody.

– Daj im znać – zwróciła się do towarzysza, podniosła się z ławeczki i zaczęła zapinać kurtkę.

Isa zarzucił automat na ramię i wyjął krótkofalówkę.

– Jedzie. Wszyscy w gotowości na swoich stanowiskach. Pilnować mi każdego barana i kozy. Zrozumieli?

Puścił przycisk i z głośnika wydobył się charakterystyczny szum, a w nim głosy:

– Tak, komandir! Zrozumiałem. Tak jest.

Amina poprawiła ubranie i niedbale przewiesiła automat przez ramię.

– Jak z tobą, Isa? W porządku? – zapytała i pchnęła go lekko pięścią w pierś.

– Jestem gotowy – odparł.

– Kocham cię, ale to, co się stanie dzisiaj, mój miły, jest ponad to, co do siebie czujemy. Rozumiesz? – Amina spojrzała na Isę z odrobiną miłej, szelmowskiej złośliwości w oczach.

– Najpierw zostałem twoim mężem, wcześniej niż… – próbował skomentować jej pytanie.

– Miałam rodziców, których straciłam, miałam trzech braci, których kochałam nad życie… dwóch zginęło, a Rustam siedzi w szwedzkim więzieniu…

– Amino… – przerwał jej. – Moja ukochana… ja przecież też za nimi tęsknię…

– Miałam swojego dai-kabira, któremu ofiarowałam życie. A jednak są sprawy ważniejsze niż miłość i śmierć. Oni wszyscy już nie żyją, a ja? A ty? Jesteśmy tu dla naszej misji i ta odrobina miłości, jaką do podziału dał nam Allah, jest tylko ziemskim złudzeniem. Więc korzystajmy z niej… póki czas. – Podeszła do Isy, szczupłego mężczyzny około trzydziestki, w polowym mundurze, o silnych kaukaskich rysach, szklistych oczach i silnym zaroście, uniosła się na palcach i pocałowała go w usta.

Objęli się mocno, aż ich automaty uderzyły o siebie z głuchym chrzęstem, jaki może wydać tylko kałasznikow. Amina wiedziała, że gdy Isa złoży przysięgę, nie będzie już miała na niego wyłączności. Ani nawet pierwszeństwa. Isa wstąpi do Braci Czystości, a to droga bez powrotu. Zrobiło się jej żal Isy Dogajewa, ukochanego męża i dzielnego wojownika, który przeszedł najcięższe boje z niewiernymi, a którego teraz wypatrzył sobie Allah. I kiedy trzymał ją tak mocno, iż ledwo dotykała stopami ziemi, pomyślała, że chciałaby zginąć pierwsza.

Nie zasłużyłam na takie cierpienie… po raz trzeci.

Poczuła, że do oczu cisną się jej łzy.

– Oby Najwyższy zlitował się nade mną. Inszallah – wyszeptała i nie bez trudu wyzwoliła się z uścisku Isy.

Za chwilę miał się zjawić Muhamedow, dai-kabir Wysokich Gór, i nie powinien zauważyć u niej nawet najmniejszego śladu słabości czy niepewności. Podejrzenia oznaczają śmierć, a przecież nie ma takiej kobiety, która potrafiłaby ukryć w swoich oczach blask miłości. Tym bardziej przed kimś takim jak Muhamedow.

Dwa bliźniacze granatowe fordy expedition z ciemnymi szybami i bez numerów rejestracyjnych zajechały z impetem przed dom, zataczając koła w przeciwne strony, jakby to było jakieś autorodeo. Kiedy się zatrzymały, wyskoczyli z nich czterej ochroniarze z automatami. Wyglądali profesjonalnie i bojowo.

W 2001 roku oddział rosyjskiego specnazu wybił w górach prawie całą rodzinę Muhamedowa i większość jego oddziału. Od tego czasu nikt obcy nie miał szans nawet się do niego zbliżyć. Tak to wyglądało z zewnątrz, ale wszyscy w oddziale, Amina i Isa też, wiedzieli, że Muhamedow ma teraz z Rosjanami specjalne relacje. Mimo to jeździł dwoma samochodami, bo w każdej chwili rakieta z drona mogła niepostrzeżenie zakończyć tę współpracę. Wojna o Kaukaz przeszła na inny poziom i Muhamedow to rozumiał, podobnie jak Kadyrow i kilku ważnych ziomków w Moskwie. Pozornie prosty układ kaukaski był w rzeczywistości nie do rozgryzienia dla nikogo, kto nie urodził się Wajnachem.

– Salam alejkum – powiedział Muhamedow, wysiadając z samochodu.

Ubrany był jak zawsze w granatowy garnitur i białą koszulę bez krawata. Sprawiał raczej wrażenie włoskiego mafiosa niż bojownika o sprawę, ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że prezentował się dobrze. Nie nosił już broni ani polowego munduru, w którym wyglądał dostojnie i bojowo. Starannie ogolony, włosy zaczesywał modnie do tyłu. To był jego nowy strój maskujący, nikt jednak nie wątpił, że jeśli zajdzie potrzeba, natychmiast powróci do swojej prawdziwej wersji.

– Alejkum salam – odpowiedziała Amina, a Isa zaraz po niej.

Muhamedow najpierw przywitał się z Aminą, obejmując ją jak mężczyznę, a dopiero potem z Isą. W słońcu było ciepło, ale i tak za zimno, żeby nie zmarzł w samym garniturze. Mimo to nie skierował się do domu, lecz wyjął z kieszeni papierosy i poczęstował Isę. Przypalił jemu pierwszemu, a potem sobie. Przechylił głowę na prawą stronę i zmrużył lewe oko, jakby mierzył z pistoletu. Widać było, że jest w dobrym nastroju.

– Jak poszło, Amino? – zapytał.

– Właściwie bez problemów – odparła.

– Właściwie?

– Było trochę kłopotów na granicy, ale potem wszystko poszło dobrze.

– Trochę kłopotów?

– Na granicy syryjskiej zginął mały Ami. – Spuściła pokornie głowę.

– A reszta?

– Dotarliśmy do Ram Dżabal bez przeszkód. Samir czekał na nas w umówionym miejscu… tam gdzie poprzednio – ciągnęła ze wzrokiem utkwionym we własnych stopach. – Po przejściu na drugą stronę mały Ami się oddalił i zginął od zabłąkanej kuli. Tak mówili… Nawet nie wiemy, kiedy i jak to się stało. Przynieśli go jacyś chłopcy z okolicy. Twierdzili, że znaleźli ciało na drodze. Nie mam pojęcia, skąd wiedzieli, że był z nami…

– Oni tam u siebie wszystko wiedzą – wtrącił Isa.

– Ami dostał w czoło z siedem sześćdziesiąt dwa i wywaliło mu tył głowy.

– Miejscowi czy rządowi?

– Samir twierdził, że wojska tam nie było… – zaczęła Amina.

– Nieważne już – przerwał jej Muhamedow. – Nie ustalimy tego. – Zaciągnął się głęboko, przytrzymał dym w płucach i po chwili wypuścił go cienką strużką w dół. – Chodźmy. Opowiesz mi wszystko po kolei… – Spojrzał na Isę. – Potem będzie twoja kolej. Jesteś gotowy, żołnierzu? – Uśmiechnął się lekko, rzucił papierosa pod nogi i położył Isie rękę na ramieniu. – Jest gotowy? Jak z nim, Amino?

– To mój mąż… efendi – odpowiedziała z nieukrywaną pokorą, dając jasno do zrozumienia, że fidai taka jak ona nie mogła wziąć sobie partnera niegodnego czci Braci Czystości.

Nim weszli do domu, Isa oddał swoją krótkofalówkę dowódcy ochrony. Piętrowy kamienny budynek z zadaszonym tarasem, kryty blachą falistą pomalowaną na niebiesko, nie wyróżniał się niczym szczególnym wśród innych stojących w aule Tarhan.

Wewnątrz rozgrzany metalowy piecyk lekko kopcił z nieszczelnego komina, ale nie było nic czuć, bo dym uciekał przez dach. Usiedli za stołem przykrytym starą ceratą w kwiatowe niegdyś wzory. Muhamedow przeciągnął po niej dłonią i stwierdził, że jest idealnie czysta, ani śladu brudu i kurzu.

To dobrze! Fidai musi dbać o porządek myśli i uczuć, tylko wtedy można mu zaufać – pomyślał z ledwo odczuwalną satysfakcją.

 

Amina zdjęła ciemne okulary, a kurtkę rzuciła na taboret. Postawiła na stole dwie szklanki w tandetnych rosyjskich niklowych koszyczkach i stary metalowy czajnik z miejscową ziołową herbatą.

Isa usiadł na ławie pod ścianą, zdjął wełnianą czapkę, rozpiął kurtkę i położył na kolanach swój automat. Amina postawiła szklankę na ławie obok niego. Sama usiadła na skrzypiącym ze starości krześle po lewej stronie dai-kabira, tak by widzieć jednocześnie Isę. Muhamedow położył przed sobą papierosy Marlboro, a na nich złotą zapalniczkę, przysunął bliżej siebie popielniczkę zrobioną z kawałka lotniczego aluminium, z krzywym napisem „CCCP” na rancie i wydrapaną niezdarnie twarzą człowieka podpisaną cyrylicą – „Гагарин”.

Zapadła cisza i wydawać się mogło, że słychać było tylko mocne, równe uderzenia trzech serc i spokojne, miarowe oddechy. Jakby za chwilę miał wejść Timur Mucurajew i wykrzyczeć swój Kaukaz, chociaż Isa wolałby pewnie Uważaj, Rosjo, idziemy!, którą nieustannie fałszował.

Amina wiedziała, czuła całym swoim poranionym sercem, że w czeczeńskich pieśniach jest wielka siła, groźna jak surowe góry, niezłomna jak wojownicy Kaukazu, ale wiedziała też, że moc zwycięstwa kryje się wyłącznie w modlitwie, walce i bezwzględnym poświęceniu. Dlatego najczęściej lubiła nucić Modlitwę mudżahedina, choć robiła to tak, by nikt jej nie usłyszał.

W Czeczenii w gruncie rzeczy nie jest ważne, co śpiewa Mucurajew, ważne, żeby śpiewał.

– Do granicy libańsko-syryjskiej dotarliśmy bez najmniejszych przeszkód. Szejk Ahmed z dziewięćset drugiego oddziału okazał się niezwykle pomocny, chociaż nasza dziesiątka mocno rzucała się w oczy. Dostarczył nas na czas w umówione miejsce, ale nie mogliśmy przejść na drugą stronę, bo akurat rozłożył się tam oddział wojsk syryjskich i musieliśmy czekać do zmroku.

– Dostaliście od Ahmeda broń? – zapytał Muhamedow.

– Tak. Pięć AK… jeden niesprawny, i po cztery zapasy amunicji…

– Skąpy Ahmed! – skwitował. – I jak tu pracować z wywiadem Hezbollahu! – Uśmiechnął się i zapalił papierosa. – Dalej!

– Przeszliśmy na drugą stronę i wtedy Ami oddalił się od oddziału. Czekaliśmy na niego do świtu i chcieliśmy już iść, bo Samir się niecierpliwił… i tak byliśmy mocno spóźnieni, wtedy go przynieśli… – Przerwała na chwilę i dodała: – Pochowali go miejscowi w Ram Dżabal.

Muhamedow odłożył tlącego się papierosa na twarz Gagarina, wstał i złożył dłonie do modlitwy, a za nim Amina i Isa, któremu z łoskotem upadł na ziemię automat.

– Allah akbar – powiedział z zamkniętymi oczami i wygłosił pięćdziesiąty szósty werset z sury Jonasz: – „On daje życie i sprowadza śmierć, i do Niego zostaniecie sprowadzeni”. Inszallah.

Amina i Isa powtórzyli za nim Inszallah i wszyscy usiedli, a Muhamedow z powrotem wziął papierosa.

To nie była typowa modlitwa za zmarłego muzułmanina, ale Muhamedow, chociaż był dai-kabirem, słabo orientował się w zasadach islamu, a Amina nie śmiała mu przerywać. Nigdy nie potrafił dobrać wersetu odpowiedniego do sytuacji, dlatego jego pobożność przybierała czasami mało dostojny charakter, momentami nawet śmieszny, a Koran wcale nie jest śmieszny, jest piękny. Drażniło to Aminę, była jednak jego fidai, a on jej dai-kabirem. Ale może właśnie z tego powodu tak często wspominała Safira as-Salama, swojego poprzedniego przewodnika, który tak pięknie prowadził modlitwę, chociaż był polskim konwertytą.

– Samir zabrał nas półciężarówką. Do Ar-Rastan jechaliśmy cały dzień, chociaż to było mniej niż pięćdziesiąt kilometrów, ale musieliśmy ominąć Hims, gdzie siedziało wojsko, i korzystać z bocznych dróg. Dwa razy ktoś nas ostrzelał z dużej odległości, ale nie wiedzieliśmy kto i nie reagowaliśmy. Raz zatrzymali nas ludzie Ahrar asz-Szam, ale przepuścili bez przeszkód. – Amina wyraźnie zaczęła się rozkręcać, mówiła powoli, jasno, bez zbędnych słów i emocji. – Samir miał przygotowany dla nas nocleg w Ar-Rastan, gdzieś na skraju miasta. Rano przyszedł z pięcioma bojownikami zakrytymi kefijami i ich dowódcą, jakimś Udajem. Ten powiedział, że jest komendantem w Ar-Rastan. Nie byli do nas dobrze nastawieni. Samir wytłumaczył mi, że sytuacja się zmieniła i w mieście rządzi teraz Brygada Al-Hakk z Hims. Komendant w ogóle nie chciał gadać z kobietą. Kiedy powiedziałam mu, że jestem tylko przewodnikiem, zrobił się bardziej rozmowny…

– Co? Myślał, że jesteś dowódcą oddziału? – wtrącił Muhamedow. – To salafici przecież.

– Samir powiedział mi na boku, że Husajn zginął dzień wcześniej i teraz dowodzi Udaj. Wyjaśniłam mu wtedy, że jesteśmy czeczeńskim oddziałem specjalnym, przysłanym na podstawie porozumienia między Syryjską Armią Powstańczą a Emiratem Kaukazu, i proszę o kontakt ze sztabem, z generałem Azizem. Zaczął mnie wypytywać… kto… co i takie tam, ale powiedziałam mu, żeby się pospieszył, i jakby się zreflektował. Wziął krótkofalówkę i zaczął kogoś wywoływać… wyszedł na zewnątrz.

– Dali wam jeść… napić się?

– Tak. Samir jest w porządku. Oddany sprawie…

– Fidai. – Muhamedow uśmiechnął się znacząco.

– Nie wiedziałam.

– To dobrze.

– Oczywiście… oczywiście – powtórzyła, ale poczuła się trochę nieswojo. Mógł mi przecież powiedzieć, pomyślała. – Koło południa przyjechał z ludźmi od Aziza ten sam… ten… – zawahała się. – No, nie pamiętam…

– Nieważne.

– Ten sam co poprzednio… wiesz, ten bez dwóch palców… no ten, co mówi po rosyjsku.

– Wiem… Ahmad.

– Zabrał wszystkich naszych do busa. Podziękował. Prosił, żeby cię pozdrowić, powierzył nas opiece Allaha, i tyle. Do Bejrutu wróciłam bez przeszkód. To wszystko – zakończyła relację z trzeciego transportu kaukaskich bojowników do Syrii.

Odkąd Muhamedow zgolił brodę, zdjął mundur polowy i włożył garnitur, wszyscy w okolicy wiedzieli już, że walka o wolność Kaukazu przybrała nową formę, ale nie każdemu się to podobało. Wielu bojowników nie potrafiło zaadaptować się do nowej rzeczywistości i Muhamedow dobrze to rozumiał, więc wysyłał ich tam, gdzie trwał jakiś dżihad, gdzie byli potrzebni i mogli zarobić. Dobrze też wiedział, że nie wszyscy jechali tam tylko z misją duchową. Nie trzeba być specjalnie zdolnym, by jedną rzecz sprzedać dwa razy, a zarobić nawet trzy – uważał Muhamedow i był w tym dobry, nawet lepszy niż w strzelaniu z granatnika RG-6. Ten talent odkrył w sobie, odkąd zaczął się spotykać i robić interesy z pułkownikiem Wiaczesławem Antonowiczem Rublowem z jednostki Ługa 52 GRU, która nie istniała nawet na papierze. Choćby z tego tylko powodu nie było lepszego partnera do biznesu.

– Okej! – odezwał się po chwili milczenia. – Czyli wszystko w porządku – skonstatował sam do siebie. – Dobrze… bardzo dobrze… no to świetnie… – Ostatnie słowa wymruczał i z niezapalonym papierosem w palcach odpłynął myślami gdzieś daleko poza szczyty Kaukazu.

Amina widziała to w jego oczach, ale Isa już nie, bo siedział na ławie przy oknie i zawzięcie skrobał palcem po magazynku automatu, jakby chciał wydrapać na nim swoje imię.

– Dobrze – odezwał się w końcu Muhamedow i przypalił papierosa. – Mam dla was zadanie specjalne. Dzisiaj Isa… – na dźwięk swojego imienia bojownik natychmiast się ożywił – zostanie przyjęty jako fidai do Braci Czystości i od tego momentu stanie się częścią naszej jedności i bratem w oczekiwaniu na Mahdiego. – Muhamedow wstał, a Amina i Isa poderwali się w ślad za nim. – Obrońcą Alamutu. Zasłużył? – skierował pytanie do Aminy, unosząc zabawnie brwi i przechylając na bok głowę. – No jak… Amina? Zasłużył?

Wiedziała, że Muhamedow się z nią droczy, i wcale jej się to nie podobało, bo walka w szeregach Braci Czystości wymagała całkowitego poświęcenia życia i nie było miejsca na żarty. Safir dobrze to rozumiał, a Muhamedow jakby czasami zapominał, kim jest.

– Przecież wiesz, dai-duacie, że Isa i ja… – wydusiła z siebie z trudem, bo peszył ją swoim zachowaniem – że znamy się od dziecka… jest moim mężem… z woli Najwyższego.

– Wiem, wiem… Amino. – Położył jej rękę na ramieniu jak staremu żołnierzowi i chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przerwał, jakby celowo zgubił wątek, zawahał się. – Oczywiście. Oczywiście, że tak – powtórzył chłodno. – Zaczekajcie tutaj – dodał, pociągnął mocno papierosa i wyszedł z domu, wypuszczając za sobą dym.